afryka_2022-23-internet

28.10.2022 – piątek - start – „Chałupa na Gorce” w Międzyrzeczu Górnym > Puerto Algeciras, Hiszpania – za punkt zborny wyznaczamy hiszpańskie miasto Malaga – 3200km od domu…, a dzisiaj „Chałupa na Gorce” w Międzyrzeczu Górnym > Ostrawa > Olomouc > Brno > Humpolec > Tourov – 470km

Wyjechaliśmy z naszej „Chałupy na Górce” dopiero o 11.00, przed wyjazdem trzeba wszystko posprawdzać, pozamykać i przygotować dom na czteromiesięczną nieobecność… Pogoda typowo letnia 18ºC. Natomiast droga bez specjalnej historii typowa przejazdówka, na trasie od Ostrawy przez Olomouc, Brno aż do Humpolec, kiedy zjechaliśmy z trasy E50 prowadzącej do Pragi, jedziemy we mgle, czasami połączonej z mżawką. Po ostatnich anomaliach pogodowych, kiedy mamy lato jesienią, tym razem temp oscylowała jedynie w okolicach 12ºC. Później radykalna zmiana i ponownie wkraczamy w lato z temperaturą ponad 20ºC. Punktualnie o 18.00 jesteśmy na mecie dzisiejszego etapu w pensjonacie Domek Tourov, Tourov 10, Bavorov, 38773, Czechy Super warunki, czysto i schludnie i tylko za 550KŚC czyli 108zł. Ponieważ wiedzieliśmy wcześniej, że wyjedziemy dzisiaj bardzo późno, pierwszą noc postanowiliśmy spędzić jeszcze w „hotelowych warunkach”, tym bardziej, że cena noclegu naprawdę wyjęta jakby z 10lat wstecz…

29.10.2022 – sobota – Toutov > granica czesko-niemiecka > Monachium > Fryburg > granica niemiecko-francuska > Lure – 730km

Po spędzeniu nocy w przyjemnej, czeskiej agroturystyce, ulokowanej gdzieś w zagubionej wiosce u miejscowego gospodarza, już po 8.00 ruszamy na trasę. Poruszamy się poprzez malownicze, rolnicze tereny w pagórkowatym krajobrazie. Jak na jesienne warunki, wyjątkowo zielono i poza kolorystyką drzew, można by powiedzieć, że w polu zapanowała wiosna… W klimacie takich widoków pokonaliśmy przestrzeń południowych Niemiec i na wysokości Fryburga wjechaliśmy do Francji. Tu pomni ostatnich przejazdów, jak ognia unikamy dróg płatnych, gdyż nasz pojazd tutejsze przepisy kwalifikują do miana „ małej ciężarówki i płacimy za nie „jak za zboże”. Tak więc w naszym GPS-ie zadaliśmy funkcję „unikaj dróg płatnych” i od tego momentu podążamy bocznymi drogami. O dziwo na trasie do T….. liczącej około 900km dołożyło nam jedynie 1,5h i dodatkowe 40km, gdzie za autostrady trzeba by zapłacić prawie 150€. Na obrzeżach miasta Lure znajdujemy przyjemny parking, gdzie rozbijamy pierwszą bazę noclegową „Toyota In”.

30.10.2022 – niedziela – Lure > Senn przed Titou – 820km

31.10.2022 – poniedziałek – Senn > Roda de Bara – 950km

01.11.2022 – wtorek – Roda de Bara > Malaga (zwiedzanie) Algeciras > Tarifa (kemping Torre de la pena Torre de la Peña) Adres: km 78, N-340, 11380 Tarifa, Cádiz, Hiszpania – 410km

Nie opisujemy szczegółowo całej trasy dojazdowej do Gibraltaru, zatrzymamy się jednak na chwilę w mieście które postanowiliśmy zwiedzić, czyli w Maladze. Może nie jest najpiękniejszym miastem Andaluzji, ale na pewno jest miejscem bardzo ciekawym, bogatym w atrakcje i pełnym unikalnych punktów, dzięki którym każdy znajdzie tam coś dla siebie,a my dodatkowo tu jeszcze nie byliśmy. W przewodnikach przeczytacie na pewno o Katedrze w Maladze czy zabytkowej Alcazabie, ale my najbardziej zachwyciliśmy się miejskim deptakiem. Okolice portu, a właściwie cała nadbrzeżna część Malagi od Plaza de la Marina, aż do Playa de la Malagueta, to najciekawsza okolica. Kolejnym świetnym miejscem w Maladze jest wzgórze Gibralfaro, z którego możecie przyjrzeć się całemu miastu. Dobrz zabrać ze sobą coś do picia, bo wbrew pozorom wejście na to wzgórze wcale nie jest takie łatwe, szczególnie przy andaluzyjskim upale. Historyczna forteca przez wieki chroniła Malagę przed atakami piratów. Alcazaba powstała w VIII wieku, a jej nazwa pochodzi od arabskiego al-qasbah (cytadela). Przez lata twierdza była wielokrotnie rozbudowywana i umacniania. Po rekonkwiście została przekształcona przez katolickich władców w rezydencję, dzięki czemu obecnie podziwiać w jej murach możemy liczne ogrody i patia.

Sztandarową atrakcją tego miasta jest Katedra La Encarnación (Wcielenia), która wymieniana jest w jednym rzędzie jako obowiązkowy punkt na mapie miasta obok Zamku Gibralfaro i Alcazaby. Jest to na pewno zabytek wyjątkowy, o długiej historii (budowana przez ponad 200 lat!) z ogromną bryłą, w gotyckim układzie, niejako wbudowaną w stare miasto. Budowla została zlecona przez Królów Katolickich. Jest ona popularnie znana również jako La Manquita.

Katedra La Encarnación (Wcielenia) to jeden z najważniejszych zabytków miasta. Wieża południowa i fasada główna są niedokończone. Budowla znajduje się tam, gdzie istniał meczet-Aljama. Prace rozpoczęto w pierwszej połowie XVI wieku w stylu gotyckim na zlecenie Królów Katolickich i kontynuowano w XVII i XVIII wieku. Posiada własne ogrody i wspaniałe patio. We wnętrzu katedry można dostrzec wpływy renesansowe i barokowe. Na uwagę zasługują przede wszystkim stalle chóralne (XVII w.) w nawie głównej, a zwłaszcza dzieło rzeźbiarskie Pedra de Meny. Interesujące są również kaplice, jak na przykład kaplica Wcielenia, od której katedra wzięła swoją nazwę.

Po czterech godzinach przeznaczonych na zwiedzenie mista jedziemy dalej w stronę Giblartaru i pod wieczór docieramy do małego, portowego miasteczka Tarifa, gdzie kilka km a miastem wyznaczyliśmy sobie spotkanie całej grupy – kemping Torre de la Peña Adres: km 78, N-340, 11380 Tarifa, Cádiz, Hiszpania

02.11.2022 – środa - Tarifa > 8.00 prom do Tangeru (246€ – auto +dwie osoby) – przeprawa 35min. > Tanger – wymiana 100€ – 1020MAD (dirham), olej napędowy 16,60MAD > Larache > Rabat (załatwianie wiz – mamy info, że wizy obecnie wyrabia się na granicy) > Mohammedia (obiad – tadżin (tagine) dla dwojga 90dirham)> – nocleg na parkingu przy nadatlantyckiej plaży – 330km

03.11.2022 – czwartek – Mohammedia > Casablanka > Marrakech (Marakesz) (100€ – 1063MAD (dirham), olej napędowy 16,29MAD) (śpimy na parkingu dla kamperów – 110dirham, 500m od głównego placu Djemaa el Fna, są toalety + woda) – 270km

Pędzimy prosto do Marrakechu (Marrakesz), nową, płatną autostradą (łączny wydatek 90 MAD), pozostawiając z boku potężną i rozległą Casablankę… miasto stworzone przez Francuzów na bazie rybackiej wioski w 1906r., na wzór i podobieństwo Marsylii… obecnie to ponad trzy milionowy moloch, ośrodek przemysłowy i portowy, borykający się ze skrajną biedą i nie mający nic wspólnego ze słynnym filmem i rolą Ingrid Bergman i Humphrey’a Bogarta pt. „Casablanca”.

Jesteśmy tak szybko w Marrakechu, że po pozostawieniu naszych aut na strzeżonym kempingu-parkingu (110 MAD za auto), tuż obok placu „Djemaa el – Fna”, mamy sporo czasu na klimatyczne wędrówki po medynie. Najważniejszy jest jednak plac „Djemaa el – Fna” o rozmiarach 500×500 m … najwspanialszy plac miejski na świecie, w ciągu dnia odbywa się na nim targ, występują zaklinacze węży, opowiadacze baśni, akrobaci i kuglarze, można położyć sobie na skórze tatuaż z henny i skorpiona na czole. Pierwsze wrażenie?… niesamowity harmider i tłok, a drugie?… plac cudów! Ale dopiero wieczorem rozpoczyna się prawdziwa zabawa. Na rozświetlonym lampami placu dzieją się jednocześnie tysiące rzeczy. Działają tu pod gołym niebem dziesiątki, jeśli nie setki mini barów i restauracji. Zjeść w nich można marokańskie przysmaki z rożnych regionów tego kraju. Cały wieczór spędzamy snując się pomiędzy orientalnymi straganami, namolnie nagabywani, by coś zjeść, coś kupić, albo za coś zapłacić… choćby za patrzenie na dowolny występ. W dobie telewizji satelitarnej i trójwymiarowego kina, takie widowiska cofają nas o 100, a może 200 lat, wydając się być czymś abstrakcyjnym. Łatwo jednak wrócić na ziemię, bo wszystkie spektakle mają także drugą odsłonę. Tu aktorami są obserwatorzy, którzy wychwytują natychmiast każdego cudzoziemca, który zatrzymał się i biegną do niego z wyciągniętą dłonią, bo zdjęcie to opłata ekstra… a nawet super ekstra. Marrakech ze swoją medyną i sukami to bardzo specyficzne i jedyne w swoim rodzaju miejsce na świecie, wpisane na listę UNESCO.

Ceny: Tatuaż 100DH, Tajin 40DH, kolacja na „stołówce” – 336DH (oszukaństwo i skurwysyństwo), sok z granatu 0,5l 20DH, sok z pomarańczy 0,5l 10DH

04.11.2022 – piątek – Marrakech > Asni > trasa obok najwyższego szczytu Atlasu Wysokiego – Djebel Toubkal (4167mn.p.m.) > przełęcz Tizi-n-Test (2137mn.p.m.) > Taroudant (obiad ta-dżin 25dirham od os.)> Agadir > Tiznit (nocleg na kempingu Riad Assilaf – 70dirham) – 360km

Uzupełniamy zapasy i kierujemy się na południe, drogą R203 w kierunku Asni i pasma gór Wysokiego Atlasu. Tuż za Asni, rozstajemy się z Przemkiem, bierze swój plecak i rusza w góry pod „Diebel Toubkal” (4167m. n.p.m.). My jedziemy dalej i po następnych 70km, na przełęczy Tizi-n-Test, na wys. 2092 m n.p.m., przecinamy to pasmo górskie. Krajobrazy to brąz zmiksowany z zielenią, góry do oglądania podały się nam z posypką, a droga miejscami wiła się agrafkami. Zjeżdżamy do Taroudant i pozostawiając z boku Agadir (nie zwiedzamy ponownie mniej ciekawych miejsc), jedziemy do miejscowości Tiznit, gdzie tuż przed miastem lokujemy się na campingu Riad Assilaf – 70dirham od auta.

05.11.2022 – sobota – Tiznit > El Quatia > Tarfaya (obiad ta-dżin 40dirham od os.) > Laayoune (dawana stolica Sahary Zachodniej) > 70km za Laayoune, 15km przed Lamssid – nocleg na dziko nad Atlantykiem – 640km

Dzień mozolnej jazdy na południe. Kierujemy się na wielkie nic, krajobrazy dość monotonne, pustynia skalno-pieszczysta porośnięta skromną roślinnością w postaci krzaczków. Zardzewiałe pagórki obsypane zardzewiałymi kamieniami, jest coraz bardziej sucho i sennie. Jedziemy prawie cały czas wzdłuż brzegu Atlantyku, gdzie ląd kończy się klifem. W towarzystwo wdaje nam się coraz więcej piasku i kontroli policji. Mnóstwo rybaków wysiaduje klify, w nadziei na złowienie ryb, ich obserwację przerywa nam dziura w ziemi, wypłukana przez ocean. W Tarfaya, dojeżdżamy do nabrzeża serwujemy sobie obiad w postaci Tajina i zwiedzamy niegdysiejsze szczątki hiszpańskiego fortu, do którego podczas odpływu można dojść suchą stopą. Nic specjalnego, niewielka budowla na skale, ale za to fajny mecz na plaży. Tuż przed Laayoune (72km), w Tah przekraczamy granicę byłej Sahary Zachodniej. Obecnie obszar ten wcielony jest do Maroka, jednak sytuacja ta nie do końca jest uznawana przez całe gremium międzynarodowe. Ta dawna kolonia hiszpańska (jako Sahara Hiszpańska, wcześniej jako Hiszpańska Afryka Zachodnia), w północnej Afryce nad Oceanem Atlantyckim, to także państwo proklamowane w 1976 r. przez Front Polisario i częściowo uznane przez 50 państw. Obecnie okupowana przez Maroko, które nazywa ją Prowincją Południową. Sahara Zachodnia graniczy z Marokiem, Algierią i Mauretanią. Do dzisiaj nie zostały rozstrzygnięte spory o przynależności lub samodzielności tego terytorium, do dziś nie odbyło się zapowiadane referendum w tej sprawie. Prof. Adam Kosidło autor książki „Sahara Zachodnia. Fiasko dekolonizacji czy sukces podboju?” pisze, że świat zapomniał o Saharze Zachodniej – jedynej afrykańskiej kolonii, która nigdy nie uzyskała niepodległości, która znalazła się pod brutalną okupacją Maroka. Jej mieszkańcy znikają bez śladu, a wiatr pustynny i ruchome piaski niekiedy odsłaniają ciała zamordowanych i jak mawiają sami Saharyjczycy… to największe więzienie świata. Szesnaście lat wojny między partyzantami Frontu Polisario a wojskami marokańskimi i dwadzieścia pięć lat negocjacji nie przyniosły rozwiązania konfliktu. W jego wyniku połowa rdzennej ludności uciekła do Algierii i mieszka w obozach uchodźców, druga żyje pod marokańską okupacją. Dzieli ich zbudowany przez Marokańczyków „mur wstydu” … fortyfikacja wojskowa, od której większy jest jedynie Wielki Mur Chiński. Tymczasem organizacje międzynarodowe, powołane by bronić pokoju na świecie, zdają się cierpieć na ciężki przypadek hipokryzji i przewlekłej niemocy… marginalny obszar… wielostronny konflikt…

Tego dnia jedziemy jeszcze 70km za Laayoune, im dalej tym więcej policji i żandarmerii, co chwilę jesteśmy kontrolowani przez różne służby; policję, wojsko, żandarmerię, służbę ochrony dróg – i za każdym razem to samo – po co, dokąd i dlaczego?… a po staremu… każdemu kontrolującemu wręczamy wcześniej wydrukowane fiszki z naszymi danymi.

Na15km przed Lemsid, nocleg na dziko nad Atlantykiem.

06.11.2022 – niedziela – Lamssid > Boujdour (tankowanie – cena paliwa na terenie dawnej Sahary Zachodniej pozbawiona podatku i za litr oleju napędowego płacimy jedynie 14,70DH > Dakhla > Al-Argoub (obiat tajin 34DH) > Guerguarat (śpimy na parkingu przy stacji paliw 1km od granicy Maroko – Mauretania)– 720km

Wspaniałe miejsce do biwakowania, jedynie szum rozbijających się o brzeg potężnych atlantyckich fal, swym hukiem nieco zakłóca sen. Nadal płasko i żółto po horyzont, suniemy jak po pasie transmisyjnym, góra cała niebieska i tylko słupy, regularnie podają sobie nitki z prądem. Z prawej strony nieprzerwanie ocean, czasem tylko rybacy rozbiją się z namiotami. Ciągle nic, nawet ocean gdzieś sobie poszedł, krzaczki coraz rzadsze, ale… posterunki coraz gęściej… jest atrakcja!… Jest stabilnie sennie, a ponieważ nie posiadamy automatycznego pilota. W porze obiadowej jesteśmy na wysokości Dakhli, ostatniego, najbardziej wysuniętego miasta będącego w obecnych granicach Maroka. Miasto położone jest na wysuniętym półwyspie, oddalone 42km od lądu. Miejsce to jest licznie odwiedzane przez emerytowanych europejczyków z Francji, Hiszpanii i Niemiec. Jest to nieodkryty zakątek surfowego świata… taki kite-raj pośrodku niczego. Tuż za zjazdem do Dakhli kolejną atrakcją jest obiad w postaci tajina w Al-Argoub. Na nocleg zatrzymujemy się tuż przed granicznym punktem odpraw w Guerguarat na stacji paliw.

Dojechaliśmy prawie na południowy koniec Maroka, tak więc przyszedł czas na małe podsumowanie tego przejazdu:

Chciałabym ciut podsumować współczesne państwo Mohammeda VI z dewizą „Allah, Ojczyzna, Król”… a król?… z tytułem „Księcia Wiernych” jako zwierzchnik religijny, próbuje trzymać się Europy, choć on sam jest nowoczesnym i wykształconym człowiekiem… to mimo wszystko zawiaduje krainą analfabetów.

… miasta w mieście… plątanina wąskich zaułków, w której, aby trafić do celu, należy się zgubić… targi pachnące przyprawami… stoiska pobłyskujące od oryginalnej biżuterii… sklepiki po brzegi wypchane barwnymi skórzanymi kapciami… piramidy, ale z owoców… sproszkowane zioła, ale nie do kuchni, lecz do odpędzania złych mocy… monumentalny Wysoki Atlas z królewskim Tubkalem… garbarnie skór w średniowiecznym Fezie… pełen barów i magików plac Jemaa el-Fna w „czerwonym” Marrakeszu… mauzoleum Mohammeda V w stołecznym Rabacie… monumentalna brama Mansour w warowni Meknes… niebieskie dzielnice Chefchauene… baśniowe zamczyska na „Drodze Tysiąca Kazb”… wirtuozeria mozaik, subtelność stiuków, maestria rzeźbień w drewnie cedrowym… fascynujący świat Berberów… islamska pobożność przeplatająca się z wiarą w dżiny i magię… dywan jako zegar odmierzający czas berberyjskim kobietom… kute lampy z ażurowym kloszem… endemiczne drzewa arganowe z których powstają znane wszystkim olejki… „Dłoń Fatimy” chroniąca przed przekleństwami rzuconymi przez zawistnych… to wszystko i jeszcze wiele ponadto co napisałam… to kraina z „Baśni Tysiąca i Jednej Nocy”… miejsce niespodzianek i kontrastów… Maroko…

… Wiola…

07.11.2022 – poniedziałek – Guerguarat (przekraczamy granice z Mauretanią – odprawa po stronie Maroka 1h, po Mauretańskie 1,5h – wymiana 100$ – 3600 MRO (ugija) 100€ – 3600 MRO (ugija), wiza 55€ od os., odprawa 10€, ubezpieczenia na 3dni 21€ > Nauakchott (śpimy na kempingu przy plaży 250ugija od os. – jest prysznic i ciepła woda – 450km

Rano meldujemy się na granicy Maroko-Mauretania w Guerguarat, którą otwierają o 9.00. Po marokańskiej stronie tym razem bardziej cywilizowanie, po godzinie jesteśmy odprawieni. Nadal pomiędzy obydwoma państwami, istnieje czterokilometrowy pas ziemi niczyjej, który obecnie już bardziej uporządkowany. Natomiast, to co działo się po mauretańskiej stronie, przerosło naszą, doświadczoną przecież, wyobraźnię. Dosłownie każdy chciał pieniądze i brałby ile się da! Wzięliśmy agenta do załatwienia spraw formalnych… a właściwie sam się wziął. Jak się później okazało, tylko on wiedział o której budy wejść i w jakiej kolejności… taki specjalista od zamętu w fermencie. Witał się z urzędnikami, podstawiał paszporty, zawiadywał tematami i wymieniał kwoty. Ubezpieczenie na 3 dni- 21€, odprawa auta na przejazd tranzytowy- 10€, za jego usługę- 5€. Po dwóch godzinach papierologii stosowanej, lżejsi o 37€, jedziemy w kierunku mauretańskiego portu Nauadhibou. Jeszcze na granicy wymieniliśmy pieniądze 1€ = 360 MRO (ugija mauretańska). Jedziemy w kierunku stolicy Mauretanii, Nouakchott. Droga przez pustynię, prowadzi przez dużo wielkiego nic, tylko piasek przesypuje się to tu, to tam. Co po drodze? Domki-kostki, kozy, posterunki i prymitywne „stacje paliw”. Obszar linii brzegowej i przyległego Atlantyku to ogromny Park Narodowy „Parc National Du Banc d’Arguin” wpisany na listę UNESCO. Na nocleg na kempingu przy plaży 250ugija od os. – jest prysznic i ciepła woda

08.11.2022 – wtorek – Nauakchott > Tiguent > Keur Messene > Parc National Du Diawling > Diama > granica z Senegalem na rzece Senegal > Saint-Louis (UNESCO), (śpimy na kemping-hotel Dior, tuż przy plaży 5tys.CFA od os.) – 280km

Jedziemy na granicę z Senegalem w Diama. Po drodze wydmy, wielbłady i stanowiska z mięsem. Na 45km przed Rosso, skręcamy na zachód w nowo wybudowaną drogę do Keur Massene. Tam kończy się asfalt i kontynuujemy jazdę gruntową drogą, biegnącą po wale wzdłuż rzeki Senegal. Po 40km zmagań z trudnym szlakiem (zastygłe, głębokie koleiny, wymyte rowy i wodne przeloty) docieramy do Parku Narodowego „Parc National Du Diawling (opłata za wjazd 6€ od os.), a po następnych 10km, docieramy do granicznego punktu odpraw. Aby tradycji stało się zadość, wyciągają od nas kasę, najpierw celnicy 10€, później facet od szlabanu chce po 100 ugija od auta. Jest problem, bo nie mamy, więc chętnie przyjął 5€. Łapówkarstwo nie znające granic, na szczęście wszystko trwa niespełna godzinę i jesteśmy na moście nad rzeką Senegal oddzielającym Mauretanię od Senegalu. Po drugiej stronie bardziej kulturalnie, choć na dobry początek, już za most jest opłata 4 tys. CFA), czynności paszportowe tym razem bez opłat. Aby nie było za przyjemnie, to następna niespodzianka – oczywiście potrzebny jest karnet CPD dla odprawienia auta, ale ten ostemplują nam dopiero w Dakarze na urzędzie celnym, teraz dostajemy jedynie kwit (5000 CFA). Mamy tam dojechać w ciągu trzech dni – paranoja! Wykupujemy ubezpieczenie na auto, na szczęście to już taki nasz odpowiednik zielonej karty, będzie ważny przez wszystkie państwa, aż do Republiki Środkowej Afryki (za trzy miesiące 50€). Wymieniamy pieniądze 1€ = 640 CFA (frank zachodnioafrykański). Na nocleg zostajemy terenie kemping-hotel Dior, tuż przy plaży 5tys.CFA od os.

09.11.2022 – środa – Saint-Louis > Dakar (śpimy na najbardziej wysuniętym na zachód punkcie Afryki) – 270km

Dzień rozpoczynamy od zwiedzenia Saint-Louis, kolonialnego miasta wpisanego na światową listę UNESCO. Ciężko dziś w mocno nadgryzionym zębem czasu mieście ujrzeć „Perłę Afryki Zachodniej”. Piękne kiedyś kamienice i pałace robią wrażanie, jakby za chwilę miały się rozpaść lub co najmniej zamierzały prowokować do remontu… kilka z nich wyprosiło renowację. Promenada nadmorska mimo rzędu malowniczych palm nie kusi do spacerów, a tam, gdzie cumują kolorowe pirogi, zalegają ogromne stery śmieci i właśnie stąd zaczynamy naszą włóczęgę. Niesamowitą przygodą są odwiedziny w dzielnicy rybackiej Guet Ndar. To miejsce niezwykłe nie tylko ze względu na położenie na mierzei. Z jednej jej strony mamy rzekę, a z drugiej ocean. Środkiem biegnie główna ulica, od której odchodzi kilka małych traktów. Główną atrakcją są ludzie. To bardzo specyficzna społeczność żyjąca w odrębności od innych mieszkańców Saint – Louis lud Lebou. Przedstawiciele Leobu zajmują się rybołówstwem. Wieczorem wyruszają na połów swymi kolorowymi pirogami, albo większymi łodziami. O poranku wyładowują swoje „skarby” z wyprawy, do koszy pełnych lodu, które mężczyźni wynoszą do ciężarówek – chłodni, rozwożących ryby po Senegalu i innych krajach Afryki. To, czego nie uda się sprzedać, znajduje się na straganach dla mieszkańców miasta, albo suszone, by w takiej formie trafiać nawet do najodleglejszych zakątków Afryki.

Ich domostwa są zaniedbane do granic możliwości. Całe życie toczy się na chodnikach. Tu kobiety gotują, piorą, suszą pranie. Mężczyźni odpoczywają po pracy, a dzieciaki, których jest tu mnóstwo, bawią się, grają w piłkę, biegają, a pomiędzy nimi stada kóz i owiec. Znajdziemy tu prymitywne garkuchnie i kramy ze wszystkim, co możliwe do sprzedania. Są też ogromne połacie śmieci, wędrują po nich kozy, które pożerają wszystko, co jadalne… niestety, toreb foliowych i plastikowych butelek, jeszcze nie potrafią trawić… a to byłoby doskonałe rozwiązanie… Gdyby chcieć pokusić się o określenie atmosfery, to słowo cuchnąca, będzie najbardziej akuratne… patrząc na wszystko to z bliska, zastanawiamy się… ile bakterii, zarazków i wirusów… prowadza się tutaj pod rękę, wyczekując zaangażowania w chorobę. W bardzo gwarnym centrum, mnóstwo kolorowych samochodów transportowych, które nie posiadają szyb, bagaże układa się na dachu, ci co nie zmieścili się do środka, wiszą na tyle pojazdu. Na chodnikach siedzą kolorowo ubrane przekupki. Sprzedają warzywa, owoce i orzeszki ziemne. Tych jest tu naprawdę dużo. Wszak Senegal, to główny producent tych przysmaków. Jest też elegancki metalowy most. Ten most został zaprojektowany przez pracownię francuską Gustave Eiffela, tego samego od paryskiej wieży. Obiekt wzniesiono pod koniec wieku XIX, a jego długość to ponad pół kilometra. Kręcimy się po uliczkach, które za czasów kolonii francuskiej, musiały był naprawdę piękne. Kamienice z wewnętrznymi dziedzińcami, balkonami, okiennicami zamieszkane były przez najbogatszych, teraz odpadają z nich tynki i gzymsy, okna często pozbawione są szyb.

Dalsza nasza trasa, biegła następne 260km do stolicy Senegalu, Dakaru. Jedziemy do miasta podrzędną drogą, omijając autostradę, więc mamy sposobność podziwiać przydrożne życie mieszkańców małych osad i wiosek. Na 40km przed stolicą Senegalu ruch staje się tak uciążliwy, że praktycznie wleczemy się w ślimaczym tempie pośród zdezelowanych ciężarówek. Na 25km przed miastem udaje się wjechać na autostradę i za 1400CFA szybko znajdujemy się w samym centrum. Tym razem mamy do załatwienia w Dakarze wiele spraw dotyczących wiz do kolejnych krajów, które znajdują się na trasie obecnej podróży. Przygodę tę rozpoczynamy od wizyty w konsulacie Wybrzeża Kości Słoniowej – na okoliczność wejścia musieliśmy odziać długie spodnie i koszulki z rękawami…? Informacja jest taka, że dostajemy adres internetowy i wszystko musimy załatwiać przez internet. Kolejno już na piechotę docieramy pod adres konsulatu Gwinei aby się dowiedzieć, że została przeniesiona pod inny adres. Próbujemy jeszcze załatwiać sprawę wiz poprzez biuro turystyczne, ale ugrzęźliśmy na poziomie językowym, pani rozmawia wyłącznie po francusku… Robimy odwrót i postanawiamy wszystko rozeznać dokłądnie w internecie, który zamierzamy mieć na dzisiejszym noclegu. Niestety podczas przejazdu na owe miejsce, Zbyszek miał incydent, zaistniałe drobna stłuczka na rondzie w samym centrum miasta, której sprawcą byli oboje kierujący. Stłuczka drobna, ale procedury skomplikowane… Ponad trzy godziny spędzone na skrzyżowaniu w tumanach spalin i kurzu… istny horror… Sprawa się na tyle zagmatwała papierowo, że konieczna jest dodatkowo jutrzejsza wizyta na komisariacie, a my na miejsce noclegu – parking przy restauracji „CVD” dotarliśmy dopiero po 20.00. Ze względu na tłok dzisiejszą noc spędzamy na drodze dojazdowej do restauracji, ale już na terenie obiektu.

Od razu korzystając z internetu przystąpiliśmy do próby złożenia wniosku wizowego do tutejszego konsulatu WKS, wg instrukcji uzyskanej podczas dzisiejszej tam bytności. Niestety adres nie funkcjonuje…? czyli pierwszy „zong”. Myśl jest jedna jutro musimy iść do miejscowego biura turystycznego, które zajmuje się również usługami wizowymi i tam próbować załatwić sprawę. Skoro nie udało się z WKS-em, to próbujemy z Gwineą… Tu sprawa okazałą się całkiem łatwa i po godzinie wszyscy złożyliśmy elektroniczne wnioski wizowe wraz z opłatą 81,89 $ od os. https://www.paf.gov.gn/visa . Wg informacji wizy mamy otrzymać e-mailem max po trzech dniach. Nasze dzisiejsze zmagania skończyliśmy po północy… dobrze, że w barze jest zimne piwo „Gazela” i internet funkcjonuje poprawnie…

10.11.2022 – czwartek – Dakar kemping-parking „CVD”

Rano Zbyszek z Adamem jadą załatwiać sprawy wczorajszej, Zbyszka stłuczki, my pozostaliśmy na miejscu aby zająć się sprawami gospodarczymi (pranie, porządkowanie, segregowanie zdjęć i wiadomości). Przed południem udało się im załatwić sprawę i odzyskać Zbyszkowe prawo jazdy i do.rej. Przy okazji znaleźli biuro zajmujące się wizowaniem, więc jak najszybciej bierzemy taxi i jedziemy załatwiać kolejne sprawy. Najpierw do Urzędu Celnego mieszczącego się obok portu, aby podstemplować karnety „De Pasage”. Sprawę załatwiliśmy w 15min i jedziemy do biura turystycznego w samym centrum Dakaru Manglam Tours & Travelers – Visa Assistance, tel: +221 77 3210999 e-mail mangaltoursdakar@yahoo.com . Adres: A7 Immeuble La Rotonde, Rue Amadou A.Ddoye X Saint-Michel, Dakar. Biuro obsługują Hindusi i bardzo sprawnie składamy e-wnioski wizowe do Wybrzeża Kości Słoniowej. Za usługę płacimy po 40$ od os. opłata wizowa wynosi 73€ – cholernie drogo… Kiedy spływał a kolejne wnioski, na nasz adres e-mailowy przyszły w tym czasie również wizy do Gwinei, więc wykorzystując sytuację, mamy wszystko wydrukowane i właściwie możemy ruszać w dalszą drogę. Wizy do Gwinei Bissau wyrabiamy przed granicą, do Gwinei mamy, do Sierra Leone wyrobiliśmy przed wyjazdem i mamy w paszportach, jedynie musimy w stolicy Gwinei w Konakry wyrobić wizy do Liberi i takim to sposobem mamy wszystkie potrzebne aż do Czadu, gdyż do Tego kraju oraz Burkina Faso i Nigru mamy wbite również do paszportów. Wrac amy do naszej bazy i wreszcie chwila na relaks i odpoczynek… Po stolicy Senegalu poruszamy się taksówkami, gdzie za przeciętny kurs zdezelowaną taksówką płacimy od 1000 do 3tys. CFA (8 ÷ 22zł).

11.11.2022 – piątek - Dakar kemping-parking „CVD”

Rano Ja z Adamem ruszamy ponownie w miasto. Mając wydrukowane dokumenty wizowe do WKS-u i Gwinei, jedziemy sprawdzić w tutejszych konsulatach, czy wszystko jest OK…

Właściwie nasza nadgorliwość w tej kwestii okazała się nieprzydatna, gdyż tak naprawdę nic nie jesteśmy mądrzejsi po tych wizytach i wywiadach…? Wszystko okaże się tak naprawdę na granicy…? Dzisiejszy dzień postanowiliśmy jeszcze wykorzystać na relaks, jutro z rana ruszamy w dalszą drogę w kierunku Gambii. Nasze miejsce kempingowe, choć nieco spartańskie i ciasne, ulokowane jest przy samej plaży, jest prąd, prysznic i toalety. Na terenie jest restauracja gdzie można tanio zjeść i napić się dobrej kawy (1tys.CFA) i zimnego piwa „Gazela” 1litr (1500CFA).