Jakucja > Obwód Magadański > Kamczacki Kraj > Polska

magada_trasa-3

30.07.2019 wtorek

Jakuck > prom przez rzekę Lena – 15km > Manday > Megino-Aldan > przeprawa promowa przez rzekę Aldan – 10km > Keckil (nocleg po zjeździe z promu - 380km

Rozpoczynamy ostatni etap naszej wyprawy. Rano szybki dojazd do przeprawy promowej i już o 11.00 jesteśmy po drugiej stronie Leny w miejscowości Manday. Opuściliśmy Jakuck i wjeżdżamy na „Trasę Kołymską”, która łączy to miasto z Magadanem. Liczy ponad 2000 km i zwana jest „Drogą na Kościach”, gdyż budowano ją rękami więźniów gułagów. Trakt wiedzie przez Góry Wierchojańskie, Kołymskie, a także przez Góry Czerskiego, nazwane ku czci polskiego zesłańca, geologa i badacza Syberii, Jana Czerskiego. Od teraz, aż do Magadanu możemy zapomnieć o dobrej drodze i asfalcie. Jak na razie pogoda ma się doskonale, ale prognozy nie są aż tak pomyślne. Mozolnie kiepską „grawiejką” podążamy dalej na wschód. Mijamy kolejne małe wioski i osady, zagubione gdzieś w dalekiej Syberii. Jak widać wiele zostało już opuszczonych i tylko połamane chałupy i kikuty rozpadających się obejść, świadczą iż niegdyś tkwiło tu życie. Poważne zmiany na tych terenach, nastąpiły po upadku ZSSR, kiedy bezwzględna ekonomia, zastąpiła centralnie sterowany, sowiecki system.

Cały dzień mozolnie kontynuując jazdę bardzo kiepską drogą, brniemy przez bezkresne syberyjskie tereny, pokonując kolejne niezbyt wysokie pasma górskie porośnięte tajgą. Na kamienistej drodze, rozszczelniła się jedna z naprawianych wcześniej opon. Ponowne kołkowanie nie odniosło skutku i trzeba było skorzystać z pomocy warsztatu mianującego się nazwą „szynomontaż” (wulkanizacja). Dziura była tak poszarpana, że tylko zbrojona łata założona od środka, była skutecznym sposobem naprawy. Oczywiście w warsztacie takowej nie było, ale od czasu przejazdu przez Afrykę, zawsze mam je jako niezbędne, zapasowe wyposażenie. Reasumując… za 400rubli, właściwie wszystko należało zrobić samemu… ot serwis. Gdzieś po drodze, zatrzymaliśmy się w „likierowni”, by pozyskać stosowne zapasy w przyzwoitej godzinie, wieczorem będzie to niemożliwe… restrykcje!

Konsternacja zstąpiła na mnie na widok wina „IOSIF” za 800rubli… w jednej chwili desperacko przemierzyłam mroczne tunele historii… i jedno wiem… wszystkie jadowite czasowniki bezlitosnej szczerości… są dla Józka!… natychmiast wysyłam je na dziewiąty krąg piekła…

Pod wieczór docieramy do przeprawy promowej na rzece Ałdan. Akurat trafiamy na załadunek promu i po ponad godzinie odbijamy od brzegu. Najbardziej zaskoczeni jesteśmy konstrukcją napędu promu, dwa koła boczne, takie jak pamiętamy ze starych filmów, pokazujących statki na Missisipi. Przydarza nam się kilka ciekawych spotkań, szczególnie z dwoma Białorusinami (jeden polskiego pochodzenia), którzy wybrali się w te strony, by zapolować na syberyjskiego barana. Na wyposażeniu wyprawy mają monstrualnego quada, na oponach z potężnej terenowej ciężarówki Ural. Przeprawa trwa godzinę i jesteśmy po drugiej stronie, tuż przed miejscowością Keckil. Już o zmroku jesteśmy w przystani po wschodniej stronie rzeki i tuż obok, na przyległym parkingu, zostajemy na dzisiejszą noc. Na posiedzenie nie ma już czasu, a i meszki nam to skutecznie odradzają.

19-07-30_map

31.07.2019 środa

Keckil > Chandyga > Teply Klyuch > Kyubeme > strzyżowianie z drogą do Tomtor w Ojmiakońskim Rejonie > nocleg przy trasie, 150km przed Ust-Nera - 450km

Od rana kontynuujemy jazdę „Kołymską Trasą”. Tak naprawdę całoroczny przejazd z Jakucka do Magadanu, dla normalnego ruchu, został otwarty dopiero cztery lata temu. Dawniej był przejezdny zimą, a latem był to raczej ekstremalny wyczyn, jedynie przewidziany dla twardzieli – brak mostów, rozmiękłe błoto, totalny brak infrastruktury i zaplecza drogowego. Dzisiaj, choć droga kiepska, to jednak ruch odbywa się na bieżąco i korzystają z tej drogi potężne ciężarówki.

Po 35km docieramy do ostatniego większego miasteczka Chandyga. Próbujemy się zapoznać z funkcjonowaniem tej miejscowości. Znajdujemy jakiś pomnik budowniczych drogi, ale informacji o gułagach i muzeum, które miało niby tu funkcjonować, nie sposób pozyskać od mieszkańców. Robimy sporo fotek ze specyficznej, piętrowej zabudowy i jedziemy dalej.

„Trakt Kołymski”, czyli droga federalna R504, to najbardziej przerażająca droga w Rosji. Ma 2032 km długości i łączy Niżny Bestiach w Jakucji z Magadanem nad Morzem Ochockim. Nazywa się ją także „Drogą na Kościach”, ze względu na dramatyczną historię jej budowy. Została usypana w latach 40-tych XX wieku przez skazańców, a jedynymi narzędziami była: łopata, kilof i taczka. Trasę budowali jednocześnie ze wschodu i zachodu, wzdłuż łańcucha łagrów rozsianych między Ałdanem i Indygirką. Katorżniczą pracę, w jednym z najstraszniejszych miejsc na ziemi, wykonywali więźniowie łagrów, wśród których byli także Polacy. Podczas budowy zginęły ich tysiące, a ciała były chowane wprost na miejscu.

Pokonujemy kolejne kilometry tej niezwykłej drogi. Pogoda wspaniała, widoki niepowtarzalne, czasem przypominają te alaskańskie, które tak mocno utkwiły nam w pamięci. Przemierzamy kolejne pasma górskie, w dolinach tajga, w górach tundra zachwyca swymi kolorami w blasku słońca, na tle lazurowego nieba. Miejscami, droga uformowana jest tak, jakby miała być w najbliższym czasie pokryta asfaltem, a czasem meandrujemy wzdłuż strumyków i rzeczek, wąską wyboistą dróżką pomiędzy skałami.

Przekraczamy granicę Ojmiakońskiego Rejonu, dotarliśmy do najzimniejszego miejsca na Ziemi, stale zamieszkałego przez ludzi. Rekord został odnotowany w wiosce Ojmiakon i jest wynikiem wyliczeń rosyjskiego geologa Siergieja Obruczewa, który w 1926r. przeprowadzał badania w Ojmiakonie i pobliskich wsiach, obliczył, że temperatura spadła wtedy do -71.2 °C. Potwierdzone to zostało poprzez pomiar dokonany w styczniu 2004r., w stacji meteorologicznej w Tomtorze, wiosce położonej w niedalekim sąsiedztwie Ojmiakonu., gdzie termometry odnotowały –72,2 °C. W okolicach Tomtoru były trzy zony (łagry), w jednej z nich (w Kujdusunie) pisał swoje wiersze o syberyjskiej północy Warłam Szałamow (rosyjski prozaik i poeta). Mieliśmy zamiar podjechać do tej wioski, jednak odległość 230km w jedną stronę, fatalna droga i złe rokowania pogodowe, odstręczyły nas od tego pomysłu. Przy skrzyżowaniu mamy możliwość uzupełnić paliwo i jedziemy jeszcze następne 80km, aby po zjeździe z głównej trasy, na żwirowisku po jakiejś budowie, rozlokować dzisiejsze obozowisko. Podziwiamy krajobraz wokół nas, przy dość dynamicznie zmieniających się warunkach pogodowych.

19-07-31_map

01.08.2019 czwartek

Ust-Nera (Jakucja) > Artyk > Kadykczan (Obwód Magadański) > Maundzha (nocleg w kamieniołomie 7km za miejscowością) - 480km

Obserwowane wczoraj pomierzwione zjawiska pogodowe, przyniosły dzisiaj całkowitą zmianę aury. W nocy odnotowaliśmy tylko 6ºC, a od rana leje i chmury ścielą się po ziemi. Do wczoraj twarda, sucha szutrówka, której jedyną uciążliwością był wszechobecny kurz, zamieniała się w błotną, mazistą breję. Szczęśliwym trafem, po pewnym czasie, pogoda nieco się przeciera i możemy ponownie wychwalać otoczenie, czyli surowe syberyjskie krajobrazy.

Docieramy do miasta Ust-Nera, leżącego u podnóża gór Tas-Kystabyt. Przekraczamy rzekę Indygirka i wjeżdżamy do centrum. Tak koszmarnego miasta, jeszcze nie spotkaliśmy na trasie przez Syberię. Liczące niespełna 10tys. mieszkańców, swe istnienie zawdzięcza bogatym zasobom złota wydobywanego w tym rejonie. Trudno opisać warunki życia mieszkających tam ludzi, a stan i wizerunek architektoniczny tego miejsca, porównywalny jest z trwałą ruiną. Co ciekawe, jedynym miejscem które posiada chodniki i uporządkowany plac, jest monumentalny memoriał umiejscowiony nad brzegiem Indygirki. Choć wybudowany niedawno, poświęcony jest Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i zwycięstwu nad faszyzmem.

Opuszczamy to niewątpliwie przygnębiające miasto, tankujemy na siermiężnej stacji paliw i jedziemy dalej. Od teraz przez wiele kilometrów, nie natrafiamy na żądną osadę ludzką. Po 180km, tuż za opustoszałą osadą Delyankir, opuszczamy terytorium Jakucji i wjeżdżamy do Obwodu Magadańskiego. Rozmiękła błotnista droga, powoduje iż jazda jest niezwykle uciążliwa i mozolna. Błoto jest dosłownie wszędzie, a kontakt zewnętrzny z naszymi pojazdami, skutkuje należytym upapraniem.

Po następnych 130km totalnego pustkowia, docieramy pod wieczór do tajemniczego miejsca… miasta widma. Tak naprawdę nie wiedzielibyśmy gdzie jesteśmy i jak się to niesamowite miejsce nazywa, gdyby nie wskazania naszego GPS-a. Nie, to nie jest Czarnobyl i nie ma niebezpiecznego tła radioaktywnego, ani toksycznego zanieczyszczenia. Możesz nawet mieszkać w tym mieście… ale nie ma powodu… okazuje się, że dotarliśmy do miejscowości Kadykczan.

Do samego centrum miasta, oddalonego od trasy o kilka kilometrów nie mogliśmy dojechać, ponieważ droga dojazdowa zamieniła się w jedno wielkie jezioro. Bloki mieszkalne posadowione na palach (wieczna zmarzlina), zapadają się i popadają w totalną degradację. W tegoroczne Święta Wielkanocne odwiedziliśmy Czarnobyl, gdzie zapoznaliśmy się z historią i tragedią tego miejsca, a teraz jesteśmy w szalenie podobnym miejscu, szczególnie jeśli idzie o status wizualny. Spacerujemy zrujnowanymi ulicami, zaglądamy do zdewastowanych mieszkań, idziemy na główny plac… do Lenina… a on bez twarzy! Próbujemy wyobrazić sobie ludzi i ich los związany z tym miejscem. A Kadykczan był niegdyś tętniącym życiem miastem, gdzie w latach osiemdziesiątych mieszkało około 6tys. obywateli, w późniejszych latach liczba ta się podwoiła. Jak każda osada w tej części Rosji, Kadykchan rozpoczął życie jako obóz jeniecki, powstał w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Kopalnię i wieś zbudowali więźniowie, wśród których był osadzony pisarz Warłam Szałamow. W swoim palącym zbiorze opowiadań „Kolyma Tales”, podsumował życie więźniów w kopalni… „krwawe pęcherze, głód i bicie, tak powitał nas Kadykchan”. Później funkcjonował jako osada górników węgla kamiennego. Po upadku Związku Radzieckiego, z powodu ograniczenia wydobywania węgla, miasto zaczęło się wyludniać. W 1996 r. w miejscowej kopalni nastąpiła eksplozja, zginęło sześciu górników, po której to katastrofie została zamknięta. Z miejscowości zaczęto wysiedlać ludzi, dając im w zależności od stażu pracy, od 80 do 120tys. rubli na przesiedlenie (nie w gotówce, tylko w papierach na wykup nowego mieszkania). Od tego momentu nastąpiła szybka agonia, która po odcięciu od zasilania w elektryczność i ciepło, sprawiła iż w 2001r. już prawie nikt nie pozostał z jej dawnych mieszkańców. Gdy ostatni mieszkańcy się wyprowadzili, na jakiś czas weszła lokalna rada i podpaliła wszystkie główne budynki. Istniały co prawda jeszcze 4 ulice- Lenina, Stroiteley, Szkolna (na której była centrala telefoniczna) i Yuzhnaya (zamieszkały dom, położony najdalej od centrum) i jeden dom na Mira Street (w którym niegdyś była klinika, a w owym czasie szpital), ale miasto nie wytrzymało próby czasu i w 2010r. wyzionęło ducha… dziś niczym Prypeć szczerzy się pustymi oczodołami okien… sfatygowanym obliczem i przygnębiającym końcem tego świata… na końcu świata.

Opuszczamy to niespotykane, nacechowane smutkiem miejsce, swego rodzaju pomnik krótkiej chwili ludzkiej egzystencji w czasie i jedziemy kilka kilometrów dalej, aby poszukać miejsca dla rozbicia dzisiejszej bazy noclegowej. Kilka kilometrów dalej, znajdujemy je na przydrożnym wyrobisku. Jedynym dzisiejszym utrapieniem, tak podczas obchodu miasta Kadykczan, jak i na naszym obozowisku… jest plaga mamucich komarów.

19-08-01_map

02.08.2019 piątek

Maundzha > Bolshevik > Chołodnyj > Susuman > Jagodnoje, Obwód Magadański (prywatne muzeum „Pamięć Kołymy” – Iwana Panikarowa) > Debin nad rzeką Kołyma (awaria przedniego amortyzatora w toyocie Adama) > nocleg 20km za Debin na żwirowisku przy trasie – 280km

Do dziś jesteśmy pod wrażeniem wczorajszej wizyty w mieście duchów Kadykczan. Pogoda nadal nie rozpieszcza, jedziemy dalej „Kołymskim Traktem” w stronę Magadanu. Po kilku dniach deszczu, droga pokryła się grubą warstwą błotnej mazi, która stawia taki opór, że momentami myślę iż nie odblokowałem hamulca ręcznego. Pogoda przygnębiająca, a tymczasem wkraczamy w obszar, gdzie niegdyś, od lat 30-tych XXw., ulokowano najwięcej zon, czyli mówiąc właściwą nomenklaturą… obozów pracy, lagrów, Gułagów. W dorzeczu rzeki Kołymy, na płn.- wsch. Związku Sowieckiego (Republika Jakucka, Obwód Magadański), znajdowało się ich największe skupisko. Przez Rosjan obszar ten zwany jest „Kontynentem”, przez więźniów „Przeklętą Wyspą”. Teren podległy gułagom miał powierzchnię 2,6 mln km².

Przygotowując się do przejazdu „Trasą Kołymską”, natknęliśmy się na informację, że w miejscowości Jagodnoje, przez którą dzisiaj przejeżdżamy, znajduje się prywatne muzeum „Pamięć Kołymy”, prowadzone przez Iwana Panikarowa. Na rogatkach miasta, przy stacji paliw, zapytaliśmy jednego z mieszkańców o lokalizację. O dziwo już po chwili, zadzwonił ze swojego tel. kom. do niego i umawia nas na spotkanie, podając dokładny adres. Jesteśmy zaskoczeni takim rozwojem sytuacji i już po 10minutach, stoimy przed jednym z bloków, pod wskazanym adresem. Ciepło przyjęci przez Iwana Panikarowa, zostajemy zaproszeni do ciasnego, dość zagraconego mieszkania, gdzie zgromadził zbiory i rozległą dokumentację. Legendarna postać na całej Kołymie. Człowiek, który jako pierwszy, już w latach osiemdziesiątych głośno zaczął mówić i przypominać miejscowym, co w pierwszej połowie dwudziestego wieku się tu wydarzyło. Założył muzeum Gułagu, a w 1991r. zebrał wśród mieszkańców miasteczka pieniądze i zrealizował postawienie w niedalekiej Serpentince pomnika ofiar komunizmu. Jest jednak coś, co nas mocno zastanowiło. Jego twórca Iwan Panikarow, nigdy nie był więźniem gułagów, poznał jedynie przypadkowo jednego z nich, co zaowocowało głęboką analizą i gromadzeniem dokumentacji. To małe muzeum, dziś już ograniczone wyłącznie do jego mieszkania, jest jednym z trzech w całej Rosji (w innych, gułagom poświęcone są zaledwie małe salki). Przykre to wrażenie, kiedy patrzy się na eksponaty. Ale znacznie bardziej wstrząsające, robi rozmowa z Panikarowem. Tak, człowiek zbierający pamiątki po największej zbrodni totalitaryzmu… nie potępia jej. Tłumaczy sytuacją tamtego czasu, wybacza… i pyta nas…? „a jak miano w tak skrajnie trudnym terenie wydobywać bogactwa? To była konieczność!”… NIE!… my uważamy, że ta więzienno-obozowa martyrologia narodu, to był regularny krwawy biznes, kładący podwaliny pod nieludzkie imperium… sukcesywne zaganianie w okowy lodu milionów ludzi, najpierw urojonym zarzutem, potem partyjnym imperatywem zsyłać na katorżnicze prace w zamian za pajkę chleba (300gram) i sałamachę (zupa z pokrzyw)… a kiedy życie ludzkie jest nic nie warte, na miejsce umierających, przyjeżdżają nowi… robotnicy darmowi! Panikarow mówi… „takie były czasy”, ale to typowa i niezrozumiała dla nas postawa rosyjskiego społeczeństwa… takie słowo-klucz dla zrozumienia myślenia współczesnych Rosjan… „konieczność”. A kilka milionów ofiar wielkiego głodu, przecież nie tylko na Ukrainie (ale tam przede wszystkim)? Zapomnijmy. Przesiedlenia całych narodów? Zapomnijmy. Holocaust? Zapomnijmy. To narody ZSSR były głównie ofiarami wojny. Czeczenia? Było, minęło… zapomnijmy! Nikt nie chce wracać do „tamtych czasów”, zastanawiać się nad winą, a skoro nie rozważają zbrodni, to jak rozpatrywać karę? A co dziś?… Co jest kwintesencją dzisiejszej Rosji? 9 maja i Dzień Zwycięstwa?… jak Putin ma przywrócić dumę ze swego kraju?… można jak mantrę powtarzać w nieskończoność… jesteśmy potęgą, wygraliśmy II wojnę światową, wygramy każdą następną! W końcu każda rosyjska rodzina poniosła jakieś straty. Nie ma w tym obrazie miejsca na NKWD, są wyłącznie bestialscy faszyści. Jesteśmy potęgą!… a tylko taki kraj, może otrzymać organizację światowej imprezy jaką jest Olimpiada. Tak, tak… można dać łapówkę za jej przyznanie, można zorganizować państwowy przemysł dopingowy, można wysłać dziennikarzy do hotelowych pokoi w których nie ma drzwi. Bez znaczenia. Jesteśmy potęgą!… która wygrywa medalową klasyfikację. Można zająć Krym i zyskać popularność, jakiej nigdy wcześniej nikt w tym kraju nie miał. To nie takie trudne. Trudno jednak pojąć i jak można, obok eksponatów świadczących o rozpaczliwym losie więźniów gułagów, postawić na półkach popiersia Lenina, Stalina, Dzierżyńskiego oraz innych komunistycznych oprawców, a na ścianach powiesić plakaty z ich wizerunkami…?

Panikarow wydał kilka książek, dokumentujących tamte czasy, których pobieżna analiza zawartości, również kumuluje oprawców i więzionych… dla głębszego poznania tematu postanowiliśmy zakupić jedną z nich, w końcu przyjął nas i udostępnił zbiory, była to jakby zaplata za bilet wstępu. Rozpytujemy jeszcze o możliwości zwiedzenia jednego z gułagów – „Rudnik Pietrowski”, ale dostajemy odpowiedź, że w obecnym czasie, ze względu na pogodę, dojazd jest niemożliwy, a sami i tak tam nie trafimy. Stwierdza, że nie ma dość czasu, aby z nami tam pojechać. Żegnamy się więc i wychodzimy… z wyraźnie nieuczesanymi myślami.

Już później, dowiedzieliśmy się, że w Jagodnoje, rejonowym miasteczku (odpowiednik powiatu), w którym mieszka niespełna 4tys. mieszkańców, 10 lat temu, w nocy, ktoś obalił i zniszczył pomnik Lenina. Miejscowi komuniści znaleźli więc nowego, ale strasznie brzydkiego, z betonu. Dla poprawienia urody, pomalowali go (jak przystało na wodza rewolucji) złotą farbą, i postawili na starym miejscu. Liderem aktywu podnoszącego z bruku Włodzimierza Iljicza… był właśnie Iwan Panikarow… hm…?

Jak już wcześniej sygnalizowaliśmy, podczas przejazdu słuchamy wynurzeń Aleksandra Sołżenicyna, rosyjskiego pisarza, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1970. Autor utworów traktujących o systemie zniewolenia i terroru, ukazujących gehennę życia w łagrach (m.in. trzytomowe dzieło „Archipelag GUŁag”). Pozyskaliśmy więc nieco wiedzy na temat systemu tworzenia sowieckich łagrów. Założone zostały dekretem WCKW już w 1918r., wkrótce po rewolucji październikowej. Natomiast zalążkiem Gułagu, jako miejsca izolowania i niewolniczej pracy osób podejrzanych politycznie, był założony w 1923r. na Wyspach Sołowieckich, obóz szczególnego przeznaczenia. Wspaniałe sanktuarium prawosławia zamieniono w obóz koncentracyjny, który stał się pierwszą wyspą „Archipelagu Gułag”. Owiane złą sławą „Sołowki” (symbol niszczenia religii i tradycji, dewastacji kultury duchowej i materialnej Rosji w imię komunistycznej ideologii), aż do roku 1929, w którym proklamowano masową kolektywizację, były jedynym obozem dla więźniów politycznych, kierowanym przez OGPU (Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny, w którego skład wchodzą: służba specjalna, policja polityczna, zajmująca się wywiadem, kontrwywiadem, w tym wojskowym, bezpieczeństwem wewnętrznym, kontrolą granic). W ramach likwidacji rosyjskiej inteligencji jako „wroga klasowego dyktatury proletariatu” na „Sołowki” zwożono kwiat rosyjskiego społeczeństwa: filozofów, pisarzy, artystów, naukowców, działaczy politycznych i społecznych, arystokrację, oficerów carskich, przedsiębiorców. Obóz sołowiecki był poligonem, na którym wypracowywano metody stosowane potem w Gułagu na masową skalę. Przede wszystkim szukano sposobów na podniesienie wydajności niewolniczej pracy, począwszy od obietnic przedterminowego zwolnienia, przez ograniczanie racji żywnościowych za niewykonanie normy, a na karcerze, czy nawet rozstrzelaniu za odmowę pracy skończywszy. To tutaj Naftali Frenkiel – więzień i jednocześnie pracownik działu gospodarczego obozu, a potem wieloletni wysoki funkcjonariusz Gułagu – miał podobno powiedzieć swoją słynną maksymę: „z więźnia musimy wycisnąć wszystko w trakcie pierwszych trzech miesięcy… a później nic już nam po nim!”.

Początkowo więźniowie „Sołowek” pracowali tylko na wyspach, ale wkrótce, jak to określił Aleksander Sołżenicyn w swojej książce „Archipelag GUŁag”… łagier, niczym tkanka rakowa, zaczął dawać przerzuty na stały ląd. Otwierano filie obozu na wybrzeżu Morza Białego, na Półwyspie Kolskim. W 1930r. powstał Zarząd Główny Obozów – GUŁag i rozpoczęła się dynamiczna ekspansja systemu łagrowego. Gwałtownie też rosła liczba więźniów. Jeśli w latach dwudziestych praca przymusowa miała przede wszystkim pokryć koszty utrzymania obozów, to w następnej dekadzie więźniów zaczęto traktować jako strategiczne źródło siły roboczej, potrzebne do industrializacji kraju. OGPU, a potem NKWD i kierowany przez te służby GUŁag, stały się ważnym resortem gospodarczym państwa, zdolnym do realizacji najważniejszych przedsięwzięć przemysłowych ZSRR. Masowość procesów chłopów-kułaków i innych osób, określanych jako „pomocnicy kułaków”, jak również „szkodnicy w dziele industrializacji”: duchownych, działaczy kulturalnych, otwarcie krytycznych wobec władz inteligentów oraz działaczy partyjnych związanych z wewnątrzpartyjną opozycją, spowodował konieczność budowy potężnego systemu łagrów. Jednocześnie plany industrializacji wymagały taniej, zdyscyplinowanej siły roboczej do dyspozycji państwa. Łagry powstawały często w oddalonych, słabo zaludnionych obszarach, w których budowano ważne obiekty przemysłowe lub transportowe. Model wykorzystywania pracy niewolniczej powstał przy budowie pierwszej „wielkiej budowy komunizmu” Kanału Białomorsko-Bałtyckiego (1931-1932). Budowa ta wykazała władzom, że więźniowie stanowią najlepszy rezerwuar siły roboczej w warunkach gospodarki planowej, a policja polityczna – OGPU – najlepiej może organizować takie budowy i eksploatować pracę więźniów. OGPU mogło bowiem – dysponując prawem zsyłki, możliwością swobodnego fabrykowania zarzutów, aresztowania i skazywania na obóz potrzebnych specjalistów – regulować dopływ siły roboczej. Od 1934 zbrodniczy proceder przejęło NKWD, zajmujące się wcześniej sprawami administracyjno-porządkowymi. Po wchłonięciu w jego struktury OGPU i mianowania Gienricha Jagody jego szefem, było jednym z elementów przygotowań Stalina do „Wielkiej Czystki” lat 1936–1939.

W styczniu 1935r. system obejmował milion więźniów, w 1938r. przekroczył 2mln, a najwyższą liczebność osiągnął w 1950r., 2,6mln. W swej monumentalnej pracy, doskonale ujął całą tę kwestię Aleksander Sołżenicyn, który również był jednym z wielu skazanych, na mocy osławionego artykułu 58, p. 10 (antyradziecka agitacja) i 11 (próba utworzenia organizacji antyradzieckiej), ówczesnego radzieckiego kodeksu karnego. Jako ówczesny żołnierz sowieckiej armii, za krytykę prowadzonej przez Stalina strategii wojennej, został skazany na 8 lat wychowawczego obozu pracy. W kolejnych łagrach przebywał aż do 1953r., po czym został skierowany na „wieczne osiedlenie” (zesłanie) do wioski Kok-Terek w Obwodzie Żambylskim w Kazachstanie. Aleksander Sołżenicyn szacował, że od początku rewolucji do 1956r. w obozach uśmiercono ponad 60 milionów obywateli ZSRR. Ta szokująca liczba jest kwestionowana przez większość historyków. Dodajmy jednak, że więźniami Gułagu nie byli tylko obywatele ZSRR, ale też, między innymi, miliony niemieckich jeńców wojennych, czy dziesiątki tysięcy Polaków. Był to najbardziej przerażający system wyzysku i eksterminacji, porównywalny chyba tylko z obłędem Holokaustu. W szczytowym okresie w łagrach przebywało nawet kilkanaście milionów więźniów, około pięciu procent całej populacji Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Próbując oszacować liczbę ofiar Gułagu, należy pamiętać także o tych, którzy zginęli podczas transportu do łagrów, oraz tych, którzy zmarli po jego opuszczeniu w wyniku kompletnego wycieńczenia organizmu. Na konto Stalina, zalicza się również wielką ilość ofiar II wojny światowej po stronie ZSRR (zarówno wojskowe jak i cywilne). Zbrodniczy Pakt Ribbentrop-Mołotow doprowadził do jej wybuchu, co spowodowało, że przez prawie dwa kolejne lata… Stalin był wiernym sojusznikiem Hitlera, umożliwiając mu dalsze podboje. Samemu zaś zagarniając wschodnią Polskę, część Finlandii, państwa bałtyckie i rumuńską Besarabię skazał mieszkającą tam ludnośc na tragiczny los. Koszmarnie wysokie straty radzieckie podczas wojny (wielokrotnie wyższe niż niemieckie), spowodowała przede wszystkim pogarda sowieckich decydentów dla ludzkiego życia. Stąd często przytacza się złotą myśl Stalina… „śmierć jednego człowieka to tragedia… śmierć milionów ludzi to statystyka”.

Po pobieżnie nakreślonym systemie tworzenia się łagrów w sowieckiej Rosji, możemy pokrótce przedstawić historię powstania kołymskich Gułagów. Gdy odkryto w tych niezagospodarowanych obszarach bogatych zasobów naturalnych: węgla, platyny, złota (w żyłach i piaskach złotonośnych), rudy cyny i ołowiu, molibdenu, należało znaleźć metodę ich najłatwiejszego pozyskania dla bolszewickiego państwa. To był właśnie ten czas, kiedy wszystko się zaczęło. W 1931r. Eduard Berzin na rozkaz Stalina, zaczął organizować przedsiębiorstwo górnicze „Dalstroj”, podległe później pod NKWD. W lutym następnego roku przybyli pierwsi więźniowie, którzy zakładali obozy tworzone pod działalność „Dalstroju”. W pierwszych latach funkcjonowania obozów śmiertelność wynosiła ok. 80%. Więźniowie obozów byli zatrudnieni głównie w górnictwie, eksploatacji lasów i budowie miejscowej infrastruktury. W latach trzydziestych XXw. ich katorżniczą pracą, wybudowali tutejsze kopalnie, miasto Magadan, doki i kanały portowe oraz „Trakt Kołymski”, najważniejszą w tym rejonie drogę, prowadzącą z miasta na północ i dalej w stronę Jakucka. Wzdłuż niej więc, rozlokowano większość kołymskich łagrów. Obozy były znane z wysokiej śmiertelności spowodowanej surowym klimatem, katorżniczą pracą i z powodu złych warunków bytowych. Trzeba zdawać sobie sprawę, że poza ciężką pracą, klimat Kołymy nie rozpieszczał, w zimie temperatury spadają tutaj zwykle poniżej minus 45ºC, a pracę przerywano dopiero przy –54 °C. Kierowani tam byli więźniowie „szczególnie niebezpieczni” dla władzy radzieckiej. Liczba więźniów stale rosła, szczególnie w drugiej połowie lat 40-tych, kiedy zaczęto wydobywać tam również rudę uranu. „Pojemność” obozów kołymskich w 1953r. wynosiła 200tys. więźniów, a całego „Dalstroju” ok. 2–3mln. W obozach więźniowie polityczni i kryminalni byli przetrzymywani razem, przy czym kryminalni nie pracowali, ich normę wydobycia musieli wykonać „zekowie” (zakluczenyj) polityczni. A kobiety, więźniarki na Kołymie? Przecież tam było ich wyjątkowo mało. Tam przecież były na wagę złota, tam były dopiero „rozrywane”. Tam… to już nie daj Boże, żeby na trasie natknęła się na konwojenta, na wolnego, albo na „zeka”. To tu, na Kołymie zrodził się termin „tramwaj”, oznaczający zbiorowy gwałt. Ale, aby znaleźć się w tym przeklętym miejscu, najpierw trzeba było do niego dotrzeć. Do łagrów Kołymy, więźniowie musieli najpierw przebyć pociągiem całą niemal długość Związku Sowieckiego, aż do Władywostoku. Podróż trwała niekiedy nawet trzy miesiące. Resztę drogi pokonywali statkami, płynąc na północ wzdłuż brzegów Japonii, przez Morze Ochockie, aż do Magadanu, portu u ujścia rzeki Kołymy.

Po śmierci Stalina, już za czasów Chruszczowa, rozpoczęła się stopniowa likwidacja obozów. Ostatecznie zamknięto w 1957r. Liczba ofiar śmiertelnych w okresie działania obozów na Kołymie w latach 1937–1953 szacowana jest na 2 do 4 mln więźniów. W 1956 na XX zjeździe KPZR Chruszczow wystąpił z referatem „O kulcie jednostki i jego następstwach”, w której ujawnił część prawdy o krwawych aspektach rządów Stalina. Referat, początkowo tajny, wywołał szok, zapoczątkowując dyskusję na temat przyczyn stalinizmu. Zjazd stanowił kulminację nowej polityki Chruszczowa, określanej jako „odwilż”, na którą składała się masowa rehabilitacja ofiar terroru oraz liberalizacja polityki kulturalnej i społecznej. Trwało to jednak bardzo krótko i choć system łagrów, nie powrócił już nigdy w poprzedniej formie, to reżim wspierany przez NKWD trwał i to twardo, aż do czasów Gorbaczowa.

Okrutna i smutna historia. Tymczasem wracamy do prozy życia i podstawowych potrzeb człowieka… szukamy stołówki, aby się posilić i oczywiście po drodze kogo znów spotykamy?… złote popiersie nieśmiertelnego Lenina, złowrogo wbijającego wzrok w otoczenie, tego którego losy poznaliśmy nieco wcześniej. Stołówka okazała się być strzałem w dziesiątkę, a gorące pierożki w szerokim asortymencie, smakowały wybornie.

Mocno zasiedzieliśmy się w tej miejscowości i w długiej, tragicznej historii tego regionu. Czas wyruszyć w dalszą drogę. Jedziemy następne 80km do miejscowości Debin nad rzeką Kołyma. Ponieważ droga jest w fatalnym stanie, przed miejscowością czekamy na naszych kompanów podróży. Oczekiwanie się nieco przedłuża, ale w końcu dojechali. Adam stwierdza, że coś mocno huknęło w podwoziu i chyba tylne zawieszenie dobija do odbojów. Sprawdzam, wszystko w tyle jest ok! Przechodzę do przodu, a tu przednie lewe koło w toyocie Adama całkowicie „siedzi”, awaria przedniego amortyzatora, złamany trzpień, tuż przy tulei metalowo-gumowej (silent bloku). Dalsza jazda z taką usterką jest niemożliwa, musimy ponownie zespolić oba elementy. Szybki wywiad, ponoć jest w tej małej mieścinie warsztat, który podlega firmie wydobywającej złoto w tym rejonie. Po dotarciu na miejsce okazało się, że jest szansa usunięcia tej awarii. Ustalam ze spawaczem technologię naprawy i szybko przystępujemy do działania. Auto wędruje na siermiężny, podjazdowy kanał, będący wcześniej jednym wielkim śmietnikiem. Rozbieramy to co trzeba, prymitywne spawanie, zmontowanie zawieszenia do „kupy” i po dwóch godzinach awaria zostaje usunięta. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie deszcz, zimno i komary. Po zakończonej naprawie uczynny szef i pracownicy, zapraszają nas na stołówkowy obiad.

Odjeżdżamy jeszcze 20km od miasteczka i na przydrożnym żwirowisku, rozbijamy dzisiejsze obozowisko. To był niezmiernie wyczerpujący dzień. Do Magadanu pozostało 450km.

19-08-02-map

03.08.2019 sobota

Debin nad rzeką Kołyma > Spornoye > Orotukan > Atka > Makit > Gułag „Rudnik Dnieprowski” > Karamken > Sokol – nocleg za miastem na żwirowisku – 410km

Pogoda fatalna, chmury snują się po ziemi. Ruszamy w dalszą drogę, z nadzieją iż dzisiaj dotrzemy do Magadanu. Jedziemy pośród nienaruszonych krajobrazów Gór Czerskiego, jak już wcześniej wspominaliśmy, nazwanych ku czci polskiego zesłańca, geologa i badacza Syberii. Ostatni odcinek trasy prowadzi na południe. Dzisiejszy stan drogi przypomina błotnisty trakt, gdzie mazista masa rozlała się kilkunastocentymetrową warstwą na całej powierzchni. Na trasie zaglądamy do kolejnych przysiółków. Ich widok napawa przygnębieniem, to obrazy jak z horroru lub po przejściu jakiegoś kataklizmu. Nieprawdopodobne jest to, że w tych zgliszczach nadal mieszkają ludzie. Małe miejscowości Spornoye i Orotukan, przedstawiają właśnie taki wizerunek. Widzimy i takie postsowieckie bloki, gdzie połowa to ruina i zgliszcza, a druga część jest jeszcze nadal zamieszkała. Gdzieś palą się pojedyncze światełka, jest cerkiewka, dwa sklepy, dom kultury i pomnik kobiety, komsomołki… mnóstwo ideologii… W Jagodnoje Iwan Panikarow wspominał nam o niej… kiedyś sami ją zamordowali, a teraz piszą o jej zasługach. Rzecz jasna, nawet w tych umierających miejscowościach, nie zapomniano o komunistycznych pomnikach i rocznicy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Infrastruktura miejska pamiętająca czasy komuny, nigdy nieodnawiana i remontowana, wygląda jak po katastrofie, trudno doszukać się jakiegoś pozytywu. Zastanawiamy się jak w ogóle w takich warunkach mogą egzystować ludzie? Dzisiejsza aura, dodatkowo potęguje ten posępny i surowy obraz ludzkiego trwania.

Przejeżdżamy przez następne miejscowości, Atka, Makit i zbliżamy się do miejsca, gdzie wg wczorajszej informacji udzielonej w Jagodnoje przez Iwana Panikarowa (muzeum „Pamięć Kołymy”), ma odbijać droga w kierunku gułagu „Rudnik Dnieprowski”. Przy drodze dostrzegamy kilka ledwo trzymających się kupy baraków, wyszło z nich kilka osób, istnieje więc szansa zaciągnąć języka, jak i gdzie brnąć na tym wielkim odludziu, by zlokalizować gułag. Mamy szczęście, kilku myśliwych przyjechało tu z Magadanu na polowanie, doskonale znają teren i są chętni pilotować nas do łagru. Byli tam już kilka razy, pokażą nam interesujące nas miejsca. Ruszamy już razem dalej w kierunku Magadanu, aby 8km za Makit, zboczyć z głównej drogi w prawo i kontynuować jazdę następne 17km do gułagu „Rudnik Dnieprowski”. Droga prowadzi wzdłuż rzeczki Dnieprowski, jednego z dopływów rzeki Neregi. Droga to nazbyt wielkie słowo, dzisiaj jest to trakt wodny biegnący przez tajgę. Jedziemy niczym „rollercoasterem”, raz w dół, w wodę do połowy drzwi, raz wierzchołkami ścieżki wystającymi ponad powierzchnię. Nigdy nie odważylibyśmy się wjechać w taką „drogę” bez eskorty znającego teren przewodnika. Jadąc za jego samochodem tymi „jeziorkami”, przynajmniej jedno jest jasne… dno dołów wypełnionych wodą jest stabilne i twarde. Całości uciążliwych okoliczności, dodaje rzęsiście padający deszcz. Potwierdzają się słowa Panikarowa: „w taką pogodę i bez przewodnika tam nie dojedziecie”. Po pół godzinie walki z terenem, wodą, błotem, przemierzając rzeczne rozlewiska, docieramy na miejsce. Odnotowaliśmy stratę, jakaś spora „decha” zanurzona w jednej z głębokich kałuż, urwała dwie przednie śruby osłony skrzyni biegów. Blacha wykrzywiła się do spodu i zaczęła nabierać wodę oraz żwir z drogi, niczym łyżka koparki. Nie było innego wyjścia, pogiętą, po odkręceniu pozostawiliśmy na Kołymie.

Teren obozu i kopalni „Rudnika Dnieprowskiego”, to najlepiej dokumentujący i zachowany obraz stalinowskiego gułagu na Kołymie. Jego nazwa pochodzi od potoku Dnieprowskiego, a na terenie obozu znajdowała się kopalnia wydobycia ołowiu GUSDS. Złoże zostało odkryte na początku lat 40. XX wieku, przez geologów z „Dalstroju”. Łagier i kopalnia rozpoczęła pracę w 1942r. Kiedy w 1945 r. ołów był mniej ważny dla państwa niż złoto, kopalnia została zamknięta. W 1949r. obóz i kopalnia zostały ponownie otwarte, a w dolinie działało osiem urządzeń wypłukujących. Przez wszystkie lata działalności „Rudnika Dnieprowskiego”, głównymi narzędziami były kilof, łopata, łom i taczka. Rudę zwożono w taczkach, a dzienna norma dla jednego skazańca wynosiła 80 taczek. Praca trwała przez cały rok. Główną siłą roboczą kopalni, byli więźniowie skazani na podstawie artykułów ówczesnego radzieckiego kodeksu karnego, w większości na mocy osławionego artykułu 58, antyradziecka agitacja, działalność polityczno-szpiegowska i szkodnictwo. Kopalnia i zakład przetwórstwa Dnieprowskiego podlegały pod „Berlag” (Obóz Specjalny nr 5) Dyrekcji Obozów Pracy Przymusowej „Dalstroj”. Obóz został zamknięty i zlikwidowany w 1955r.

Obecnie istnieją jedynie pozostałości, ruiny po zabudowaniach przemysłowych i mieszkalnych. W strefach roboczych i obozowych, zachowała się część fabryki kruszenia z dużymi wysypiskami rudy. Na jednej z takich pryzm, został umieszczony krzyż z tablicą poświęconą umęczonym, którą ufundowali nasi rodacy zamieszkali w USA. Na samym szczycie obszaru roboczego, na wysokości ponad 100 metrów, znajduje się kilka dołów po wydobytej rudzie, wyraźnie charakteryzujących ciężką pracę związaną z wydobyciem. Można również zobaczyć wieże obozowe, świadczące o istniejącej ochronie kopalni Dnieprowsk, która była otoczona rzędami drutu kolczastego wzdłuż otaczających ją szczytów górskich. Jest to najlepiej zachowany gułag z czasów bezwzględnej dominacji Stalina i największego „rozkwitu” kołymskich łagrów.

Zwiedzanie łagru zawdzięczamy pomocy Aleksandra, który jako „pierewodczik”, doprowadził nas na miejsce i obwiózł po wszystkich szczegółach obozu. tel: 8 914 8691051.

Po objechaniu i obejściu gułagu, wracamy do głównej trasy i kontynuujemy jazdę w stronę Magadanu. Kolejny kamień wystrzelony spod koła przejeżdżającej ciężarówki, dopełnia całości dzisiejszych strat i mamy szybę przednią pękniętą już w dwóch miejscach. Przed miejscowością Karamken po prawie 2tys. km jazdy„grawiejką”, ponownie wjeżdżamy na asfalt. Auta są tak ubłocone, że nie sposób się do nich zbliżyć. Przy pierwszym strumyku, poddajemy je pobieżnemu myciu. Teraz przynajmniej można było otworzyć drzwi klamką i się nie upaprać…

Ponieważ dzisiaj sobota, a auta zdajemy do portu dopiero w poniedziałek, nie zależy nam, aby już dzisiaj znaleźć się w centrum Magadanu. Postanawiamy ostatni raz rozbić obozowisko, gdzieś przed miastem, a jurto spokojnie poszukać wygodnego zakwaterowania na kolejne dni. Takowe miejsce znajdujemy na rogatkach miejscowości Sokol, tuż obok magadańskiego lotniska. Nie obyło się bez sympatycznego spotkania z mieszkańcami miasta, lotnikami, świętującymi od trzech dni lotnicze święto. Natomiast dla nas to „zielona noc”, ostatni dzień włóczęgi trwającej już 51 dni. Wypada więc, tuż przed wjazdem do Magadanu, wznieść stosowny toast. Wreszcie!… i pomimo tak wielu przygód na trasie liczącej prawie 20tys. km, bezpiecznie dotarliśmy do celu naszej podróży.

19-08-03-magadan-2019-trasa

04.08.2019 niedziela

Sokol > Magadan – zwiedzanie miasta – zakwaterowanie w „Gostinica Magadan”- 50km

Szybko zbijamy nasze obozowisko i równie szybko docieramy do Magadanu. Na wjeździe do miasta obowiązkowo wykonujemy sesję zdjęciową, pierwszy raz przy znaku miejscowości, a drugi przy reprezentacyjnym miejscu, jakby stworzonym dla turystów przybywających do tego miasta. stolicy rejonu, osiem razy większego od Polski. Dojechaliśmy na przedmieścia i ostatnie wzniesienie przed centrum. Roztacza się stąd ładna panorama na miasto. Od razu widać, że to nie Jakuck, a taki mały Nowosybirsk, miasto zbudowane na pieniądzach z eksploatacji bogatych złóż w tajdze. Takie trochę bez duszy, ale czyste, zadbane, świecące po oczach noworuskim blichtrem. W roku 1928 na miejscu obecnego miasta, została założona pierwsza osada o nazwie Nagajewo. Intensywna rozbudowa rozpoczęła się jednak dopiero w 1933r. w wyniku decyzji Stalina i sygnowania przez niego do tego celu Edwarda Berzina, założyciela „Dalstroju”, organizacji która została powołana, by zająć się eksploatacją zasobów mineralnych Kołymy (wczoraj zwiedzaliśmy jeden z gułagów – „Rudnik Dnieprowski”, wchodzący w skład tego projektu). Początkowo wydobywano głównie złoto (1940r. – 80 ton), a w czasie wojny również ołów, zakładając planowo, że głównie użyje się więźniów jako siły roboczej. Ekstensywna polityka wydobywcza stała się główną siłą napędową rozwoju miasta, które od 1939r. nosi już nazwę Magadan, czyniąc z niego centrum tranzytowe zarówno więźniów, jak i transportu w głąb ZSSR minerałów, wywożonych z tego rejonu. Pierwszy szef „Dalstroju” Edward Piotrowicz Bierzin, nie mógł bez bitych dróg zabrać się za wydobycie złota na terytorium 3mln km², ledwie omotanego siecią konnych i reniferowych ścieżek. Pierwszy trakt zbudował w latach 30-tych z Magadanu nad Morzem Ochockim, do Ust-Nery nad Indygirką. Jako wierny działacz systemowy, mocno przyczynił się, że tworzący się trakt zwano mroczną „Drogą na Kościach”, gdyż tyle ofiar pochłonęła jej budowa. Tak szybko umierali, tak szybko przychodzili nowi. Na plecach „zeków” dźwigali szyny kolejki wąskotorowej, której wagonikami rozwożono wydłubany z bagien budulec. Jezioro powstało w miejscu, gdzie palili ogromne ogniska, by rozmrozić wieczną zmarzlinę… tak tylko można było wydrzeć jej kamienie i żwir. Ładowali to na taczki i do wagoników. Jeden wagonik pchało 8 ludzi. Najpierw przez bagna do drogi, potem wzdłuż jej nasypu. Najwięcej trupów było zimą, ale chowali ich dopiero wiosną. Zmarli czekali ułożeni na pryzmie, aż ziemia rozmarznie na dwa sztychy szpadla… Następnego traktu już nie zdążył wybudować, gdyż rozstrzelało go NKWD, spełnił swą pierwszą misję i wg Stalina należało się go już pozbyć… sfingowane dowody, farsa sądowa i wykonany wyrok… sprawa załatwiona. Kolejna „strojka” ruszyła w początkach lat 40-tych, od leżących na magadańskiej trasie łagrów w Kadykczanie, do Chandygi nad Ałdanem i dalej na Jakuck. Jadąc tą trasą, faktem koniecznym jest wspomnieć o tych historycznych dziejach, ponieważ jest i polski epizod, po napaści sowieckiej Rosji na Polskę 17 września 1939r., na przełomie 1940 i 1941 roku transporty przywiozły do Magadanu około 12tys. Polaków, w większości jeńców wojennych i urzędników państwowych oraz ich rodzin. Z nich zaledwie 583 osoby zostały uwolnione w roku 1942, w ramach akcji rekrutacyjnej do tworzącego się na terenie ZSSR II Korpusu generała Andersa.

Zanim dotarliśmy do centrum, podjeżdżamy na wzgórze, znajdujące się nieopodal wjazdu „Traktem Kołymskim” od strony północnej do miasta. To tutaj, dominując nad miastem, został ulokowany symboliczny monument „Maska Boleści”, pomnik upamiętniający ofiary represji stalinowskich i więźniów gułagów znajdujących się na Kołymie. Pomnik został odsłonięty 12 czerwca 1996r. i powstał przy udziale władz rosyjskich i wkładzie finansowym pochodzącym z rosyjskich miast m.in. z: Moskwy, Sankt Petersburga, Samary i Nowosybirska. Został zaprojektowany przez słynnego rosyjskiego rzeźbiarza Ernsta Nieizwiestnego, którego rodzice padli ofiarą czystek stalinowskich w latach 30-tych XX wieku. Centralny pomnik składa się z 15-metrowej rzeźby stylizowanej na kształt twarzy (maska). Z jego lewego oka widać łzy w postaci małych masek, natomiast prawe oko, jest przedstawione w postaci okna z kratownicą, do którego jest drabina, wszak za kratką, wewnątrz pomnika znajduje się kopia komory więziennej do której można wejść po stromych schodach, niestety dzisiaj była zamknięta. W tylnej części pomnika znajduje się mała figura płaczącej kobiety oraz postać mężczyzny bez głowy na krzyżu, symbolizujące wymownie okrucieństwo i cierpienie. Na stromym zboczu, u podnóża pomnika, ustawiono duże kamienne bloki, w których wydrążono nazwy kolejnych kołymskich łagrów. Pomnik powstawał w czasach prezydentury Jelcyna, a we wrześniu 2008r. Dmitrij Miedwiediew złożył tu kwiaty, w czasie swojej podróży po Obwodzie Magadańskim.

Obchodzimy rozległy teren, mając jak na dłoni całą panoramę miasta. Niestety pejzaż przytłumiony jest mgłą i chmurami. No cóż, Magadan to nie Karaiby i znajdujemy się w subarktycznym klimacie. W styczniu temperatura spada do -40 °C, natomiast w lipcu notuje się temperatury od 12 do 16 °C i właśnie dzisiaj jest mżyście, a temperatura oscyluje w granicach tej najwyższej zakładanej.

Opuszczamy górujące nad Magadanem wzgórze i jedziemy do centrum. W zamyśle trzeba nam załatwić nocleg na kilka kolejnych dni. W GPS-ie znajdujemy hasło „Hotel Magadan”, więc jedziemy. Ulokowany jest w samym centrum miasta, sprawdzamy cenę 6900rubli, to ok.100USD za pok.2os. Jesteśmy świadomi, że ceny przyzwoitego pokoju w Magadanie oscylują na tym właśnie poziomie, więc akceptujemy i kwaterujemy się w tym obiekcie. Skoro cała nasza wyprawa, poświęcona była w tytule Magadanowi, to symbolicznie kończąc tę podróż, nawet wypada mieszkać w hotelu o tejże nazwie.

Wiedząc, że dziś niedziela, jakoś tak bez entuzjazmu dzwonię do Aleksandra, pracownika „Отправка автомобилей Гранд-Сервис” (odprawa samochodów Grand-Serwis) www.gs25.ru , który jutro ma się zająć naszymi autami. O dziwo, odbiera telefon i ustala spotkanie w godzinach porannych w naszym hotelu, aby sprawdzić dokumenty i przekazać plan dostarczenia naszych aut do portu. Mamy też informację, że możemy zamawiać bilety lotnicze już na pojutrze, bo najwyżej tyle czasu zajmą procedury zdania aut do portu.

Po zakwaterowaniu uskuteczniliśmy mały spacer po mieście. Okazało się, że firmy oferujące sprzedaż biletów lotniczych, są dzisiaj otwarte, więc przystąpiliśmy do działania i wykupiliśmy wszystkie loty z Magadanu, poprzez Kamczatkę, do Moskwy.

Pozwoliliśmy sobie jeszcze na zwiedzenie niezwykle interesującego „Regionalnego Muzeum Krajoznawczego” (wstęp 100rubli od os. plus fotoaparat 300rubli), którego ekspozycja oprócz bogatej kolekcji przyrodniczej i etnograficznej ludów Czukcza (syberyjskich autochtonów), zamieszkujących nadal Półwysep Czukocki oraz rejon Magadanu i Kołymy, przedstawia również historię kołymskich jednostek GUŁagu, „Dalstroju” i „Siewwostlagu”. Ekspozycja poświęcona rdzennym mieszkańcom tych stron, jest przygotowana z niezwykłą pieczołowitością, a stare zdjęcia z początku kolonizacji Syberii, dobrze dopełniają tło zbiorom odzieży, uzbrojenia, narzędzi jakie ludzie używali tutaj od tysięcy lat. Muzeum założono 30 marca 1934 r. Na początku były to tylko zbiory archeologiczne, ale potem rozrosło się także o ekspozycję na temat gułagów. Zebrano sporo materiału dokumentalnego i pozostałości po łagrach. Znaleźliśmy nawet wspomnienia Polki, Ireny Krajewskiej, pod tytułem „Siła nadziei”. Może uda się je odnaleźć w Polsce, by przeczytać w całości. To co było wystawione, już brzmiało zachęcająco. Historia zaczynała się od transportu statkiem z Władywostoku do Magadanu, potem obozy przejściowe i prace przymusowe… aż by się chciało czytać dalej… choć tematyka bezlitośnie przygnębiająca.

Nie zapomnieliśmy również o miejscowych kulinariach. Okazało się, że smaczny wybór dań oferuje pobliskie kafe „Magadan”. Sympatyczny właściciel, Sasza osobiście przygotowuje potrawy i sam je później podaje gościom. Wreszcie zjedliśmy wzorcową „soliankę”, której trudno było szukać w dotychczasowej podróży. Ponieważ Magadan słynie również z połowu krabów, zagadnęliśmy Saszę, czy mógłby na jutro przygotować nam dwie sztuki. Zadzwonił gdzie trzeba i stwierdził… załatwione, będą i sam je przygotuje, oczekując nas o jutro o 17.30.

19-08-03-04_map

A skoro dotarliśmy do Magadanu, wypada przedstawić ciut statystyki. Podróż trwała 52 dni, przemierzyliśmy obszar dziesięciu państw, a od wyjazdu z naszej „Chałupy na Górce”, pokonaliśmy 19.700 km.

05.08.2019 poniedziałek

Magadan – zdanie auta do wysyłki do Moskwy

Rano o 9.00 Aleksander czeka już na nas w hotelowej recepcji. Kopiuje dokumenty i po ich sprawdzeniu, ustala iż musi je skonfrontować z Urzędem Celnym i jeśli wszystko będzie poprawnie, to o 14.00 odstawimy nasze toyoty do portu. Mamy więc sporo czasu, aby poszwendać się po mieście. Rozpoczynamy od dokończenia zakupu powrotnych biletów lotniczych. Mamy problem, gdyż w określonej dacie, nie ma miejsc na loty z Moskwy do Warszawy. Po kilku akrobacjach myślowych znajdujemy rozwiązanie, zamiast do Warszawy, polecimy do Wiednia. Dla nas wszystkich mieszkających na południu Polski, to mało istotna różnica i odległość podobna.

Resztę czasu spędzamy na spacerze, przemierzając miasto główną arterią… ulicą Lenina, a kogóż by innego… aż pod maszt ogromnej anteny telewizyjnej ulokowanej na wzgórzu. Tuż obok, zlokalizowany jest mały lunapark. Z diabelskiego koła można spoglądać na rozległą panoramę miasta, od zatoki aż po góry… wszystko jak na dłoni.

W centrum ulokowano rozległy park, a w parku komicznie kiczowata rzeźba na wysokim cokole, oczywiście złocona, bo Magadan to złote miasto. Rzeźba ma symbolizować dobrego anioła świata. Magadan nie zapomina o swej nieprzyjemnej historii, stawia pomniki, również tym… których dziś nazywa się oprawcami. W 1931 Edward Berzin na rozkaz Stalina zaczął organizować przedsiębiorstwo górnicze „Dalstroj” podległe NKWD. W centrum jego uwagi było wydobycie złota, ponieważ złoto było potrzebne do opłacenia rozwoju przemysłowego w całej Rosji. Podczas gdy Berzin stosował coraz bardziej brutalne metody w obozach na Kołymie, jego taktyka nie była tak straszna, jak stosowane przez jego następców. Niemniej jednak, pod naciskiem Stalina, doprowadził swoją siłę roboczą do okrutnych poziomów trudności, które nieuchronnie doprowadziły do chorób, głodu i śmierci w jeszcze większych proporcjach. To też historia Magadanu i Kołymy. Można odnieść wrażenie, że nie do końca wiedzą jaki stosunek przyjąć do swojej niesławnej historii, albo nie wszystkim Magadańczykom zależy na pamiętaniu o tych zamęczonych w kopalniach. Domniemamy iż zwykli obywatele miasta, mają ważniejsze problemy na głowie, aniżeli rozpamiętywanie tego co przeminęło, doszukiwania się prawdy, analizowanie przeszłości, przejmowana poczucia winy za tych, którzy byli tu przed nimi i miasto zbudowali. Zdarzają się również inne postawy i tak podczas postoju na parkingu, podjechał do nas przypadkowy mieszkaniec miasta i wygłosił niezwykłe wyznanie: „przepraszam Was i wszystkich Polaków za to ile krzywd uczyniła Waszemu narodowi Rosja, ta carska i ta sowiecka”. Byliśmy wstrząśnięci taką wypowiedzią, aż ciarki przeszły po ciele, a łzy napłynęły do oczu. Rozwijając temat, ów mieszkaniec studiował historię, wnikliwie przeanalizował bieg wydarzeń i suma tych rozważań, nakazuje mu przyjąć taką postawę… dla niego to zapewne satysfakcja, że mógł się szczerze wypowiedzieć, dla nas… szok nietermiczny, gdyż po raz pierwszy spotykamy się z takim podejściem do tematu… no cóż historia polsko-rosyjska to zawiłe treści, a biorąc baczenie na zamiłowanie Rosjan do sekretów i kłamstw oraz zmasowanej ideologii z pierwszego tłoczenia… można długo w niedorzecznościach bezpiecznie trwać. Przecież nazwę Auschwitz zna cały świat

i uważa za przejaw istoty nazizmu… wcielenie czystego zła. Czy „Archipelag Gułag” z takimi „wyspami” jak „Sołowki”, Kołyma, Workuta, na których przebywały miliony więźniów, a umierały setki tysięcy i to przez wiele, wiele lat… doczeka się jeśli nie równorzędnego, to przynajmniej ważnego miejsca w pamięci Europy i świata? W pamięci samej Rosji? „Archipelagu Gułag” nikt

nigdy nie wyzwolił… nie ma daty do uczczenia, nie ma jednoznacznego i przez wszystkich akceptowanego stanowiska wobec zbrodni komunistycznych. Ciągle jeszcze podnoszą się głosy oburzenia, gdy stawia się obok siebie nazizm i stalinizm. A przecież w tym samym czasie, gdy żołnierze Armii Czerwonej na wschodzie, a wojska brytyjskie i amerykańskie na zachodzie, rozbijały bramy z napisami „Arbeit macht frei”, w głąb ZSRR sunęły pociągi pełne Ukraińców,

Litwinów, Polaków, Niemców, czy obywateli radzieckich (w tym dopiero co uwolnionych jeńców i robotników przymusowych), na których już czekały setki obozów od Archangielska po Magadan.

No cóż, na koniec posłużmy się zasłyszanym cytatem… „Nie chcieliśmy nic wiedzieć o Gułagu, nie chcieliśmy go widzieć… Krzyczeliśmy na wiecach, żądaliśmy ich śmierci… to my stworzyliśmy ten system, my, obywatele tego kraju”…

Ale wróćmy do Magadanu… Przybyszom miasto kojarzące się głównie z łagrami, złotem, zimnem i śmiercią, mimo wszystko nie zapominając o swojej mrocznej przeszłości, jego mieszkańcy optymistycznie patrzą w przyszłość. Dziś to liczące około sto tysięcy mieszkańców miasto, mimo uciążliwego klimatu, rozwija się z powodzeniem. Cała Kołyma leży na złożach cennych surowców mineralnych, ale najważniejsze jest złoto, które odkryte przez ekspedycję Bilibina w 1928r., z powodzeniem wydobywane jest po dziś dzień. Kopać je można wszędzie i to płytko, nawet przy użyciu łopat. Współczesny Magadan, żyje swoim rytmem wyznaczanym przez przyrodę i ludzi. Wielu znajduje tu zatrudnienie w górnictwie, przetwórstwie, rybołówstwie i w budżetówce. Najbliższym większym miastem, do którego można dotrzeć drogą lądową, jest Jakuck – ponad 2 tys. km. Innym jest Pietropawłowsk na Kamczatce – 2,5 godz. lotu, na które to bilety wykupione są na kilka miesięcy do przodu, tak więc musimy lecieć tam przez Chabarowsk. Kolei do Magadanu nie udało się doprowadzić. Na przeszkodzie stanęła natura.

O 14.00 jesteśmy ponownie w hotelu i czekamy na Aleksandra. Przybywa punktualnie, wszystkie dokumenty są w jak najlepszym porządku, możemy jechać do magazynu portowego, gdzie pozostawimy samochody. Realizacja zadania przebiega sprawnie. Jeszcze tylko sprawdzenie wysokości, czy aby zmieszczą się do kontenera i auta zostają na placu. Przekazujemy kluczyki, załadunkiem zajmą się już sami w odpowiednim czasie. Auta, po załadowaniu do kontenera najpierw popłyną statkiem do Władywostoku, gdzie następnie kontener zostanie przeładowany na wagon kolejowy i dalej trasą „Kolei Transsyberyjskiej”, dotrą do Moskwy. Przewidywany czas to 45÷50dni, cena 155tys.rubli od auta. Dokumenty i wszelkie informacje co do daty dotarcia samochodów do Moskwy, zostaną nam przekazane e-mailem przez Евгений Желонкинa, z moskiewskiego biura (Отправка автомобилей Гранд-Сервис www.gs25.ru , e-mail: gs.vl@mail.ru , tеl: 8 (423) 265-69-35). Adres w Magadanie: Магаданский Морской Торговый Порт – Tel. Aleksander: 8-914-032-4749, Eliena: 8-914-032-4697.

Po dwóch godzinach jesteśmy z powrotem, Aleksander odwiózł nas do hotelu. Teraz już wolni od problemów związanych z wysyłką aut, możemy pomyśleć o przyjemnościach, które na nas czekają dzisiejszego dnia. Oczywiście myślimy o zamówionych wczoraj krabach u Saszy, w jego lokalu kafe „Magadan”. Punktualnie o wyznaczonej porze, meldujemy się w lokalu. Sasza z miejsca prowadzi nas do kuchni, gdzie ogromne kraby, dochodzą jeszcze w piekarniku. O uczcie trudno mówić, tym bardziej pisać, każdy z okazów miał po 1,5kg i przypadał na parę. Pierwszy raz wszyscy jedliśmy takie okazy, a Sasza zdradzał tajniki rozbierania i łamania skorup, tak aby dostać się do wszystkich jadalnych cząsteczek. Smak wyborny, spotęgowany dwoma rodzajami dipów, które również przygotował dla nas gospodarz. Cóż więcej napisać… to była uczta… W końcu mamy co świętować, przemierzyliśmy obszar największego kontynentu kuli ziemskiej – Eurazji… szmat drogi, więc taka nagroda warta w przeliczeniu 300zł od pary… po prostu nam się należy!… oj… ależ cyniczną powiało polityką;-)

06.08.2019 wtorek

Magadan – dzień wylotu na Kamczatkę

Rano, w rzęsistym deszczu, jeszcze jeden mały rekonesans po mieście. Ze względu na opady, jedziemy taksówką w pobliże portu. Miasto usytuowane jest pomiędzy zatokami Nagajewa i Gertnera. Pierwsza z nich zwana jest również „Wrotami Kołymy” z uwagi na lokalizację portu. W latach funkcjonowania łagrów przez te „wrota” wpływały statki z tysiącami więźniów. Do dziś zachowały się dwa stare pomosty. Docieramy do rekreacyjnej części nadmorskiego nabrzeża, gdzie ulokowano pomnik Włodzimierza Wysockiego. Niegdyś, zaledwie przez trzy dni, przebywał w tym mieście. „Moj drug ujechał w Magadan…”, śpiewał przed wielu laty o wielbicielu wolności w zniewolonej „stranie mira”. Bohater tej pieśni, już wtedy dostrzegał tam nie tylko łagry i śmierć. Utwór ten doceniają i rozumieją najbardziej ci, którzy dziś do Magadanu, zsyłają się sami jako turyści, aby poznawać ten niepowtarzalny zakątek świata.

W niedalekiej odległości od pomnika Wysockiego, mieszczą się kolejne atrakcje miasta, stalowy mamut i kamienna orka. Mamuta pospawał lokalny artysta z kawałków metalu, śrub i starych części samochodowych. Wzorował się na postaci z kreskówki „Epoka lodowcowa”, nie jest zabezpieczony od czynników atmosferycznych, ma bowiem starzeć się razem z Magadanem i symbolizować upływający czas.

Niestety, dzisiejsza aura stanowczo komplikuje zwiedzanie i w strugach deszczu, powracamy do naszej hotelowej bazy. Pani recepcjonista potwierdza surowość tutejszego klimatu, w tegoroczne lato tylko dwa dni gościła słoneczna pogoda, której nam nie było dane uświadczyć, cały czas z małymi przerwami leje.

O 13.00 zamówioną taksówką wyruszamy na lotnisko, oddalone od miasta o 50km. O 16.20 miał się odbyć lot z Magadanu do Chabrowska (2.30h). Niestety z powodu niskiego poziomu chmur i ulewnego deszczu, odwołano wszystkie loty z i do Magadanu… no cóż takie miejsce, taki klimat. Zostaliśmy nakarmieni i odstawieni do pobliskiego hotelu w miejscowości Sokoł, pozostało tylko czekać na wieści co do jutrzejszego wylotu.

07.08.2019 środa

O 8.00 otrzymujemy wiadomość, że około południa, ma się odbyć przełożony lot do Chabarowska. Szybko opuszczamy tymczasowe lokum i odwożą nas busem na lotnisko. Dokładnie o 12.00 lecimy z Magadanu do Chabrowska (2.30h). Szczęśliwym trafem, lecimy linią lotniczą „Aurora”, będącą satelitą „Aerofłotu”, co powoduje, że następne bilety na Kamczatkę, zostały przebukowane o jeden dzień do przodu, bez żadnych dodatkowych kosztów. Uwzględniając przesunięcia czasowe, już wczesnym popołudniem lądujemy w Chabarowsku. Do następnego lotu (2.40 w nocy), mamy na tyle dużo czasu, że możemy spokojnie zwiedzić stolicę Kraju Chabarowskiego. Bagaż pozostawiamy w płatnej przechowalni, a sami jedziemy do centrum trolejbusem. Trafiamy na niestandardową jednostkę, wręcz „wesoły trolejbus”, gdzie kierowcą jest starsza kobieta, a w drzwiach wita nas nadzwyczajnie wesoły konduktor i zaprasza do środka. Sprzedając bilety, śpiewa i lekko podryguje, a pomiędzy przystankami prezentuje specyficzny radosny koncert, w rytm melodii, które płyną z głośnika zamontowanego na jednej z poręczy, a podpiętego kablem do telefonu przywiązanego gumką do metalowej rurki. Podróżni wesoło reagują na tak spontaniczne zachowanie konduktora. Ponieważ jedziemy z lotniska aż do centrum, na tak długiej trasie, mamy możliwość obserwować zachowania pasażerów. Szczególnie dotyczy to młodzieży, która bez dąsów, błyskawicznie ustępuje miejsca starszym. Widząc nasz ogólny entuzjazm, pasażerowie zaczęli rozpytywać skąd jesteśmy, z jakiego miejsca przyjechaliśmy i dokąd zmierzamy… po wyjaśnieniu, najczęstszym określeniem jest słowo „maładcy”. Zaistniały też polityczne wstawki, starsza, elegancka pani stwierdza… „wy, Polacy teraz jesteście w NATO i UE… to wy już nie Słowianie, a do tego niewdzięcznicy!”. Jak widać propaganda dobrze prowadzona, nadal robi spustoszenie w umysłach, podobnie jak za komuny. Nie ma co daleko się rozglądać, wystarczy reżimowa, propagandowa TVP1, w której żyje druga rzeczywistość naszego kraju. Najgorsze, że wielu przyjmuje przekaz (czytaj sieczkę) w całej rozciągłości… bez zastanowienia i własnej weryfikacji, wstępują w krąg tysiąca złudzeń… a to wróży labirynty niepewności na przyszłość.

Kończy się trolejbusowy przejazd, powracamy do spraw miasta, byliśmy tu już wielokrotnie, ja pierwszy raz na motocyklu w 2005r. Prawie 600-tys. Chabarowsk, położony nad rzeką Amur, tuż przy granicy z Chinami, przeobraża się pozytywnie z każdą naszą kolejną bytnością. Rozwój ten postępuje odkąd dotarła tu linia „Kolei Transsyberyjskiej”. Miasto stało się największym ośrodkiem przemysłowym Rosji na Dalekim Wschodzie, skupiające przemysł ciężki i lekki. Na mapie linii transsyberyjskiej Chabarowsk figuruje od 1905r. i leży na jej 8492 kilometrze. Wraz z budową linii kolejowej, w mieście powstał olbrzymi, majestatyczny dworzec, który po niedawnym remoncie znów lśni nowością i jest chlubą miasta. Co drugi dzień odjeżdża stąd pociąg „Rossija” z Moskwy do Władywostoku. Podróż do stolicy zajmuje 134 godziny, a do Władywostoku jedynie 12.

Zwiedzanie miasta rozpoczynamy od placu „Płoszczad Lenina”, gdzie zgodnie z nazwą, na pomniku figuruje zadowolony z siebie Wołodia. Na przeciwległym krańcu, ulokowano punkt zerowego kilometra federalnej trasy do Moskwy. Co ciekawe, na jednym z czterech dodatkowych ozdobnych drogowskazów, umieszczono również odległość do Warszawy – 9583km. Następnie przechodzimy reprezentacyjną ulicą Muravyeva-Amurskogo, aż do rzeki Amur. Docieramy do ścisłego, starego centrum. Przyjemne miejsce, usytuowane na nadamurskiej skarpie.

Spacerujemy po mieście, które sprawia wrażenie poprawnie uporządkowanego, jest sporo turystów z Chin i Japonii. Knajpki w światowym stylu, a w nich równie światowe ceny. Przechadzamy się pięknym „Bulwarem Amurskim”, w okolicach którego znajdują się m.in. „Sobór Zaśnięcia Matki Bożej”, okazały „Dom Sowietów”, czy pomnik rosyjskiego podróżnika, na którego cześć nazwano miasto, Jerofieja Chabarowa.

Pod wieczór wracamy na chabarowskie lotnisko i czekamy na lot na Kamczatkę. Znajdujemy ustronne miejsce, gdzie możemy zmrużyć oko, bo lot mamy dopiero o 2.40.

08.08.2019 czwartek

O 02.40 lot Liniami lotniczymi „Aurora” przemieszczamy się z Chabarowska do Pietropawłowska Kamczackiego na Kamczatce (2.30h). Ponieważ jesteśmy jeszcze bardziej na wschód, ponownie następuje przesunięcie czasowe i na miejscu, w stolicy Kraju Kamczackiego, jesteśmy o 7.15. Sprawnie kwaterujemy się we wcześniej zarezerwowanym hotelu „Economy Hotel Kamchatskii IRO ul. Bochniaka 13. – 6000 rubli za dwie noce w pok.2os. (gostipik@yandex.ru tel 261219) i od razu idziemy w miasto. Zamierzamy jeszcze dzisiaj, zrealizować jedną z zaplanowanych wycieczek. W rezultacie, z powodu przymusowego postoju na lotnisku w Magadanie, mamy o jeden dzień skrócony pobyt na Kamczatce. Nie dość że krótko, to pogoda paskudna, chmury leżą na ziemi i leje, a prognozy na kolejne dni są jeszcze gorsze.

Kamczatka to duży półwysep na samym końcu Rosji, nie bez powodu nazywany rosyjskim „końcem świata”. Przez długie lata, region ten był zamknięty nie tylko dla obcokrajowców, ale również dla większości mieszkańców byłego ZSRR. Na całym obszarze (nieco większym od Polski) mieszka jedynie 400 tys. osób, z czego większość w Pietropawłowsku Kamczackim. Poza Rosjanami, kilka grup autochtonicznych: Korjaków, Czukczów, Itelmenów, Aleutów, Ewenków i Kamczadalów. Tym, co do „Wybuchowej Krainy” przyciąga najbardziej, jest dzika przyroda, gęsto okraszona wulkanicznymi stożkami. Blisko jedną trzecią półwyspu porastają brzozy Ermana, o pniach i konarach pochylonych i powykręcanych przez gwałtowne wichury i śnieżyce. Te powoli rosnące drzewa są wyjątkowo odporne i wytrzymałe. Silny system korzeniowy pozwala im rozwijać się prawie wszędzie. Można zaryzykować stwierdzenie, że przyrodniczo Kamczatka jest jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Tereny są słabo zaludnione, toteż nie są skażone działalnością człowieka i można tu podziwiać dziewiczą przyrodę, tajgę pełną dzikich zwierząt, pustynną tundrę, rzeki pełne łososi i aż sześć obszarów wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. I właśnie te imponujące stożki wulkaniczne, gejzery, niedźwiedzie i cała ta nieskalana natura… to wszystko miało tu czekać na nas i być nagrodą za trudy podróży, podczas zdobywania kolejnych kilometrów trasy pokonanej od Polski, aż po wschodnie rubieże Rosji. No cóż, będziemy się starali choć trochę uszczknąć z tych kamczackich nieprzeciętności.

Po dotarciu do centrum, z marszu kierujemy się w progi „Tourist Information Center” (ul.Набережная 30, tel: +7 (4152) 41-03-55, travel@kamgov.ru , www.visitkamchatka.ru ). Tam sympatyczne, młode kobiety, przedstawiają nam programy wycieczek, które teoretycznie są do zrealizowania dzisiejszego dnia. Ponieważ nam zależy najbardziej na wulkanach i gejzerach, wybieramy tę do „Małej Doliny Gejzerów”. Po konsultacjach biura z kierowcą, który byłby skłonny dzisiaj nas tam dowieźć, jest pozytywna informacja, za godzinę będzie pod budynkiem biura, koszt przejazdu 20tys.rubli, czyli ok.1200zł od naszej czwórki. No cóż, tak jak tylko rzadkie dobra są cenne, tak i rzadkie oblicza natury, to nie są tanie rzeczy. Jedyna możliwa decyzja, oczywiście jesteśmy na tak. Ponieważ mamy jeszcze chwilę czasu, ruszamy w wiadomym kierunku… na „Plac Lenina”, tym razem w wersji Batman. Nasza kolekcja wodza rewolucji wciąż rośnie, ale to już raczej ostatni na tej wyprawie. Zakupujemy skromny prowiant na drogę i wracamy do biura.

W tym miejscu wypada wspomnieć, że Kamczatka, to jeden z najbardziej aktywnych sejsmicznie regionów świata. Obszar półwyspu znajduje się w „pacyficznym pierścieniu ognia”, strefie częstych erupcji wulkanicznych oraz trzęsień ziemi. Na półwyspie znajduje się łącznie około 300 wulkanów, z czego 29 jest czynnych. Wśród nich warto wyróżnić „Kluczewską Sopkę”, niezwykle piękny stożek wulkaniczny o wys. 4750 m n.p.m., który stanowi najwyższy wulkan Eurazji. Ostatnią aktywność odnotowano w roku 2013. Od końcówki XVII wieku, od kiedy pierwsi rosyjscy badacze trafili na te tereny, odnotowali na całym półwyspie ponad 600 erupcji wulkanicznych. Dzięki aktywności sejsmicznej, można również podziwiać niezwykłe zjawiska termiczne: gorące źródła, wulkany błotne, gejzery, na czele z 50-metrowym Welikanem, z którego para wznosi się na 300 metrów.

W południe, o wyznaczonym czasie ruszamy na trasę. Sympatyczny Sasza, pracownik górskich służb ratunkowych, odpowiednika naszego GOPR-u, w wolnym czasie, swoim specjalnie przygotowanym Nissanem Patrolem, obwozi turystów po ciekawych zakątkach Kamczatki (tel: 8 909 8384078). Najpierw, szybki przejazd asfaltem do miejscowości Paratunka i dalej szutrowym traktem, w stronę wulkanu „Mutnowska Sopka” (2323 m n.p.m.). Po 20km, droga przeistacza się w kamienisty szlak, prowadzący nas na „Przełęcz Wiluczyńską”(„Vilyuchinsky Perewal”). Stąd, ze specjalnie przygotowanego punktu widokowego, miał się rozciągać panoramiczny widok na wulkany, szczególnie, ten najbliższy, „Wiluczyńska Sopka” (2175m n.p.m.). Niestety, widok dookoła głowy zerowy, panoramy w chmurach, mgły snują się leniwie, a brzemienna deszczem śliska paszcza nieba, wyciecza się milimetrami sześciennymi, szczerząc się szarością.

Jedziemy następne kilkadziesiąt km i w okolicy geotermalnej elektrowni, na zboczu wulkanu „Mutnowska Sopka”, urządzamy finalny postój. Stąd maszerujemy w zimnie (7ºC), deszczu i błocie do „Małej Doliny Gejzerów”. Niestety, na takie warunki jesteśmy dość słabo przygotowani, ale na wyposażeniu auta Saszy, są dodatkowe peleryny, które ratują sytuację. No cóż, jak można skomentować tę dzisiejszą trekkingową wędrówkę? Szaro, buro i maziato. Nawet gejzery w takiej aurze nie czarują, kąpiel w termalnych, gorących źródłach jakoś nie zachęca, a dodatkowo jesteśmy ubrani na cebulę. Mimo wszystko Adam i Beata podjęli wyzwanie i wskoczyli do zbiorniczka z gorącą wodą. Powracamy do miasta, nie zobaczyliśmy żadnego z wulkanów, aura ukryła przed nami wszystko co miała, dając nam do zrozumienia, że kiedyś musimy tu wrócić… na dłużej.

19-08-08-map

09.08.2019 piątek

Kamczatka w deszczu… nawet zadaliśmy sobie trud, aby dokładnie sprecyzować po rosyjsku stan dzisiejszej pogody: liwień – ulewa i tucze – chmury. Nie ma wyjścia, dzisiejszy dzień przeznaczymy na zwiedzenie tutejszych ekspozycji muzealnych. Ponownie miejskim autobusem, jedziemy do centrum, na „Plac Lenina”. W drodze do muzeum, zatrzymujemy się przy starej poczcie. Tuż obok, w drewnianym budynku, mieści się małe biuro turystyczne „Tур информ бюpo” oraz sklep z wyrobami etnicznymi „Mагазин камчатских этнических сувениров” (ul.Ленинская, 65 tel: +7 914 782 56 88). Na rogu budynku zainstalowano zerowy słupek drogowy – „ Нулевая верста”, określający początek drogi z Pietropawłowska Kamczackiego do Ust Kamczacka. To 741km najdłuższej trasy, do najdalej wysuniętego miejsca na północ Kamczatki, dokąd można dojechać drogą. W biurze rozpytaliśmy, gdzie byłoby nam dane zapoznać się z lokalną kulturą społeczeństw, zamieszkujących ten półwysep. Sympatyczna autochtonka, Koriaczka skomunikowała nas telefonicznie z właścicielem biura Wiktorem, który wyraził chęć zawiezienia nas w takie miejsce, ustalając porę wyjazdu na 11.00 (3500rubli od os. + 2tys. za dowóz). Tymczasem, zwiedzanie rozpoczynamy od muzeum „Kamchatka Regional United Museum”(„Regionalne Zjednoczone Muzeum Kamczatki” (wstęp 250rubli od os.). Muzeum mieści się w starym, piętrowym, drewnianym budynku i zostało założone już w 1911 r. ( ul: Leninskaya, 20). Kolejne wystawy przedstawiają półwysep kamczacki w różnych momentach jego dziejów. Kolekcja składa się z ekspozycji przyrodniczej, archeologicznej, etnograficznej, historycznej i kulturalnej, łącznie około 120 tys. eksponatów. Niezwykle ciekawe są zbiory przyrodniczo-archeologiczne dotyczące mamutów, które odnajdywane w wiecznej zmarzlinie, zachowały się w nienaruszonym stanie. Sekcja etnograficzna pokazuje artefakty rdzennej ludności – Korjaków, Czukczów, Itelmenów, Aleutów, Ewenków i Kamczadalów. Natomiast część historyczna bardzo obrazowo przedstawia odkrycie i przyłączenie do państwa rosyjskiego Kamczatki oraz Alaski. Szczególnie podboje Alaski, są tu niezwykle obrazowo przedstawione i wyeksponowane. Naocznie widać jak daleko na wschód sięgała kolonizacja płn.-zach. terytoriów Ameryki Północnej, poczyniona przez Imperium Rosyjskie w drugiej połowie XVIII i w XIX wieku. Jako pierwszy ląd amerykański z carskiego rozkazu eksplorował Vitus Bering (duński kapitan w rosyjskiej służbie), który w 1725 r. udał się na Kamczatkę, gdzie zbudował okręty, na których wypłynął w poszukiwaniu wybrzeży Ameryki. Dopiero w 1748 roku, V. Bering wraz z Aleksiejem Czirikowem, dotarli morzem z Kamczatki na Alaskę. W 1799r. Baranow założył miasto, które na cześć archanioła Michała nazwano Michajłowsk i które stało się stolicą rosyjskich kolonii. Przebudowane w1804r. nazwano Nowoarchangielsk (później Sitka). W połowie XIX w. Rosja i USA stały się sojusznikami, chroniącymi się wzajemnie przed presją mocarstw europejskich. W okresie Wojny Krymskiej, Stany Zjednoczone jako jedyny sojusznik Rosji, wystąpiły 19 maja 1854r. z ofertą zakupu za 7,6 mln dolarów terenów Alaski. Zakup nastąpił dopiero 28 grudnia 1866r. i budził wielkie kontrowersje zarówno w Rosji, jak i w USA (została sprzedana za 7,2 mln dolarów). Wielu Amerykanów pytało jakie korzyści mogą mieć oni z tej lodowej pustyni. Inni natomiast ruszyli tam, aby odkrywać jej nieznane bogactwa. Oficjalne przekazanie terytorium nastąpiło 18 października 1867r., ale ratyfikacja umowy przez Kongres stała się możliwa dopiero dzięki licznym łapówkom wręczanym przez rosyjskiego ambasadora. Już pod koniec XIX w. okazało się jakim błędem była jej sprzedaż przez Rosjan. Pokłady złota (zob: gorączka złota) oraz ropa naftowa całkowicie zmieniły jej oblicze. Wraz ze sprzedażą Alaski, opuścili ją również carscy urzędnicy, którzy nie widzieli tam dla siebie przyszłości, pozostali jednak rosyjscy traperzy i pewna liczba ludności prawosławnej, żyjąca na Alasce po dziś dzień (osobiście widzieliśmy tam cerkwie). Trochę odbiegliśmy od Kamczatki, ale jak mocno w owym czasie połączone ze sobą były te dwa regiony, a dla nas będących wcześniej na Alasce, jest to niezwykle poznawcze i ciekawe.

Zakończyliśmy zwiedzanie muzeum, a tymczasem okazało się, że Wiktor, właściciel „Tур информ бюpo”, czeka już na nas w drzwiach wyjściowych. Takimż to sposobem od razu ruszyliśmy jego terenową toyotą, w kierunku etnicznej, Koriackiej wioski Kainyran (Kaynyran), odległej o 50km od Pietropawłowska Kamczackiego. Droga prowadzi najpierw do drugiego co do wielkości miasta Kamczatki, Elizewa (Jelizowo), a później do wioski Razdolny. Jazda zajęła nam niespełna godzinę. Kamczatka to bardzo zróżnicowany kraj pod względem etnicznym. Nadal teren ten zamieszkuje wiele różnych autochtonicznych ludów, około 7tys. Korjaków, 1,5tys. Czukczów, 2,5tys. Itelmenów, 500 Aleutów, 2tys. Ewenków i 1,5tys. Kamczadalów. Każdy z nich ma swoje tradycje, zwyczaje, potrawy i muzykę.

Wioska- skansen Kainyran znajduje się w niezwykle malowniczym miejscu, z jednej strony rozległe łąki i wulkany „Koriakskaja Sopka” i „Awaczyńska Sopka” (niestety dzisiaj w chmurach), a z drugiej rzeka i jezioro. Kainyran to kompleks etniczno-kulturowy, zbudowany zgodnie ze stylem życia rdzennych mieszkańców Kamczatki, Koriaków. W tłumaczeniu „Kaynyran” oznacza „niedźwiedzi dom”. Po przedstawieniu przez tubylców pobieżnej historii, opowiedzeniu o życiu i kulturze, legendach i obyczajach mieszkańców Kamczatki, przeszliśmy do części artystycznej. Poprzez taniec i śpiew wykonywany przez zespół etniczny, w kolejnych odsłonach, przekazano nam niezwykle obrazowo ich tradycje i legendy. Porwał nas wir tańców, piosenek i scen z życia myśliwych, a hipnotyzujące dźwięki „wargana” – narodowego instrumentu muzycznego (odpowiednik drumli, harfy Żyda)…zaprosiły do przebieranek. To właśnie stroje, ich misterność wykonania oraz zbieżność wyglądu ze strojami amerykańskich Indian, szalenie wzbudziły nasze zainteresowanie.

Mieliśmy tu również spotkanie z wielką niedźwiedzicą Sonyą, niegdyś osieroconym niedźwiadkiem. Wychowany pośród ludzi, nie może już nigdy powrócić w dziewiczą tajgę… to smutna ozdoba tego miejsca, biorąc pod uwagę rozmiar klatki. Znajduje się tu również duże stado koni i ponad 30 psów rasy kamczackiej, które uczestniczą w najtrudniejszym wyścigu psów – „Beringija”, o długości ponad 1500 km. Latem, można się tu wybrać na przejażdżkę konną, a zimą na psie zaprzęgi.

Następnie uraczono nas obiadem, gorąca „ucha”, smakowity łosoś wędzony na zimno i sałatka, radowały nasze zmysły smaku. Później, w tradycyjnym korjackim namiocie „yaranga”, siedzimy na ciepłych skórach z jelenia, poczęstowano nas herbatą ziołową „Koryak” i pieczonymi na ognisku „lepioszkami”. Jeszcze chwilę popatrzyliśmy na psy i tak kończy się nasz pobyt u Koriaków.

Późnym popołudniem powracamy do Pietropawłowska Kamczackiego i jeszcze tego dnia wieczorem, zwiedzamy muzeum wulkanów – „Science Museum of Volcanology” („Научный музей вулканологии”), wstęp 800rubli od os. obiekt czynny do 20.00). No cóż, mocno skrócony pobyt na Kamczatce, okupiony jest natłokiem zdarzeń, rzeczy i spraw, a przecież tak choćby z przyzwoitości, należałoby odwiedzić cenione miejsca.

Co do muzeum, zwiedzając kolejne ekspozycje, w sposób wręcz naukowy, pozyskujemy wiedzę dotyczącą procesów fizycznych i chemicznych towarzyszących erupcji i powstawaniu wulkanów. Przekazywane wywody, poparte są przez przeróżne doświadczenia, pokazy i pirotechniczne inscenizacje. Prezentacja niezwykle ciekawa, lecz przekazana nazbyt naukowo, a co za tym idzie, muzeum przeznaczone jest raczej dla naukowo zaangażowanych hobbystów, niż dla przeciętnych śmiertelników. Choć nasza znajomość języka rosyjskiego jest co najmniej dobra, to większość techniczno-naukowych definicji czy zwrotów, jest dla nas słabo zrozumiała, może dlatego czujemy lekki niedosyt.

Już o zmroku powracamy do hotelu, pozostało wypić piwko „Baltika 7” i po tak intensywnym dniu, sprawnie udać się w objęcia Morfeusza.

10.08.2019 sobota

Do południa kontynuujemy zwiedzanie Pietropawłowska Kamczackiego. Najpierw stawiamy się na punkcie widokowym, na „Wzgórzu Miszennaja” („Smotrovaya Ploshchadka na Mishennoy Sopke”), skąd roztacza się panoramiczny widok na miasto i zatokę. Później. ponownie udajemy się do centrum, gdzie tuż przy porcie, znajduje się punkt widokowy i bateria dział „Battery Maksutova”. Interesujący monument, jednego z epizodów Wojny Krymskiej, który dotknął również swym zasięgiem Kamczatkę. Lokalna wojna między Imperium Rosyjskim a Imperium Osmańskim i jego sprzymierzeńcami, tj. Wielką Brytanią i Francją, przekształciła się w wojnę mocarstw europejskich, pierwszą od wojen napoleońskich. Anglia i Francja, wykorzystując swe panowanie na morzach, dokonały szeregu bombardowań i prób desantu, również w Pietropawłowsku Kamczackim. Bateria ta odegrała ważną rolę podczas oblężenia Pietropawłowska we wrześniu 1854r., a najeźdźcom nie udało się zdobyć miasta.

W drodze na lotnisko, odbijamy pod efektowny monument, miejsce, gdzie od wschodnich rubieży, symbolicznie zaczyna się Rosja… dorosły niedźwiedź brunatny z łososiem w pysku, tłumaczy małemu… „Tu zaczyna się Rosja”… w tle powinien być wulkan, ale dzisiaj go nie ma, zasłonił się woalką z chmur.

Na koniec, fragment nieoficjalnego hymnu Kamczatki…

„Mój dom”… Pietropawłowsk Kamczacki.

Jak dobrze mieszkać w Sopki tumanie.

I tak zwyczajnie żyć na wulkanie.

Gejzer wybucha, słońce zachodzi.

Rosyjski ranek tutaj się rodzi…

16.00 wylot z Pietropawłowska Kamczackiego do Moskwy. Przylot do Moskwy o 15.55. O 20.00 wylot z Moskwy do Wiednia (z powodu braku biletów do Warszawy, lecimy do Wiednia) – przylot do Wiednia o 21.55. Dzień mamy wydłużony o 10godz. – pokonujemy dystans różnicy czasowej dzielącej Kamczatkę do Europy. Nocleg w centrum Wiednia w hostelu „A&O Wien Hauptbahnhof”, tuż obok dworca kolejowego (66€ za 2os.).

19-08-08-09-map

11.08.2019 niedziela

O 9.00 wyjeżdżamy autobusem spod dworca kolejowego na trasę Wiedeń – Kraków (o 14.20 na trasie, wysiedliśmy w Katowicach i transportem kolejowym dotarliśmy do Bielska Białej i już po kilku chwilach, stajemy w progach naszej „Chałupy na Górce” w Międzyrzeczu Górnym k. Bielska- Białej. Na miejscu jesteśmy około 16.00… cali i zdrowi, z gąszczem nowych wrażeń i doświadczeń. Czy jesteśmy mądrzejsi?… może tak, może nie … mamy jednak świadomość, że im więcej widzimy, dociekamy i przeżywamy, tym więcej świat i życie, podsuwa zapytań i wątpliwości.

magadan-2019_trasa

21.09.2019

Nasza wyprawowa Toyota nadal jest gdzieś na trasie kolei transsyberyjskiej i ma dotrzeć do Moskwy dopiero końcem września. Jak wynika z tego faktu, jeszcze przed nami ostatni etap podróży do Magadanu, powrót z Moskwy do Polski. Jednak najpierw musimy przygotować nasze Zakończenie Sezonu Podróżników Motocyklowych „Bory Tucholskie 2019” (04 ÷ 06 października 2019r.) Informacje zlotowe:

<<<< POPRZEDNIA