11.11.2022 – piątek - Dakar kemping-parking „CVD”

Rano Ja z Adamem ruszamy ponownie w miasto. Mając wydrukowane dokumenty wizowe do WKS-u i Gwinei, jedziemy sprawdzić w tutejszych konsulatach, czy wszystko jest OK…

Właściwie nasza nadgorliwość w tej kwestii okazała się nieprzydatna, gdyż tak naprawdę nic nie jesteśmy mądrzejsi po tych wizytach i wywiadach…? Wszystko okaże się tak naprawdę na granicy…? Dzisiejszy dzień postanowiliśmy jeszcze wykorzystać na relaks, jutro z rana ruszamy w dalszą drogę w kierunku Gambii. Nasze miejsce kempingowe, choć nieco spartańskie i ciasne, ulokowane jest przy samej plaży, jest prąd, prysznic i toalety. Na terenie jest restauracja gdzie można tanio zjeść i napić się dobrej kawy (1tys.CFA) i zimnego piwa „La Gazela” 0.66litr (1500CFA). Koszt dziennego postoju od auta 5tys. CFA (38zł).

Po 12dniach i pokonanych 6800km dotarliśmy do Dakaru. Ponieważ jedziemy tą trasą już kolejny raz (dwa razy motocyklem i dwa razy autem), bardziej skupiliśmy się na jeździe i dojeździe niż na zwiedzaniu… Tak naprawdę na trasie zwiedziliśmy andaluzyjską Malagę, marokański Marrakesz, senegalski St Luis i Dakar.

afryka-2022-23-internet-conakry

Pełna relacja z trasy od Polski po Senegal: https://www.wojtektravel.pl/index.php/wyprawy/41-afryka-202223/01-polskasenegal/

12.11.2022 – sobota – Dakar > Mbour > Kaolack > Nioro Du Rio > granica Senegal-Gambia > Farafenni > Soma – nocleg na dziko na terenie przygranicznym pomiędzy Gambią, a Senegalem – 290km

Rano przed opuszczeniem naszej bazy parking-kemping „CVD” w Dakarze, sprawdzamy maila i okazuje się, że wszyscy otrzymaliśmy wizy wjazdowe do Wybrzeża Kości Słoniowej. Jeszcze szybkie zakupy i uzupełnienie zapasów w miejscowym „Auchan” i ruszamy na trasę autostradą nr N1, aby ominąć potworny ruch panujący na terenie stolicy Senegalu. Do Kaolack również i tu panuje potworny ruch. Później już trochę luźniej, ale kiedy droga przechodzi w jednopasmową szosę, zawalidrogi w postaci zdezelowanych ciężarówek, załadowanych ponad wszelką wyobraźnię, mocno hamują tempo naszego przemieszczania. Około 16.00 meldujemy się na posterunku granicznym Senegal-Gambia. Po obu stronach odprawa bardzo szybka i sprawna, tak pod względem „imigraton” jak i zamknięcia i otwarcia karnetu „De Pasage” w miejscowych Urzędach Celnych. Jedyna opłata, to po gambijskiej stronie po 5tys. CFA od os. za przybicie pieczątki wjazdowej do tego kraju. Przez teren tego państwa, tym razem mamy do pokonania niecałe 30km. Po drodze mamy jednak do pokonania przeprawę przez rzekę Gambia River. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zamiast przeprawy promem, pokonaliśmy rzekę dopiero co wybudowanym mostem (250 dalasi (GMD) 100$ = 55tys. GMD). Szybciutko więc jesteśmy na drugiej stronie, a że robi się późno szukamy miejsca na dzisiejszą noc, którą postanowiliśmy spędzić na dziko. Jednak okazuje się, że już już za chwilę stajemy na gambijskim posterunku „imigration” w Soma, przypisanym do wyjazdu z tego kraju zwanego również „Gardłem Senegalu”. Przystawiają pieczątki i jedziemy dalej. Na dwa km za miejscowością zjechaliśmy z głównej trasy o 500m i pod pięknym baobabem znaleźliśmy bazę na dzisiejszą noc.

13.11.2022 – niedziela - Soma > Bignona > 15km przed Ziguinchor – nocleg na polanie w buszu pomiędzy wysokimi palmami i drzewami – 140km

Rano niespiesznie dopiero przed 10.00 ruszamy na trasę. Noc całkiem przyjemna, nad ranem tylko 16ºC i duża wilgoć. W dzień temperatury sięgają 37ºC, jednak poranki są jeszcze na tyle przyjemne temperaturowo, że można się relaksować w blsku słońca. Szybciutko docieramy do faktycznej granicy wyjazdowej z Gambii i jakież było nasze zdziwienie, że mają do nas jakieś pretensje, że pieczątka z punktu policyjnego w Soma jest z wczorajszą datą…? Po kilkukrotnym naszym tłumaczeniu okazało się, że ta konwersacja miał raczej charakter ciekawości niż prawdziwych pretensji… Szybko oddali paszporty i przepuścili nas na Senegalską stronę. Tam odprawa celno- paszportowa trawała dosłownie 15min i jedziemy dalej. Ponieważ dzisiaj niedziela, nasza trasa musi się skończyć prze miejscowością Ziguinchor, ponieważ właśnie tam, w konsulacie Gwinei Bissau, jest jedyna możliwość wyrobienia wizy do tego kraju. Zatrzymujemy się więc na nocleg na 15km przed miastem, zjeżdżając 2km z głównej trasy w gruntową drogę prowadzącą przez busz na polanę, gdzie w cieniu wielkich palm i drzew rozbijamy bazę na dzisiejszą noc… Na piejscu jesteśmy przed 15.00 więc mamy więcej czasu na relaks i odpoczynek…

14.11.2022 – poniedziałek – Ziguinchor > granica Senegal-Gwinea Bissau > Domingos > Susana > Varela – nocleg na dziko na plaży w Varelia – 80km

Rano przed dziewiątą opuszczamy przyjemne obozowisko, które wczoraj udało nam się znaleźć pośród miejscowego buszu. Poranek umiliła nam wizyta miejscowej mieszkanki, która zaprasza nas aby na jej podwórku pooglądać małe krokodyle, żółwie i węże. Pozyskane w tej wersji z delty rzeki Casamance posłużą w przyszłości jako specjały na ich świąteczny stół. Szybko docieramy do miasta Ziguinchor i meldujemy się w konsulacie Gwinei Bissau. Przed nami dotarła do tego miejsca grupa Brytyjczyków. Formalności wizowe przebiegają wyjątkowo sprawnie i już przed 11.00 mamy wystawione wizy wjazdowe do tego kraju – koszt miesięcznej wizy 25tys. CFA (40$). Po kolejnych 15km docieramy do punktu granicznego pomiędzy Senegalem, a Gwineą Bissau. Odprawa po obu stronach bardzo sprawna i bez dodatkowych opłat. Oczywiście potrzebny jest karnet „De Pasage”. Po opuszczeniu granicy dojeżdżamy kolejne 15km do miejscowości Domingos i skręcamy na zach. w kierunku Atlantyku do nadoceanicznej miejscowości Varela. Tu też definitywnie kończy się asfalt, a na pokonanie 53km dzielących Domingos od Varelii potrzebowaliśmy aż 3,5h. Droga okazała się dzikim traktem przez busz. Na trasie mijamy kolejne wioski, jednak wiedząc, że będziemy wracać tą drogą, teraz bacząc na czas i porę zapadnięcia zmroku staramy się jak najszybciej dotrzeć do celu, czyli na plaże w Varelia, gdzie zaplanowaliśmy dzisiejszy nocleg. Udało się i na 10 min przed zachodem słońca rozbiliśmy nasze obozowisko na niewielkim klifie wypiętrzonym nad plażą oceanicznego brzegu. Widoki podczas jazdy nie do przekazania, droga bardzo wymagająca i trudna, piwo wypite nad atlantyckim brzegiem, po trudach podróży i męczącym upale smakowało zaiście wybornie…

Po pokonaniu 7100km dotarliśmy do pierwszego, afrykańskiego kraju w którym jesteśmy po raz pierwszy. Gwinea Bissau należy do grona najbiedniejszych państw świata. Stan dróg jest tragiczny, a podczas pory deszczowej (od lipca do września) znaczna ich część jest nieprzejezdna.

Od XIII wieku do XV wieku terytorium dzisiejszego państwa znajdowało się w obrębie Imperium Mali, w XV i XVI wieku w Songhaj. Tereny te zamieszkiwane były przez różnorakie grupy etniczne, w tym Fulan i Mandinka. Od połowy XV wieku miała miejsce penetracja tych obszarów przez Portugalię. W 1687 roku kolonizatorzy utworzyli ufortyfikowaną placówkę handlową, nazwaną Bissau. Do XIX wieku Gwinea Bissau stanowiła miejsce handlu niewolnikami (po jego zakazie proceder był kontynuowany nielegalnie). Od 1879 roku pod nazwą Gwinea Portugalska. W 1886 roku w wyniku porozumienia pomiędzy Francją a Portugalią znaczna część terytorium Gwinei Portugalskiej przypadła Francuzom. W 1951 roku kolonii przyznano status prowincji zamorskiej. W 1956 roku rozpoczęła swą działalność niepodległościowa Afrykańska Partia Niepodległości Gwinei i Wysp Zielonego Przylądka (PAIGC), z Amílcarem Cabralem na czele. W 1963 roku wybuchła wojna o niepodległość Gwinei Bissau. W 1973 roku PAIGC kontrolująca większość obszarów kraju ogłosiła niepodległość. W 1974 roku Portugalia wycofała swoje wojska z kraju i uznała niepodległość republiki. Dalsze losy już niepodległego kraju były bardzo burzliwe, nie brakowało puczy wojskowych, przewrotów zamachów i porwań. Oparta na rolnictwie i rybołówstwie gospodarka ostatni raz została zniszczona przez trwającą w latach 1998–1999 wojnę domową. Jedynymi produktami eksportowymi tego kraju są orzechy nerkowca (6. miejsce na świecie) i orzeszki ziemne. Pewne znaczenie ma również przemysł drzewny. W przeciwieństwie do innych byłych posiadłości portugalskich, takich jak Angola czy Mozambik, tylko 13% społeczeństwa potrafi biegle mówić po portugalsku. W powszechnym użyciu dominują języki lokalne. Wśród nich szeroko używany jest język balanta, zaliczany do rodziny nigero-kongijskiej, dzielący się na różne dialekty, wśród których najważniejsze to kentohe i fora. Kolejnym szeroko używanym językiem jest kreolski. Mieszkańcy Gwinei Bissau są w 45,1% wyznawcami islamu, kolejne miejsce zajmują tradycyjne religie plemienne 30,9%, a katolicyzm wyznaje 17,9% ludności. Stan destabilizacji politycznej i militarnej ostatnich lat uległ po 2007 r. nieznacznej poprawie, nie jest to jednak kraj o zadowalającym poziomie bezpieczeństwa i infrastruktury turystycznej. Istnieje duże ryzyko kradzieży i wszelkiego rodzaju wypadków.

15.11.2022 – wtorek – Varelia > Domingos > 20km za Domingos nocleg po zjeździe z głównej trasy przy opuszczonej zagrodzie – 90km

Dzisiejsze do południa przeznaczyliśmy na relaks i plażowanie nad Atlantykiem. Do plaży mamy 20m, a nasze auta stoją na niewysokim klifie tuż nad brzegiem. Dalszą część dnia przeznaczamy na powolny przejazd do Domingos, gdzie wczoraj zboczyliśmy z głównej trasy do Bissau. Dzisiaj mamy bardzo dużo czasu aby spokojnie odwiedzić wioski i pozaglądać do miejscowych zagród. I tak się dziele, a nasz powrotny przejazd na dystansie 53km zajął nam aż pięć godzin. Po drodze rozdajemy miejscowym dzieciom prezenty w postaci zabawek, długopisów i piłek. Z początku nieśmiałe, wręcz bojaźliwe nie podchodzą aby odebrać podarki, jednak po aprobacie przez starszych stają się bezpośrednie i z wielkim wyrazem wdzięczności dziękują. Oj przydałoby się trochę pokory naszym polskim „dziadkom”.

Po dotarciu do Domingos w miejscowym barze zaopatrujemy się w piwo (0,33l 400CFA) i jedziemy kilka km za wioskę aby poszukać bazy do noclegu na dziko. Zjeżdżamy z głównej trasy w pierwszą przecznicę i przy opuszczonej od lat chałupie zakładamy dzisiejsze nasze obozowisko.

16.11.2022 – środa – Domingos > Bissau (zwiedzanie stolicy Gwinei Bissau) > Mansoa – 150km

Droga od stolicy to istna katorga. Niby w większości asfalt, ale tak zrujnowany, że właściwie cały czas poruszamy się nieutwardzonym poboczem. Połamany kanty jam mają tak ostre krawędzie, że pokonywanie takich dziur powoduje niemal zatrzymanie się przed każdą taką przeszkodą. Lepszą wersją jest poruszać się poboczem, lub jedną stroną pojazdu po asfalcie, a drugą po poboczu. Takim to sposobem z przeciętną 25km/h pokonujemy 120km dzielące nas od dzisiejszej bazy noclegowej do stolicy Gwinei Bissau, Bissau. Tylko główna arteria utrzymana jest we wzorowym porządku, pozostałe ulice to istny koszmar, gdybym porównał stan dróg z poligonem wojskowym, to skrzywdziłbym ten poligon wojskowy…! W Bissau kierujemy się do portu, gdzie niegdyś, za panowania Portugalczyków wybudowano tu obszerny fort. Okazuje się, ze ta część miasta jest o wiele przyjemniejsza i pozbawiona wielkomiejskiego ruchu. Auta pozostawiamy tuż przy bramie portowej i idziemy zwiedzać pozostałości starego, portugalskiego miasta. Generalnie wielkie rozczarowanie, kilka ulic o niezbyt zachowanej kolonialnej architekturze, a pośrodku tej zabudowy rozległy fort, który po dziś dzień przejęty od Portugalczyków, przez Bissauczyków, służy jako obiekt militarny i pod żadnym pozorem nie wolno robić zdjęć. Nie udało się nawet ukradkiem, gdyż byliśmy obserwowani przez wielu chroniących go żołnierzy… Obejście całego obszaru starej, kolonialnej części łącznie z portem zajęło nam dosłownie godzinę…

Z braku pomysłów na dalsze spędzenie czasu w tym mieście postanowiliśmy stolicę liczącą niespełna 200tys. ludzi opuścić jak najszybciej i wyjechać w stronę Gwinei. Kilka km przed Mansoa zjechaliśmy nieco z głównego traktu i przy dopiero co wystawionym, a nie podłączonym słupie przesyłowej trakcji energetycznej utworzyliśmy dzisiejszą bazę noclegową. Teren niby niczyj, a więc było cicho i bez obaw, że zaraz będziemy nagabywani przez właściciela…

17.11.2022 – czwartek – Mansoa > Bambadinca > Bafata > Uacaba > Gabu ( miasto, które może występować w rankingu miast świata, na najgorszy stan nawierzchni centralnej ulicy) > Pitche > 10km przed Boruntuma – nocleg na rogatkach wioski, za zgodą właścicieli posesji – 200km

Dzisiejsza baza noclegowa okazała się nad wyraz doskonała, cicho i nikt nas nie indagował. Jak co rano wyjeżdżamy około 8.30, gdyż słońce wschodzi około 7.00, a poranki są jeszcze niezbyt upalne. Co do temperatur, to w dzień oscylują w okolicy 35ºC, nocą o 10 stopni mniej. Dzisiejszy dzień to mozolna jazda i pokonywanie dystansu dzielącego nas od granicy z Gwineą w Boruntuma. Niestety stan dróg nie można zaliczyć do żadnej kategorii, to coś co w ogóle nie da się opisać, to siekanka pozostałości po asfalcie z wyrwami na tyle wielkimi i dzielącymi jezdnię w poprzek, że nasze „leżące policjanty”, to „pikuś”… Trudno nam utrzymać przeciętną 25km/h, a czerwony kurz wdziera się w każdą szczelinę brudząc wszystko, wszędzie i wszystkich… Ponieważ na na 15km przed granicą dotarliśmy przed 17-stą, postanowiliśmy dzisiaj zostać jeszcze po stronie Gwinei Bissau i dopiero jutro rano przystąpić do odprawy… Na nocleg zajechaliśmy na rogatki jednej z wiosek i za zgodą jej gospodarza rozbiliśmy nasz obóz tuż przy wjeździe w cieniu rozłożystych drzew nerkowca. Oczywiście dla nas to była atrakcja, gdyż mieliśmy dostęp do wioski, a dla miejscowych również nie lada, gdyż otrzymali prezenty (słodycze, lizaki, piłki, breloczki, balony), a największą atrakcją były zbiorowe zdjęcia, które później wydrukowaliśmy i wręczyliśmy mieszkańcom osady… Natomiast my raczymy się miejscowym piwem w cenie 1000CFA za 0.66l pojemności (7,50zł). Cena jest stała, jak wiele cen na podstawowe produkty – jajka 10szt 2000CFA (15zł), 1,5 wody butelkowanej, importowanej z Portugalii 500CFA (3,75zł), kilo bananów 1000CFA (7,50zł), ogórki 1kg 1000CFA (7,50zł), pomidory 1kg 2000CFA (15zł), Bagietka 200CFA 1,50zł), olej napędowy 875CFA (6,60zł).

18.11.2022 – piątek – Boruntuma > przejście graniczne Gwinea Bissau-Gwinea > Kandika > Koundara > Kifaya > Kounsitel > Gaoua > Kounsitel – bazę noclegową zakładamy 10km za Kounsitel na placu magazynowym kruszywa do budowy drogi… - 200km

Rano opuszczamy wioskę… jest pięknie ale nieco uciążliwie, gdyż cala osada kibicuje nam aż do wyjazdu. Po niespełna 15km stajemy na wyjazdowym punkcie granicznym z Gwinei Bissau w Boruntuma. Odprawa celno-paszportowa odbywa się nad wyraz sprawnie i po 15min jesteśmy przepuszczeni na gwinejską stronę. Teren międzygraniczny to jedna, wielka przestrzeń pozostawiona sama sobie… Na przejściu gwinejskim również odprawa przebiega niezwykle sprawnie i po kolejnych 15minutach jedziemy dalej…

Jedziemy to mocne słowo, gdyż droga po tej stronie granicy, to raczej ciek wodny okresowej rzeki, który teraz suchy, przypomina bardziej poligonowe wertepy… W tempie piechura pokonujemy kilku dziesięciokilometrowy dystans do pierwszej większej osady jaką jest wioska Koundara. Tu wymiana 100$ = 830tys GNF (Frank Gwineiski). Tu wreszcie docieramy do pierwszego asfaltu i w istnie europejskich warunkach drogowych mkniemy na południe do miejscowości Kounsitel. Nie spodziewaliśmy się tutaj takiej drogi, więc jesteśmy mile rozczarowani… Jednak nasza radośc nie trwał zbyt długo, gdyż na głównym skrzyżowaniu w tej miejscowości po licznych wywiadach skierowano nas do stolicy w Conakra w drogę prowadzącą przez Gaoua. Tam jednak skończył się asfalt i wiedzeni podpowiedzą miejscowych mieszkańców jeszcze 13km brnęliśmy tym szlakiem, gdyż o drodze w sensie definicji, to w ogóle nie mogło być mowy. Na szczęście napotkaliśmy na zepsutą ciężarówkę i poprzez skomplikowaną konwersację obrazowo słowną, dogadaliśmy się, że taka droga czeka nas dalej na odcinku 190km…? To co najmniej trzy dni jazdy… Ogłaszamy odwrót i wracamy do głównego szlaku, czyli do Kounsitel i bardzo okrężną drogą o 200km dłuższą pojedziemy do stolicy Gwinei, Conakry. Po tych wszystkich perypetiach zrobiło się na tyle późno, że kilka kilometrów za Kounsitel zjechaliśmy nieco z trasy i na placu magazynowym kruszywa do budowy drogi zorganizowaliśmy dzisiejszą bazę noclegową…

W tym miejscu należy nieco wspomnieć i napisać o kraju w którym się znajdujemy… Na przełomie I i II tysiąclecia północno-wschodnia część kraju wchodziła w skład dawnego państwa Ghana. Od XIII wieku obszar Gwinei znalazł się w centrum Imperium Mali. Przez kraj przebiegały szlaki handlowe, łączące regiony złotonośne z Afryką Północną. W XVI wieku, po rozpadzie Imperium Mali, koczowniczy lud Fulanów zajął wyżyny Futa Dżalon. Fulani na początku XVIII wieku ulegli islamizacji i rozpoczęli dżihad przeciwko sąsiednim ludom Dżalonke, Susu i Fulanami pozostającymi wyznawcami religii tradycyjnych. Po zwycięstwie wojen utworzyli w Gwinei islamskie państwo teokratyczne.

W połowie XV wieku na wybrzeże kraju dotarli Portugalczycy, a w XVII wieku kupcy francuscy. Na wybrzeżach kraju rozwinął się handel obejmujący głównie niewolników i kość słoniową. Na początku XIX wieku rozpoczęło się osadnictwo francuskie. W 1849 roku wybrzeże kraju stało się protektoratem Francji (Rivières-du-Sud). Początkowo zajęte obszary Gwinei podlegały gubernatorowi Senegalu. W 1891 roku utworzono Gwineę Francuską która była sukcesywnie powiększana. W 1897 roku Francuzi zakończyli pacyfikację teokratycznego Futa Dżalon i południowej Gwinei. Na początku XX wieku miejsce miały zbrojne wystąpienia antykolonialne. W 1904 roku Gwinea Francuska znalazła się we Francuskiej Afryce Zachodniej. W pierwszej połowie XX wieku rozpowszechniła się gospodarka plantacyjna. Kolonialna administracja przyczyniła się do rozkładu wcześniejszych struktur politycznych. W 1946 roku kolonia uzyskała status terytorium zamorskiego Francji, rok później wprowadzono ograniczony samorząd. W referendum z 1958 roku ludność Gwinei opowiedziała się za pełną niezależnością. Kraj uzyskał niepodległość 2 października 1958. Pierwszym prezydentem niepodległego państwa został Sékou Touré. Francuzi wycofali swoje wsparcie gospodarcze, przez co Sékou Touré zwrócił się o pomoc do sąsiedniej Ghany oraz Związku Radzieckiego. Wprowadzono jednopartyjne rządy Demokratycznej Partia Gwinei (PDG), a rząd realizował lewicowe reformy (w tym nacjonalizację niektórych gałęzi gospodarki, banków zagranicznych, ziemi, wprowadzenie bezpłatnego szkolnictwa i częściowo opieki medycznej). Przeprowadzono reorganizację administracji państwowej i afrykanizację kadr. W latach 70-tych prezydent stopniowo rezygnował z lewicowych reform i ponownie nawiązano bliską współpracę z Francją. Pod koniec lat 80-tych wprowadzono demokratyczne zasady, których konsekwencją było w 1990r. przyjęcie nowej konstytucji, a rok później wprowadzenie systemu wielopartyjnego. Na początku XXI w. Gwinea uległa destabilizacji na skutek przeniesienia się na obszar kraju walk domowych między zbrojnymi ugrupowaniami z Sierra Leone, Liberii i Wybrzeża Kości Słoniowej. Destabilizacja kraju pogłębiała się w 2006 i 2007 doprowadzając w 2008 roku do wojskowego zamachu stanu. W 2020 roku przeprowadzono w Gwinei referendum konstytucyjne, które pozwoliło kandydowanie Alpha Condé na trzecią kadencję. Przeciwko zmianie konstytucji sprzeciwiali się przeciwnicy prezydenta. Mimo protestów Alpha Condé zwyciężył wyborach prezydenckich w 2020 roku. Opozycja oskarżyła prezydenta o sfałszowanie wyborów. 5 września 2021 Alpha Condé został obalony wyniku zamachu stanu. Przywódcą puczystów był Mamady Doumbouya, który w październiku 2021 roku został mianowany tymczasowym prezydentem. Jak widać niestabilność polityczna to domena tego kraju i jak widać na stabilizację trzeba jeszcze długo czekać…

19.11.2022 – sobota – Kounsitel > Komba > Labe > Pita > Dalaba – 20km przed Mamou pozostajemy na nocleg na podwórku szkolnym – 270km

Miejsce biwakowe okazało się nadzwyczaj doskonałe… z dala od zabudowań, z dala od ludzi, z dala od drogi…. cicho i spokojnie… Ponadto rześka atmosfera nocy, kolejna bez upału i wilgotnej, gorącej aury… Przed 7.00 świta, o 8.15 opuszczamy obozowisko i ruszamy na trasę w kierunku Labe. Wczoraj świadomie wybraliśmy tę okrężną trasę do stolicy Gwinei, Conakry, aby dotrzeć w jej pobliże w niedzielę wieczorem. W poniedziałek musimy załatwić w tutejszym konsulacie Liberii ostatnią wizę dzielącą nas od dotarcia do Czadu. Pierwszy odcinek do Komba pokonujemy jak na ten kraj w zawrotnym tempie, gdyż jedziemy nowiuteńką drogą wybudowaną niedawno przez Chińczyków. Niestety na rogatkach Komba kończy się asfalt i droga w pojęciu Europejczyka… Następne 26km to jedynie wytyczony trakt i do tego prowadzący przez góry… trudno opisać ten typ glinianej drogi… tak w skrócie to wertepy nie do opisania… O dziwo po tym koszmarze trwającym dwie godziny, ponownie wjeżdżamy na nowiuteńką drogę i już bez większych problemów pokonujemy dystans dzielący nas od Labe. To pierwsze duże miasto w Gwinei, które odwiedzamy. W tym też miejscu skończyły się bambusowe chatki i zastąpiły je murowane domki i domy… niektóre przypominają nieco swym charakterem europejski styl. Zdecydowanie zauważamy dużo bogatszy status życia ludzi w porównaniu do Gwinei Bissau.

Dalsza część trasy w kierunku Mamou ponownie okazała się koszmarem… a dlaczego…? Ponieważ generalnie jest to droga międzynarodowa, łącząca Gwineę z Senegalem i Gwineą Bissau… generalnie została na sporej części wyasfaltowana… ale miało to miejsce kiedyś tam… dzisiaj pozostały jedynie fragmenty asfaltu, a taki stan drogi powoduje czasem, że lepiej jechać po wertepach… tak dla wyobraźni stan drogi wygląda jakby była zbombardowana podczas nalotu dywanowego… jest to mozolna jazda od dziury do dziury, od jamy do jamy… 25km/h to max co można wyciągnąć czasowo na takim trakcie. Należy wspomnieć, że przemieszczamy się w górach, a dzisiejszy wynik na pokonywanej przełęczy przed Dalaba, to 1350m.n.p.m i temp. jedynie 26ºC. Na 20km przed Mamou pozostajemy na nocleg na dziedzińcu obok wioskowej szkoły.

20.11.2022 – niedziela – Dalaba > Mamou > Kindia > Maneach > Conakry – 300km

Noc spokojna choć tuż obok głównej trasy, jak również całkiem rześka z temperaturą 12ºC. Pomni ostatniego fragmentu trasy z wczorajszego dnia, z niepokojem patrzymy na dystans, 280km, dzielący nas od stolicy Gwinei, Conakre. Pierwszy odcinek nadal bardzo fatalny, jednak przed samym Mamou pojawił się regularny asfalt i to bez dziur. Przejazd przez to miasto stał się istnym koszmarem, jednak kiedy wjechaliśmy na drogę N1 łączącą Mali z Conakry, zdecydowanie się poprawiły warunki drogowe, gdyż jedziemy nową drogą finansowaną przez Unię Europejską, a wykonywaną przez firmę z Chin… ciekawe…? Wreszcie zdarzyła się sytuacja, że w godzinę pokonaliśmy 60km. Jednak ten luksus nie trwał do końca, gdyż na trasie jechaliśmy odcinkami nadal starą drogą, a najtrudniejsze warunki panowały w miejscach, gdzie budowa nowej drogi zbiegała się z tą starą. Na 50 km od stolicy po dotarciu do Maneach, największym koszmarem nie jest stan drogi, tylko panujący na niej ruch. Stoimy w potwornych korkach, w smrodzie spalin, syfie i brudzie, nagabywani przez żebraków i ulicznych handlarzy.

Tu też zaczynają się wszelakie warsztaty przydrożne, a że Zbyszek w swym Land Cruiserze musi wymienić akumulator pomocniczy (zasilający lodówkę i przetwornicę), mamy szansę wymienić ten ze zwarciem wewnętrznym na nowy. Oczywiście w takich warunkach, jak zwykle musi coś nie pasować (wysokość, szerokość i biegunowość, ale po małych improwizacjach udało się go zainstalować i jest lepiej niż OK… Po pierwszych technicznych naprawach, od razu kierujemy się pod adres konsulatu Liberii, gdzie musimy jutro pozyskać ostatnią brakującą wizę, na trasie do Czadu. Na tę okoliczność wynajmujemy przewodnika na motocyklu, aby nas tam podprowadził. Jednak sprawa nie okazała się aż tak prosta, gdyż jego wiedza na ten temat rozminęła się z rzeczywistością i dopiero trzeci adres okazał się właściwym. Za usługę przewodnictwa zapłaciliśmy 40tys. franków gwinejskich (24zł). Po rozmowie ze stróżem pod konsulatem, ten zadzwonił do konsula i okazało się, że jest w miejscowym barze i chce z nami się widzieć w sprawie wiz. Cym prędzej się tam udaliśmy i przy barowym stoliku przedstawiliśmy nasze potrzeby. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy oświadczył, że jeszcze dzisiaj w niedzielę wieczorem wystawi nam liberyjskie wizy. Oczywiście musi policzyć za ich wystawienie w ekspresie po 50$ więcej od każdego… po negocjacji stanęło, że jedynie po 20$. Oczywiście dodatkowo musimy zapłacić oficjalną stawkę 100$ za każdą wizę. Po wypełnieniu formularzy i dołączeniu dwóch zdjęć od os. po godzinie mamy wystawione wizy. Pełni radości uczciliśmy ten fakt zimnym piwem „33” w tymże barze, gdzie spotkaliśmy się z konsulem… Ponieważ zrobiło się późno i ciemno, a my w samym centrum stolicy, mamy problem z dzisiejszym noclegiem… Tym razem za sprawą pomocy miłego Liberyjczyka uzyskaliśmy wjazd na prywatne, zamykane podwórko i za 60tys. franków od auta (36zł) możemy kempingować w tym miejscu do jutra.

Konakry – stolica Gwinei, leży w zachodniej części kraju, nad Oceanem Atlantyckim. Znaczna część miasta znajduje się na wyspie Tombo. W 2014 roku liczyło ok. 1,7 mln mieszkańców. Konakry jest głównym gospodarczym i kulturalno-naukowym ośrodkiem Gwinei, a także największym portem morskim kraju. Klimat panującyw mieście określany jest jako tropikalno-monsunowy.

Konakry nie posiada historii, gdyż zostało założone w 1880 roku, a już w 1884 roku zajęli je Francuzi. Pod koniec XIX wieku miasto zostało stolicą protektoratu Rivieres de Sud, a później Gwinei Francuskiej. Dynamiczny rozwój miasta nastąpił po II wojnie światowej, a szczególnie po uzyskaniu niepodległości w 1958 roku.

Tak naprawdę należy go omijać szerokim łukiem, my jednak musieliśmy tu zawitać ze względu na pozyskanie liberyjskiej wizy.

21.11.2022 – poniedziałek – Conakry – stacjonujemy w Pensjonat Les Palmiers https://www.pensionlespalmiers.com/ Adres: Conackry – dzielnica Ratoma, BP: 3493, Rep de Guinée. Tel +224 622 35 25 00 lub + 224 664 29 44 84, e-mail info@pensionlespalmiers.com .

Dopiero tu po 10dnich mamy dostęp do nośników cywilizacyjnych, gdyż po raz pierwszy w tej podróży po Afryce wynajęliśmy w stolicy Gwinei, Conakry pokoje w bungalowach przy plaży, która tak naprawdę jest śmietnikiem… coś niewyobrażalnego. Obiekt noclegowy przyległy jest do posterunku policji, więc jest bezpiecznie…Wg opisu to raj na ziemi… cytujemy: „Pensjonat Palmiers to idealne miejsce na relaksującą przerwę po intensywnym dniu spędzonym w centrum Conakry. Po prostu zrelaksuj się przy basenie i oglądając piękne zachody słońca. Śniadanie jest dostępne rano w przypadku nad brzegiem morza. A dobre usługi i gościnność są tutaj od 30 lat. Klimatyzacja, dostęp do Wi-Fi, telewizja satelitarna, restauracja, bar, basen, całodobowa recepcja, transfer lotniskowy. Ze wspaniałymi widokami na Ocean Atlantycki i Wyspy Loos. Ja Ghussein”. W rzeczywistości, tak naprawdę to skromny pensjonat, gdzie za 2os.pokój należy zapłacić prawie 70$. Jednak jak na taki kraj jak Gwinea, te warunki wydają się być luksusowe, tym bardziej, że w Zbyszka starej Toyocie (25lat), na głębokiej jamie urwało się górne mocowanie jednego z tylnych amortyzatorów. Musimy zespawać stary, lub kupić nowy.

Droga z Senegalu, poprzez Gwineę Bissau i dalej przez Gwineę to istny koszmar… Dopiero teraz możemy nieco powiedzieć, co to są tragiczne drogi… Tego po prostu nie da się opisać, to trzeba na własne oczy zobaczyć i przeżyć jadąc takimi traktami wykonanymi z gliny i zastygłego błota.

Jak się okazało, w miejscowym serwisie Toyoty, nie mieli takiego amortyzatora, więc tuż przed wjazdem w  warsztacie produkującym bramy pospawali w starym górne mocowanie. Teraz już bez problemów wymienili w serwisie Toyoty gumy i miseczki i zakręcili ten stary amortyzator. Za tę usługę + gumy i podkładki, Zbyszek zapłacił 120$…?

Jest OK! Możemy ruszać w dalszą drogę do Sierra Leone.

22.11.2022 – wtorek – Conakry > Maneah > Farecariah > Farmoreya > granica Gwinei i Sierra Leone > Kambia > Port Loko > Rokel – bazę noclegową zakładamy na ścieżce dojazdowej pośród plantacji trzciny (nie cukrowej – na razie nie wiemy co to za uprawa) – 200km

Niespiesznie rankiem, po hotelowym śniadaniu opuszczamy Pensjonat Les Palmiers. Już poznaliśmy rytm natężenia ruchu w stolicy Gwinei, po 9.00 mija poranny szczyt i można się jakoś poruszać po mieście. I rzeczywiście wyjazd przebiega nad wyraz sprawnie, a największym utrudnieniem są uciążliwe objazdy wokół miejsc, gdzie właśnie trwają ich modernizacje.. Na jednej z takich zapór napotykamy, na naszą rodaczkę, koleżankę motocyklistkę, która na małym motorku, nie wyróżniająca się z tłumu pozostałych takich pojazdów, odzywa się po polsku, jak daleko sięga ta blokada drogi…? Przez otwarte okno prowadzimy tak krótką komunikację, że tak naprawdę nie wiemy z kim się spotkaliśmy…? Może ktoś przekaże nam jakieś namiary na tę podróżniczkę…? Wiemy jedynie, że ktoś na Facebooku powiadamiał nas, że za nami jedzie jakaś dziewczyna z Polski i to prawie po naszej trasie. Nie sposób było się zatrzymać w tym miejscu, gdyż tumult i ruch na objeździe rozkopanych ulic był tak wielki, że nawet tym krótkim postojem zablokowaliśmy przejazd… Po dotarciu do Maneach, gdzie zjechaliśmy z drogi N1 na N4 wreszcie można odetchnąć od potwornego ruchu i zgiełku. Ponadto ta droga okazała się być w nienagannym stanie i jak na warunki gwinejskie, aż nieprawdopodobnie europejskiego stylu… wymalowane pasy, chodniki po dwóch stronach, wymalowane krawężniki…? W takim klimacie docieramy już bez większych przeszkód do punktu granicznego dzielącego Gwineą i Sierra leone. Okazało się, że oba posterunki mieszczą się w jednym budynku. Po obu stronach odprawa przebiegła niezwykle sprawnie. Oczywiście potrzebny był karnet „De Pasage”. Jedyną uciążliwością była zapłata podatku drogowego w wysokości 500tyś (SLL) leoni po Sierra Leońskiej stronie… Na granicy u cinkciarzy wymieniliśmy walutę, 100$ = 1700 (SLL) leoni sierraleońskich – niedawno w tym kraju była denominacja i zniknęły miliony, aczkolwiek mieszkańcy nadal operują wartościami w milionach, czyli 100$ to 1,7mln. Leoni. – trochę to nas myli i nie potrafimy się znaleźć w tych skomplikowanych przelicznikach. Po opuszczeniu granicy od razu zauważamy, że ten kraj stoi na nieco wyższym poziomie… zniknęły śmieci, uporządkował się ruch, choć specjalnie nie zmieniła się architektura, wszystko jakby bardziej zadbane. Przede wszystkim zmieniła się przejrzystość ruchu drogowego, a stan dróg jest wręcz nienaganny. Mocno rozminęła się nasza wyobraźnie z rzeczywistością, oczywiście na plus. Na nocleg pozostajemy pomiędzy plantacjami trzciny, na razie nie wiemy, co to za gatunek, ale na pewno nie jest to trzcina cukrowa…

Pierwsze zapiski o Sierra Leone pochodzą z 1462, kiedy to portugalscy odkrywcy, między innymi Pedro de Cintra, przybili do brzegów kraju, który ochrzcili mianem „Gór Lwich”, czyli Sierra Leone. Nazwa pochodzić miała od przypominającego ryk lwa odbijania się fal oceanu od górzystych brzegów. Z tej krainy Europejczycy przez ponad trzy stulecia pozyskiwali niewolników. Kwitło tam także piractwo. Datą kończącą ten proceder był rok 1787. Właśnie wtedy brytyjskie Towarzystwo Antyniewolnicze wykupiło przybrzeżne tereny i założyło dzisiejszą stolicę – Freetown. Było to miasto dla byłych niewolników żyjących w Londynie. Pod koniec XVIII wieku rozpoczęła się brytyjska kolonizacja, aby w 1808r. Sierra Leone stało się kolonią brytyjską, pozostając nią do wieku XX, kiedy rozpoczął się proces dekolonizacji. W 1896 Sierra Leone uczyniono protektoratem brytyjskim, który był oddzielony od Freetown i przyległych terenów (do 1951). Początek niepodległości tego afrykańskiego państwa to 27 kwietnia 1961r.

W latach 80. XX wieku na skutek korupcji, waśni plemiennych i biedy kraj pogrążył się w walkach wewnętrznych. W 1991 w republice rozgorzała wojna domowa. Przeciwko rządowi zbuntował się Zjednoczony Front Rewolucyjny pod wodzą Fodaya Sankoha. Walka między dwoma bardzo zróżnicowanymi wewnętrznie obozami skupiała się wokół kontroli nad władzą i dochodami państwa, a przede wszystkim nad znacznymi złożami bogactw mineralnych: boksytu, tytanu, a zwłaszcza diamentów. W wojnie śmierć poniosło około 100 tys. osób. Tragiczny bilans powiększa również bliżej nieokreślona liczba inwalidów oraz ok. 500 tys. uchodźców i 700 tys. ludzi przesiedlonych na terenie kraju. Oficjalnie wojna domowa zakończyła się dopiero w 2002. Od czasu jej zakończenia sytuacja polityczna w Sierra Leone jest stabilna. Ugrupowania rebelianckie się rozbroiły, a ich przywódcy wzięli udział w wyborach i uczestniczą w życiu politycznym kraju. Byli rebelianci, którzy nie potrafili się znaleźć w nowej rzeczywistości bądź nie znaleźli pracy, odpowiadają za drobną przestępczość i napady rabunkowe, przed którymi często przestrzegają mieszkańcy kraju.

Co do klimatu to znajdujemy się strefie klimatu podrównikowego, wybitnie wilgotnego, z wyraźną sezonowością oraz różnorodnymi środowiskami od sawann do lasów tropikalnych. Pora deszczowa trwa od końca maja do października, pora sucha od listopada do kwietnia.

23.11.2022 – środa - Rokel > Waterloo > Hastings > sanktuarium szympansów – „Chimpanzeee Tacugama Sanctuary” > Freetown – nocleg przy plaży na parkingu hotelu – „Atlantic Lumley Hotel” - 120km

Noc niezbyt gorąca, gdyż tylko z temp. 20ºC. Rano zastała nas solidna mgła, słońce tylko nieznacznie przebija się przez jej gęstość. Bardzo szybko, super drogą podążamy w kierunku stolicy Sierra Leone, Freetown. Na 80km przed miastem wjeżdżamy na płatną dwujezdniową drogę szybkiego ruchu, gdzie za trzy odcinki płacimy po 4liony (po 1,20zł).

Szybko docieramy na rogatki miasta i kierując się wzdłuż pasma górskiego, docieramy do sanktuarium szympansów, „Chimpanzeee Tacugama Sanctuary” (wstęp 200lionów od os.). Mamy szczęście gdyż następna tura zwiedzania odbywa się za 15min.

Po zwiedzeniu jedziemy do centrum stolicy i szukamy przy nadoceanicznym brzegu dobrego miejsca na dzisiejszy nocleg. Znajdujemy go tuż przy plaży na hotelowym parkingu „Atlantic Lumley Hotel”. Super miejsce, prawie jak pole kempingowe.

Jak na razie wszystko to co wyobrażaliśmy sobie o tym kraju, mocno rozbiegło się z panującą tu rzeczywistością, jest o niebo lepiej… w miarę czysto jak na afrykański kraj, drogi , przynajmniej te, którymi się przemieszczamy w idealnym stanie. Ruch drogowy bardziej uporządkowany, a sama stolica Freetown nie nastręcza żadnych problemów z przejazdem, choć mieszka tu ponad milion mieszkańców. Miasto położone jest na wysuniętym w morze półwyspie Freetown. Powierzchnia półwyspu jest pagórkowata, pokryta tropikalnymi lasami deszczowymi, dochodzącymi niemal do piaszczystych plaż, otaczających cały półwysep. Miasto jest głównym ośrodkiem politycznym, administracyjnym, gospodarczym, naukowym i kulturalnym kraju. Jest ważnym portem morskim, przez który przechodzi większość towarów eksportowych kraju. Znajdują się tu siedziby prezydenta, zgromadzenia narodowego, Rady Ministrów oraz innych władz centralnych. Freetown jest centrum gospodarczym i handlowym Sierra Leone, z wieloma zakładami przemysłowymi i przetwórczymi. Do najważniejszych gałęzi przemysłu reprezentowanych w mieście należą zakłady przetwórstwa ryb, zakłady tytoniowe, powstały rafinerie ropy naftowej oraz zakłady obróbki diamentów. Przemysł miasta koncentruje się głównie w rejonie portu.

Obszar dzisiejszej stolicy kraju był zasiedlany od 1787 przez byłych niewolników wysyłanych z Anglii przez brytyjskich abolicjonistów, założycieli Sierra Leone Company. W 1792 Freetown (wolne miasto) zostało oficjalnie założone przez byłych niewolników z Nowej Szkocji. W latach 1808–74 było stolicą Brytyjskiej Afryki Zachodniej. W czasie II wojny światowej stanowiło ważną bazę morską Brytyjczyków. Od 1961 miasto jest stolicą niepodległego państwa Sierra Leone. W latach 90. XX wieku miasto było areną zaciekłych walk trwającej wówczas wojny domowej. W 1998 zostało zajęte przez wojska Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Zachodniej, które próbowały przywrócić władzę prezydenta Ahmada Tejana Kabbaha. Później była bez sukcesu atakowana przez rebeliantów ze Zjednoczonego Frontu Rewolucyjnego (Revolutionary United Front). O walkach we Freetown i całym kraju opowiada dramat wojenny Krwawy diament i Pan życia i śmierci.

24.11.2022 – czwartek – Freetown > Waterloo > Mile 91 > Bo > Kenema > Ferie > granica Sierra Leone – Liberia > 20km za granicą obok wioski Jafoua – zjeżdżamy z trasy i na bocznej ścieżce, obok słupa wysokiego napięcia zakładamy dzisiejszą bazę noclegową – 410km

Tuż po ósmej ruszamy spod hotelu „Atlantic Lumley Hotel”, opuszczamy nadatlantycką plażę i ruszamy na trasę w kierunku Liberii. Tym razem ze stolicy Sierra Leone wyjeżdżamy zachodnią stroną, więc musimy się przebić przez same centrum miasta i przejechać rozległe przedmieścia. Przy okazji tego przejazdu zwiedzamy całe Freetown i mamy przegląd wizualny najbiedniejszych jego części. Przejeżdżamy również przez administracyjne centrum, gdzie na jednym z małych rond rośnie kapokowe drzewo będące wizerunkiem miasta, umieszczone na banknocie 10leoni. Po dwóch godzinach trudnego przejazdu opuszczamy miejską aglomerację liczącą prawie 2mil mieszkańców.

Ponieważ drogi co do ich jakości są w idealnym stanie, dalsza jazda przebiega wyjątkowo sprawnie. Po pokonaniu dystansy 390km już o wpół do czwartej stajemy na granicy Sierra Leone – Liberia. Odprawa po obu stronach w stylu europejskim, stemple w paszporcie, ostemplowanie karnetów „De Pasage” i w drogę. Jedynie po stronie liberyjskiej płacimy po 10$ od auta za ich wjazd na teren tego państwa. Na granicy wymieniamy kasę, za 100$ dostajemy 15tys. dolarów liberyjskich (LRD). Granicą opuszczamy przed siedemnastą i kierujemy się w stronę stolicy tego kraju Monrovi. Po 20km zjeżdżamy z trasy w boczną ścieżkę i przy dróżce technicznej do słupa wysokiego napięcia zakładamy dzisiejszą bazę noclegową.

Tu musimy nieco naświetlić historię tego specyficznego państwa… Liberia to najstarsza republika w Afryce. Powstała w wyniku umowy podpisanej pomiędzy Amerykańskim Towarzystwem Kolonizacyjnym a autochtonami, zawartej w 1821 roku. Dzięki niej wyzwoleni niewolnicy ze Stanów Zjednoczonych mieli osiedlić się w tej części kontynentu, na wykupionych przez Towarzystwo terenach, i żyć w zgodzie z 18 plemionami tubylczymi. Początkowo Liberia była zależna od Stanów Zjednoczonych. 26 lipca 1847 roku Amerykanoliberyjczycy uchwalili konstytucję, jednocześnie deklarując własną niepodległość. Nazwa kraju pochodzi od łacińskiego słowa liber – „wolny”.

Historia Liberii zdominowana była przez konflikty między czarnymi kolonistami z Ameryki a rdzennymi Afrykańczykami (ich powodem było przede wszystkim zajmowanie przez kolonistów obszarów niewykupionych) oraz przez walki międzyplemienne. Przez ponad stulecie ludność tubylcza stanowiła drugą kategorię mieszkańców, wyzyskiwaną, często wykorzystywaną jako niewolnicza siła robocza i pozbawioną praw wyborczych. Rdzenni Afrykańczycy uzyskali prawo do głosowania, ograniczone cenzusem majątkowym, dopiero w 1947 roku, za rządów prezydenta Williama Tubmana, który dążył do zmniejszenia nierówności społecznej między potomkami osadników a ludnością tubylczą. Amerykanoliberyjczycy sprawowali jednak władzę w Liberii nieprzerwanie do 1980 roku, kiedy to Samuel K. Doe przeprowadził przewrót wojskowy, zamordował urzędującego prezydenta (Williama Tolberta) i obalił rząd. Na jego miejsce powołał wojskową radę, a siebie mianował głową państwa. Odsunięcie od władzy potomków amerykańskich wyzwoleńców nie spowodowało jednak polepszenia sytuacji wewnętrznej w kraju, w którym nasiliły się konflikty etniczne. W 1989 wybuchła wojna domowa, której efektem było obalenie i stracenie Doe’a, a także wyniszczenie kraju wskutek trwających 7 lat działań wojennych. W 1997 Charles Taylor, jeden z przeciwników Doe’a, został wybrany na prezydenta Liberii. W czasie jego rządów Liberia z jednego z najzamożniejszych krajów afrykańskich stała się krajem bardzo biednym. W 1999 roku wybuchła druga wojna domowa. Na Liberię pod rządami Taylora zostały nałożone międzynarodowe sankcje, a sam dyktator został oskarżony przez Sąd Specjalny dla Sierra Leone o handel bronią i podsycanie wojny domowej w sąsiednich krajach. W 2003 roku pod naciskiem społeczności międzynarodowej i pokojowego ruchu kobiet (Masowa Akcja Kobiet Liberii na rzecz Pokoju wspierana przez organizację Women in Peacebuilding Network Africa), Taylor zdecydował się na rozmowy pokojowe z pozostałymi stronami konfliktu i jeszcze przed ich zakończeniem zrzekł się władzy. Udał się do Nigerii, gdzie otrzymał azyl polityczny (cofnięty w 2006 roku). Pokój kończący krwawą wojnę domową w Liberii został zawarty 18 sierpnia 2003 roku w stolicy Ghany Akrze. W maju 2012 roku w Hadze Sąd Specjalny dla Sierra Leone skazał Charlesa Taylora na 50 lat więzienia za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości.

Z ciekawostek… po wielu przepychankach 22 stycznia 2018 prezydentem został George Weah – liberyjski piłkarz, działacz humanitarny i polityk.

Ponadto Liberia jest znana jako kraj „taniej bandery”. Zarejestrowane tu statki tworzą największą flotę na świecie. Ich łączny tonaż wynosi 99 mln DWT.

W skład ponad 5-milionowej populacji Liberii wchodzą liczne grupy etniczne. Żyją tam potomkowie uwolnionych amerykańskich niewolników oraz niewolników z Karaibów (ok. 5%), nazywanych Amerykanoliberyjczykami, którzy stanowili w Liberii wyższą warstwę społeczną. Zdecydowaną większość stanowią jednak plemiona tubylcze (95%), wśród których przeważają liczne plemiona Mande, oraz Kru. Różnorodność etniczna umocniona jest współistnieniem w Liberii ponad 20 języków (urzędowym jest język angielski), a także kultywowaniem animizmu przez dużą część ludności.

25.11.2022 – piątek – Jafoua > Klay > Monrovia >Kigsvile – na 4 km przed Kakata zjeżdżamy z trasy i na drodze dojazdowej do prywatnej posesji, za zgodą właściciela zakładamy dzisiejszą bazę noclegową – 160km

Już o ósmej ruszamy na trasę w kierunku stolicy Liberii, Monrovii. Podobnie jak po wjeździe do tego państwa droga w nienagannym stanie, jedynie nie pielęgnowana, w tym tropikalnym klimacie zacieśniana jest przez bujną roślinność. Ta sielanka drogowa kończy się jednak w miejscowości Klay i tu na 60km przed stolicą powróciły obrazki z Gwinei… ale taka jest właśnie Afryka…. nieprzewidywalna… Pokonanie tego dystansu zajęło nam ponad dwie godziny. Z marszu kierujemy się do konsulatu WKS (Wybrzeże Kości Słoniowej), aby utwierdzić się w przekonaniu, że wszystkie posiadane dokumenty wjazdowe do tego kraju są OK! No cóż, po konfrontacji z konsulem, okazało się, że nie są OK, gdyż obecnie do tego kraju można dotrzeć jedynie drogą lotniczą (drogowe przejścia graniczne są zamknięte ze względu na covid), a my posiadamy właśnie taką wizę…? Ponadto, konsulat obsługuje tylko obywateli Liberii, a my takie sprawy powinniśmy załatwiać w Berlinie… Przedstawiwszy dogłębnie naszą sprawę, konsul wyraził zrozumienie i postanowił dać nam specjalne zezwolenie na wjazd do tego kraju, czyli musimy powtórnie wyrobić wizę lądową 80$ (expres 120$), zezwolenie na wjazd od osoby 50$ (expres 70$) i zezwolenie na wjazd autem 100$ (expres 120$). No cóż dzisiaj piątek, w normalnym trybie musielibyśmy pozostać w tym miejscu do środy, wiec decydujemy się na expres i o 15,30 mamy wizy i wszystkie „permity” i zezwolenia do odbioru, jedynie jesteśmy lżejsi o pięćset dolców, a poprzednie wizy warte po 120$ od os. możemy wyrzucić do kosza… morał… podróżowanie kosztuje… nawet, czasem bardzo… Ale, cóż… jedziemy dalej… i nadal jesteśmy w grze…

Opuszczamy Monrovię, jednak wyjazd ze stolicy to nie taka prosta sprawa, to przebijanie się przez niezliczoną ilość bazarów w takim ruchu, jakby podczas jarmarku chcieć pokonać trasę, nie na piechtę tylko autem. Suma summarum wyjazd z miasta zajął nam dwie godziny. Na 10km przed Kakata zjeżdżamy z trasy i na drodze dojazdowej do prywatnej posesji, za zgodą właściciela zakładamy dzisiejszą bazę noclegową.

26.11.2022 – sobota – Kakata > Gbarnga > Ganta > Sahniquellie > Kahnpley – nocleg na terenie lokalnej szkoły podstawowej (jutro niedziela, więc nie będziemy przeszkadzać w zajęciach) – 300km

Miejsce na nocleg okazało się wspaniałe, cicho, daleko od wiosek w cieniu alei prowadzącej do posiadłości. O ósmej ruszamy na trasę w kierunku granicy z Wybrzeżem Kości Słoniowej. Na parę km przed Gbarnga zbaczamy z trasy na północ aby zobaczyć wodospady „ Kpatawee Waterfalls”. Oddalone są o 20km od głównego traktu, a dojazd do nich to gruntowa droga przechodząca przez kilka wiosek. W kategorii jakości dojazdu, zakwalifikowałbym ją do tych nieco lepszych niż w Gwinei Bissau. Pokonanie tego dystansu w jedną stronę zajęło nam trzy kwadranse. Wodospad choć niezbyt wysoki, okazał się być bardzo okazały, przelewający swe wody poprzez rozległe skały, pośród tropikalnej dżungli.

Powracamy na trasę i nową, super drogą podążamy szybciutko do granicznego miasta z Gwineą, do Ganta. Oczywiście nie przekraczamy granicy z tym krajem, tylko tam ostatnie tankowanie i jadąc dalej od tego miasta na wschód, kierujemy się następne 80km, na przejście graniczne z WKS-em. Tu już nie jest tak wspaniale, gdyż droga jest dopiero w budowie, a co za tym idzie, tempo podróży drastycznie zmalało. Na jednym z „check pointów” dowiedzieliśmy się, że przejście jest czynne do szóstej, więc spokojnie po kolejnych dwóch godzinach mozolnie pokonując trasę, zaczęliśmy się rozglądać za dzisiejszym miejscem na założenie bazy noclegowej. Na 14km przed granicą z WKS, przed miejscowością Kahnpley zostajemy na nocleg, na terenie lokalnej szkoły podstawowej (jutro niedziela, więc nie przeszkadzamy). Znalazł się również ochroniarz tego terenu, który zaakceptował nasze kempingowanie, tym bardziej, że został obdarowany prezentami. Nawet przyszedł nam przedstawić swojego, nocnego zmiennika…

27.11.2022 – niedziela - Kahnpley > Kande > granica Liberia – Wybrzeże Kości Słoniowej > Danane > Man > Duekoue > Daola > Gonatel – tuż za miejscowością zjeżdżamy z trasy i rozbijamy nasze obozowisko na małej łące obok ścieżki prowadzącej do wioski – 310km.,

Już przed ósmą mamy gości, nasz ochroniarz przyprowadził wszystkie swoje „dziadki” oraz nauczyciela, który mieszka obok w wiosce i uczy w tutejszej szkole. Dodatkowo na łąkę przytargali dwie ławki szkolne, aby wraz z nami odbyć pełną sesję fotograficzną. Oczywiście my odwdzięczyliśmy się podarkami w postaci piłek, długopisów, cukierków, balonów i drobnych zabawek. Karność dzieci wobec nauczyciela, byłą taka jaką ja pamiętam z mojej edukacji w szkole podstawowej… Takim to sposobem wszyscy są szczęśliwi, my bo mieliśmy bezpieczne miejsce na nocleg, oni mieli mnogość atrakcji i zostali obdarowani prezentami…

Pokonanie dystansu 15km dzielącego nas od granicy, ze względu na stan drogi zajęło nam prawie godzinę. Odprawa po stronie liberyjskiej bez najmniejszych problemów, jednak warunkiem był wcześniejsze przejście przez most graniczny na stronę Wybrzeża Kości Słoniowej, czy aby mamy komplet dokumentów i zezwoleń, gdyż formalnie granice lądowe z WKS są zamknięte i to od ponad dwóch lat (ze względu na covid). Jak wcześniej opisywaliśmy pozyskaliśmy takowe w konsulacie tego kraju w Monrovii. Po sprawdzeniu przez urzędników WKS i stwierdzeniu, że wszystko jest OK, dopiero wtedy po stronie liberyjskiej przystawili nam w paszportach wyjazdowe pieczątki. Kolejno musieliśmy odbyć całą procedurę otwarcie, a raczej zdjęcia łańcucha na moście, gdyż był zamknięty na kłódkę po stronie WKS i nikt nie wiedział gdzie się ten klucz zawieruszył. Teraz wobec sytuacji, że niedziela i granica zamknięta, całość naszej dalszej odprawy była monitorowana, przez szefa przejścia poprzez korespondencję telefoniczną, gdzie pogranicznik „biegał” po terenie aby złapać zasięg i sygnał. Dodatkowym elementem odprawy były fotografie ekip poszczególnych aut na tle tablicy rejestracyjnej. Suma summarum po godzinie udało się dobrnąć do szczęśliwego finału i możemy jechać dalej.

Droga z granicy do pierwszego większego miasta oddalonego o 50km choć szutrowa to w dobrym stanie, jedyną uciążliwością jest kurz, musimy zachować co najmniej pół km odstępy. Dalej to już bardzo dobra droga, niedawno oddana do użytku i oczywiście, jak w większości krajów afrykańskich wykonana przez Chińczyków. Taką to trasą pokonujemy dzisiejszy dystans mijając po drodze kolejne większe miasta, Man, Duekoue i Daola. Tym razem nie musimy wymieniać waluty, gdyż w tym kraju posługujemy się frankiem (CFA), którym płaciliśmy już w Senegalu i Gwinei Bissau (1$ = 650CFA). Paliwo relatywnie tanie 655franków, czyli około jednego USD. tuż za miejscowością zjeżdżamy z trasy i rozbijamy nasze obozowisko na małej łące obok ścieżki prowadzącej do wioski

Skoro dotarliśmy do tego państwa, to należy się odrobinę historii… Państwo wzięło nazwę od części wybrzeża Zatoki Gwinejskiej będącej częścią Oceanu Atlantyckiego, skąd francuscy handlarze wywozili w XVII wieku kość słoniową. Od XV do XIX wieku Wybrzeże Kości Słoniowej przyciągało Europejczyków perspektywą zysków z handlu kością słoniową i niewolnikami. U schyłku tego okresu opanowała je Francja. W latach 1903-1935 administracja zbudowała linie kolejowe między Wybrzeżem Kości Słoniowej a Górną Woltą (obecnie Burkina Faso). W 1940 roku nad Wybrzeżem Kości Słoniowej władzę obejmuje rząd Vichy (tzw. Państwa Francuskiego Pétaina). W 1942 roku tereny kraju zostają opanowane przez aliantów. Po 1945 roku rozwinął się ruch antykolonialny i niepodległościowy. Na początku główny nurt antykolonialny przyjął poglądy radykalne i sympatyzujące z francuskimi komunistami. Po II wojnie światowej parlamentarzyści z Wybrzeża Kości Słoniowej zasiedli we francuskim parlamencie a w latach 50. pełnili nawet funkcje ministerialne. W 1959 roku powstał rząd autonomiczny republiki a w 1960 Wybrzeże Kości Słoniowej uzyskało niepodległość, jednak język francuski pozostał jego językiem urzędowym. Na czele nowego państwa stanął lider niepodległościowców Houphouët-Boigny który zerwał z marksistowską orientacją polityczną i przyjął poglądy prawicowe. Po burzliwych latach budowania własnej drogi niepodległości w 2002 roku doszło do I wojny domowej między prezydentem Gbagbo a rebeliantami z „Nowych Sił”. Na czele trwającej do 2007 roku rebelii stanął Guillaume Soro. Wojna zakończyła się zwycięstwem rządu a na skutek ugody Guillaume Soro został premierem. Powodem wybuchu wojny domowej była polityka Gbagbo, która opierała się na nacjonalizmie. Prezydent dyskryminował mieszkających na północy muzułmanów o zagranicznym pochodzeniu (napłynęli głównie z Burkina Faso), którzy stanowili 1/4 społeczeństwa. Laurent Gbagbo w kolejnych wyborach prezydenckich w listopadzie 2010, według oficjalnych wyników ogłoszonych przez komisję wyborczą przegrał z Alassane Ouattarą, jednak nie zaakceptował przegranej i nie zrezygnował z urzędu, co zapoczątkowało kryzys polityczny i okres dwuwładzy w kraju, który w lutym 2011 przerodził się w wojnę domową. 11 kwietnia 2011 Gbagbo został pojmany w Abidżanie przez siły wierne Ouattarze i przywrócono zasady demokratyczne, oczywiście w afrykańskiej wersji…

Na dzień dzisiejszy widzimy, że kraj się rozwija, a w szczególności poprawa stanu dróg jest odczuwalne dla nas…

28.11.2022 – poniedziałek – Gonatel > Bouafle > Yamoussoukro (stolica konstytucyjna) > Bouake > Katiola > Tafire > 30km przed Ferkessedougou – nocleg na niegdysiejszym placu technicznym budowy drogi – 400km

Dzień długiego przejazdu, bez specjalnych atrakcji… takie również często zdarzają się w drodze… Patrzymy na ten kraj z perspektywy przejazdu w 2015r. Tylko, lub aż siedem lat, a zmiany są radykalne… szczególnie w zakresie stanu dróg i uporządkowania w sensie ogólnym. Nadal dominują śmieci, ale już w w bardziej ograniczonej ilości. Zdecydowanie widać wkraczającą cywilizację w postrzeganiu przez Europejczyka. Na trasie w Yamoussoukro wstąpiliśmy do miejscowego supermarketu i o dziwo natrafiliśmy na całkiem przyzwoite ceny – jogurt 2,50zł , piwo o,5l 3,50zł, owoce, choć w ograniczonym wyborze tańsze niż w Polsce. Po przebyciu krajów „Rogu Afryki” (Gwinea Bissau, Gwinea, Sierra Leone, Liberia), wracamy do normalności…

W miejscowości Katiola na stacji paliw napotykamy na ciekawego człowieka, Francuza, który biegle mówi po Polsku. Okazuje się, że Rysiek jest potomkiem Polaków, którzy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku wyemigrowali do Francji i stąd tak dobra znajomość języka polskiego. Na tyle jest to dobre spotkanie, gdyż właśnie w tym miejscu musimy podjąć decyzję czy zbaczamy z drogi o 220km i jedziemy wertepami do Parku Narodowego Komoe., czy jedziemy prosto na granicę z Burkina Faso…? Ponieważ Adam z Beatą realizują program tysiąc odwiedzonych miejsc UNESCO, postanawiają na siłę spróbować go odwiedzić (nie wiadomo jak zobaczyć tamtejsze zwierzęta…?), my postanawiamy pominąć tę wątpliwą atrakcję i po ponad miesiącu podróży udać się bezpośrednio do Burkina Faso, do znanego nam z poprzedniego przejazdu „Casades Palace Hotel” i tam nieco odpocząć po ponad miesiącu podróży, oporządzić auto i urządzić generalne pranie. Mamy na to trzy dni, może jeszcze uda się zobaczyć kilka osobliwości tamtego, nasyconego atrakcjami regionu, których nie było nam dane odwiedzić w poprzednim przejeździe, siedem lat temu…? Na 30km przed Ferkessedougou, na nocleg zajeżdżamy w szczerym polu, na niegdysiejszy plac techniczny budowy drogi.

29.11.2022 – wtorek – Ferkessedougou > Ouangolo > granica wyjazdowa z WKS > Ouangolo > Ferkessedougou – nocleg w Hotelu Pepousse - 220km

Rankiem szybko docieramy do Ouangolo miasteczka na 30km od faktycznej granicy. Tu w Urzędzie Celnym zamykamy karnet „De Pasage” i jedziemy na przejście graniczne. Przedstawiamy nasze zezwolenia i spokojnie czekamy, gdyż o naszej odprawie decyduje szef posterunku, który znajduje się w Ouangolo. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy pogranicznicy nas nie odprawili, twierdząc, że zezwolenie dotyczyło wjazdu, a nie wyjazdu i że potrzebujemy nowe, które wydaje Ministerstwo Security w Abidżanie. Zawrócili nas z granicy i kazali jechać i wyjaśniać sprawę do szefa posterunku w Ouangolo. Tu ponownie wytłumaczono nam, że bez nowego zezwolenia nie przekroczymy granicy. Żadne próby łapówki nie dały również rezultatu. Musimy nadmienić, że znajdujemy się 650km od Abidżanu i że mamy poważną zachwostkę… Powróciliśmy kolejne 50km do pierwszego większego miasta jakim jest Ferkessedougou i wynajęliśmy pokoje w Hotelu Pepousse. Jutro podejmiemy decyzję, może polecimy do Abidżanu samolotem z Korhogo oddalonego o 50 km od dzisiejszej naszej bazy…? Czyżby powtórzyła się sytuacja z ostatniej podróży przez Kurdystan i Irak…?