Wyprawa w poprzek Afryki:

Plan tej wyprawy mieliśmy w głowach już od dawna, a pomysł trasy był wspólny z Adamem i Beatą, z którymi to wspólnie podróżowaliśmy naszymi wyprawowymi Toyotami Hilux 4×4 przez Azję Centralną do Magadanu i na Kamczatkę, latem 2019 roku. Zaplanowaliśmy tę podróż na przełom 2020/2021roku, ponieważ Adam przymierzał się do zmiany auta na nowego, wyprawowego Hiluxa, a my mieliśmy jeszcze w planie wyprawę na atypody, do Australii i Nowej Zelandii oraz na Bliski i Daleki Wschód, które z pomyślnością przeprowadziliśmy.

Nasze plany wspólnej wyprawy, w zeszłym roku niestety z powodu pandemii coronavirusa musieliśmy odłożyć i dopiero teraz próbujemy ten projekt zrealizować. Start zaplanowaliśmy na drugi dzień Świąt Bożenarodzeniowych. Na dzień dzisiejszy jesteśmy na etapie trudnej i mozolnej logistyki, załatwiania wiz, karnetu CPD, zaproszeń, zezwoleń itp.

Jedziemy dwiema Toyotami Hilux 4×4, my naszą starą, która dzielnie przewiozła nas przez Afrykę i Azję na dystansie 190tys.km, Adam z Beatą nowym Hiluxem, którego przygotowali do wyprawy w tym roku.

A oto planowana trasa:

Polska > EU > Turcja > Irak > Kuwejt > Arabia Saudyjska > Bahrain > Katar> Arabia Saudyjska > Przeprawa promem przez Morze Czerwone do Sudanu (Port Sudan) – cztery razy w tygodniu płynie prom z Mekki (Dżerba) do Port Sudan) > Sudan > Erytrea > Djibouti > Etiopia > Somaliland > Etiopia > Sudan Pd > Sudan > Czad > Niger > Burkina Faso > WKS > Liberia > Sierra Leone > Gwinea > Gwinea Bissau > Senegal Gambia > Senegal > Mauretania > Maroko > Europa > Polska – 33tys.km

afryka2022-trasa-plan

Naszą pozycję na trasie podróży można śledzić za pomocą systemu “SPOT” (KLIKNIJ TUTAJ)

Już na starcie, oczywiście jak zwykle się zdarza, nie obywa się bez stresu. Ostatnio na wizie rosyjskiej pomylono moje nazwisko, teraz, podczas wizowania paszportów w Berlinie odmówiono nam wielokrotnej wizy do Sudanu. Nie dość, że na gwałt paszporty jadą pocztą kolejową do Polski, to już w Istambule zmuszeni jesteśmy załatwiać ponownie tę wizę, tym razem w wersji tranzytowej w sudańskim konsulacie… jest przygoda…

24.12.2021r. piątek – Międzyrzecze Górne („Chałupa na Górce”) > Krynica Zdrój - 200km

Rozpoczynamy kolejną przygodę, wielką podróż w kierunku, gdzie nieoczekiwane przeszkody, szczególnie te pandemiczne, polityczne i logistyczne, mogą mocno namieszać i pozmieniać w naszych założonych planach.

W związku z tym, że nasi kompani obecnej podroży mieszkają w okolicy Krosna, postanowiliśmy naszą wyprawę rozpocząć już wczesnym rankiem w wigilię i część świąt spędzić w górach, w Krynicy Zdrój. Zamówiliśmy pokój w stylowym pensjonacie „Stefania” https://www.hotelstefania.pl/ , a wigilijny, kameralny wieczór połączony z kolacją w restauracji „Smaki Wisły” https://www.wislakrynica.pl/ , mieszczącej się w pięknym, drewnianym pensjonacie usytuowanym tuż przy zdrojowym deptaku. Wszystko okazało się być lepsze niż się spodziewaliśmy. Ponadto zimowa aura dopisała i wigilia odbyła się w bajecznej atmosferze.

25.12.2021r. sobota – Krynica Zdrój

Dzisiejszy dzień, to głównie spacery po uzdrowisku, tym bardziej, że zimowa aura dodaje cudownej oprawy i atmosfery. Przy okazji wyzwoliliśmy w sobie zainteresowanie historią Krynicy Zdrój jako uzdrowiska. Okazało się, że jego zaczątkiem był zbudowany w 1794r. drewniany dom tzw. „Mały Domek”, który od 1804r. mieścił pierwsze zakłady kąpielowe. W 1807r. Krynica została nazwana urzędowo zdrojem kąpielowym i zaczął tu wkrótce ordynować pierwszy stały lekarz. Wielką erę Krynicy jako uzdrowiska rozpoczęła w 1856r. działalność Józefa Dietla, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, uznawanego za ojca polskiej balneologii. Już od 1858r. stosowano tu kąpiele borowinowe, a kontynuatorzy dzieła Dietla, przyczynili się do technicznego rozwoju uzdrowiska. Przysłużyło się również wybudowanie w 1876r. linii kolejowej do Muszyny, przedłużonej w 1911r. do Krynicy.

W końcu XIX w. Krynica była modnym i elitarnym miejscem pobytu i spotkań wielu sławnych Polaków (bywali tu m. in. J. Matejko, A. Grottger, H. Sienkiewicz, J.I.Kraszewski). W okresie międzywojennym przebywali tu również: L. Solski, H. Modrzejewska, W. Reymont, J. Tuwim, K.I.Gałczyński, J. Kiepura (miał tu własną willę „Patria”). Do częstych pobytów Kiepury w Krynicy nawiązują organizowane obecnie festiwale nazwane jego imieniem. W teatrze modrzewiowym (który niestety spalił się w 1943r.) występowali L. Solski i H. Modrzejewska. Krynica znana jest również z twórczości ludowego malarza Nikifora (Epifan Drowniak) zwanego Krynickim, którego prymitywistyczna twórczość malarska, stanowi prawdziwą rewelację. Dziś trudno wyobrazić sobie Krynicę bez jego obrazków, które zdobią muzeum jego imienia, uruchomione w 1995r. w willi „Romanówka”.

Wieczorem do zimowej aury dołączył srogi mróz, na jutrzejszy ranek zapowiadają temperaturę -16ºC. Mamy z tym niemały problem, gdyż Toyota spakowana na wyjazd, może nam niektóre rzeczy zmarnować. Musimy zastosować lekkie czuwanie nocne i włączać przynajmniej na pewien czas ogrzewanie webasto.

26.12.2021r. niedziela – Krynica Zdrój > Presov > Kosice > Budapest > Segedyn > Novi Sad – 620km – nocleg na parkingu przy płatnej autostradzie 30km przed Nowym Sadem

Rzeczywiście prognozy temperaturowe spełniły się na 100%, rankiem przywitała nas temp. -16ºC. Ponieważ w bakach naszego auta mamy prawie 200litrów oleju napędowego i do tego jeszcze letniego, dotankowuję 20l benzyny (zapobiegnie wytrąceniu się parafiny z paliwa) i ruszamy na trasę z Krynicy Zdrój w kierunku granicy ze Słowacją. Mroźna aura w porannym, nieco zamglonym mrozem słońcu, dodaje niespotykanego uroku górskim krajobrazom spowitym w śniegu. Granicę przekraczamy w Muszynce i przez Bardejów docieramy do Preszowa. Tu ustaliliśmy punkt zborny naszej wyprawy. Po ceremoniach powitalnych… w drogę. W okolicy Koszyc mróz odpuszcza i w przyjemnej aurze podążamy dalej na południe w stronę Węgier. Dzisiejsza jazda, to typowa „przejazdówka”, jak najszybciej chcemy pokonać dystans dzielący nas od Serbii. Zwyczajowo włóczymy się podrzędnymi drogami, jednak tym razem jedziemy autostradami. Na granicy z Serbią, wypatrujemy dość przygnębiający widok, właśnie dogorywają szczątki spalonego auta, które stało tak jak my gotowe do odprawy, no cóż, ktoś miał pecha. Odprawa graniczna bezproblemowa i trwająca 30 minut, nie żądają zaświadczenia szczepień na COVID 19. Tuż za granicą z Serbią zaczyna padać rzęsisty deszcz, a temperatura utrzymuje się około zera , po zmroku robi się nieprzyjemnie. Zatrzymujemy się na przyautostradowym parkingu, 30 km przed Nowym Sadem i rozbijamy pierwsze w tej podróży obozowisko. Marznący deszcz przeszkadza w zwyczajowej integracji, tym razem szybkie odpalenie ogrzewania i do spania.

27.12.2021r. poniedziałek – Novi Sad > Beograd > Gamzigrad (cyr. Гамзиград) koło Zajecaru(cyr. Зајечар) > granica z Bułgarią Gradinje-Kolatina > Sofia > Kopriwsztica(bułg. Копривщица) – 670km

Całą noc lało, toteż rankiem nasze auta wyklejone lodową skorupą, trudno przygotować do dalszej jazdy. Szczęśliwym trafem, jeszcze przed Belgradem przestało padać, ale dalej pochmurno i temperatura w okolicy zera. Podążamy dalej przez Serbię, autostradami na południe. Pierwszym celem dzisiejszego zwiedzania jest stanowisko archeologiczne położone obok wioski Gamzigrad, 7km od Zajecaru we wschodniej Serbii. Na miejscu jesteśmy wczesnym popołudniem i o dziwo, obiekt dzisiaj jest otwarty i udostępniony do zwiedzania, nawet bilet można zapłacić w euro (2,50€ od os.). Niestety w deszczu, stajemy przed z zespołem budowli późnorzymskich „Felix Romuliana”. Budowle zostały wzniesione na przełomie III i IV wieku przez cesarza rzymskiego Galeriusza (250–311). Obejmują ufortyfikowany pałac cesarski, świątynie, łaźnie, tetrapylon oraz mauzolea cesarza i jego matki. Archeolodzy odkryli na stanowisku w 1993r. rzeźbioną głowę cesarza Galeriusza. Odkryto również fragment marmurowej rzeźby z I połowy III w. n.e., która w całości przedstawiała prawdopodobnie scenę z Dianą… w mitologii rzymskiej boginią łowów – polującą konno. Rzeźba tego rodzaju, zdaniem ekspertów symbolizująca zwycięstwo Rzymu nad barbarzyńcami, jest unikalnym znaleziskiem w tej części Bałkanów. W 2007r. obiekt został wpisany na listę UNESCO. Bardzo ciekawe miejsce, dobrze utrzymane i przygotowane do zwiedzania.

Po obejściu całego, rozległego kompleksu jedziemy dalej w kierunku granicy z Bułgarią. Tym razem podążamy bocznymi drogami, wzdłuż granicy z Bułgarią, przemieszczając się poprzez ubogie, serbskie wioski, jak przez naturalny, pozostawiony sam sobie żyjący skansen. Pamiętam, że za czasów komuny, wioski te były w dużo lepszym stanie.

Granicę z Bułgarią przekraczamy na przejściu Gradinje-Kolatina i jedziemy dalej w stronę Sofii. Po dotarciu do stolicy, od razu jedziemy do dzielnicy Bojanie, by zobaczyć średniowieczną świątynię prawosławną „Cerkiew Bojańska”. Niestety, jesteśmy już zbyt późno, dodatkowo po zmroku, a obiekt jest ogrodzony i całkowicie pozamykany. Tak więc, dobrze zachowane freski, które zaliczane są do najcenniejszych zabytków średniowiecznej sztuki malarskiej na Bałkanach, a datowane na rok 1259… są poza naszym zasięgiem. Jedyne co możemy zrobić, to uskutecznić mały spacer wokół tej historycznej budowli.

Nie pozostało nam więc nic innego jak przemieścić się nieco dalej na wschód, do kolejnego historycznego miejsca Bułgarii, jakim jest miasto Kopriwsztica, położone w środkowo-zachodniej Bułgarii, około 115 km na wschód od Sofii, w malowniczej dolinie „Wednej Gory” na wys.1030 m n.p.m. Miasto powstało najprawdopodobniej w początkach panowania tureckiego jako osiedle pasterskie. Później stało się dużym ośrodkiem rzemiosła i handlu. Na przełomie XVIII i XIX w. kilkakrotnie było niszczone przez najazdy kyrdżalich. Wywodziło się stąd wielu znanych hajduków, walczących z Turkami, a także działaczy politycznych, poetów i pisarzy, uczonych wreszcie. Powstańcze tradycje miasta potwierdzone zostały podczas zrywu kwietniowego: to właśnie w Kopriwszticy 20 kwietnia 1876r. Todor Kableszkow, jeden z przywódców miejscowego komitetu konspiracyjnego, ogłasza początek powstania. Rychło zostało ono stłumione. Miasto jednak, w odróżnieniu od innych ośrodków buntu, jak Batak, Panagiuriszte czy Bracigowo, nie zostało zniszczone przez Turków. Wykupili je bowiem miejscowi bogacze, składając tureckim dowódcom sowite dary. A dziś… blisko 400 z obecnych tu domostw to chronione, idealnie zachowane zabytki, w których wiele drzwi stoi otworem. Niektóre z budynków przeistoczyły się w pensjonaty lub niewielkie knajpki, inne w typowo muzealne sale, w których wystrój i umeblowanie, to sceneria żywcem wyciągnięta z tej burzliwej, minionej epoki. Jesteśmy tu już kolejny raz, a dla naszych kompanów podroży to kolejna, nowa ciekawostka. Nie bez przyczyny znajduje się na liście UNESCO. Tym razem na nocleg pozostajemy w pensjonacie „Paradise Hotel” (25€ za pokój 2os.)

28.12.2021r. wtorek – Kopriwsztica > Tracki grobowiec z Kazanlak > granica z Turcją w Andriejewo-Gumruk > Edirne > Istambul – 490km

Po opuszczeniu pensjonatu, udajemy się na spacer po wiosce spowitej w porannej mgle. Choć jesteśmy tu kolejny raz, lubimy to urokliwe miejsce i zawsze znajdziemy coś nowego, co nas zaskoczy i zadowoli. Wiele z domów jest obecnie zaadoptowanych na muzea i udostępnionych zwiedzającym. Charakterystyczne są dla nich fasady budynków, malowane na niebiesko, żółto i czerwono, wysokie kamienne mury i masywne drewniane wrota, zamykające dostęp do podwórek. W tym żywym skansenie pod gołym niebem, między domami wiją się malownicze, wąskie, wykładane kocimi łbami uliczki, schowane są studnie i kamienne mosty. Kiedy byliśmy tutaj poprzednim razem, to w każdym z domów-muzeów mieliśmy okazję zobaczyć prawdziwy, zachowany dziewiętnastowieczny wystrój, przedmioty użytku codziennego, wspaniałe arcydzieła sztuki ludowej. Dziś, raczej włóczymy się po stromych, wąskich uliczkach, wykorzystując niepowtarzalne walory tego miejsca do robienia fotek we mgle. Choć przed nami dalsza droga, był również czas na wypicie porannej kawy po turecku w klimatycznej knajpce. Więcej o wiosce napisaliśmy poprzednim razem, jadąc tędy do Iranu w 2018r.  (KLIKNIJ TUTAJ

Opuszczamy Kopriwszticę i kierujemy się do kolejnego obiektu, który znajduje się około 100km na wschód, w Kazanłyku. Miasto to położone jest w środkowej Bułgarii, w samym sercu słynnej „Doliny Róż” znanej także jako „Dolina Trackich Królów”. Jednym z ciekawszych zabytków jest usytuowany w południowej części miasta murowany tracki grobowiec kurhanowy „Tracian Tomb of Kazanlak”. Powstał on prawdopodobnie około 310-290 roku p.n.e i stanowił niegdyś część większego trackiego cmentarza wchodzącego w skład starożytnego miasta Seuthopolis. Nekropolia odkryta została przypadkowo pod koniec II wojny światowej przez okopujących się wokół miasta żołnierzy. Przypuszcza się, że w starożytności grobowiec należał do jakiegoś wielmoży trackiego, który to został pochowany tu wraz z żoną. Główna komora grobowca posiada okrągły kształt o średnicy przekraczającej 2,5m i prowadzi do niej blisko dwu metrowy wąski korytarz (dromos). Najcenniejszym elementem nekropolii są starożytne barwne malowidła ścienne. Przedstawiają sceny walk Traków z Macedończykami, życie oraz pogrzeb właściciela grobowca. Są to jedne z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych fresków pochodzących z okresu hellenistycznego. Ich autorami byli prawdopodobnie artyści greccy lub macedońscy. W 1979r. grobowiec z Kazanłyku został wpisany na listę UNESCO. Właściwie sam grobowiec w Kazanłyku jest zamknięty dla publiczności, panuje tu bardzo surowy reżim, który pozwala zachować unikalne obrazy. Ale tuż obok dla turystów, jako muzeum zbudowano kopię grobowca kopułowego z wiernie odtworzonymi freskami, którą zwiedzamy. Jedynie mamy problemem z zakupem biletów (kasjerka nie chciała przyjąć płatności w euro wartości 6lewa od os., a czytnika kart nie posiadała)…

Ruszamy dalej, nareszcie uciekliśmy z zimna, na termometrze aż 14ºC i słońce. Teraz nasza trasa biegnie poprzez punkt graniczny Andriejewo-Gumruk do Edirne w Turcji. Granica bez problemów, musimy jedynie okazać certyfikaty szczepień i jedziemy dalej. Więcej kłopotów mamy z wykupieniem winiety na tureckie autostrady, kiepska obsługa, brak informacji – w kolejnym punkcie płacimy po 340 tureckich lirów za odcinek od granicy do Ankary i jedziemy dalej (lira turecka (TRY) 1lira = 0,25zł 100$ USD=1650TRY olej napędowy USD/litr – 0,90). Po następnych 20km docieramy do Edirne. To największe tureckie miasto położonym całkowicie w Europie. Tak, tak, myśląc o Turcji bardzo często zapominamy, że ten kraj ma całkiem spory europejski kawałek. Na trójstyku granic Turcji, Bułgarii i Grecji, leży region nazywany Tracją (ojczyzna legendarnego Spartakusa), a po stronie tureckiej jego stolicą jest właśnie Edirne. Miasto ma burzliwą historię, było założone w 120 r.n.e. przez rzymskiego cesarza Hadriana i nazwane na jego cześć Hadrianopolis. Z biegiem lat przyjęła się nazwa Adrianopolis (Adrianopol). Po podziale Cesarstwa Rzymskiego, Adrianopol przypadł Cesarstwu Wschodniemu. Pozostał w granicach Bizancjum do 1361r., kiedy to zdobyli go Turcy Osmańscy. W 1365r. uczynili go nową stolicą imperium. Miasto pozostało nią z przerwami aż do zdobycia Konstantynopola, czyli do 1453r. Najwspanialszym świadkiem dawnej potęgi Edirne jest meczet „Selimiye Camii” wzniesiony około roku 1575 dla sułtana Selima II przez genialnego architekta Sinana, który był czynny zawodowo przez 50 lat i wzniósł ponad 400 budowli. Sułtan Selim II zmarł w 1574r. nie doczekawszy ukończenia dzieła. Meczet poszczycić się może między innymi czterema minaretami o wysokości 71m każdy (jedne z najwyższych minaretów w świecie islamu). Wystrój Selimiye jest bardzo bogaty, a dekoracje godne są dworu sułtańskiego. Najpiękniejsza jest główna kopuła o szerokości 31m, która wyłożona jest cudowną mozaiką z kolorowej ceramiki. W 2011r. kompleks Selimiye został wpisany na listę UNESCO.

To kolejne miejsce na trasie, które odwiedzaliśmy poprzednio. Niestety dzisiaj to jeden wielki plac budowy, błoto przelewa się ulicami, całe centrum wokół meczetu rozkopane, trwa jakaś spora inwestycja. Po zwiedzeniu meczetu i zaglądnięciu na kilka bazarów, w pobliskiej knajpce zajadamy się tureckimi kulinariami. Więcej z poprzedniego pobytu -  (KLIKNIJ TUTAJ)

Miasto żegna nas solidnym deszczem i w takiej to atmosferze, przemierzamy kolejne ponad 200km na wschód do Stambułu. Na nocleg zatrzymujemy się w hotelu „Golden Flower Hotel” (235TRY za pokój 2os. – ok. 60zł), ponieważ jutro musimy udać się do konsulatu Sudanu w celu wyrobienia wiz tranzytowych przez ten kraj oraz do konsulatu Iraku, aby potwierdzić jeszcze raz wiarygodność informacji o możliwości wyrobienia wizy do tego kraju na granicy.

pokska-stambul-map

29.12.2021r. środa – Itambul > Bursa > Cumalikizik > Sivrihisar – 440km – nocleg na parkingu przy trasie 130km przed Ankarą

Rano, najpierw podjeżdżamy do konsulatu Iraku. Podjeżdżamy to dobre słowo, gdyż z parkowaniem to już monstrualny problem. Suma summarum pozostawiamy auta na głównej ulicy, rzecz jasna na zakazie, włączamy awaryjne (co nagminnie stosują tureccy kierowcy) i idziemy do konsulatu. Okazuje się, że konsulat od Świąt Bożego Narodzenia aż do Nowego Roku jest zamknięty, jedynie uzyskujemy informację iż w Turcji, będziemy mieli jeszcze konsulat w Gaziantep, przy granicy z Syrią i tam, już po świątecznej przerwie, załatwimy swoje sprawy. Szybciutko zbieramy się z zakazu postoju i jedziemy nieco dalej, do konsulatu Sudanu. Tu nieco lepiej z parkowaniem, miejsce udaje się znaleźć 500m od budynku. Na szczęście, tu drzwi są dla nas otwarte, pracownikowi przyjmującemu w recepcji, przedstawiamy nasze potrzeby. Chodzi o wystawienie wizy tranzytowej przez Sudan, z portowego miasta Port Sudan do granicy Etiopii, prosimy o możliwość rozmowy z konsulem. Sprawa kończy się na telefonicznej rozmowie „ciecia” z recepcji z konsulem, który przekazuje informację, że nawet do wizy tranzytowej, obecnie potrzebujemy zaproszenia potwierdzonego przez MSZ Sudanu w Chartumie. Nasze prośby o bezpośrednią rozmowę, mimo trzech telefonicznych podejść, spełzły na niczym. Już wiemy, że to poważny problem, który mocno zakłóci nasze plany. Na chwilę obecną w Sudanie, jest zbyt niestabilna sytuacja polityczna po dokonanym przewrocie i nie chcą wpuszczać żadnych turystów. Kolejny konsulat mamy w stolicy Turcji, Ankarze, no cóż… będziemy próbować.

Tymczasem, bierzemy się za zwiedzanie Turcji i jedziemy do kolejnego miejsca wyznaczonego na naszej trasie, jakim jest miasto Bursa, położone w odległości 25km od wybrzeża Morza Marmara, u podnóża góry „Uludag” (Wielka Góra – 2543 m n.p.m.), zwanej dawniej bityńskim Olimpem. To historycznie pierwsza stolica Imperium Osmańskiego, obecnie czwarte pod względem wielkości miasto Turcji. W 2014r. Bursa wraz z pobliską wioską Cumalikizik, została wpisana na listę UNESCO.

Zabytkowe centrum tchnie historią, mnóstwo zabytków, meczety, karawanseraje, bazary, łaźnie i ta niepowtarzalna atmosfera. Obowiązkowym punktem odwiedzin jest niewątpliwie „Yesil Camii” („Zielony Meczet”) zbudowany na rozkaz Mehmeta Zdobywcy w XIV wieku. Jego wyjątkowość polega na fakcie, że stanowił punkt zwrotny w tureckim stylu architektonicznym – zapoczątkował czysto otomański styl budowy meczetów. Wcześniej meczety w Anatolii reprezentowały styl seldżucki. Nazwa meczetu pochodzi, podobnie jak w przypadku „Błękitnego Meczetu” w Stanbule, od koloru kafli, którymi wyłożone jest jego wnętrze. Podczas wizyty warto odwiedzić również „Ulu Camii” („Wielki Meczet”). Świątynia góruje nad miastem niczym forteca. Wybudowano ją z żółtego wapienia pochodzącego z pobliskiej góry „Uludag”. Posiada dwa wysokie minarety, na pierwszym z nich umieszczono inskrypcje mówiące o fundatorze, drugi zaś powstał prawdopodobnie dopiero za czasów jego syna, sułtana Mehmeda. Świątynię zbudowano w stylu charakterystycznym dla epoki seldżuckiej… wielka kamienna budowla na planie prostokąta zwieńczona wieloma małymi kopułami. Jest też do zobaczenia „Yıldırım Bayezit Camii” („Meczet Bajazyda Błyskawicy”), jak również wiele innych, mniej znamienitych meczetów, które często również są perełkami architektury.

Miłośnikom bardziej tradycyjnych zakupów tureckich możemy polecić „Kapali Carsi” („Kryty Bazar”). Tak, to nie pomyłka, „Kryty Bazar” w Istanbule nie jest niczym wyjątkowym, a bazar w Bursie, chociaż nie tak rozsławiony, ma nam tym stanbulskim jedną wielką przewagę… brak turystów, a co za tym idzie… zwyczajne ceny. Sam bazar szczyci się długą historią, gdyż jego początki sięgają czasów Bajazyda Błyskawicy, czyli XIV wieku. Na uwagę zasługuje również dawny „Karawanseraj Koza Hani”, zbudowany w 1490r. Obecnie handluje się w nim głównie jedwabnymi tkaninami. To tutaj postanowiliśmy wypić tradycyjną herbatę, pozaglądać w kąty i pójść w miejsca, gdzie jeszcze jest co nieco do zobaczenia. Tereny bazarowe otoczone są uliczkami, na których równolegle wrze wszelaki handel, przyprawami, owocami i herbatą.

Oprócz rozlicznych atrakcji turystycznych oraz swojego znaczenia historycznego, Bursa jest również nowoczesnym ośrodkiem przemysłowym, w którego okolicach znajdują się między innymi fabryki Fiata, znanego w Turcji jako Tofas.

Po zwiedzeniu Bursy, przemieszczamy się 10km na wschód od miasta, do wioski Cumalikizik, położonej u podnóża góry „Uludag”. Wioski, które utknęły między dolinami „Uludag”, noszą nazwę „Kizik”. Mówi się, że ta wioska została nazwana Cumalikizik, ponieważ było to miejsce, w którym mieszkańcy innych wiosek „Kizik” zbierali się na piątkowe modlitwy. Innym mitem jest to, że Osman Bey nazwał tę wioskę „Cumalikizik”, ponieważ był to piątek, kiedy została założona. Struktura historyczno-architektoniczna wsi jest chroniona, a zabudowa wsi z wczesnego okresu osmańskiego pozostają nienaruszone. Z tego powodu Cumalikizik stał się popularnym, ale wciąż nienaruszonym ośrodkiem turystycznym w którym znajduje się 270 zabytkowych domów. Niektóre z nich są w trakcie renowacji i konserwacji, a 180 nadal wykorzystywanych jako mieszkania. Domy mają od 2 do 3 kondygnacji, ich podstawy zbudowane są z kamienia, a górne piętra z elementów drewnianych połączonych z użyciem „adobe” (drewno i glina). Układ nawierzchni ulic wykonany jest z kostek z naturalnego kamienia, z których każda zawiera wewnętrzny otwór odwadniający. Usytuowane wzdłuż bocznych kanałów ulic, tworzą system zbierania wody deszczowej. Projekt drogi został zaplanowany w korelacji z lokalną topografią z myślą o skupieniu wód w dół przy placu wjazdowym do wsi. Ulice nie przecinają się wzajemnie, a ich szerokość była wystarczająca do przejazdu ludzi i powozów konnych Miejsce to przyciąga obecnie sporo turystów z Turcji, innych nacji nie spotkaliśmy. Snujemy się pomiędzy domkami w kształcie podobnymi do konaków, podglądamy życie i zwyczaje mieszkańców. Ze względu na strome uliczki, do transportu wykorzystują traktory z przymocowanymi do nic blaszanymi pakami. Obchód brukowanymi uliczkami kończymy w jednej z knajpek. Cumalikizik został wpisany na listę UNESCO w 2014r.

Kończymy zwiedzanie tego rejonu i kierujemy się na wchód w stronę stolicy Turcji, Ankary. Jedziemy drogą D200 (E90), aby na 130km przed miastem zatrzymać się na nocleg, przy stacji paliw z knajpą i sklepem.

21-12-29-map

30.12.2021r. czwartek - Sivrihisar > Ankara < Kirikkale > Bogazkale > „Hattusas” – 350km – nocleg na parkingu, tuż obok stanowiska archeologicznego „Hattusas”

Po przebudzeniu, szybki dojazd do Ankary i poszukiwanie ambasady Sudanu. Dopiero trzeci adres okazał się być prawidłowym, najpierw trafiamy na stary adres, później do mieszkania jednego z urzędników ambasady, dopiero kolejny okazał się być tym właściwym. Aby to ustalić zmarnowaliśmy dwie godziny. W ambasadzie i tak okazało się, że nas nie obsłużą, gdyż to urząd jedynie dla obywateli tureckich lub rezydentów mieszkających w tym kraju i od tego nie ma żadnego wyjątku. Jednak co do informacji, czy Turkom wydają obecnie wizy tranzytowe, to odpowiedz jest pozytywna, musimy próbować dalej w kolejnych krajach, gdzie są ambasady lub konsulaty tego kraju.

Resztę dnia przeznaczamy na zwiedzenie stolicy Turcji. Zaczynamy od odwiedzenia mauzoleum „Anitkabir”, położonego w centrum miasta, na wzgórzu zwanym „Anittepe”, gdzie w gigantycznej wyłożonej mozaikami „Sali Honoru”, pod 40t bryłą symbolizującą grobowiec, leżą doczesne szczątki ojca narodu, założyciela Republiki Turcji i jej pierwszego prezydenta oraz Marszałka Turcji, Mustafy Kemala Ataturka. Mauzoleum jest otoczone „Parkiem Pokoju”, nazwanym tak na cześć jednej z maksym pierwszego prezydenta Turcji: „Pokój w kraju, pokój na świecie”. Od strony północnej do „Placu Zwycięstwa” przylega „Aleja Lwów”. Nazwa bierze się od 24 hetyckich lwów ustawionych wzdłuż alei. Plac ten może pomieścić 40tys. osób. Otoczony jest galeriami i wieżami. Wieże rozmieszczone są symetrycznie, czworokątne, zwieńczone spiczastymi dachami, sufity zostały ozdobione freskami. Trafiliśmy akurat na zmianę warty i trzeba przyznać iż jest to dość widowiskowa ceremonia.

Kolejno podjeżdżamy pod wzgórze obejmujące twierdzę „Ankara Kalesi”, stare miasto Hisar i mieszczący się tam najstarszy meczet Ankary „Sultan Alaaddin Camii” z 1197r.

W Ankarze, jak nigdzie indziej, rzuca się w oczy podział na starą i nową część miasta, czego zasadniczym powodem jest fakt, że stare dosłownie się rozpada, a nowe jest nazbyt współczesne (Yeni Sehir). Nie może być inaczej, jeśli stołeczną funkcję miejsce to zyskało niecałe 100 lat temu i od tamtej pory rozrosło się od kilkudziesięciotysięcznego miasteczka na prowincji do ponad pięciomilionowej metropolii. Znamienita większość zabudowy Ankary pochodzi zatem z ostatnich dziesięcioleci i składają się na nią głównie postmodernistyczne biurowce oraz współczesne budownictwo mieszkaniowe. Oglądając panoramę Ankary z górującego nad miastem „Anitkabir”, można przekonać się o tym osobiście. Centrum stolicy jest zatem miejscem do pracy, jej przedmieścia natomiast tymczasową lub stałą noclegownią dla Turków i przyjezdnych robiących karierę w dyplomacji, czy wielkim tureckim biznesie.

Nieco inaczej ma się rzecz ze wspomnianą starą częścią Ankary położoną u stóp cytadeli, nad którą góruje powiewająca nad murami czerwona flaga z białą gwiazdą i półksiężycem. Można odnieść wrażenie, że jest to miasto w mieście, dzielnica która jest odrębnym miejscem w stołecznym centrum, a na samym szczycie twierdzy patrząc w dół, można bez wahania mówić o teleportacji na turecką wieś. Po przekroczeniu dawnych miejskich murów, zabudowa przypomina o czasach ottomańskiej świetności, jednak przez ściany wielu domów dawno już hula wiatr, a zbite okna są roboczo wypełniane tekturą lub blachą falistą, widać iż dopiero teraz są restaurowane. Życie toczy się tu pełną parą, choć w zupełnie innych realiach. Rolę błyszczących centrów handlowych zajmują nadal tradycyjne bazary, gdzie targować można się o wszystko ze wszystkimi, a kawiarnie tak tu popularne, w dalszym ciągu mają gęsto ustawione miniaturowe stoliki w cieniu kilku drzew, gdzie starsze pokolenie Turków, ze spokojem celebruje czaj spalając kolejne paczki papierosów.

Nieodłącznym elementem starej dzielnicy Ulus, są także liczne stoiska pucybutów, którzy zdaję się mieć swoje postoje równie liczne jak tutejsi taksówkarze. Akcesoria stosowane do tej pozornie prostej usługi, przenoszone są w szkatułkach o kolorze złota rozsuwanych na boki jak dawne skrzynki na nici i agrafki. Profesja ta budzi spory podziw, patrząc jak panowie prześcigają się w doprowadzaniu trzewików do przejrzystości lustra. Wśród tego teatru rozmaitości, dodać jeszcze należy całe mnóstwo sklepów z wyrobami złotopodobnymi oraz niezliczone punkty serwujące kebab w co najmniej kilkudziesięciu odmianach – porcje tak duże, że zadowolą najbardziej wymagających.

Odwiedzamy również nieprzeciętne muzeum techniki „Rahni M.Koc Muzesi” obejmujące niespotykaną liczbę eksponatów, traktorów, starych pojazdów, maszyn parowych, silników spalinowych, itp., itd., a wszystko to ulokowano na zboczu wzgórza, okalającego twierdzę w tarasowo położonych dwóch karawanserajach (wstęp 20TRY od os.).

Późniejszym popołudniem opuszczamy stolicę i kierujemy się dalej na wschód, w stronę miasta Bogazkale i stanowiska archeologicznego „Hattusas”. Pod wieczór docieramy na miejsce i rozbijamy obozowisko przy kompleksie, na parkingu gdzie dla turystów przygotowano miejsca odpoczynku z daszkami i ławkami.

21-12-30-map

31.12.2021r. piątek – „Hattusas” > Yozgat > Sorgun > Sivas > Kargal > Divrigi – 440km – nocleg w hotelu „Kosk Otel”

Bogazkale to niewielka miejscowość w środkowej Turcji. W XIXw. w pobliżu miasta odkryte zostały pozostałości dawnej stolicy imperium hetyckiego Hattusas. Założona została około 2000 roku p.n.e. za panowania króla Labarna z Kussary, który w późniejszym czasie przybrał imię Hattusilis, miasto zostało otoczone potężnymi murami obronnymi z pięcioma monumentalnymi bramami. Upadek Hattusy, jak i całego państwa hetyckiego nastąpił około 1200 roku p.n.e. Dzisiaj, o tym potężnym niegdyś mieście, świadczą imponujące ruiny, w których odnaleźć można pozostałości licznych rezydencji oraz świątyń, a także relikty pięciu bram wzniesionych na olbrzymich blokach skalnych. Rozległe stanowisko archeologiczne jest dobrze oznakowane (wstęp 12,50TRY od os.) Od kasy biletowej ruszamy specjalnie przygotowaną, wybrukowaną drogą o dł. 6km na historyczną trasę. Choć to jedynie ruiny, nasza wyobraźnia podpowiada, jak wielka i rozległa była stolica tego starożytnego państwa. Z uwagi na niezwykle cenną i unikalną koncepcję urbanistyczną, w 1986r. ruiny starożytnego miasta „Hattusas” zostały wpisane na listę UNESCO. Przez niemal tysiąc lat, państwo Hetytów było jedną z potęg Azji Mniejszej. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, że na pierwsze ślady ich cywilizacji natrafiono dopiero w XIX w. Okres największej świetności imperium Hetytów przeżywało w XIII w p.n.e. Wówczas obejmowało ono obszarem niemal całą Anatolię i konkurowało o wpływy z Egiptem na południu i Imperium Asyryjskim na wschodzie. W roku 1274 p.n.e. doszło do bitwy pod Kadesz (obecnie Tel nebih Mend, miasto i twierdza w starożytnej Syrii nad Orontesem niedaleko Damaszku), w której siły Hetytów starły się w wojskami egipskimi. Była to prawdopodobnie największa w historii bitwa z udziałem rydwanów… brało w niej udział od 5-6tys. pojazdów. Egipcjanie pokonali Hetytów, ale nie zdołali ostatecznie rozegrać tego zwycięstwa na swoją korzyść i nie zdobyli twierdzy Kadesz. Jak zwykle, również i dzisiaj działa tu propagandowy przekaz, gdyż pada pytanie… komu przypadło ostateczne zwycięstwo? Obie strony przypisywały sobie ten zaszczyt. Nie można być pewnym ostatecznego wyniku starcia wojskowego, tym niemniej zwycięzcą długofalowym okazali się Hetyci. Bezpośrednio po bitwie, Ramzes II wycofał swoje siły daleko na południe, nie realizując postawionego przed kampanią celu… podboju terytoriów na północ od Kadesz. Co więcej, wycofujące się wojska egipskie były ścigane przez Hetytów aż po okolice obecnego Damaszku. Ostatecznie wojna zakończyła się pokojem, Hetyci i Egipt podzielili się Syrią, a Ramzes II pojął za żonę Hetytkę Nefertari. Ot taka to historia sięgająca tego miejsca. Więcej z poprzedniego pobytu -  (KLIKNIJ TUTAJ)

Dwa kilometry dalej, za starożytnymi murami miasta, w skalnych zakamarkach, odwiedzamy jeszcze trzy komory grobowe tamtejszych władców, bogato opisane hieroglifami i przyozdobione płaskorzeźbami.

Następnie przemieszczamy się dalej na wschód, do stolicy Anatolii, Sivas. Znane jest obecnie w Turcji głównie z roli, którą odegrało podczas tworzenia się Republiki Tureckiej. Oprócz tego to dawne starożytne miasto, zamieszkane od przeszło czterech i pół tysiąca lat, które na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie nowoczesnego. Jednak te odczucia mogą być bardzo mylące dla odwiedzających je po raz pierwszy… Większość zabytków z czasów seldżuckich, położonych jest w parku (Selcuklu Parki) w centrum miasta. Znajdują się tutaj trzy medresy: „Buruciye Medresesi” zbudowana w 1271r. „Cifte Minare Medrese” („Medresa Dwóch Minaretów”) oraz „Sifahiye Medresesi” z 1218r. Ta ostatnia była jedną z najważniejszych szkół medycznych działających w państwie Seldżuków. W parku stoi również meczet z czasów osmańskich, a dokładniej z 1580r., nazywany „Kale Camii”. Zachodzimy również do „Wielkiego Meczetu” („Ulu Camii”). Zbudowany za panowania Seldżuków w 1197r. budynek należy do najstarszych meczetów na terenie Anatolii. Jest to jedna wielka, prostokątna sala modlitewna, której płaskie zadaszenie wspiera las kolumn (dokładnie 50) dzielących salę na 11 naw. Poprzedzona jest długim, ale wąskim przedsionkiem, a przed tym z kolei znajduje się dziedziniec z trzema portalami. Natomiast solidny (choć dziś przekrzywiony) ceglany minaret, został do niego dobudowany w 1213r.

Był również czas na obiad w tamtejszej restauracji. Najsmaczniejsze były kofte (kotleciki z mielonego mięsa baraniego z cebulką i sałatką) oraz „ayran”, czyli popularny turecki napój z jogurtu, wody oraz odrobiny soli.

Dziś Sylwester, więc po dojeździe do dzisiejszego celu jakim jest miejscowość Divrigi, wynajmujemy pokoje w hotelu „Kosk Otel”, dokładnie w tym samym, gdzie nocowaliśmy niegdyś, będąc przejazdem przez Turcję, w podroży do Birmy (170TRY od os. ze śniadaniem). Był jeszcze czas, aby obejść centrum tego małego miasteczka. Nadejście Nowego Roku witaliśmy wspólnie z Beatą i Adamem, podczas kameralnego spotkania w pokoju hotelowym.

21-12-31-map

01.01.2022r. sobota – Divrigi > Arapgir > Keban > Elazig > Ergani > Diyarbakir > Oglakli – 380km – nocleg na parkingu przed restauracją

Ranek przywitał nas względną, jak na tę porę roku pogodą, czyli 2ºC, lekka mgiełka, umiarkowane zachmurzenie i skromny opad śniegu. Ponieważ zakwaterowanie mamy w samym centrum tego małego miasteczka, od razu podjeżdżamy na pobliskie wzgórze w stronę „Wielkiego Meczetu i Szpitala Divrigi”, czyli „Divrigi Ulu Camii ve Darussifa”. Teren wokół otoczony blaszanym ogrodzeniem, a cały obiekt w wielkiej plątaninie stalowych konstrukcji nakrytej dachem. Prostokątny kompleks budynków zajmuje płd.-zach. zbocze wzgórza, na którym wznoszą się potężne mury obronne i ruiny twierdzy „Divrigi Kalesi”. To najbardziej charakterystyczny punkt orientacyjny miasta. „Ulu Camii”, to arcydzieło islamskiej architektury, składa się z meczetu z dwoma kopulastymi grobowcami, sanktuarium oraz przylegającego do niego szpitala psychiatrycznego (Darussifa). Świątynia ta wzniesiona została w latach 1228-1229 z polecenia ówczesnego emira Ahmeda Szacha oraz jego żony Fatimy Turan Melik i stanowi dziś jeden z cenniejszych przykładów architektury seldżuckiej w Anatolii. Głównym powodem wpisania kompleksu meczetowego na listę UNESCO, były ornamentalne bramy, zdobione reliefami z motywami geometrycznymi oraz inskrypcjami w języku arabskim. Te trzy wysokie wnękowe portale, z ich wybujałą dekoracją, zarówno kwiatową i geometryczną, stanowią dość wyszukany obraz, ale jeden z nich, znany jest jako „rajski portal”, ponieważ wszystkie dekoracje przedstawiają raj i jest najbardziej fantazyjny. Wszystkie wersety z Koranu opisujące raj i jego błogosławieństwa, są tam wygrawerowane. Sam meczet jest natomiast bardzo prosty w konstrukcji, z 16 kolumnami oraz fragmentami fresków wewnętrznych. Tym razem, przynajmniej z zewnątrz, możemy zobaczyć wszystkie bramy wraz z ozdobnymi portalami, cztery lata temu nie były te miejsca udostępnione do zwiedzenia ze względu na remont. Dzisiaj nadal nie można wejść do wnętrza, ale przynajmniej na zewnątrz przygotowano specjalne pomosty, z których można obejść obiekt i pooglądać te niezwykłe portale.

Podjeżdżamy jeszcze pod ruiny twierdzy „Divrigi Kalesi”, górującej nad całym terenem. Tym razem udaje nam się wejść do jej wnętrza poprzez wielką grotę, gdzie z prowizorycznych, drewnianych tarasów można podziwiać rozległą panoramę z widokiem na zabudową miasta leżącego u jej stóp. Niestety dziś nieco rozmyta przez mgłę. Więcej z poprzedniego pobytu -  (KLIKNIJ TUTAJ)

Dalej kierujemy się na wschód, drogą przez góry do miejscowości Diyarbakir, znajdującej się już w tureckiej części Kurdystanu. Od rana sypie śnieg, więc jazda przebiega w typowo zimowej aurze. Ponieważ trasa prowadzi podrzędnymi drogami wręcz przecieramy pierwsze ślady w śnieżnym puchu. Krajobrazy surowe i niezamieszkałe.

Po 320km jazdy docieramy do Diyarbakir, nieoficjalnej stolicy tureckiego Kurdystanu. Stara część miasta to wielka cytadela, historyczna twierdza. Otoczona jest przez zachowane w całości bizantyjskie mury obronne z czarnego bazaltu, zbudowane w większości w 349r. za cesarza Konstancjusza II, odremontowane w XI wieku. Mury mają 6 km długości, cztery główne bramy: Dag (górska), Urfa, Mardin, Yeni (nowa) i kilkanaście mniejszych oraz 72 wieże obronne. Są to największe i najdłuższe mury obronne, zaraz po „Wielkim Murze Chińskim”.

Na uwagę zasługuje również nieprzeciętnej urody główny meczet „Ulu Camii”, wykonany z czarnego bazaltu z rozległym dziedzińcem i dwiema ozdobnymi bramami. Z murów i specjalnie przygotowanych platform widokowych, można podziwiać dolinę rzeki Tygrys wraz z ogrodami i polami uprawnymi, rozciągającymi się wzdłuż jego biegu. „Ogrody Hevsel” (tur. „Hevsel Bahceleri”), to 700h uprawnych ziem, rozpostartych pomiędzy cytadelą a rzeką Tygrys.

Pierwsze wzmianki o ogrodach pochodzą z kronik z IX wieku p.n.e., powstały pomiędzy miastem a rzeką, w celu zapewnienia mieszkańcom wody i żywności. W 866r. p.n.e. miasto zostało oblężone przez asyryjskiego króla Aszurnasirpala II, po jego zdobyciu zostały całkowicie zniszczone. W XVIIw ogrody powróciły do swej dawnej świetności, obejmując oba brzegi Tygrysu. Znajdowały się w nich winnice, sady, ogrody różane oraz uprawy bazylii. Dziewiętnastowieczni podróżnicy donosili o wielkiej różnorodności uprawianych warzyw i owoców. Obecnie, około jedna trzecia ogrodów, wykorzystywana jest do uprawy topoli, a reszta do uprawy szerokiej gamy produktów rolniczych, m.in. kapusty, szpinaku, sałaty, rzodkiewki, cebuli, pietruszki, rukwi wodnej, bakłażanów, kabaczków, pomidorów, papryki, fasoli, brzoskwini, moreli, śliwek, wiśni, fig, morw i orzechów. W 2015r. cytadela w Diyarbakır oraz krajobraz kulturowy „Ogrodów Hevsel”, zostały wpisane na listę UNESCO.

Po zwiedzeniu miasta i rozległych terenów wokół murów, wyjeżdżamy na trasę w kierunku Gaziantep i po 40km w Celebi, na przydrożnym parkingu obok restauracji, rozbijamy obóz na dzisiejszą noc.

22-01-01-map

02.01.2022r. niedziela – Diyarbakir > Siverek > Sanliurfa > Gobekli Tepe > Gaziantep – 300km - nocleg w „Sirvani Konagi Butik Otel” w samym centrum starego miasta, tuż przy twierdzy

Noc na parkingu dość spokojna, o 9.00 ruszamy na trasę. Tym razem kierujemy się na płd.-zach. w stronę dużego miasta Sanliurfa, aby tam odbić na południe, do stanowiska archeologicznego „Gobekli Tepe”, kryjącego pozostałości prehistorycznego sanktuarium. Znajduje się w najwyższym punkcie pasma górskiego „Germus”, na wys. 760 m n.p.m. w bezpośrednim sąsiedztwie kurdyjskiej wioski Xirabresk, w odległości ok. 15km od miasta Sanliurfa. Odkrycie to, razem z „Nevali Cori”, doprowadziło do rewizji wiedzy o neolicie w Eurazji. „Gobekli Tepe” jest najstarszym znanym miejscem kultu stworzonym przez człowieka (jego powstanie datowane jest na 10tys. lat p.n.e.). Przez długi czas wzgórze było wykorzystywane rolniczo. Okoliczni mieszkańcy od pokoleń przemieszczali kamienie znajdowane na miejscu wykopalisk i z tego powodu sądzić można, że archeologiczna wartość miejsca doznała znacznego uszczerbku. Wg ustaleń włoskiego astrofizyka i archeoastronoma Giulio Magliego, świątynia była miejscem kultu Syriusza. Wskazują na to wstępne wyniki analizy budowy odkrytych w niej pierścieni kamiennych słupów, wg których pozwalały one określać pozycję gwiazdy w przeszłości. W 2018r. obiekt wpisano na listę UNESCO.

Obiekt bardzo profesjonalnie przygotowany do zwiedzania. Po zakupie biletów (65TRY od os.),w tutejszym „Tourist Center” można oglądnąć film, by choć odrobinę zapoznać się z historią i ekspozycją, przeżyć abstrakcyjny wizualizowany spektakl, przenoszący nas w magię tamtejszego okresu. Kolejno wewnętrznym transportem mini busami, dowiezieni jesteśmy na teren wykopalisk. Odkrywki osłonięte są profesjonalnym dachem, zapewniającym stanowisku bezpieczne trwanie oraz komfort zwiedzania.

Opuszczamy rozległy teren wykopalisk i jedziemy dalej, do Gaziantep położonego tuż przy granicy z Syrią. To metropolia w płd.-wsch. Turcji, którą zamieszkuje przeszło milion osób, co czyni ją pod względem wielkości, szóstym miastem w kraju. W całej Anatolii słynie głównie za sprawą baklawy, czyli bardzo słodkiego przysmaku wytwarzanego z dodatkiem pistacji. Jeszcze przed wyszukaniem dzisiejszego noclegu, podjeżdżamy pod budynek irackiego konsulatu, aby sprawdzić czy aby na pewno od jutra jest otwarty i jakie są godziny urzędowania. Wszystko okazuje się być w jak najlepszym porządku, wg ochroniarza obiektu, mamy się tu stawić jutro o 9.00.

Podjeżdżamy więc do centrum i tuż obok twierdzy, wynajmujemy pokoje w hotelu „Sirvani Konagi” (250TRY za pokój 2os. ze śniadaniem) .

Gaziantep to nie tylko baklawa i orzechy pistacjowe, których plantacje ciągną się kilometrami wzdłuż dojazdowych dróg do miasta. To miejsce uważane przez historyków za jedną z najstarszych nieprzerwanie zamieszkałych osad na świecie, założoną około 3650r. p.n.e., starsze od Tebów, Jerycha czy Jeruzalem, o Atenach nie wspominając. Oczywiście, jak to zwykle bywa w archeologii, teza ta jest podważana przez innych specjalistów, którzy twierdzą, że Gaziantep został założony „zaledwie” tysiąc lat przed naszą erą.

Resztę dnia spędzamy na zwiedzeniu wznoszącej się nad miastem cytadeli „Gaziantep Kalesi”, pochodzącej podobno z czasów rzymskich, odrestaurowanej za cesarza bizantyjskiego Justyniana w VI wieku n.e., a następnie przebudowanej przez Seldżuków w XII i XIII wieku (wstęp 10TRY od os.). Na zjedzenie wystawnego obiadu, udajemy się do restauracji „Cigerci Mustafa”, położonej u stóp twierdzy (obiad i obsługa wyśmienite).

22-01-02-map

03.01.2022r. poniedziałek – Gaziantep > Sanliurfa > Mransehir > Kiziltapa > Nusaybin > Cizre > Habur > granica z Irakiem > Zakho – 510km – nocleg zaraz za granicą, na parkingu przy restauracji

Dzień rozpoczynamy od wizyty w konsulacie Iraku. Jeszcze raz potwierdzają, że wizę otrzymamy przy wjeździe na granicy. Polacy jako członkowie UE, nie muszą jej wyrabiać w konsulacie.

Robimy nawrotkę i jedziemy na granicę turecko-iracką. Większa część trasy przebiega wzdłuż granicy z Syrią, czasem droga wręcz prowadzi wzdłuż zasieków i murów granicznych. Pod wieczór docieramy do celu i podjeżdżamy do przejścia w Habur, a tam… zamieszanie, kolejka i totalny brak przejrzystości informacji oraz organizacji.

Po 1,5h jesteśmy odprawieni przez Turków i stajemy na przejściu Ibrahim Khalil, po stronie irackiego Kurdystanu, będącego częścią federacyjnego państwa Irak. Co do wiz, to rzeczywiście mamy zapłacić po 100tys.dinarów od os. (70$USD) i je nam wystawią, a wg urzędników granicznych, mają obejmować cały Irak. Po małych perturbacjach z wymianą dolarów na dinary (przez wprowadzenie nas w błąd, wyszlibyśmy bez paszportów do miejskiego banku, a nie na graniczny punkt wymiany walut w maleńkim okienku – Dinar iracki (IQD) 100dinarów = 0,28zł 100$ USD=147.000 IQD). Po 2h jesteśmy już szczęśliwymi posiadaczami wiz, pozostało jeszcze odprawić nasze auta. Czynności te zajęły kolejne 1,5h i skończyły się na wypisaniu kolejnych kwitów, wbito nam pieczątki do paszportów i pobrano po 30$ USD od auta. Po 3,5h spędzonych po irackiej stronie, wreszcie opuszczamy przejście. Cały czas towarzyszy nam okrutny smród moczu, ponieważ wiele Tir-ów przewozi bydło. Jest na tyle późno, że postanawiamy rozbić nasze obozowisko tuż za przejściem, na dużym parkingu, pomiędzy dwiema restauracjami i stacją paliw „North Light Oil”. Od domu do granicy z Irakiem przebyliśmy 4400km.

22-01-03-map

04.01.2022r. wtorek – Zakho > Dohuk > Aqrah > Shaglawah > Erbil – 230km – nocleg w centrum Erbil, w pobliżu cytadeli w hotelu „Milano Hotel”

Rankiem otula nas gęsta mgła. W takiej to atmosferze podjeżdżamy do centrum Zakho, pod starożytny most „Dalal Bridge”, rozpostarty nad wodami rzeki Habur. Solidny kamienny most ma 114 m długości, 4,7 m szerokości i 16 m wysokości i został zbudowany z dużych kamieni rzecznych. Na kamieniach mostu nie ma oryginalnych inskrypcji, a historycy uważają, że mógł zostać zbudowany przez starożytnych Rzymian, inni uważają, że został zbudowany później i pochodzi z epoki Abbasydów, między VIII a XIII wiekiem. W przeszłości most był bardzo ważny, ponieważ był jedynym miejscem, w którym można było przekroczyć rzekę Habur. Z mostu korzystały konwoje kupców przewożących rodzynki i bawełnę.

Jak każdy starożytny most na świecie i ten ma swoją własną historię… Jedna z najstarszych kręci się wokół młodego mężczyzny z czasów Abbasydów (dynastia Abbasydów rządziła prawie dwa stulecia od 750 roku). Ponoć zakochał się w dziewczynie mieszkającej w wiosce po przeciwnej stronie rzeki i zbudował most, żeby mógł ja częściej odwiedzać.

Rząd zlecił irańskiej firmie profesjonalną konserwację mostu, ale nie zakończyła ona prac w terminie, tak aby utrzymać most zgodnie ze standardami wymaganymi przez UNESCO. Kurdystańskie władze starają się również, aby ten most znalazł się na liście najważniejszych stanowisk archeologicznych na świecie. Podczas obchodu budowli, z wolna ustępuje poranna mgła.

Dalej ruszamy na trasę w kierunku Mosulu. Kilkanaście km za Dohuk, natrafiamy na „checkpoint” jakich wiele, gdzie jesteśmy zawróceni przez wojsko, wskazują nam inną drogę pomijającą Mosul, bezpośrednio do Erbil, stolicy irackiego Kurdystanu. Powodem jest niebezpieczna sytuacja w mieście. Robimy jak nakazują, nawracamy i objeżdżamy te rejony przez Aqrah, Shaglawah, aby wczesnym popołudniem zawitać do Erbil. Z marszu podjeżdżamy na chronione osiedle willowe „Dream City”, gdzie ma się mieścić konsulat Sudanu. Pod wskazanym adresem, willa zamknięta na cztery spusty, krzaki zarastają ogrodzenie od roku nikt nie odwiedzał tego miejsca… czyli była, ale nie ma. Kolejny zły trop, a następny konsulat mamy dopiero w mieście Doha, w Katarze. Podjeżdżamy do starego centrum, pod cytadelę i nieopodal wynajmujemy pokoje w hotelu „Milano Hotel” (27,5tys. IQD- dinarów za pokój 2os. ze śniadaniem – ok. 75zł). Auta pozostawiamy na strzeżonym parkingu, u podnóża cytadeli (5tys.dinarów za dobę). Resztę dnia przeznaczamy na zwiedzanie Erbilu, Irbilu,Arbilu, Hawleru… tyle nazw można zastosować mówiąc i pisząc o tym mieście, ta ostatnia używana jest od niedawna.

Miasto położone jest w północnym Iraku, na zachodnim pogórzu „Gór Kurdystańskich” i jest obecnie stolicą Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego, zamieszkiwane przez prawie milion osób, głównie sunnickich Kurdów i chrześcijańskich Asyryjczyków. To jedno z najstarszych miast na świecie, zamieszkiwane nieprzerwanie od ponad 8000 lat. Prawdopodobnie jest to najstarsza osada ludzka, gdyż w pobliżu odkryto także ślady neandertalczyków.

Najwcześniejsze zapiski dotyczące starożytnego miasta pochodzą sprzed III tysiąclecia p.n.e. Prawdopodobnie z tego okresu pochodzi kopiec wysokości 30m, znajdujący się w centrum obecnego miasta, na szczycie którego są ruiny dawnego tureckiego fortu. Na północ od Erbil, znajduje się mylona z tym miastem Gaugamela, gdzie Aleksander Wielki pokonał w bitwie w 331 r p.n.e. króla perskiego Dariusza III. Od początku III wieku znajdowało się pod panowaniem Rzymu. W 642r. opanowali je Arabowie. W latach 1190–1232 Erbil było stolicą państwa Muzaffara ad-Dina, brata sułtana Saladyna. Następnie było zdobywane przez różne odłamy Mongołów i Turków. W XIII wieku Erbil utraciło znaczenie gospodarcze i funkcje administracyjne, na rzecz niedalekiego Mosulu. Od roku1517, miasto pozostawało pod władzą imperium osmańskiego. W 1918r. na mocy powojennych traktatów zostało przekazane Irakowi, a w 1974r. zostało stolicą autonomicznej irackiej prowincji Kurdystanu.

W roku 1991, po I wojnie w „Zatoce Perskiej”, ustanowiono w mieście stolicę częściowo niepodległego Kurdystanu irackiego, chronionego przed wojskami irackimi, siłami wojsk brytyjskich i amerykańskich. W październiku 1996r. Demokratyczna Partia Kurdystanu podjęła ofensywę w północnym Iraku i przejęła kontrolę nad Erbil. Miasto zostało ponownie zajęte przez siły irackiej Gwardii Republikańskiej po natarciu podjętym z udziałem dużych sił w końcu października 1996r.. Po zakończeniu II wojny w „Zatoce Perskiej”, miasto ponownie stało się ośrodkiem administracji kurdyjskiej, a liczba ludności tego miasta zaczęła szybko wzrastać. Od 2003r. preferowana jest nazwa kurdyjska – Hawler, a symbole arabskie są zastępowane kurdyjskimi. Od 2012r. w Erbilu działała polska agencja konsularna, podniesiona w 2019R. do rangi konsulatu generalnego.

Po zakwaterowaniu ruszamy w miasto. Na drodze stają nam niezwykle przyjaźni ludzie, niezliczona ilość bazarów, życie toczy się na ulicy, kramy, stoiska gastronomiczne, świeże soki, do wyboru, do koloru, pachnąco, różnorodnie i wielobarwnie.

22-01-04-map

05.01.2022r. środa – Erbil > > „checkpoint” na drodze nr 2. pomiędzy Erbil a Kirkukiem > „checkpoint” przy wjeździe do irackiej części kontrolowanej przez Bagdad (odmowa wjazdu! Powód – brak ich wizy > Erbil lotnisko > Erbil – 150km – nocleg w Erbil, na parkingu pod twierdzą

Rano pełni zapału, ruszamy w kierunku Bagdadu. Pierwszy odcinek trasy prowadzi w kierunku Kirkuku. Co po drodze? Ano pola zasiane plastikiem, posterunki wojska, auta szturmowe, stacje paliw takie co do nich gigantyczne kolejki, takie co z małej budki mazut zapodają, takie co mają irańską ropę z cysterny oraz takie co już zamarły w działaniu. Po ok. 50km jazdy na południe, stajemy na pierwszym „checkpoincie”, iraccy Kurdowie machnęli ręką, aby jechać dalej. Po 500m mamy kolejny „checkpoint”, to posterunek Irakijczyków, zarządzanych przez Bagdad. Tym razem mamy się zatrzymać i kierują nas do jakiegoś okienka, usytuowanego w przydrożnej budce. Po przeglądnięciu paszportów iracki żołnierz oświadcza, że nie może nas wpuścić na tę część Iraku, gdyż nie mamy wizy honorowanej przez Bagdad, twierdzi iż ta wystawiona na granicy turecko-irackiej, jest tylko dla części kurdyjskiej, nie obejmuje części zarządzanej przez Bagdad. Jakaś paranoja, jedno państwo, różne przepisy i ich interpretacje. Przecież po objaśnieniu naszego planu, powiedziano nam w konsulacie generalnym Iraku… że wizy dostaniemy na granicy i nie ma potrzeby załatwiać ich wcześniej. Mocno poirytowani tą sytuacją, chcemy rozmawiać z szefem posterunku. Nasze prośby są zignorowane, mamy opuścić posterunek, z każdą chwilą sytuacja staje się bardziej natarczywa. Oświadczają, że iracką wizę do tej części kraju, możemy uzyskać albo przylatując do Bagdadu, czyli podczas odprawy granicznej na lotnisku, albo wjeżdżając lądem z innego ościennego kraju, tu jest jedynie „checkpoint”, a nie posterunek graniczny. Nasze stwierdzenie, że jesteśmy przecież na terenie Federacji Iraku w ogóle ich nie interesuje, twierdzą natomiast… że to dwie osobno zarządzane części jednego kraju, a każda ma swoje przepisy. No cóż, nawracamy i pełni natłoku zdarzeń porządkujemy myśli. Powstaje pierwsze pytanie, jak możemy uzyskać tę wizę, będąc w naszej sytuacji. Pierwsze działanie po powrocie do Erbil, to wywiad na lotnisku w sprawie lotów do Bagdadu. Następnie, jedziemy do Konsulatu Polskiego w Erbil, gdyż wg irackich urzędników pytanych na lotnisku, to tu powinniśmy otrzymać pomoc. Po rozmowie z konsulem, Stanisławem Gulińskim (Erbil, American Village Corner Texas & Hawaii Str. No.250, tel +964 07824316876 e-mail: stanislaw.gulinski@msz.gov.pl )… mamy tyle wiedzy, ile mieliśmy przyjeżdżając do niego. Oficjalnie nie ma nam nic do powiedzenia, a pomocy nam nie może udzielić, gdyż w tym państwie jako dyplomata, też jest zbywany i na wypisywane noty, nie dostaje odpowiedzi. Co z tego wynika? Ano Iraccy decydenci nienawidzą pisać. A z gadanego niewiele wynika, jak się już przekonaliśmy. Powstaje kolejna myśl, a może by przejechać poprzez Iran…? Kolejno więc jedziemy do konsulatu Iranu w Erbil, tytułem alternatywnego wyrobienia wizy do tego kraju. Tu oświadczają nam, że możemy taką wizę otrzymać, ale wszystko musimy załatwiać poprzez tutejsze biuro podróży „Kish Island Travel”. Mamy akurat szczęście, gdyż jeden z jego pracowników podchodzi do okienka i po załatwieniu sprawy, prowadzi nas prosto do swego biura (adres: Erbil, 30m road, next to consulate of Iran, tel: 0750 8970003, 0750 8970004, e-mail:kish.ebl2016@gmail.com ). Tu przedstawiamy sprawę i próbujemy rozwiązać naszą dość problematyczną sytuację. Ponieważ ich biuro zajmuje się również sprzedażą biletów lotniczych, pierwsza myśl… a może by tak polecieć do Bagdadu? Tam na lotnisku dostaniemy wizy, wrócimy taksówką do kurdyjskiej części, aby przypadkiem przy wylocie nie skasowano nam tych wiz i dalej już naszymi autami, wjedziemy na część Iraku zarządzaną przez Bagdad. Naszą myśl podchwytują i potwierdzają pracownicy biura, ale jeszcze konsultują ją z kimś zaznajomionym w temacie, zastrzegając… aby na pewno nie wracać samolotem do Erbilu. Pomysł wydaje się być realny, po wielokroć potwierdzony… toteż kupujemy bilety 125$USD od os. i jeszcze dzisiaj o 22.30 mamy lot do Bagdadu liniami „Iraqi Airlines”. Jest czas na spokojny obiad i przygotowanie się do lotu.

Na 2h przed startem, ponownie meldujemy się na lotnisku w Erbil. Wszystko idzie zgodnie z procedurami, w pierwszej budce urzędnik nawet nie spojrzał na bilety, kategorycznie nakazał wykonanie testów PCR. Karnie poszliśmy do punktu pobrań i po zapłaceniu 120$ USD za 4 os. z odpowiednimi kwitami wracamy do budki. Tego urzędnika nie ma, ale jest inny, po weryfikacji biletów mówi… jeśli lecicie do Bagdadu… to testy PCR są wam nie potrzebne! W tym miejscu leci monolog nieliryczny, krew się już zagotowała, a urzędnik prowadzi nas do punktu pobrań i poleca zwrot pieniędzy. To nie jest kabaret, ani przedszkole, to dzieje się naprawdę… Idziemy dalej… zaopatrzeni w boarding pass-y, brniemy do kolejnej budki, Beatka przechodzi przez punkt immigration, kolejno podchodzi Adam i zaczynają się problemy. Z powodu tego, że jako właściciel auta, ma wbitą pieczątkę do paszportu i że do irackiego Kurdystanu wjechał własnym autem, nie otrzymujemy zgody na ten wewnętrzny lot… cóż za kalambury, urzędnik z budki twierdzi, że ponoć może być taka sytuacja, iż sprzedaliśmy nasze auta i wylatujemy beztrosko do Polski nie płacąc podatku, który jest 6-krotnie wyższy w przypadku naszych aut, niż auta z silnikiem do 2000 cm³. Obecna Federacja Iracka, nie ma żadnych spójnych praw, ani przepisów – odrębne wizy, rozłączna administracja, rozbieżne style gadanego. No cóż… bilety przepadły, a my zostajemy w sytuacji bez wyjścia, jedyna droga dalej, to trasa przez Iran. Wracamy do centrum Erbilu taksówką i pełni kłębiących się myśli, na parkingu pod cytadelą, rozbijamy obozowisko na dzisiejszą noc.

Jedyne co dziś nasuwa się na myśl, w sytuacji pozyskania wiz, to ironiczny morał: jeśli wjedziesz własnym autem do Iraku od strony Turcji, to nie zwiedzisz Bagdadu podczas tej podróży… a jeśli ktoś (konsul, urzędnik, oficer) powie Ci że to możliwe, to włóż to między bajki.

22-01-05-map

06.01.2022r. czwartek – Erbil > Shaglawah > wodospad „Galy Ali Beg Waterfall” > kanion „Razanuk Canyon” > Soran (obiad) > – jaskinia „Shanidar Cave” - 180km – nocleg na parkingu pod jaskinią

Rano, po dniu i nocy zmęczonej wczorajszymi przeżyciami, ponownie meldujemy się w biurze turystycznym „Kish Island Travel”. W biurze wszyscy zadziwieni… jak to nie polecieliście? Ano tak to… i wyjaśniamy co wczoraj nam się przydarzyło na Międzynarodowym Lotnisku w Erbil, starając się przynajmniej o częściowy zwrot pieniędzy za bilety lotnicze, skoro nie z naszego powodu, nie polecieliśmy do Bagdadu. I już na poczekaniu dostajemy informację… pieniądze zawisły w przestrzeni, gdyż od dwóch tygodni system linii „Iraqi Airways” nie działa i nie wiadomo kiedy ożyje, toteż wszystko łącznie z biletami załatwiane jest na piechotę, przez telefon lub e-mailem. Ręce opadają! Ponadto, zmuszeni jesteśmy poprzez to biuro, wyrobić wizy do Iranu w trybie ekspresowym. Okazuje się, że za bilety może nam coś wrócą, natomiast co do wiz, to wszystko musimy rozpocząć załatwiać pojutrze, gdyż Irańczycy mają dziś święto, jutro z kolei ich niedziela czyli piątek, a od naszej soboty już pracują i nie mają naszej niedzieli. Wyrobienie wizy trawa od 3dni do tygodnia, a koszt to 260$USD od os!!! Wypełniamy wnioski, żegnamy się z biurem do soboty, mamy czas na wycieczkowy przejazd po irackim, górskim Kurdystanie. Zbieramy uzyskane w biurze podróży informacje na temat ciekawych miejsc i rozpoczynamy dwudniową wycieczkę.

Najpierw jedziemy w stronę kanionu „Razanuk Canyon” i wodospadu „Galy Ali Beg Waterfall”, który leży około 130km na północ od Erbilu. Wodospad został nazwany na cześć księcia Ali Bega z emiratu Soran. Pojawił się na 5-dinarowym banknocie wydanym w latach 1978–1990. Otoczenie tego dość miernego wodospadu jest zadziwiające. Dookoła koncentrina, potem jakieś naznaczone zębem czasu wystroje w postaci wyszczerbionych ptaków, połamany beton i zgroza śmieciowego otoczenia (wstęp 1000dinarów od os.)

Wnętrze kanionu przejeżdżamy najpierw dolną drogą wzdłuż rzeki Razanuk, będącej odnogą Tygrysu, aby za miejscowością Razanuk, wjechać na punkt widokowy i spojrzeć na niego z góry. Niepowtarzalny widok, choć trudno robi się zdjęcia, kiedy za każdym razem… trzeba jakoś wyeliminować kupy śmieci.

Dalej jadąc górami, przemieszczamy się na północ, wzdłuż granicy z Iranem. A dzisiejszy wycieczkowy przejazd, kończymy na parkingu pod jaskinią „Shanidar Cave”. Miejsce szczególnie przygotowane turystycznie, parking jest strzeżony, czyli ochrona z kałachami i jest „toaleta”… jakkolwiek elegancko to brzmi.

22-01-06-map

07.01.2022r. piątek – jaskinia „Shanidar Cave” > Barzan (mauzoleum ludobójstwa irackich Kurdów), (grób Barzaniego) > Amedi (miasteczko „Orle Gniazdo”) > Lalesh – świątynia Jazydów > Erbil - 300km – nocleg w hotelu „Shtaw Hotel”

Rano, z parkingu do jaskini „Shanidar Cave” wspinamy się powoli. Położona jest na wys. 822 m n.p.m. w południowych zboczach masywu ‘Baradost”, ma powierzchnię ok. 1000m², była wykorzystywana jako miejsce obozowania od czasów paleolitu. Prace archeologiczne prowadził tu w latach 1951–1965 Amerykanin polskiego pochodzenia Ralph Solecki. W najgłębszych warstwach jaskini odkryto 9 szkieletów neandertalczyków. Znaleziska te datowano metodą węgla C14 na okres 48–44 tys. lat p.n.e. Badania palinologiczne wykazały przy jednym ze szkieletów, obecność licznych szczątków kwiatów. Prawdopodobnie ciało zostało złożone na łożu z kwiatów. Wszystkie dziewięć pochówków w Shanidar znalezionych pod sklepieniem jaskini, miały charakter celowy. W latach 60-tych było to szokujące stwierdzenie, ponieważ neandertalczycy nie byli uważani za ludzi, a na pewno nie uważano ich, za zdolnych do opieki nad swoimi zmarłymi.

Kolejno jedziemy w okolice Barzani. Tu przypadkowo napotykamy na okazały memoriał ulokowany na wzgórzu „The Graveyard & Monument for the Barzani Victims of Genocide” (Cmentarz i pomnik ofiar ludobójstwa Barzani) – to memoriał ofiar terroru reżimu irackiego. 31 lipca 1983 r. około 8000 członków plemienia Barzani, zostało schwytanych, uprowadzonych ze swoich domów w górach Zagros i wywiezionych na pustynię południowego Iraku, gdzie zostali zabici na rozkaz reżimu Baas. Szczątki 596 osób znalezionych w masowych grobach, powróciły w miejsce, gdzie obecnie powstał memoriał. Okrucieństwo to było aktem zbiorowego ukarania Barzanich, których przywódcy brali udział w buntach kurdyjskich przeciwko reżimowi irackiemu. Głównymi celami byli mężczyźni i chłopcy, ale ofiarami były także kobiety, dzieci i osoby starsze. Trzydzieści osiem lat później, rany ocalałych i członków rodzin są wciąż świeże… „Moja matka i inni czekali na powrót swoich bliskich od 38 lat. Zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów i nigdy więcej ich nie widziano, z wyjątkiem niektórych fragmentów kości i odzieży”… powiedział Rebwar Ramazan, szef męczenników Barzani i „Operacji Al-Anfal”. Wzniesiono tu imponujący Memoriał ku czci pamięci zmarłych i zaginionych. Pomnik w kształcie łzy, przedstawia łzy wylewane przez matki opłakujące swoich synów.

Podjeżdżamy jeszcze do centrum miasteczka Barzan, pod kolejny memoriał, tym razem „The Barzani National Memorial”. Pomnik Narodowy Barzaniego, poświęcony jest Mustafie Barzaniemu, który był XX-wiecznym bohaterem narodowym i przywódcą Wyzwolenia Narodowego Kurdystanu oraz ojcem założycielem Peszmergów (Kurdyjskich Sił Zbrojnych). Tym razem jesteśmy przyjęci jak znamienici goście… prawie ambasadorzy Polski;-), ponieważ trafiamy w moment, jakiejś oficjalnej, być może rządowej wizyty. Całość obchodu memoriału, kończymy zaproszeniem nas na kurtuazyjną kawę.

Dalej nasza trasa wycieczki biegnie do miejscowości Amedi, Amedye (Al-Amadijja), miasteczka często przyrównywanego do gniazda, a nawet nazywanego„Orle Gniazdo”. Historia tego miejsca sięga co najmniej 3tys. lat wstecz. Miejscowość usytuowana jest w niezwykłe specyficznym miejscu, na szczycie góry o pionowych stokach, u stóp wyniosłego masywu górskiego „Sulaf”. Mieszkańcy to głównie chrześcijańscy Asyryjczycy oraz muzułmańscy Kurdowie. W Amadiji znajdują się rzeźby z okresu przedmuzułmańskiego, pozostałość antycznego spichlerza i zbiornika wodnego. Ciekawym obiektem jest mała kamienna brama,z płaskorzeźbą w zwieńczeniu. Przedstawia ona orła lub mitycznego feniksa z dwoma wężami albo smokami u jego nóg. W sylwetce miasta, wyodrębnia się wysmukły minaret z XII w.

Ostatnim miejscem na trasie jest sanktuarium Jazydów w Lalish. Jazydzi tworzą mniejszość wyznaniową, to niewielka wiara monoteistyczna, która łączy podobieństwa z innymi religiami wywodzącymi się z Bliskiego Wschodu – mianowicie judaizmem, chrześcijaństwem i islamem – a także elementami zaratusztrianizmu i kultu natury. Rzeczywiście istnieje wiele podobieństw między obecnym jazydyzmem a religiami starożytnego Iranu. Głównym miejscem kultu Jazydów jest świątynia „Lalisa Nurani”. To święte miejsce znajduje się w prowincji Niniwa w irackim Kurdystanie. Wioska Lalish datuje się na tysiące lat i uważa się, że świątynia była po raz pierwszy używana przez starożytnych Sumerów i inne wczesne cywilizacje mezopotamskie. Większość wyznawców jazydów przynajmniej raz w życiu pielgrzymuje do małej górskiej wioski. Uważa się, że świątynia o stożkowym dachu zawiera grób szejka Adi ibn Musafira, głównego świętego religii. Dialekt kurdyjski Kurmandżi jest świętym językiem Jazydów. Ponieważ jest to język używany w dwóch świętych księgach, wszystkie modlitwy i ceremonie są czytane, recytowane i wymawiane w Kurmandżi. Jazydzi mają dwie święte księgi: Kiteba Cilwe (Księga Objawień) i Mishefa Res (Czarna Księga). Kiteba Cilwe opisuje anioła Melek Taus (dosłownie „anioł – paw”). Pawi Anioł dominuje nad bóstwami i jest pośrednikiem między Bogiem a Jazydami… jest boskim alter ego, podczas gdy Mishefa Res opisuje stworzenie wszechświata, siedmiu wielkich aniołów oraz prawa, którego muszą przestrzegać Jazydzi. Jednak nowsze badania naukowe, mocno kwestionują autentyczność tych tekstów, które byłyby fałszerstwami rozpowszechnianymi przez pozbawionego skrupułów antykwariusza Jeremiasza Szamira w Mosulu. Niewielu Jazydów czytało lub widziało te dwie święte księgi. Wyznawcy tej religii wierzą w jednego boga Xwede. Przed stworzeniem świata, Bóg stworzył siedmiu aniołów i wyznaczył Meleka Taousa na ich przywódcę. Kiedy świat został stworzony, Bóg zlecił Melekowi Taousowi opiekę nad nim. Symbol pawia znajduje się w całym Lalish, podobnie jak symbole świecącego słońca, reprezentującego Światło Boga i czarnego węża, którego pochodzenie owiane jest tajemnicą.

Jazydyzm tworzy system kast, na szczycie tej hierarchii znajduje się książę jazydzki, „Mir”. Tuż pod nim jest Baba Cheikh, jazydzki „papież”. Faqirs, Qewels i Kocheks, którzy są sługami religijnymi, służą Babie Szejkowi. Wszystkie te hierarchiczne pozycje zajmują dwie z trzech głównych kast jazydów, Szejków i Pirów, podczas gdy większość Jazydów należy do kasty Muridów, która jest zwyczajną kastą śmiertelników. Kalendarz jazydzki zaczyna się 4.750 lat przed kalendarzem chrześcijańskim, 990 lat przed kalendarzem żydowskim i 5.329 lat przed kalendarzem muzułmańskim.

Znajdujemy się rzeczywiście w niezwykłym miejscu, po całym terenie sanktuarium należy poruszać się bez obuwia, a właściwie od samego parkingu. Mamy nawet okazję spotkać się z Baba Cavis, obecnym „papieżem”, który już po zamknięciu głównych drzwi świątyni, mimo wszystko wpuszcza nas do środka. Niezwykłe przeżycie. Z jednej strony mroczne, z drugiej intrygujące. Widzieliśmy rzeczony grób szejka Adi ibn Musafira lecz nie pozwolono nam robić zdjęć. Choć długo ukryci, wyznawcy wiary Jazydów pojawili się na światowej scenie w 2014r., kiedy jako mniejszość religijna zaczęli być obiektem ataków ISIL. Ludobójstwo spowodowało, że wielu Jazydów zostało zmuszonych do opuszczenia ziem swoich przodków w północnym Iraku.

Ostatni odcinek dzisiejszego przejazdu, to powrót do Erbil. Tym razem wcześniej zarezerwowaliśmy nocleg w hotelu „Shtaw Hotel” (23$ USD za pok 2os.). W pokoju nie ma ręczników, ale za to jest zapleśniała lodówka, po kilka godzin w dzień i w nocy wyłączany jest prąd, internet pojawia się i znika kiedy chce. Ale za to codziennie jest śniadanie.

22-01-06-07-map

08.01.2022r. sobota – Erbil – czekamy wizy do Iranu

Rano, zgodnie z umową meldujemy się biurze „Kish Island Travel”. Dokumenty złożone, czas oczekiwania na wizę 3 do 7 dni. Jak na razie, nie mamy innego pomysłu na dalszą jazdę… czekamy… Tymczasem nachodzi nas taka refleksja… jesteśmy mocno zdziwieni poziomem życia tutejszych Kurdów, w porównaniu do tych zamieszkujących Turcję, czy Iran… to o niebo wyższy standard życia. Od ilości białych Land Cruiserów aż mieni się w oczach, spotykani ludzie posiadają iPhone’y… niejednokrotnie złote, w sklepach niczego nie brakuje, restauracyjek jest bez liku, baklawę można jeść codziennie w innym wydaniu, zapijać się sokiem z granatów, a wszystko to za drobne pieniądze. Od wjazdu do Iraku, dopiero w Erbilu ujawnił się jedyny sklep z alkoholem… zakupiliśmy bagdadzkie piwo oraz litrową butlę rosyjskiej wódki za 15zł. Paliwo jest bardzo tanie 2zł.za l ON, a płaski chleb świeżo wypiekany z serem to 1,50zł… tyle co butelka coca-coli 1l. Poza tym ludzie są niezwykle przyjaźni i pomocni… jest jednak jeden słaby punkt… przekleństwem są wszechobecne śmieci i panujący dookoła nieład, połączony ze zdecydowanym zużyciem eksploatowanych przestrzeni publicznych.

09.01.2022r. niedziela - Erbil – czekamy na wizę irańską

10.01.2022r. poniedziałek – Erbil – czekamy na wizę irańską

11.01.2022r. wtorek – Erbil – czekamy na wizy do Iranu

12.01.2022r. środa - Erbil – czekamy na wizy do Iranu

Mijają kolejne dni… hotelowe śniadanie, czyli serek do smarowania, jajko na twardo, dżem i zupa z soczewicy, to codzienny niezmieniający się standard. Później spacer pod cytadelę na kawę i ciastko pistacjowe lub kunefe (zapiekany ser lub budyń na słodko z karmelem). Po powrocie trochę popracujemy nad relacją, jednak tylko wtedy, gdy jest prąd i zarazem internet (przerwy w dostawie prądu są regularne i trwają zazwyczaj kilka godzin), a wieczorem spacer na kolację… i albo ponownie do restauracji pod cytadelę na grillowaną jagnięcinę, albo w przeciwną stronę na świetne placki z pieca z dodatkami… taka kurdyjska wersja pizzy.

13.01.2022r. czwartek – Erbil > Dokan > Slemani > Halabja – 250km

Dziś w nocy przeszła nawałnica burzowa, rankiem ulice zamieniły się w rwące rzeki. Kolejny dzień oczekiwania na promesę wizy do Iranu. Kolejny raz po śniadaniu, meldujemy się w biurze turystycznym „Kish Island Travel” i z niecierpliwością oczekujemy na wiadomości. Tym razem jest, lecz niepozytywna, po pięciu dniach oczekiwania jest decyzja odmowna, nasz wniosek został odrzucony. Pracownicy biura twierdzą, aby się nie zrażać, złożą wniosek powtórnie, widocznie był jakiś błąd (który sami popełnili, przecież to oni zajęli się papierologią). Uspokajają… iż po kolejnym złożeniu wniosku, odpowiedź powinna być za dwa dni… ach cóż to dla nas, płacimy za hotel, miasto znamy jak swoje, objadamy się baranim mięsem, słodyczami i pijemy soki z granatu. No cóż, de facto to kiepska wiadomość, ponownie myśli kłębią się w głowie i rozbijają o Bagdad, powstają nowe pomysły, jak jednak załatwić wizę iracką, tą bagdadzką. Pozostaje tylko jedno wyjście, ktoś musi zagwarantować pozostawienie aut w Kurdystanie, aby udało nam się jednak polecieć do Bagdadu. Postanawiamy, że udamy się do Głównego Urzędu Celnego w Erbilu i przedstawimy sprawę najwyższemu dyrektorowi. Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy i po dotarciu do budynku i kilku awizacjach, udaje się wejść w progi eleganckiego gabinetu. Szef wysłuchał całą epopeję na temat naszego problemu, po czym oświadczył iż nam pomoże, tak też gdy już pozostawimy auta na parkingu celnym, urząd wystawi nam odpowiednie zaświadczenia, które umożliwią nam (właścicielom aut), polecieć do Bagdadu, aby tam na lotnisku otrzymać wizy. Ta opowieść powinna nazywać się… „Jak zdobywano Bagdad”. Ponieważ dziś jest już za późno, a jutro zaczyna się weekend, mamy stawić się w niedzielę rano z autami i wszystko załatwimy. Takim to sposobem, mamy dwa dni na ewentualną wycieczkę po irackim Kurdystanie. Tym razem wybieramy kierunek na południe i jedziemy rejonem przygranicznym z Iranem, przez Dokan, Slemani do Halabja, miejscowości… gdzie w 16marca 1988r. kuzyn Saddama Husajna- Ali Hassan al-Madżid, zgładził ok. 5tys. osób gazami bojowymi. Wreszcie po 5dniach, odpalamy auta i ruszamy na trasę. Pogoda kiepska, ciemno, pochmurnie, mglisto, mokro, a wokół wszędzie błoto. Przemieszczamy się dość ciekawymi górami, lecz z pięknych krajobrazów pozostaje tylko szaruga. Pod wieczór docieramy do małej miejscowości Halabja, zamierzaliśmy zatrzymać się na parkingu rzeczonego memoriału, ale okazał się być zamknięty, a z ochroniarzami z bronią, nie podęliśmy rozmów. Dzisiejszy obóz rozbiliśmy opodal, na stacji paliw „Power Petrol”. Jutro „Monument Męczenników”-„Halabja Monument Genocide” będzie otwarty dla zwiedzających od godziny 9.00.

I wydawałoby się, że już idziemy spać, aż tu nagle prosto z chmur… jacyś mężczyźni oglądają nasze auta i głośno dyskutują, pomyśleliśmy… przecież nocujemy na stacji paliw, ludzie tankują i przy okazji podpatrują. Ukradkiem spoglądamy i co?… policja przyjechała dwoma pojazdami i już po kilku chwilach, pukają i zaczynają się pytania… po co? dlaczego? skąd? dokąd? Rzetelnie wyjaśniamy… a że memoriał zamknięty, a my tu czekamy na jego otwarcie, a że chcemy miasteczko zobaczyć etc. Jeden z policjantów po cywilu, dobrze mówił po angielsku i szybciutko zaproponował dwa rozwiązania… albo hotel, ponieważ na stacji paliw nie możemy pozostać, gdyż wg niego jest zbyt niebezpiecznie dla przybyszów z Europy, albo otworzą nam bramy memoriału i tam na strzeżonym parkingu będziemy mogli przenocować w autach. A skoro padło na wariant nr dwa, to w eskorcie policyjnej, pod bramę dojechaliśmy na sygnałach świetlnych, niczym międzynarodowa delegacja państwowa. Udostępniają nam również toaletę w budynku ochrony i oświadczają, że gdyby cokolwiek było nam potrzebne, mamy bez wahania pytać. Wspaniałe rozwiązanie, przecież początkowo właśnie taki mieliśmy zamiar, ale bramy były zamknięte. Reszta nocy przebiegła już w spokojnej atmosferze.

14.01.2022r. piątek – Haladja > Slemani > „Qzqapan Cave” > Erbil – 300km – nocleg w hotelu „Mondial Hotel”

Rano, komfortowo zwiedzamy całość memoriału, ponieważ jesteśmy tylko my. „Pomnik Męczenników Halabji” został wybudowany w 2003r. we wciąż w dużej mierze zrujnowanym mieście. 16 marca 2006 r. kilka tysięcy wściekłych mieszkańców zbuntowało się w proteście przeciwko temu, co postrzegali jako zaniedbanie żywych i wykorzystanie tragedii przez przywództwo kurdyjskie. Pomnik został podpalony, niszcząc większość jego archiwów, jeden z uczestników zamieszek został zastrzelony przez policję, a kilkadziesiąt osób zostało rannych. Został później przebudowany jako „Pomnik Pamięci Halabji”, znany również jako „Pomnik Halabji i Muzeum Pokoju”.

Jest to obecnie miejsce pamięci ofiar wielkiej tragedii ataku gazowego, która wydarzyła się od 16 do19 marca 1988r., podczas wojny iracko-irackiej. Około 5000 Kurdów zginęło w atakach chemicznych gazu, popełnionych pod dowództwem Ali Hassana al-Majida (znany jako „Chemiczny Ali” ) i zrzuconych przez myśliwce bombardujące MiG 23 i Mirage, będących w użyciu armii irackiej. Atak gazowy w Halabji był okrutną zbrodnią, lecz to tylko jeden epizod ludobójczej operacji Anfal, prowadzonej na narodzie kurdyjskim przez wojska Saddama Husajna. W latach 1986 – 89 zginęło 182 tysiące Kurdów, a iracki Kurdystan został niemal doszczętnie zrujnowany. 16 marca jest więc dniem żałoby i pamięci nie tylko o ofiarach z Halabji, ale też wszystkich zabitych podczas operacji Anfal.

Dochodzenie medyczne Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) wykazało, że w ataku użyto gazu musztardowego wraz z niezidentyfikowanymi środkami działającymi na układ nerwowy. Przyjmuje się, że użyto „śmiercionośnego koktajlu gazu musztardowego i środków paralityczno- drgawkowych Tabuniu , Sarinu i VX tzw. „nerve agent”.

Podczas procesu przed irackim Najwyższym Sądem Karnym, Ali Hassan Al Majid przyznał się, że nakazał użycia gazu przeciwko kurdyjskiej ludności cywilnej północnego Iraku. To wyznanie, doprowadziło go do postawienia mu zarzutu ludobójstwa . Ali Hassan Al Majid został skazany na karę śmierci17 stycznia 2010r. i stracony 25 stycznia 2010r..

Bombardowanie chemiczne w Halabji i ludobójstwo narodu kurdyjskiego, przez wiele lat były zapomniane przez społeczność międzynarodową. Konsekwentna polityka Rządu Regionalnego Kurdystanu i działalność międzynarodowych organizacji pozarządowych, doprowadziły do upowszechnienia na całym świecie tej przemilczanej karty historii. Halabja został nazwana „miastem pokoju” i stała się ważnym w całym regionie miejscem spotkań i konferencji, poświęconych upamiętnieniu zbrodni ludobójstwa i starań o nierozprzestrzenianiu broni chemicznej.

Niestety, na świecie wciąż dochodzi do przypadków używania broni chemicznej. W ostatnich latach miało to miejsce w czasie wojny w Syrii. Broni tej kilkukrotnie użyli również terroryści z tzw. Państwa Islamskiego, przeciw kurdyjskim Peszmergom.

… Wspomnienie: „To był piękny wiosenny dzień. Gdy zegar zbliżał się do 11:00 rano, poczułem dziwne wrażenie; serce skręcało mi się w konwulsjach, jakby mówiło mi, że znajdujemy się na skraju poważnego nieszczęścia. W ciągu kilku minut, w Halabji zaczęły wybuchać pociski artyleryjskie, a samoloty zaczęły zrzucać bomby na miasto. Bombardowanie koncentrowało się na północnych dzielnicach, więc pobiegliśmy i ukryliśmy się w naszej piwnicy. O drugiej po południu, gdy nasilenie bombardowań osłabło, ostrożnie wymknąłem się z piwnicy do kuchni i zaniosłem jedzenie rodzinie. Kiedy bombardowanie ustało, zaczęliśmy słyszeć dźwięki, które brzmiały jak kawałki metalu spadające na ziemię. Ale nie znalazłem wyjaśnienia. Widziałem rzeczy, których nie zapomnę do końca życia. Zaczęło się od głośnego dziwnego dźwięku, który brzmiał jak wybuchające bomby i do naszego domu wbiegł mężczyzna, krzycząc: „Gaz! Gaz!’ Pośpieszyliśmy do naszego samochodu i zamknęliśmy jego szyby. Myślę, że samochód toczył się po ciałach niewinnych ludzi. Widziałem ludzi leżących na ziemi, wymiotujących zielonym płynem, podczas gdy inni wpadli w histerię i zaczęli głośno się śmiać, zanim padli bez ruchu na ziemię. Później poczułem zapach przypominający jabłka i straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem, wokół mnie leżały setki ciał. Potem znów schroniłem się w pobliskiej piwnicy, a okolicę ogarnął brzydki zapach. Przypominało to gnijące śmieci, ale potem zmieniło się w słodki zapach podobny do zapachu jabłek.

Kiedy słyszysz, jak ludzie wykrzykują słowa „gaz” lub „chemikalia” — i słyszysz te krzyki rozchodzące się wśród ludzi — wtedy zaczyna ogarniać strach, zwłaszcza wśród dzieci i kobiet. Twoi bliscy, twoi przyjaciele, widzisz, jak chodzą, a potem spadają jak liście na ziemię. Jest to sytuacja nie do opisania – ptaki zaczęły spadać ze swoich gniazd, potem inne zwierzęta, potem ludzie. To była totalna zagłada. Kto zdołał wyjść z miasta, wyszedł na piechotę. Kto miał samochód, wyjechał samochodem. Ale kto miał zbyt wiele dzieci, by nosić je na ramionach, został w mieście i poddał się gazowi”.

Po wyjściu z muzeum… w ciszy, z potarganymi myślami, długo zastanawiamy się nad istotą człowieczeństwa… Człowiek, to brzmi dumnie?… Być człowiekiem to wielki obowiązek. Głównie obowiązek wobec innych ludzi, ale również i obowiązek wobec wszystkiego, co nas otacza. „Ludzie ludziom zgotowali ten los”… to pierwsze słowa, które czyta odbiorca, zasiadając do „Medalionów” Zofii Nałkowskiej… i co? Wszystko to wiemy, znamy ludobójstwa, konflikty, wojny, wszystkie okrucieństwa do jakich zdolny jest człowiek i co?… i nic!… życie toczy się dalej, niczym „Książę” Machiavellego… „ludzi należy albo zjednywać sobie pieszczotą, albo niszczyć, bo za drobne krzywdy będą się mścili, a doznawszy wielkich nie będą już w stanie”.

Dotarliśmy do południowych rubieży irackiego Kurdystanu, pozostało nam tylko powrócić do jego stolicy, Erbil. Wyszukujemy wszystkie, nawet najmniejsze atrakcje, które moglibyśmy zobaczyć po tej trasie, tym bardziej, że pogoda lekko się poprawiła, już tak nie leje, jak wczoraj. Znaleźliśmy jakieś dwie jaskinie i jedno miejsce archeologiczne. Tak naprawdę, to pojeździliśmy sobie po bocznych drogach, prowadzących poprzez kurdyjskie wioski i tylko jedna z grot, była udostępniona i przygotowana do zwiedzenia, ta o nazwie „Qzqapan Cave”. To raczej fasada i wejście do wykutych w skale grobowców Ashkawt-i Qizqapan, zwanych jako „Jaskinia Uprowadzonej Dziewczyny”. Grobowiec wykuty w skale zawiera trzy komory grobowe i pochodzi z okresu mediano-achemenidów, ok. 600-330 p.n.e. Zdobiony hellenistycznymi rzeźbami, kolumnami godnymi króla i symbolami zoroastryjskimi pochodzącymi z wczesnej cywilizacji ludzkiej. Wiele źródeł podaje, że stanowisko archetypowe w Qzqapan jest grobowcem Cyaxaresa, głównego króla imperium medyjskiego, który doprowadził do końca hegemonii asyryjskiej, zapoczątkował epokę medyjską (tylko po co, po zostaniu wypartym przez obecnych Persów). Może wydawać się dziwne, że miejsce pochówku w irackim Kurdystanie, to właściwe miejsce do pochówku medyjskiego króla, rzeczywiście jest to mało prawdopodobne. Czyj to był grób? Nigdy się nie dowiemy. Został splądrowany w starożytności, a jeszcze niedawno zabazgrany przez miejscowych. Toteż pozostańmy przy uprowadzonej, zgwałconej, czy też rozbójnika jaskini. Wejście do grobowca znajduje się około 8m nad poziomem gruntu, na którą prowadzą schody ze stalowej konstrukcji. Niestety grobowiec nie jest udostępniony do zwiedzania, gdyż jest odgrodzony kratą, ponieważ regularnie był dewastowany (napisy na ścianach).

… jedna z wersji tej mitycznej historii jaskini jest taka… młody mężczyzna z niskich sfer, porwał dziewczynę z elit i zabrał ją do tej jaskini, gdzie ją poślubił. Mieszkali tam razem przez wiele lat, aż w końcu oboje po śmierci, zostali tam pochowani Ale skoro trzy komory grobowe, to coś w tej historii się nie zgadza… stare wersje… nowe wersje…

Dzisiejszy przejazd kończymy w Erbil, gdzie czujemy się już jak w domu. Zatrzymujemy się ponownie w hotelu „Mondial Hotel” (27$USD za pok 2os. ze śniadaniem). Był jeszcze czas na spacer pod cytadelę i smaczny obiad w tamtejszej restauracji (grillowane szaszłyki jagnięce z plackami, sałatkami, zupą, wodą i herbatą) – smakowały wybornie, porcja dla dwóch osób 10tys.dinarów (ok.30zł).

22-01-13-14-map

15.01.2022r. sobota – kolejny dzień oczekiwania, tym razem już nie tylko na irańską wizę, lecz na pierwszy dzień roboczy po weekendzie, aby rozpocząć procedurę zabezpieczenia aut na miejscowym Generalnym Urzędzie Celnym.