19.12.2022 – poniedziałek – N’Guigmi > Granica Niger-Czad > Daboa > Rig-Rig > nocleg 140km od granicy, gdzieś na pustyni obok wioski Blablini – 200km

Zgodnie z wczorajszą umową, już przed siódmą zbiera się załoga trzech aut do konwoju i punktualnie wyjeżdżamy na trasę do granicy z Czadem. Ochrona to trzy Toyoty Land Cruiser z karabinem maszynowym na dachu i 18 żołnierzy. Na rogatkach Nguigmi, na przydrożnym posterunku, którego bazą jest trzcinowy szałas, przystawiają nam pieczątki wyjazdowe z Nigru i zamykamy karnety CPD na auta. Kolejne 15km to regularna pustynia, brniemy w kopnym piachu, gdybyśmy nie upuścili powietrza w kołach do 1,2 atmosfery, to w ogóle nie byłaby ta trasa do przejechania przez tak ciężkie auta jak nasze. Sprawdzamy spalanie… 29l / 100km! Szczęśliwym trafem, po tym pierwszym piaszczysto-kurzowym, bardzo trudnym odcinku, dalsza trasa przebiega nowo budowaną drogą, która przyszłościowo ma połączyć stolice Nigru i Czadu. Na 5 km przed faktyczną granicą, zatrzymujemy się na posterunku chronionym przez wojsko. Tutaj, nawet nasz konwój nie może przejechać dalej, czekamy na posiłki wojskowe. Po 15 minutach, dołącza do nas kolejna Toyota Land Cruiser z działkiem na dachu, wypakowana do pełna żołnierzami i w takiej to obstawie, pokonujemy ostatnie kilometry dzielące nas od terytorium Czadu. Reasumując… nasza obstawa to policja narodowa, żandarmeria, wojsko, 4 auta i masa broni… jedziemy niczym prawdziwy prezydent republiki bananowej… z ministrami. Tu też żołnierze zostawiają nas i już dalej, aż do czadyjskiego posterunku granicznego w Daboua, ulokowanego 10km za faktyczną granicą, konwojuje nas jeszcze nigerska żandarmeria wynajęta w Nguigmi. Takim to sposobem, dotarliśmy szczęśliwie do Czadu. Obok posterunku granicznego, który okazał się być całkiem przyzwoitym budynkiem, odbyła się sesja fotograficzna, zbiorowe zdjęcia pożegnalne z nigerską żandarmerią i powitalne z czadyjskimi pogranicznikami.

Od razu przystępujemy do odprawy. Ale jaka to była procedura… postawiono nam stołki w cieniu, podano wodę i kilka razy herbatę. Po kolejnej godzinie przybyło na granicę auto z biura podróży „Eyte” wraz z kierowcą i jednym z pracowników mówiącym po angielsku, którzy mają nas konwojować z granicy do stolicy Czadu, N’Djameny. Dodatkowo miał być konwój, jednak dopiero teraz, okazuje się iż pojedziemy ten dystans bez obstawy…hm? Podobno jest bezpiecznie i niczego nie musimy się obawiać. Pracownicy biura przywieźli stosowne zezwolenia na nasz przejazd i poruszanie się naszymi autami po terenie Czadu.

Odprawa nieco się przedłuża, gdyż zgodę na nasz wyjazd z posterunku granicznego, musi skontrolować komendant posterunku czadyjskiego po konsultacji z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych w N’Djamenie. Przed południem przychodzi odpowiedź ze stolicy, wszystko jest w jak najlepszym porządku, pogranicznicy przekazują nam ostemplowane paszporty i ruszamy w drogę. Dystans dzielący nas od stolicy to ok. 600km, gdzie prawie połowa trasy to totalne pustynne bezdroża ciągnące się po płn.-wsch. stronie jeziora „Lac Tchad”.

Pierwszy odcinek, około 50km do miejscowości Rig-Rig, poruszamy się wzdłuż nowo budowanej drogi, mającej w przyszłości połączyć stolicę z granicą z Nigrem. Udał się nam nawet przejechać prawie 20km po nowo położonym asfalcie. W Rig-Rig droga się kończy i wjeżdżamy w stepy okalające „Jezioro Czad”. Ale nim ruszyliśmy z wioski, przyniesiono nam obiad do aut. Na potężnych metalowych talerzach, dostaliśmy mnóstwo ryżu i ciut mięsa za 1tys. CFA od os. Jak tylko dzieciaki zobaczyły te wszystkie dziwadła… czyli nas z autami, ruszyły co sił w nogach w naszą stronę. I się zaczęło… piłki, balony, cukierki i inne takie, bardzo przyjemnie, choć strach w oczach przed obcymi nie zanikł tak ostatecznie. Ruszamy dalej. Teraz przejazd przypomina nieco przemieszczanie się po mongolskich stepach, skromne szlaki i różnica… zamiast ziemi piasek, a w zastępstwie zielonej trawy, żółta sucha i ostra. Jeszcze tego dnia, udało się pokonać prawie 90km takiej drogi i gdzieś na środku pustkowia, obok wioski Blablini (info z naszego GPS-a), pozostajemy na nocleg. My w autach, nasi przewodnicy śpią na materacach obok swojego Land Cruisera. Cisza, totalna pustka i spektakularny zachód słońca nad pustynią.

Dotarliśmy do Czadu, więc należy się kilka podstawowych informacji… Czad jest państwem położonym w środkowej Afryce, w Sahelu saharyjskim. Graniczy z Libią, Sudanem, Republiką Środkowoafrykańską, Kamerunem, Nigerią i Nigrem. Jest krajem cztery razy większym od Polski i zamieszkuje go niespełna 15mln mieszkańców. Do 1960r. Czad pozostawał w zależności politycznej od Francji i tegoż roku uzyskał niepodległość. Głową państwa był wówczas Francois Tombalbaye, prezydent w latach 1962–1973. Nietolerancyjna i krótkowzroczna jego polityka względem zamieszkujących północną część kraju muzułmanów, doprowadziła w 1965r. do wybuchu długotrwałej wojny domowej. W 1979r. rebelianci zdobyli stolicę, kładąc kres hegemonii południa w życiu politycznym kraju. Rozpoczęły się jednak walki między dowódcami zwycięskich ugrupowań rebelianckich, które doprowadziły w końcu do zwycięstwa Hissene Habre. Rządził on do 1990r., kiedy został obalony w wyniku zamachu stanu, kierowanego przez Idrissa Deby’ego. Deby pozostawał u władzy przez kolejne 30 lat, stając się jednym z najdłużej rządzących przywódców państwowych w Afryce i na świecie. Po jego śmierci 20.04.2021r., władzę w kraju na okres 18 m-cy, przejęła junta wojskowa pod przewodnictwem Mahamata Deby’ego Itno – syna zmarłego prezydenta.

Czad jest jednym z najbiedniejszych i najbardziej skorumpowanych państw na świecie. Większość Czadyjczyków żyje w ubóstwie, utrzymując się z pasterstwa i rolnictwa. W XXI wieku głównym źródłem dochodów do budżetu państwa, stał się eksport ropy naftowej, zaś dotychczas dominujący przemysł bawełniany, spadł pod tym względem na drugie miejsce.

Społeczeństwo jest silnie zróżnicowane pod względem etnicznym i kulturowym. Zamieszkuje go ponad sto grup etnicznych, z których najważniejsze to: Sara (17%), Arabowie (15%), Kanembu (7%), Maba i Tubu (po 3 %)… Inną cechą sytuacji wewnętrznej kraju, są silne animozje między północą zamieszkiwaną przez wyznające islam ludy arabsko-berberyjskie a południem, gdzie dominuje czarnoskóra ludność, wyznająca chrześcijaństwo oraz religie animistyczne. W sumie 54% mieszkańców wyznaje islam a 34% chrześcijaństwo…

20.12.2022 – wtorek – Blablini > Ngouri > Massakory > Massaguet > Djermaya > N’Djamena – nocleg w misji katolickiej w stolicy Czadu – 320km

Po spokojnej, lecz zimnej nocy, już o 7.00 ruszamy ponownie na trasę. Ponieważ nie ma na naszej mapie GPS żadnych dróg, widzimy jedynie po azymucie, że nasi przewodnicy kierują się prawie w prostej linii na miejscowość Ngouri, a szlak którym się przemieszczamy, prowadzi wzdłuż jakiejś rury. Co w niej płynie?… tego nie wie nikt, może woda?… a może ropa? Na 40km przed Ngouri, okazuje się, że w Toyocie naszych przewodników z firmy „Eyte”… skończyło się paliwo. Gdyby nie nasza pomoc i użyczenie naszego paliwa, to mielibyśmy duży problem… na szczęście ich Toyota jest też w wersji diesel. Ale najistotniejszym momentem tego czasu… było przemieszczanie się najprawdziwszej karawany. Jakież cuda były umieszczone na wielbłądach, ich nieogarniona ilość, wbiła nas w zachwyt najwyższych lotów.

Na 10km przed miastem, docieramy do asfaltu i do pierwszej stacji paliw. Kawałek dalej, w centrum miasta Ngouri, zasiadamy do obiadu, który przed wejściem do restauracji… należy wskazać palcem na grillu. Dalsza nasza trasa do stolicy, biegnie już po asfalcie, tak więc przed 17.00 docieramy do celu.

Ponieważ do planowanej wycieczki na Saharę mamy jeszcze kilka dni, właściciel firmy, Włoch o imieniu Adolfo, polecił nam na miejsce rozbicia naszej bazy w N’Djamenie, katolicką misję, która ma siedzibę 3km od centrum stolicy „Archidiocese De N’Djamena Paroisse St Paul De Kabalaye”. Prowadzą ją bardzo przyjemne siostry, Czadyjki. Jest to spokojne miejsce, duży plac za solidnym ogrodzeniem, wspaniałe miejsce do biwakowania. Płacimy po 8tys. CFA od auta + po tysiąc od os. za śniadanie i jeśli kto zechce to po 3,5 tysiąca od os. za obiad z deserem. Są toalety, prysznic i prawdziwie chrześcijańska lodówka (większość ludności kraju to muzułmanie)… można czekać na kolejne wydarzenia. Od razu mamy sposobność spotkania z szefem firmy „ Eyte” Adolfo, z którym uzgadniamy szczegóły naszej 14-dniowej wycieczki. Ale ad rem… Siostrzyczki w swojej lodówce na wszystkich półkach, mają same skarby…do sprzedaży zimne piwo, w kilku rodzajach i różnej pojemności. Wszystko czego nam potrzeba, jest na miejscu, nie mamy powodu wychodzić za bramę… no chyba, że z ciekawości. I w tym to miejscu, poznajemy parę podróżników Kasię i Konstantina, którzy przyjechali Nissanem Patrolem i również skorzystali z usług biura Adolfo. Na posiedzeniu przy piwie, wymieniamy się wiadomościami.

21.12.2022 – środa – N’Djamena

Nadal stacjonujemy u siostrzyczek w misji katolickiej, doskonałe miejsce w centrum N’Djamcity. Czekamy na zezwolenia na naszą wyprawę na pustynny płaskowyż „Ennedi Plateau” i jezior „Lac’s d’Ounianga’, które ma załatwić Adolfo, Włoch mieszkający tu na stałe, właściciel biura turystycznego „Eyte”.

Nasza wyprawa po Czadzie, będzie miała charakter przygodowy, a jak przedstawia się propozycja wycieczki: „to trudna, pionierska ekspedycja”. Z N’Djameny, wyruszymy z miejscowym biurem podróży EYTE’ s.a.r.l. Quartier Hiriba- Farcha – B.P. 2084 – N’djamena https://www.eytevoyages.com . Tel: (00235) 62 77 77 60. W podróż pojedziemy z przewodnikami dysponującymi terenowymi Toyotami HZJ, po najeżonych trudnościami bezdrożach i pustynnych saharyjskich szlakach. Część atrakcji zawartych w programie, wymagać będzie krótkiego trekkingu przez umiarkowanie trudny teren. Ze względu na odcięcie od cywilizacji, nie będziemy mieli dostępu do internetu, telefonu i energii elektrycznej. W północnym Czadzie, ponieważ brak jest tam infrastruktury turystycznej, musimy więc być samowystarczalni – noce spędzać będziemy w obozowiskach, śpiąc w namiotach lub jeśli ktoś będzie miał ochotę… pod gołym niebem. Obcowanie z naturą pod rozświetlonym gwiazdami saharyjskim niebem, ma to być dla nas niezwykle romantyczne doświadczenie. I zapewne takie też będzie… czas pokaże…

czad-ennedi-ounianga

Czytamy:… „Ennedi Plateau” to największy sekret Sahary. „Dusza Afryki”… kraina wciąż całkowicie dzika i nieokiełznana. To miejsce zachwycających krajobrazów i niezwykłych ludzi. Malownicze wąwozy, skalne formacje i labirynty, tryskające spod ziemi guelty – jeziora dające życiodajną wodę, zapewniającą przeżycie zarówno ludziom jak i zwierzętom oraz roślinom. Na powierzchni skał w jaskiniach, kanionach i załomach skalnych, zachowały się tysiące malowideł i rytów naskalnych. To jeden z największych obszarów występowania sztuki naskalnej na Saharze. „Płaskowyż Ennedi” i położone nieco na północ „Jeziora Ounianga”, zachwycają urodą i ekscytują podróżników. Czad wciąż pozostaje jednym z najbardziej odległych i najrzadziej odwiedzanych krajów na Saharze.

A jak napisano w programie:… Trasa odbywa się głównie na obszarach pustynnych i w trudnych warunkach środowiskowych, dlatego uczestnicy proszeni są o wyrozumiałość, gdyż znalezienie świeżych podstawowych produktów spożywczych może być trudne, ale nie niemożliwe, ich brak zostanie zastąpiony pożywieniem w puszkach, niezbędnych do zapewnienia prawidłowego odżywiania

Wycieczka składa się z dziennych etapów, gdzie w samochodzie spędzimy po 6-8 godzin, z okresowymi postojami w ciągu dnia. Aby jak najlepiej wykorzystać czas dnia, zalecamy spożyć śniadanie o 6.30 rano. Do mycia zapewniamy miski z umiarkowaną ilością wody, prysznice nie są zapewnione. Posiłki, czyli śniadania i kolacje spożywamy przy stołach na biwak, posiłek południowy na tradycyjnym natta. Śniadanie obejmuje kawę, mleko w proszku, serki, pieczywo, dżem… to tyle jeśli idzie o informacje od strony organizatora.

Tymczasem, czekając na wyjazd na pustynny „Płaskowyż Ennedi”, próbujemy załatwić wizy do Sudanu, jednak nie jest to prosta sprawa, gdyż tereny przygraniczne z Czadem, to nadal obszar, gdzie trwa wojna domowa i nie wszystkie regiony są pod kontrolą obecnego rządu. Ponadto na poruszanie się własnym pojazdem, wymagane jest specjalne zezwolenie, które można uzyskać jedynie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w stolicy Sudanu, Chartumie. Gdyby nawet wszystko udało się załatwić, kolejnym problemem jest brak możliwości przejazdu przez Sudan Południowy (wizy już posiadamy) do Ugandy, gdyż droga wzdłuż Nilu jest zalana i nieprzejezdna, a do tego totalne bezdroża, które nie są do pokonania bez przewodników i obstawy. Zawsze są dwa wyjścia… W ww. przypadku, pozostałoby nam wracać z Sudanu przez Egipt i Izrael, co nas nie zadowala i w ogóle nie wchodzi w grę. Druga opcja, to przejazd przez Republikę Środkowej Afryki, która jest także nierealna, ponieważ… niby najemnicy prywatnej rosyjskiej firmy „Grupa Wagnera”, uporządkowali w tym kraju terroryzm, odepchnęli rebeliantów na tyle daleko, że da się jakoś żyć, ale bezpiecznie jest tak naprawdę tylko wokół stolicy, Bangui. Ponadto region tego kraju przez który musielibyśmy przejechać, pozbawiony jest całkowicie infrastruktury drogowej, trzeba byłoby nam mieć przewodnika, konwój i obstawę. Reasumując… nazbyt niebezpiecznie, a i koszty nie do ogarnięcia. Prawdopodobnie… a to jest już trzecia opcja i najbardziej realna, będziemy zmuszeni do powrotu przez Kamerun i to taką drogą, która jest bezpieczna i będzie przebiegać w oddali od zasięgu działania nigeryjskiego Boco Haram. Wszystko to trzeba nam mocno przemyśleć i po powrocie z wyprawy na pustynny „Płaskowyż Ennedi” i jeziora „Lac’s d’Ounianga”, podjąć ostateczną decyzję.

Mieliśmy dzisiaj na tyle wolnego czasu, że uskuteczniliśmy spacer po centrum N’Djamcity. Dzisiaj byliśmy w prawdziwej kawiarni, byli też Kasia i Konstantin oraz ich znajomy (couchsurfer) z organizacji non- profit „Couchsurfing”, który rozjaśnił nam kilka tematów. Miasto, jak na warunki afrykańskie, wydaje się być w miarę uporządkowane, przynajmniej centrum. Pospacerowaliśmy po „Place de la Nacion”, na którym są ważne dla kraju pomniki, a w pobliżu mieści się pilnie strzeżony kompleks pałacu prezydenckiego.

Jest też „Archikatedra Najświętszej Marii Panny” i… świąteczne sztuczne choinki.

22.12.2022 – czwartek – N’Djamena

W porze obiadowej Adolfo, właściciel biura turystycznego „Eyte”, przybywa z radosną nowiną iż pozyskał wszystkie zezwolenia na naszą wyprawę. Przedstawił nam kierowców (Ahmat, Issakha, Abakar) i przewodnika Yvesa, mówiącego dobrze po angielsku. Uiściliśmy całkowitą zapłatę po 2tys.€ od os. i jutro o 9.00 pakujemy się do trzech Toyot HJZ 76L i ruszamy w drogę na 14dni i 3.400km. Ponieważ jest nas sześć osób, toteż pojedziemy po trzy osoby plus kierowca w dwóch Toyotach, a w trzeciej pojedzie przewodnik pustynny jako kierowca, tłumacz i zarazem szef wyprawy oraz kucharz.

Uściślając reguły… nie ma możliwości wyjazdu naszymi autami, gdyż nie dostalibyśmy zezwolenia na przejazd po tej części Czadu. Rok wcześniej, trzy auta rosyjskich turystów zostały zatrzymane prawie na pół roku, nie mówiąc o perypetiach jakich doznali, łącznie z aresztem i podejrzeniami o szpiegostwo.

23.12.2022 – piątek – N’Djamena > Massaguet > Massakory > Moussoro – nocleg w namiotach – 270km

Rano, tylko spojrzeliśmy ile kilometrów przejechaliśmy od domu, by znaleźć się tutaj i wyszło… 14.640km. Szybko się pakujemy i wyruszamy na trasę wyprawy po saharyjskim Czadzie. Jeszcze w stolicy podjeżdżamy pod konsulat Sudanu, gdzie odbieramy paszporty… bez wiz? Z zagmatwanych wyjaśnień wynika, że ich nie dostaniemy… papierologia stosowana!

No cóż, pomyślimy o tym jutro…niczym Scarlett O’Hara w „Przeminęło z wiatrem”. Pierwszy etap, to trzydniowa podróż w kierunku serca Sahary. Opuszczamy N’Djamenę, kierując się na wschód, przez Massaguet i Massakory, gdzie kończy się droga asfaltowa. Na drodze, raz po raz chce się fotografować, niebotycznie wyładowane samochody ciężarowe. Oprócz towarów załadowanych z połowę wyżej niż być powinny, dodatkowo przywieszone są jakieś drobiazgi, góra pojemników na wodę lub paliwo, a żeby było bardziej ekstremalnie… na czubku tego wszystkiego siedzą ludzie, zaczepieni gdzie się da, poowijani we wszelkiego rodzaju szmaty, osłaniające przed wiatrem i pyłem, uparcie starający się… po prostu nie spaść. No i te stacje paliw… z beczki, z kanistra i z butelki.

Tu też zaczyna się krajobraz niczym mieszanka sawanny i stepu, stając się coraz bardziej suchym wraz z kolejnymi kilometrami. Co widzimy? Kobiety na osłach, stada bydła i na pozór bezpańskie wielbłądy, skubiące kolczaste drzewa akacji. Niesamowity skwar, pył i płowy krajobraz. Egzotyka żółtej saharyjskiej zimy, długie snopy słomy stoją i suszą się w słońcu, czasem, w wioskach oferowane są uplecione z niej maty. Coraz większe pustkowie Sahelu z rzadkimi wsiami, porośnięte kępkami kolczastych krzaków. Roślinność występuje rzadko, przemierzamy rozległe równiny, czasem porośnięte żółtą trawą, pozostałością po porze deszczowej. Dalsza jazda przebiega wyłącznie po bezkresnych bezdrożach, poprzez obszar „Wyżyny Wadaj” („Plateau Ouaddai”), półpustynnego obszaru Sahelu. Po drodze mijamy przemierzające te rewiry karawany, nieliczne wioski i rozsiane pośród piasków pustyni oazy. Przez większą część trasy, podążamy wyschniętym korytem rzeki Bah el Ghazal, a dzisiejsza trasa wiedzie do miasteczka Moussoro, położonego w korycie wyschniętej rzeki.

Wokół dzika przyroda, a na trasie dostrzegamy gazele dorcas i szakale. Pierwszą bazę noclegową zakładamy tuż przed miasteczkiem Moussoro, gdzieś w piachach pustyni. Niestety, mocny wiatr skutecznie przeszkadza w rozbiciu namiotów i spokojnym odpoczynku po trudach dzisiejszej podróży. Szczególnie przeszkadza to naszemu kucharzowi Dominikowi, który w iście spartańskich warunkach, przygotowuje naszą kolację.

I na koniec fakt, o którym dotychczas zaledwie raz wspomnieliśmy… nasze obecne dobro narodowe – Lełandołski! Jest eksportowym Polakiem, w miejsce wcześniejszych: Bońka, Wałęsy czy Papieża… już dziś, z pewnością możemy potwierdzić, że Roberta Lewandowskiego rozpoznają i nawet pokazują nam w telefonach… wszyscy zainteresowani piłką nożną i nie tylko. A należy powiedzieć, że Afryka uwielbia i fascynuje się piłką nożną.

24.12.2022 – sobota – Moussoro > 270km dalej, w kierunku płn.-wsch., nocleg gdzieś w szczerej pustyni – 270km

Pobudka już o piątej, toaleta poranna, podobnie jak wieczorna w miseczce z wodą, o szóstej śniadanie (kawa, herbata, serek, jajka na twardo, dżem i bagietki), o siódmej ruszamy na trasę. Część bagaży, kierowcy muszą spakować na bagażniki dachowe, wszystko przebiega w miarę szybko i sprawnie. W Moussoro zatrzymujemy się na pierwsze uzupełnienie zapasów (paliwo, woda, wymiana butli z gazem, zakup prowiantu).

Co na trasie?… wielbłądy, wielbłądy i step przechodzący w pustynię. Dowiadujemy się, że Czad posiada największą populację tych zwierząt, jest ich tu ponoć około 19mln… czyli więcej niż ludzi. Zamożności gospodarza nie ocenia się po jakości zabudowań, wszystkie są do siebie podobne, wykonane z gliny i trzciny, lecz po ilości wielbłądów jaką posiada…

A my?… jedziemy coraz dalej i dalej. Przed wieczorem skręcamy u podnóży poszarpanych beżowych górek, w suche koryto rzeki. Szybkie rozbijanie namiotów, mamy kłopot z wbiciem śledzi w twarde, ubite jak skała podłoże. Wokół mnóstwo śladów wypasu rogatego bydła (wszelakie suche odchody).

Z latarkami na głowie czekamy na posiłek. Kucharz Dominik gotuje na pozbieranych wcześniej konarach i gałęziach. Pierwszy pokazał się ogromny czajnik z wrzątkiem. Później był kuskus okraszony odrobiną mięsa i kawałkami ziemniaków… niezłe. Po zmroku nad głowami zawisła lampa księżyca i na dobrą sprawę nie trzeba było używać latarek. Tak oto minęła nam Wigilia. W nocy silny wiatr łomotał namiocikiem, w którym głową i nogami dotykaliśmy ścian. Furkot materiału i długie jedenaście nocnych godzin, powodowały spanie na raty i z zadowoleniem około szóstej rano powitał nas brzask.

25.12.2022 – niedziela - gdzieś w szczerej pustyni > Kalait (Oum-Chalouba) – nocleg tuż za miasteczkiem na pustyni – 340km

Z rzadka mijamy samochody, a jeśli już, to zawsze jest to Toyota HZJ-ota lub Hilux, tak średnio jedna na godzinę. Częściej widzi się motocykle, które prowadzi mężczyzna mający za plecami co najmniej dwie kobiety. W Kalait tankujemy od kontrabandy z kanistrów (tańsze paliwo z Libii lub Sudanu) i uzupełniamy zapasy. Yves prosił, aby podczas zakupów przemieszczać się razem. Pytamy go, dlaczego ludzie patrzą na nas złowrogo? Czasem nawet się odgrażają, a o robieniu zdjęć nie ma mowy. Nasz przewodnik odpowiedział na to tak:… widzą białych, myślą Francuzi, nie rozróżniają kto i skąd… ta sytuacja trwa od 2007r., kiedy to zatrzymano Francuzów na lotnisku w Abeche (700 km na wschód od stolicy Czadu – N’Djameny, w pobliżu granicy z sudańskim Darfurem), gdy próbowali wprowadzić na pokład samolotu 103 dzieci, by przewieźć je do Francji. Dzieci pochodziły z okolic granicy sudańsko-czadyjskiej i próbowano je przedstawić jako sieroty z Darfuru. Potwierdzono iż większość dzieci była Czadyjczykami, mającymi czadyjskich rodziców, a nie sierotami z Darfuru. Zatrzymani to pracownicy francuskiej organizacji charytatywnej „Arche de Zoe”, trzech dziennikarzy i siedmioro hiszpańskich członków załogi samolotu, których oskarżono o współudział w próbie uprowadzenia. Prezydent Czadu Idriss Deby, nazwał próbę wywiezienia jako „porwanie”. Zapytał nawet organizację „Arche de Zoe”, czy zamierzała „sprzedać” dzieci „pedofilskim organizacjom” albo „zabić je i wyciąć im organy”. Prokuratura w Czadzie, oskarżyła o porwanie i handel dziećmi grupę dziewięciorga Francuzów. Przeszliśmy przez mizerne targowisko, czyli budy z patyków, czasem lokalnej cegły, pokryte trzcinową matą, z rzadka blachą falistą. Towary ułożone są na wielkich metalowych misach, w oponach lub w pudełkach. Ale najwięcej, a właściwie dookoła głowy… jest beczek! No i to rondo z opon i jednej lampy!

Ruszamy dalej. Wjechaliśmy na tereny innych plemion. Chaty mają bardziej stożkowe poszycia dachowe, zaplecione u góry w ostry czubek. Na podwórkach widoczne są pękate dzbany z gliny w kształcie amfory, w których przechowują zboża. Na jednym podwórku może ich być nawet kilka. Od wiatru osłaniają domostwa wysokie płoty wykonane z trzcinowych mat. Zboże w snopach przechowują również na dachach lub na konstrukcjach z gałęzi, które pod spodem dają ochronę przed palącymi promieniami słonecznymi. Po wyschniętej na przysłowiowy wiór ziemi, szwendają się samopas stada kóz, owiec i bydła.

W upale podstawowym problemem jest woda. Ręczna pompa lub studnia, przypada tu na kilkanaście zagród i jest zazwyczaj oblegana przez miejscowych. Kobiety na osiołkach przyjeżdżają po wodę a plastykowe pojemniki z wodą ładują do koszy,przytroczonych do boków swoich wierzchowców. Potem karawana wodna rusza w drogę, ktoś jedzie wierzchem, a za nim na przykład pięć objuczonych osłów. Wielbłądy mają łatwiejszy dostęp do pożywienia, sięgają wyżej w korony drzew i krzewów. Jeżeli jakieś drzewko ma przetrwać i nie być ogryzione, z wszystkiego co da się zjeść, musi być ogrodzone, gdzieś do wysokości półtora metra.

Roślinność, w miarę mijania kolejnych godzin i dziesiątków kilometrów w głąb Sahary, powoli zanika, najpierw krzewy i rachityczne drzewa, potem zostają kępki traw, a i te stają się coraz rzadsze. Mimo okoliczności, nocleg wypada gdzieś na suchej ziemi, ale mimo wszystko pomiędzy choćby… ostrymi wyschniętymi na wiór trawami i rzadkimi akacjami. I tak oto mija nam pierwszy świąteczny dzień.

26.12.2022 – poniedziałek – Kalait > „Massif de l’Ennedi” > „Guelta de Bachikele” (treking do źródeł wodopoju) > „Arco de Djoulia” – nocleg przy skałach - 220km

Rankiem ruszamy prosto w kierunku „Masywu Ennedi”. A cóż to takiego? Wyżyna w środkowej części Sahary leży w bardzo suchym klimacie i większą jej część pokrywają pustynie. Jest to płaskowyż z piaskowca poprzecinany kanionami i dolinami o spektakularnym krajobrazie z klifami, naturalnymi łukami i pojedynczymi formacjami skalnymi… to skarbnica fantazyjnych skał! Jak wyobrazić sobie amerykańską „Monument Valley” rozciągniętą na obszarze 60 tys. km² i z ok. 14 tys. łuków?… to jest właśnie Ennedi.

W głębszych kanionach stale występuje woda, która odgrywa kluczową rolę w ekosystemie, zapewniając przeżycie zarówno roślinom i zwierzętom, jak i ludziom. Na powierzchni skał w jaskiniach, kanionach i załomach skalnych zachowały się tysiące malowideł i rytów naskalnych. Dzięki unikalności miejsca, cały obszar został wpisany na listę dziedzictwa UNESCO w 2016r. Jednak zanim tam dotrzemy, żeby się o tym przekonać… najpierw przez kilka godzin jedziemy przez piaski, mijając rzadkie kopulaste domostwa pustynnych gospodarzy. Zatrzymaliśmy się przy jednej z chat, wyszedł ojciec z kilkuletnim synem, dzieciak dostał od nas cukierki, ale i tak się ze strachu rozpłakał, miał złamaną rączkę zawieszona na sznurku, usztywnioną cienkimi patyczkami i gliną.

Na trasie widoczne są przede wszystkim wielbłądy i osły, ale cóż to?… są i strusie i to jakie ogromne. Jedziemy… oczywiście nie regularną szosą, ale pustynnym traktem, wyznaczonym w piaskach śladami samochodów. Słońce odbite od piasku, sprawia iż oczy dookoła głowy rejestrują tylko żółte obrazy, a bez ciemnych okularów, trudno cokolwiek zobaczyć. Ledwo widać ślady kół pojazdu, który przed nami jechał. Zbliżając się do „Masywu Ennedi”, grunt robi się jeszcze bardziej piaszczysty. Upiorny wiaterek podnosi pył i widoczność ogranicza się do stu, czasem nawet do pięćdziesięciu metrów, a na powierzchni gruntu bez jakichkolwiek śladów, kupki piachu tańczą falami, pędząc to tu to tam. Wreszcie na horyzoncie pojawiają się jakieś skały. Docieramy do źródeł skromnej rzeki z „Guelta de Bachikele”, która w okresie pory deszczowej przybiera zgoła inny obraz, gdyż zasila w wodę spore rozlewisko.

Wg Yves’a, naszego przewodnika, sięga kilku metrów wzwyż, gdzie widoczne są na skałach osadowe ślady takiego poziomu. Tu też mamy okazję po raz pierwszy, odbyć mały dwugodzinny treking do źródeł tej rzeki. Tymczasem, aby napić się wody, przyszły osły, wielbłądy i krowy. Potem pojawiły się drzewa, one same raczej nienachalnej urody, ale w jakie korzenie wyposażone … jakby zaraz albo miały zacząć chodzić na paluszkach, albo sięgnąć po coś… czego trzeba wyszarpać jak najwięcej. Po powrocie okazało się, że Abakar zakupił u miejscowego gospodarza kozę i sprawnie wraz z naszym kierowcą Ahmatem ją oporządził. No cóż, szykuje się wybitnie… świeża kolacja!

Wobec takiego rozwoju zdarzeń, pozostajemy w tym miejscu na nocleg, tym bardziej iż z wysoka, zachęcająco wodzi na pokuszenie się o wspinaczkę „Łuk Julia”, zwany też Lirą bądź Delikatnym, przypominający kształtem harfę. Rzecz jasna powędrowaliśmy, a panoramy na wszystkie strony, były rozbrajająco efektowne. Po powrocie, na ognisku dopiekała się koza i czas zacząć było kolację dnia świątecznego drugiego. Noc choć niesamowicie gwieździsta, wiało i to dość mocno, do tego doszło pustynne wychłodzenie, należało nam wdrożyć spanie w mundurkach.

27.12.2022 – wtorek – „Massif de l’Ennedi” – „Arco de Alouba” > > „Roche Table” > „Elephant Roche” >„Terkei – Peintures rupestres prehistoriques”> Villago – 230km

Dzień rozpoczęliśmy od szkolenia naszego kierowcy Ahmata. Nim ruszymy w drogę, należy umyć szyby, a przynajmniej przednią i usunąć piasek i kamyczki z wycieraczek pod nogami. Następnie, upominamy Ahmata za niekończące się paplaniny przez telefony, a posiada ich trzy i kiedy tylko trafi się zasięg, to gada w trybie ciągłym. Cały dzień jeździmy pomiędzy skałami „Płaskowyżu Ennedi”. Najpierw podjeżdżamy pod największy łuk skalny „Łuk d’Aloba”, podobno drugi najwyższy naturalny łuk na świecie (115m wys.).

Ależ rozmach ma natura w tym tworzeniu, tu i ówdzie przechadzają się wielbłądy i nikt nie śmie przeszkadzać w tym pejzażu. Na pierwsze miejsce w konkursie tworzenia zasługuje dzisiaj „Roche Table”, czyli „Skała Pięciu Łuków”, zwana też „Łuk Tryumfalny”. Tylko natura mogła przedsięwziąć takie zawiłości skalne.

Stop obiadowy miał miejsce w malowniczym kanionie przy „Elephant Roche”, czyli „Głowie Słonia”. Wokół kształty gór są tak różnorakie iż w zależności od oświetlenia i kąta patrzenia, zobaczysz co zechcesz, takie kolory i doskonałe oświetlenie, są marzeniem podczas podróży. Następnym punktem są jaskiniowe petroglify i malowidła naskalne „Terkei – Peintures rupestres prehistoriques”. I cóż tu mamy?… latające konie, wielką krowę, inne zwierzęta i ludzi.

A jak wygląda obozowisko? Samochody ustawiają się koło siebie, przed nimi ognisko kuchni i długi stół dla nas, a wokół wianuszkiem rozrzucone namioty, gdzie każdy wybiera dogodne dla siebie miejsce. Kierowcy śpią w śpiworach na rozłożonej macie pod gwiazdami lub na tylnym siedzeniu auta i tylko Yves, nasz przewodnik, rozkłada namiot. Należy w tym miejscu przyznać, że wybierają doskonałe miejsca na nocleg.

28.12.2022 – środa – „Płaskowyż Ennedi” – „Guelta d’Archei” (trekking poprzez góry „Montagne Sabauni” > „Mandagil- peintures rupestres prehistoriques” > „Pinaculos de Wimini” – 130km

Tuż przed śniadaniem przyszły markety ze swoją ofertą i to tutaj zakupiłam swój pierwszy nóż. Prawdziwe pamiątki, to autentycznie ręczna robota, co więcej, są to przedmioty faktycznie codziennego użytku. Na przykład każdy okutany w chałat nomad, nosi przy pasie sztylet oprawny w czerwoną skórę. Używa go do wszystkiego, począwszy od szlachtowania owiec… na obcinaniu paznokci skończywszy. Sztylet ów jest przykładem naprawdę solidnej i pięknej roboty ręcznej, a kupić go można za 10tys.CFA. W zasadzie jest to jedyna rzecz (obok koszy plecionych z pustynnej trawy), warta kupienia.

W trzecim dniu na płaskowyżu, chcemy zobaczyć resztę najpiękniejszych i najbardziej wartych odwiedzenia miejsc. Po spokojnym noclegu, zaraz po śniadaniu, wyruszamy do słynnej „Guelta d’Archei”. Nasi kierowcy będą składać obozowisko i podjadą autami na drugą stronę masywu górskiego Sabauni. Natomiast my z Yves’em, młodą przewodniczką (wynajętą z pobliskiej wioski) i jej bratem, idziemy na ponad godzinne łazikowanie po głazach, przez dwie przełęcze „Masywu Sabauni”, wśród brązowych i czarnych skał. My wspinamy się z głębokim oddechem, a przewodniczka Aisza, skacze w japonkach jak młoda koza, po kamorach i stromiznach rozdzielonych łachami wydm.

Niezła wspinaczka w górę i w dół, by w końcu dojść do punktu widokowego, nad małym zbiornikiem wodnym, który z góry wygląda jak zakole rzeki. Sztandarowe miejsce „Guelta d’Archei”, to niewysychająca sadzawka zasilana podziemnym strumieniem. Z półki skalnej na której leżymy, roztacza się spektakularna panorama kanionu z zielonymi kępami drzew i wodopojem dla wielbłądów. To jedyne miejsce w świecie, jak się twierdzi powszechnie, gdzie wciąż żyje krokodyl karłowaty (do 1,5 metra dł.). Nie zauważyliśmy ich z góry, ani później, kiedy po zejściu, pokazano nam przejście, którym wchodzą stada wielbłądów do wodopoju.

A tymczasem, buty na plecy, spodnie podciągnięte i już można wstępować poprzez niezliczoną ilość odchodów do wody… z równie zawrotną ich ilością w wodzie. Opiekunowie zwierząt, tak na powitanie, z wrzaskiem zawiadamiają nas iż nie życzą sobie fotografowania, ponoć to odbiera duszę wielbłądom. Cofnijmy się w czasie… przez wieki karawany zatrzymywały się w stromym kanionie, aby napoić swoje wielbłądy. Każdego dnia można zobaczyć setki wielbłądów pijących czarną wodę guelty, a ich pomruki odbijają się echem po ścianach kanionu. Woda w większości sięgająca po kolana, czerniała przez lata z powodu nieustannego dostarczania ekskrementów wydalanych przez spragnione wielbłądy. Nie jest to więc idealne miejsce do kąpieli, chyba że jesteś krokodylem-liliputem. Po wyjściu z kanionu, czekają już na nas auta z kierowcami.

Kolejny raz zatrzymujemy się przy skałach z lokalną twórczością, petroglifami i malowidłami naskalnymi. Znajdują się w różnych miejscach, najczęściej w jaskiniach, zagłębieniach i niszach skalnych, które być może kiedyś również były częścią jaskiń i miejsc zamieszkania praprzodków. Patrząc na przedstawiane sceny i rodzaj zwierząt, wyraźnie widać, że musiało to być w bardzo odległych czasach, kiedy Sahara była sawanną, a wśród bujnej roślinności przechadzały się żyrafy, słonie i inne zwierzęta, a to oznacza iż ich wiekowość może liczyć nawet tysiące lat. Uzmysławiają na pewno, że te miejsca były prawdopodobnie zamieszkałe od tysięcy lat.

Jedziemy dalej… trafiamy znów na studnię, która musi napoić wszystkich dookoła. Wjeżdżamy w coraz inną scenerię formacji skalnych, erozyjnych. Największy zachwyt wzbudziła w nas kolekcja grzybów… niejadalnych, monstrualnych, a przy niewiarygodnym, zaprzeczającym grawitacji grzybie skalnym „Tobodo”, pokusiliśmy się o sesję fotograficzną… na 30m nodze ze skały, o średnicy ok. 1m, położony jest kapelusz i to nie płasko… ale pod sporym kątem. Potem zębate iglice nazywane „Skalna Cytadela Apsara”. Przyszedł czas na ostre cięcia, czyli jak to powiedział Yves… to jest „Wimina”… wycięte przez wiatr strzeliste iglice. Można pokusić się o określenie… to fotograficzna rzeźnia!

W otoczeniu piaskowcowych świeczników… mamy kolację i nocowanie.

29.12.2022 – czwartek –„Pinaculos de Wimini”> „Las Skalny Habeiki” > Fada > nocleg na pustyni - 220km

Rano, z naszego obozowiska ruszamy brnąc poprzez pozostałości po wojnie czadyjsko -libijskiej, nikomu już nie potrzebne czołgi, a raczej to co po nich zostało, stanowią twardy dowód… kto w tej wojnie zwyciężył. Podjeżdżamy do specyficznej formacji, zwanej lasem skalnym „Habeiki” („Habaike”). Wciąż dalej i dalej… do labiryntów! Wędrujemy poprzez tajemnicze korytarze tworzące tak zwane labirynty „ Le Labyrinthe Shiryo i d’Oyo”, ten drugi skalny labirynt, a właściwie sieć małych kanionów, które jego tworzą… jest nieziemski. Pośród głazów i monolitów, natrafiamy na miejsca, gdzie w odległych czasach prymitywną metodą wytapiano żelazo. Na trasie, zwyczajowo zatrzymujemy się na odrąbanie z pnia kawałków drewna na ognisko. Po pierwsze, kucharz Dominik gotuje na prostym ogniskowym palenisku, ponadto przy ognisku grzeją się nasi kierowcy, popijając ekstremalnie posłodzoną herbatkę. Nasz kierowca o imieniu Ahmat, serwuje nam ją co rano i z wieczora…z grzeczności pijemy, choć nie używamy cukru od wielu lat. Natomiast kiedy śpimy pomiędzy falami wydm, samochody ustawiane są w rzędzie, a przejścia pomiędzy nimi zasłaniane plandekami, aby było spokojniej od wiatru. To jednak nie sprawia iż nocą jest cieplej, toteż nocowanie w mundurku uskuteczniamy obowiązkowo.

W odległości kilkunastu kilometrów na północ od „Skalnego Lasu Habeiki”, mieści się niewielkie miasteczko Fada. Była więc okazja do uzupełnienia zapasów, zwłaszcza paliwa i wody. W centralnej części miasteczka, naszą uwagę zajął duży plac i pozostały po francuzach fort, gdzie aktualnie mieści się garnizon wojskowy, przed którym umieszczono resztki samobieżnego działa, rozwalonego w czasie walk. Znajduje się tu również mały bazar spożywczy, z raczej mizerną ofertą świeżych warzyw: cebula, pomidory, kartofle i chłam ogólnochiński w kilkunastu sklepikach, ocienionych zwisającymi szmatami po starych workach. Benzynowe stacje butelkowe są najważniejsze, szczególnie dla miejscowych, motocyklowych, saharyjskich wędrowców. My tankujemy na poważnie… z kanistrów, a obok leżą resztki zużytych pocisków.

Ale wróćmy do wojny… po północnej stronie Fado, w rozległych piaskach, pozostały wraki kilku czołgów „Made in ZSRR” i opancerzone wozy piechoty, resztki po ataku libijskich wojsk Kadafiego. Przez dziesięciolecia toczono tu wojnę czadyjsko-libijską (rejon Aozou na pograniczu tych państw, bogaty jest w złoża uranu), która zostawiła po sobie pamiątki w postaci licznych pól minowych. Ona też rozsiała czołgowe pamiątki po pustyni. Do tych ostatnich najlepiej się nie zbliżać, gdyż nadal bywają zaminowane. Można poszukać łusek, ale pozostałych w piachu niewybuchów lepiej nie dotykać. Powoli piaski pochłaniają ślady najnowszej historii dwóch narodów.

Muammar Kaddafi marzył o stworzeniu własnego imperium w Afryce północnej. Nie docenił jednak przeciwnika, który wykorzystał przeciw niemu bardzo prostą broń. Niestabilna sytuacja w Czadzie stanowiła rosnący problem dla Francji, która, jako była metropolia, liczyła na dostęp do odkrytych kilka lat wcześniej złóż ropy naftowej. Zainteresowanie nimi wykazywały również Stany Zjednoczone, co nie spotkało się z przychylnością Paryża. Zarówno Francuzi, jak Amerykanie mieli zatem powód, aby wspomóc prezydenta Habre’ego w walkach przeciwko wojskom libijskim.

Specyfiką ostatniej fazy tej wojny byłą tzw. „Wojna Toyot”. To popularna nazwa tej części konfliktu pomiędzy Libią a Czadem, która miała miejsce w roku 1987 w północnym Czadzie i na granicy libijsko-czadyjskiej. Nazwa pochodzi od pick-upów Toyota Hilux i Land Cruiser, które były używane jako pojazdy szybkiego przemieszczania, zapewniając w ten sposób wysoką mobilność czadyjskim żołnierzom walczącym przeciw Libii. W tej fazie wojny, siły czadyjskie zostały wzmocnione czterystoma pick-upami Toyoty, wyposażonymi w wyrzutnie przeciwczołgowe pocisków kierowanych Milan.

W 1987r. wojna zakończyła się poważną porażką Libii, która zgodnie z amerykańskimi źródłami straciła około 10% swojej armii. 7500 żołnierzy zostało zabitych, a warty 1,5 miliarda dolarów sprzęt wojskowy, został zniszczony lub przechwycony przez wroga. Siły Czadu straciły jedynie około 1000 żołnierzy.

Wojna rozpoczęła się od libijskiej okupacji północnego Czadu w 1983r. Libijski przywódca Muammar Kaddafi, odmówił uznania czadyjskiego prezydenta Hissene’a Habre i wspierał wojskowo próbę przewrotu przeprowadzoną przez „Przejściowy Rząd Jedności Narodowej” („GUNT”). Zamach nie powiódł się wskutek interwencji Francji, która przeprowadziła najpierw operację „Manta”, a następnie „Epervier”. Ograniczyło to libijską ekspansję do terenów na północ od 16 równoleżnika, gdzie znajdowały się głównie obszary pustynne i rzadko zaludnione. W 1986r. „GUNT” zbuntował się przeciw Kaddafiemu, przez co Libia straciła główne uzasadnienie swej obecności wojskowej w Czadzie. Widząc okazję do zjednoczenia Czadu pod swoimi rządami, w grudniu roku 1986, Habre nakazał swoim siłom by przekroczyły 16 równoleżnik i dołączyły do sił „GUNT’, które walczyły wtedy z Libijczykami w górach Tibesti. Kilka tygodni później, duże siły zaatakowały miejscowość Fada, gdzie zniszczyły miejscowy libijski garnizon. W ciągu trzech miesięcy, łącząc działania partyzanckie i klasyczne działania regularnego wojska w spójną strategię, Habre odzyskał prawie cały obszar północnego Czadu. W następnych miesiącach zadał nowe ciężkie straty Libijczykom. Wstrzymanie ognia, zakończyło konflikt we wrześniu 1987r. Po rozejmie, sprawa strefy „Aozou” pozostała otwarta. W roku 1994, strefa ostatecznie została przyznana Czadowi przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. A sam Habre?… kojarzony jako obrońca Czadu przed libijskimi roszczeniami, szybko przerodził się w krwawego despotę. Ludność wyniszczonego kraju doświadczała kolejnych cierpień, zastraszana przez szwadrony śmierci sformowane przez prezydenta. Został on obalony w roku 1990r. w wyniku zamachu stanu, któremu przewodził Idriss Deby. Liczba ofiar trudna jest do oszacowania. W czasie jego rządów, w latach 1983-1990 mogło zginąć od 20 do 40 tysięcy osób, a nawet 200 tysięcy miało być przetrzymywanych w więzieniach i torturowanych. Po dojściu do władzy przez Deby’ego, Habre uciekł do Senegalu, gdzie przebywał w areszcie domowym. Po wieloletnim procesie, w roku 2016, został uznany winnym zbrodni przeciwko ludzkości i skazany na karę dożywotniego więzienia.

Natomiast Muammar Kaddafi, od chwili przejęcia władzy w Libii zyskał liczne grono, tak zwolenników, jak zatwardziałych przeciwników. Pomimo międzynarodowej krytyki i znacznego osłabienia gospodarczego kraju po konflikcie z Czadem, Kaddafi sprawował w Libii niepodzielne rządy do roku 2011, kiedy został zabity w czasie „Arabskiej Wiosny”.

Ale wróćmy do tu i teraz… po przemieszczeniu się przez piaski, głazowiska, żużlowiska, przedziwne fragmenty asfaltu po nalocie dywanowym… rozbijamy obóz w jedynych, oferowanych przez okoliczności krzakach. Na kolację szykuje się zakupiona w wiosce koza, jeszcze siedzi w bagażniku i nie wie nic o wyżywieniu tych, co czekają przy stole. Rzecz jasna wspieram Abakara i Ahmata… jak mi to wychodzi?… sama nie wiem…

30.12.2022 – piątek – pustynia > Dimi >„Lac Teguedei” – nocleg przy jeziorze (komary) – 120km

Już drugi dzień zmierzamy w kierunku jezior „Lacs d’Ounianga”. Wjeżdżamy na wiele godzin w piachy i nie ma żadnych wyróżników terenu, które ułatwiałyby rozpoznawanie kierunku jazdy. Same diuny, które wiatr przegania z jednego miejsca w inne, przesypując je mozolnie. Nawet jeżeli dostrzeżesz jakiś ślad, za chwilę wchodzi pod wielometrową wydmę i w żaden sposób na nią nie wjedziesz. Pozostaje wyłącznie orientacja według słońca i Abakara prowadzącego pierwszy samochód, którego nazywamy pustynnym GPS-em.

Przez przykurzone szyby przednią i boczne, piasek przelewa się jak woda i widać zaledwie linię horyzontu. Patrząc dookoła siebie… bezkresny ocean piasku, spoglądając w górę… przepastna paszcza nieba…jest skromnie, tylko żółto- niebiesko… farby ukradły prawie wszystkie kolory… jak nazywa się ten obraz?… sprawdźmy symbolikę… kolor żółty oznaczał światło i majestat. Bliski symbolice bieli, przejmował także symbolikę złota. Miał również znaczenie opozycyjne, oznaczał wrogość, zdradę i bezwstyd. W żółtej szacie przedstawiano Judasza i tańczącą Salome. Natomiast błękit jest kolorem firmamentu, dlatego też jest symbolem nieba. W starożytności uważano, że sklepienie niebieskie jest nieruchome, mocno osadzone na swych fundamentach, dlatego błękit jest też symbolem trwania, stałości i wierności. Obraz nazywa się… „Respekt”.

Wydmowe szaleństwo trwa … zakopywanie, odkopywanie, pchanie, wypychanie… to były ćwiczenia, a nie tylko ta jazda i jazda;-) Za osadą Demi, gdzie niegdyś handlowano czerwoną solą (tylko dla zwierząt), gdzie pośród wulkanicznych skał, spoglądamy z góry, na najbardziej fotogeniczne jezioro rejonu Ounianga „Lac Teguedei”. Jest to słone jezioro z brudną zieloną wodą, położone pośród palm daktylowych.

Przy jeziorze zaciekawiają nas lepianki do suszenia daktyli, jakby ktoś na kilku nóżkach z cegieł, ustawił pękaty zbiornik, z jednym otworem przypominającym dziuplę. Przy brzegach zaschnięta sól tworzy białe plamy. Jednak sól wzięta bezpośrednio z jeziora jest niejadalna. Jadalną, ludność pozyskuje w specyficzny sposób. Do miejsca, ogrodzonego palikami przed dostępem zwierząt, wrzucają błoto z jeziora i czekają aż deszcz błoto wypłucze. Kolejne warstwy, po dłuższym czasie, skutkują powstaniem stożkowej słonej kupki, która wewnątrz jest wypełniona solą jadalną. Dzisiejsza droga prowadziła wśród kopnego piasku, ślady… jeżeli nawet jakiekolwiek były, wiatr natychmiast pozamiatał. Baza noclegowa przy palmach w towarzystwie niezliczonej ilości komarów.

Pozostaje wyłącznie orientacja według słońca i „nosa” prowadzącego pierwszy samochód. Dwa razy utykamy w piachu i pozostaje popchnięcie, lub odkopanie kół. Przez przykurzone szyby przednią i boczną, piasek przelewa się jak woda i widać tak naprawdę tylko linię horyzontu. Na dole piach, u góry niebieskie niebo. Do wieczora uczestniczyłem w czadyjskim „camel trophy”.

31.12.2022 – sobota – Teuedei Lake > Ounianga Serir > Ounianga Kebir – nocleg na pustyni obok miasteczka Ounianga Kebir – 210km

Po sześćdziesięciu kilometrach dojeżdżamy do reszty pojezierza Ouaniangas Serir, tym razem słodkowodnych. Piękny widok z góry zachęcał do zjazdu w kotlinę, jednak nie możemy tego uczynić i robimy zdjęcia z oddala. Ponoć mieszkańcy wioski nie życzą sobie odwiedzin turystów w tym rejonie, po tym, jak organizacja UNESCO oskarżyła przywódcę wioski o defraudację pieniędzy przeznaczonych na rozwój turystyki i poprawienie standardu życia miejscowej ludności. Cóż, nie będziemy sędziami w tej sprawie, szkoda, gdyż widoki są porażające, szmaragd wody, zieleń palm, lazur nieba i żółto-pomarańczowe wydmy.

Po kolejnych trzech godzinach spędzonych na kamienistych bezdrożach docieramy do osady Ounianga Kebir, ulokowanej około 200km od granicy libijskiej. Postój jest tam konieczny na uzupełnienie zapasów paliwa. Mizerne sklepiki, mały meczet, budyneczki z gliny, przyzwoite budynki szkoły i wielu umundurowanych żołnierzy. Mieliśmy okazje podglądnąć jak budują te pustynne kopulaste domostwa. Z patyków powstałych z grzbietów liści palmowych, wyginają i formują kopułę. Gęstymi matami ją nakrywają i całość dociskają sznurami. Drzwi wejściowe z reguły wyklepane są z beczek po paliwie. Obejście składa się z dwóch, czasami trzech takich domków w tym jeden przeznaczony dla zwierząt, w rogu czasem wrak samochodu jako osłona od słońca i całe podwórko otoczone jakby płotem, czyli takimi samymi matami jakie układają na domach.

My natomiast po uzupełnieniu zapasów w Ounianga Kebir, podjeżdżamy pod kolejne jeziora, Katam, Yoa, Teli, Bokou i podziwiamy niesamowite zestawienia kolorystyczne, gdyż wiele z tych jezior jest przedzielona mierzeją, a to powoduje, że ich kolorystyka jest niepowtarzalna, bo dwukolorowa, np. szmaragd z fioletem, szafir z różem… czego natura nie potrafi wymyślić i stworzyć.

I jeszcze sprawa intymna, ale… Tubylcy, jak również nasza obsługa wraz z kierowcami „załatwiają się” w nieco odmienny sposób… gdzie jest odpowiednie miejsce, kucają z malutkimi czajniczkami w ręku i załatwiają sprawę, szybko i higienicznie.

01.01.2023 – niedziela - Ounianga Kebir > gdzieś 190 km dalej w piachach pustyni – nocleg pomiędzy wydmami – 190km

Nastał czas powrotu. Mozolna jazda prze piaszczystą pustynie i pokonywanie kolejnych pasm „diun”. Piach, piach i piach… Mamy go dosłownie wszędzie… Co raz wypychamy z piachu kolejną Toyotę. Czasem piach układa się w konsystencję betonu, a czasem przelewa się jak woda…

Trudno wyczuć jak pokonać wydmę aby się nie zagrzebać. Patrzymy i myślimy jakbyśmy musieli pokonać te wydmy naszymi, ciężkimi autami i cieszymy się, że tym razem tu ich nie ma…!

02.01.2023 – poniedziałek - gdzieś w piachach pustyni > Kalait (Oum-Chalouba) > Arada – nocleg tuż za Arada na pustyni – 360km

Tym razem, dzisiejszego poranka opuściliśmy rejon piaszczystych wydm i poruszamy się twardymi stepami Sahelu. Jest na tyle równo i płasko, że kolejne kilometry dzielące nas od skromnej cywilizacji mijają bardzo szybko. Juz w południe po pokonaniu 150km docieramy ponownie do miasteczka Kalaid, skąd wyruszaliśmy na podbój pustyni Ennedi. Ponownie uzupełniamy zapasy i po lanczu zaoferowanym tym razem w restauracji, ruszamy w dalszą drogę, na południe w kierunku drugiego co do wielkości miasta Czadu, Abache. Nocleg jak zwykle gdzie w krzakach…

03.01.2023 – wtorek – Arada > Abache > Oum-Hadjer – nocleg tuż za miastem – 315km

Kolejny dzień podróży. Wpadliśmy już w rytm obozowego życia. O 19.30 idziemy spać, o 5,30 pobudka, szybka, skromna toaleta, składanie namiotu, śniadanie, pakowanie aut i wyjazd około siódmej.

Później jazda do godzin południowych, tym razem docieramy do prawie milionowego miasta jakim jest stolica regionu Wadaj, Abache. Tym razem odwiedzamy miejscowy targ i kilka warsztatów rzemieślniczych (skóra, metal). Ponownie lancz w restauracji. Jak już wspominaliśmy, dominują dania mięsne…

Dzisiejsza jazdę kończymy tuż za miastem Oum-Hadejer, gdzie z dala od głownej szosy zakładamy nasz przedostatni obóz…

04.01.2023 – środa - Oum-Hadjer > Mango > Ab Touyour> Bokoro – 425km

Jazda i jazda… Ostatni nocleg tuż za miastem Bokoro. Jedyną atrakcją tego dnia były zdjęcia na masyw Góry Sępów w okolicy miasteczka Ab Touyour… Droga w kiepskim stanie, w niektórych miejscach pozostało jedynie wspomnienie po asfalcie. Dużą część trasy pokonujemy poboczami…

05.01.2023 – czwartek - Bokoro > Moyto > Ngodra > Massaguet > N’Djamena - 300km

Ostatni dzień czadyjskiej ekspedycji w drodze do Ndżameny, był mieszaniną burej krainy z nadchodzącym falami wiatrem, i masażem kręgosłupa na dziurawym asfalcie.

Cała nasza pętla po Sahelu, pustyni Ennedi i jeziorach Ounianga miała długość 3340 km, pokazujemy ją na załączonej mapce. Podróżowaliśmy dziewicza pustynią na pólnoc wzdłuż granicy z Sudanem, póżniej niespełna 200km od granicy z Libią. Myślę, że w tym reportażu przekazaliśmy również, co takiego ma Czad do zaoferowania i, że warto do niego przyjechać? Przede wszystkim sahel i pustynię! Dla jednych piekło na Ziemi… upał, wszędobylski kurz i piach, godziny spędzone w samochodzie, walka z wiatrem składającym namiot oraz… piasek między zębami na śniadanie, lunch i kolację. Ktoś inny będzie doszukiwał się różnorodnych wspaniałych krajobrazów, które pozostaną w pamięci do końca życia. Czad ma również kilka niespodzianek. Pierwszą są niezwykłe kształty skał a drugą niespotykane kolory jezior.

ennedi-ounianga

Kuchnia Czadu opiera się na potrawach mięsnych, sorgo, warzywach i owocach, szczególnie daktylach i melonach. Wśród mięs króluje kozina, mięso z wielbłąda to już wyższa półka. Do tych mięsnych potraw podaje się zawsze cebulę i przyprawy z soli i papryki, a uzupełnieniem są najczęściej frytki, ryż lub kasza kuskus. Suwenirami są wykonane ręcznie przedmioty codziennego użytku. Prawie każdy okutany w chałat jeździec osiłka czy wielbłąda, nosi przy pasie, lub na ramieniu sztylet, oprawiony w czerwoną skórę. Jest przykładem solidnej i pięknej roboty, a kupić go można za… 10tys. CFA. Oprócz tego koszyczki z pustynnej trawy lub tykwy, i naszyjniki z miejscowych materiałów…

Mimo tego, że Czad jest stosunkowo biednym krajem i nadal targanym przez niepokoje na tle etnicznym, pomału staje się miejscem atrakcyjnym dla turystów pragnących poznać afrykańską kulturę. Przy zachowaniu maksimum ostrożności, podróż do tego kraju może być interesującym przeżyciem i pozwoli na zobaczenie miejsca skąd wywodzą się korzenie gatunku ludzkiego.

Kiedy jechać? Prawie cały kraj zajmuje sahel i pustynia, z prawie wszędzie klimatem zwrotnikowym, suchym. Pora gorąca od kwietnia do maja (50ºC). Pora deszczowa od lipca do października. Od grudnia do marca przypada pora sucha i jest ciepło ale nie bardzo gorąco. W nocy chłodniej, szczególnie na pustyni temperatura może spadac do 5ºC. Wg nas najlepiej jechać w porze suchej.

Wiza: od Polaków jest wymagana. Wizy pobytowe i tranzytowe obywatele polscy mogą otrzymać w placówkach dyplomatycznych i konsularnych Czadu (najbliższe w Berlinie i Paryżu). Po przyjeździe turyści są obowiązani do dopełnienia formalności meldunkowych na posterunku policji w ciągu 72 godzin.

Waluta: obowiązuje frank CFA (XOF). Najlepiej przywieźć ze sobą euro w gotówce. Przelicznik wymiany oficjalny, bankowy: 1 EUR= 655 XOF. Stosowali wymianę od 650 do 660 XOF, ten wyższy jest kursem czarnorynkowym u konika.

Ceny: towary i usługi : generalnie niezbyt wysokie, za danie mięsne zapłacimy ok 2tys.XOF

Bezpieczeństwo: obecnie, kraj „raczej” bezpieczny dla rozważnego turysty. Natomiast powtarzając za naszym MSZ: W całym kraju utrzymuje się wysokie zagrożenie terrorystyczne atakami odwetowymi, związanymi z interwencją wojsk francuskich w Mali. Są i takie drobiazgi umilające podróż jak: zaleca się podróż w konwoju. Z uwagi na możliwe kradzieże, napady i inne przejawy agresji odradza się zdecydowanie podróże nocą . Również podróżując po stolicy, należy zachować dużą ostrożność… Występuje duże zagrożenie sanitarno-epidemiologiczne. Szczepienie przeciwko żółtej febrze jest obowiązkowe, co weryfikowane jest przy wjeździe. Zaleca się szczepienia przeciwko błonicy, tężcowi, polio, tyfusowi, wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B.

Fotografowanie i filmowanie obiektów strategicznych (budynki rządowe, itp.) jest możliwe wyłącznie dla posiadaczy zezwoleń rządu czadyjskiego. Należy unikać ostentacyjnego fotografowania w miejscach publicznych – reakcje miejscowej ludności bywają bardzo agresywne, np. oberwiesz kamieniem! Pamiętaj zawsze o pytaniu o zgodę, zanim zaczniesz fotografować, nawet we wioskach (z bliska)- nie wspomnę o zgodzie fotografowanej osoby…

06.01.2023 – piątek – N’Djamena

Po 14dniach włóczęgi po saharyjskich klimatach, wreszcie nastał dzień spokoju i relaksu w misji katolickiej u siostrzyczek. Wszystko byłoby tak jak piszemy, gdyby przed piątą rano nie uruchomił się w stolicy Czadu „mega” potężny i wszechobecny głos setek muezinów ogłaszających wg wiary islamu początek dnia, wezwanie do modlitwy i chwalenie Allaha… Ryk ten tak skutecznie przerywa sen, że do czasu ostatecznego przebudzenia i wyjścia na śniadanie na 7.30, pozostaje jedynie drzemka lub czas na przemyślenia…

I te przemyślenia zajmują rano całą przestrzeń mózgu oraz uruchamiają obrazy z ostatnio przebytej wyprawy po saharyjskim Czadzie. To coś jest jednym z najwspanialszych miejsc, które było nam oglądać na świecie…

Ale wracamy do tu i teraz… Jak pisaliśmy przed wyruszeniem na Saharę (22.12.2022r.), nie jest możliwe abyśmy wyrobili w N’Djamenie wizy do Sudanu (wojna domowa, brak możliwości wyrobienia zezwolenia na przejazd). To powoduje, że nasza dalsza trasa musi zostać całkowicie skorygowana i jedyną drogą aby opuścić rejon centralnej Afryki, jest przejazd do Kamerunu. To też powoduje, że dalsza nasza tras do Cape Town w RPA musiałaby przebiegać dokładnie taką samą droga jak jechaliśmy siedem lat temu w podroży wokół Afryki. Tak a sytuacja kompletnie nie ma sensu, więc na ten moment postanowiliśmy, że w tym kraju zakończymy podróż „Zygzakiem poprzez Afrykę” i z kameruńskiego portu Douala wyślemy nasze auta do Polski… Jednak wykorzystując obecna sytuację, gdzie się znajdujemy, mamy pomysł aby na trasie do Kamerunu zahaczyć o Republikę Środkowej Afryki i odbyć dodatkową podróż do Gwinei Równikowej.

Poddani tym pomysłom już rano, przed 9.00 stajemy u bram konsulatu Kamerunu aby wyrobić wizy do tego kraju. Wszystko idzie jak z „płatka”, za trzy dni robocze mamy odebrać wizy. Jedyna możliwość ich wyrobienia, to wiza wielokrotna na pół roku w cenie 100tys.CFA, ok 150€ od os. Bardzo drogo, więc nie bierzemy jej w ekspresie o 50% drożej i musimy czekać aż do wtorku, do godz 11.00. Mamy więc czas aby zasięgnąć języka co do wyrobienia następnych wiz w konsulatach RŚA i Gwinei Równikowej.

Resztę dnia spędzamy na pisaniu relacji z wyprawy po Czadzie i obróbce setek wykonanych podczas wyprawy zdjęć…

07.01.2023 – sobota – N’Djamena

Relaks, posiłki u siostrzyczek, internet z zakupionej w ulicznej budce karty i pisanie relacji…

08.01.2023 – niedziela – N’Djamena

Skoro tak długo stacjonujemy w stolicy Czadu wypadałoby nieco wspomnieć o tym mieście, którego nazwa brzmi N’Djamena, po polsku Ndżamena… Ndżamena została założona pod nazwą Fort-Lamy 29 maja 1900 r. przez francuskiego wojskowego Émile Gentila. Nazwa została nadana na cześć Amédée-François Lamy, oficera, który został zabity w bitwie pod Kousséri kilka dni wcześniej. Arabską nazwą przyjęło dopiero w 1973roku, po uzyskaniu niepodległości. Pochodzi ona od nazw sąsiednich wsi, Niǧāmīnā, co oznacza „miejsce wypoczynku”. Przede wszystkim miasto jest głównym ośrodkiem politycznym, administracyjnym, naukowym i kulturalnym kraju oraz stanowi ważny węzeł komunikacyjny dla całej Afryki Środkowej. Miasto jest również centrum gospodarczym i handlowym Czadu, z wieloma zakładami przemysłowymi i przetwórczymi. Do najważniejszych gałęzi przemysłu reprezentowanych w mieście należą zakłady przetwórstwa ryb (rzecznych), mięsa i bawełny. Jest również ośrodkiem handlu zwierzętami hodowlanymi, solą i zbożem.

Miasto leży na prawym brzegu rzeki Szari, naprzeciwko ujścia rzeki Logone, w odległości ok. 30 km od brzegów jeziora Czad. Rzeka Szari tworzy w tym miejscu naturalną granicę państwową między Czadem i Kamerunem. Po drugiej stronie Szari leży kameruńskie miasto Kousséri, połączone z Ndżameną dwoma mostami drogowymi.

Miasto zostało częściowo zniszczone podczas wojny domowej w 1979 r. i ponownie w 1980. Wielu mieszkańców uciekło wówczas z oblężonego miasta, szukając schronienia po drugiej stronie rzeki Szari, w Kamerunie. Wiele instytucji i zakładów przestało wtedy działać. Jeśli chodzi o liczbę ludności, według szacunków w 2009 r. wynosiła około miliona mieszkańców, obecnie wg nieoficjalnych danych przekroczyła już dwa miliony…? Ze względu na stosunkowo dobre, jak na warunki czadyjskie, perspektywy znalezienia pracy, liczba ludności miasta nieustannie rośnie.

Jest również małe, polskie wtrącenie… naszego podróżnika, Kazimierza Nowaka, który w czasach międzywojennych, podczas swej podróży przez Czarny Ląd dotarł do Fort Lamy, 8 kwietnia 1936 r. i tak opisuje to miasto: Nagle otacza mnie cywilizacja, urząd celny, ordynarny komisarz policji, krzykliwi kupcy łaknący majątków. Naprzeciw mnie człapią garbusy poczciwe i takie smutne, jakby przykro im było, że zły poganiacz zagnał je do takiego śmietniska ludzi. Klekoczą auta, drą się trąbki wojskowe, stuka motor radiostacji. Z ludzi i przedmiotów widać tylko sylwetki. Tumany kurzu i piasku barwią wszystko na rudo. Oczy pieką, twarz i ręce pokrywa błoto z potu i pyłu.

Nowak, czekając na niezbędne zezwolenia, które umożliwiłyby mu dalszą podróż po Francuskiej Afryce Równikowej, spędził w Fort Lamy jakiś czas. Miał więc okazję zapoznać się z życiem codziennym jego białych mieszkańców, głównie urzędników kolonialnych: Fort Lamy robi wrażenie osady tubylczej, mimo że żyje tu około dwustu białych, oficerów, urzędników administracji, jeden hotelarz i jeden kupiec. Życie towarzyskie jednak nie istnieje, królują natomiast intrygi, plotki i pretensje. Jeden drugiego utopiłby w Chari, aby wspiąć się choć o stopień wyżej. Ten jest Baskiem, inny znów Bretończykiem, ten z Alzacji, a inny z Marsylii, wszyscy zaś nienawidzą się wspólnie, tworzą dzielnicowe grupki, walczą przeciw sobie stale, bez wytchnienia.

Jeśli jesteśmy przy stolicy Czadu N’Djamenie należy również opisać sytuację Jeziora Czad, które objechaliśmy od północno-wschodniej strony, najpierw w Nigrze (północ), później w Czadzie (wschód). Dla zachodniego świata jezioro zostało odkryte w 1823 roku i było czwartym pod względem wielkości śródlądowym zbiornikiem wodnym Afryki po Jeziorze Wiktorii, Tanganice i Malawi. Ślady bytności człowieka w okolicach jeziora są bardzo stare, a do najstarszych znalezisk, dokumentujących obecność człowiekowatych należą skamieniałości sahelantropa, zamieszkującego ten region ok. 6–7 milionów lat temu. Odkryte one zostały podczas francusko-czadyjskiej wyprawy paleontologicznej na początku XXI w.

afryka-pn-zachod

Jezioro Czad jest najważniejszym zbiornikiem wody w Sahelu. To bezodpływowe jezioro, położone w Kotlinie Czadu, na pograniczu Czadu, Nigerii, Nigru i Kamerunu, zasilane jest wodami rzek: Szari (95%), El Beid (4%) i Komadugu Yobe (1%). Nazwa jeziora Czad pochodzi od lokalnego słowa tsade, oznaczającego „jezioro”, od której również pochodzi nazwa państwa, Czad. W1964r. powierzchnia jeziora wynosiła 23,5 tys. km kwadratowych i sięgnęła rzeki El-Ghazal. Zbiornik zaczął gwałtownie wysychać od 1980 roku, kiedy władze Czadu, Kamerunu, Nigerii i Nigru postanowiły rozpocząć budowę sieci kanałów irygacyjnych w ramach planu modernizacji rolnictwa, a jego powierzchnia zmniejszyła się o prawie 90% do 2,5 tys. km². Tubylcy uprawiają proso, sorgo, maniok, jam, orzeszki ziemne, ale także jak w przypadku Morza Aralskiego bawełnę, aż czterokrotnie zwiększyli pobór wody ze zbiornika. Wysycha nie tylko samo jezioro, które bardziej przypomina już zarastający staw, ale kurczą się tereny podmokłe, które kilkanaście lat temu były dnem jeziora. Jego znikniecie, spowoduje, że kilkadziesiąt milionów ludzi będzie głodować, a zwierzęta umrą z pragnienia. Sytuacja tego akwenu do złudzenia przypomina obecny stan Morza Aralskiego.

jezioro-czad

Swoje robią także zmiany klimatyczne. Topniejące czapy lodowe na arktycznych akwenach powodują zmiany temperatury wody północnego Atlantyku. Osłabia to prądy morskie i sprawia, że klimat na obszarze subsaharyjskim robi się coraz bardziej suchy. Kilka lat temu położone nad jeziorem państwa rozpoczęły starania, aby uratować akwen i wpisać cały jego obszar na listę światowego dziedzictwa UNESCO, co zdaniem rządzących pomogłoby je chronić. Jednak jak dotąd sprawa nie znalazła swoje finału, a powodem jest ropa i jej wydobycie, która skutecznie przeszkadza w tym działaniu.

09.01.2023 – poniedziałek – N’Djamena

Wreszcie nastał dzień roboczy… Od rana robimy rozeznanie co do następnych wiz, które musimy wyrobić w N’Djamenie. I tak co do wyrobienia wizy do RŚA nie ma problemu, wizę otrzymamy w ciągu tego samego dnia, a koszt to jedynie 35tys. CFA od os. (55€). Natomiast co do wizy do Gwinei Równikowej sprawa jest bardziej skomplikowana… przede wszystkim koszt wizy to 200tys. CFA od os. ok.300€ od os…? Szok…? Dodatkowo konsul wymaga abyśmy w jakiś sposób udokumentowali, że jesteśmy turystami…? Po głębszej konsultacji wystarczy skserowanie naszych wszystkich wiz na obecnej trasie i przedstawieni adresu hotelu w którym zamierzamy się zatrzymać w tym kraju…

10.01.2023 – wtorek – N’Djamena

Zgodnie z ustaleniami, punktualnie o 11.0 jesteśmy w konsulacie Kamerunu w N’Djamenie. Owizowane paszporty już czekają. Błyskawicznie przejeżdżamy pod konsulat RŚA, wypełniamy wnioski, płacimy po 35tys. CFA od os. i o 14.00 mamy odebrać paszporty wraz z wizami. Wszystko idzie jak z „płatka”, ponownie o czasie odbieramy paszporty z konsulatu RŚA i już naszymi autami (dotychczas po N’Djamenie przemieszczaliśmy się taksówkami, gdyż odległości niewielkie, a koszt taxi to 8 do 12zł) jedziemy do konsulatu Gwinei Równikowej, która mieści się nieco dalej, bliżej lotniska 10km od centrum. Składamy wnioski, paszporty i wszystkie wymagane dokumenty… płacimy jedynie opłatę transakcyjną 20tys. CFA od całej naszej szóstki, na ostateczną decyzje co do otrzymania wiz musimy czekać do jutra, mają nas powiadomić telefonicznie… i dopiero wtedy uiścimy całość opłaty wizowej…

Jednak już o 19.00 tego samego dnia, w momencie kiedy piszę tę relację dostajemy info, że wizy zostały przyznane, jutro o 9.00 musimy za nie zapłacić, a po południu tego samego dnia będą gotowe do odbioru… Bingo, jest szansa, że pojutrze w czwartek, 12stycznia rano opuścimy N;Djamenę…

11.01.2023 – środa – N’Djamena

Kolejny dzień odpoczynku w stolicy Czadu. Rano zgodnie z uzgodnieniami zawozimy całą należność za wizy do Gwinei Równikowej i czekamy na informację, o której należy je odebrać…? Wiadomość przychodzi dopiero przed siedemnastą, lecz to i tak dobrze, gdyż spokojnie jurto możemy ruszyć w dalszą drogę. Wreszcie po ponad trzech tygodniach mamy realny plan opuszczenia Czadu.

12.01.2023 – czwartek – N’Djamena > Guelengdeng > Bongor > Kelo > Krim-Krim – nocleg kilometr od głównej drogi na byłym placu technicznym budowy drogi – 410km

O 8.30 opuszczamy wspaniałe lokum, jakim była katolicka misja u siostrzyczek i ruszamy na południe Czadu w kierunku Republiki Środkowej Afryki. Pierwsze 70km drogi bardzo zatłoczone, prawie cały czas jedziemy w wioskowej aglomeracji. Kolejne 70km to istny poligon, gdzie fragmenty asfaltu tylko przeszkadzają swymi ostrymi kantami po wyjeździe z wielkich jam. Część drogi lepiej pokonywać poboczem lub z dala od głównego traktu polną drogą… Na szczęście w Guelengdeng droga przybiera normalny wizerunek i super asfaltem przemieszczamy kolejne dzisiejsze kilometry. Afrykańskie obrazy nie robią już na nas takiego wrażenia, choć zabudowania gospodarcze z wielkimi dzbanami jako spichlerze przedstawiają osobliwy obraz. Południe Czadu wydaje się być nieco bardziej uporządkowane, nie widać tak wiele śmieci… może jest to jedynie sprawa bujniejszej roślinności która porasta te równinne tereny rozpostarte pomiędzy rzekami Logome, Orienta i Occid. Na kilka km przed miejscowością Krim-Krim zjeżdżamy z głównej trasy kilometr w bok i na niegdysiejszym placu technicznym budowy drogi zostajemy na dzisiejszy nocleg. Ledwie stanęliśmy, przyszła z przyległej wioski grupa mężczyzn na przeszpiegi, kto to zatrzymał się na ich terenie…? Po wyjaśnieniu sprawy i podarku w ilości 10 długopisów mamy zapewniony spokojny pobyt w tym miejscu.

13.01.2023 – piątek – Krim-Krim > Moundou > Baikoro – nocleg u sióstr Franciszkanek od Cierpiących – 110km

Rankiem szybciutko docieramy do Moundou, droga wspaniała, rześki poranek, prawie zero ruchu. Na trasie patrzę na zegarek i zaintrygowała mnie data 13 i piątek… ale cóż nigdy nie byłem przesądny… Ponieważ wiemy, że na południu Czadu są jakieś problemy z dostawami paliw, uzupełniamy do pełna zbiorniki, przekraczamy rzekę Occid i kierujemy się w stronę granicy z Republiką Środkowej Afryki. Trzydzieści km z Moundou w wiosce Baikoro zjeżdżamy z głównej trasy prowadzącej do Doba i kontynujemy jazdę gruntowym szlakiem w stronę Gore, ostatniego większego miasta przed granicą. Po niespełna trzech km, przy przejeździe przez poprzeczną, ostrą dziurę, słyszę metaliczny dźwięk, jakbym przejechał po jakiejś blasze, które wypadła spod kół i uderzyła w podwozie. Co to, dziwne, gdyż żadnej blachy na drodze nie widziałem. Wszystko się jednak szybko wyjaśnia, lewy przód auta jakby zapadł się kilkanaście cm. Po zatrzymaniu szybkie sprawdzenie stanu zawieszenia i już wiemy, że pękł przedni amortyzator na wysokości połączenia z wahaczem, a że jest to zarazem część nośna przedniego zawieszenia, dalsza jazda z takim uszkodzeniem jest niemożliwa. Szybka nawrotka i bardzo wolno wracamy do małej wioski Baikoro, może tam, znajdzie się jakiś kowal, czy warsztat posiadający spawarkę, aby była możliwość naprawy tego uszkodzenia…? I rzeczywiście, tuż przy skrzyżowaniu mieści się mała kuźnia, gdzie znajduje się spawarka napędzana przez archaiczny silnik diesla. Jednak aby zespawać pęknięte elementy należy wymontować z auta całą kolumnę z amortyzatorem i sprężyną. To nie lada wyzwanie w warunkach kiedy ma się do dyspozycji kawałek pobocza drogi… Jednak z pomocą współtowarzyszy podróży i moim doświadczenie w zakresie mechaniki, operacja się udała i po uchwyceniu pękniętego amortycatora w siermiężnym imadle przystąpiliśmy do zespawania pękniętych elementów. Dla bardziej wtajemniczonych technicznie, powiem jedynie, że wzmocnione amortyzatory australijskiej firmy „Peders”, wydawały się być niezniszczalne i, aż dziw bierze, że część która nie jest narażona na zginanie pękła w takim miejscu…? Dalsza praca poszła już szybciutko, solidne spawanie i zamontowanie na powrót części do auta zajęło niespełna godzinkę. A co się dzieje wokół, kiedy ja walczę z naprawą… Słyszę jakąś rozmowę po polsku, ale głosy jakby nie z naszego timu…? Podnoszę wzrok, a tu przedstawiają mi polskiego księdza, Zdziska, który od kilkunastu lat pełni misję na południu Czadu i w RŚA. Prawie trzy miesiące jedziemy przez Afrykę, a dopiero tu, i w takich okolicznościach mamy okazję spotkać i poznać krajana… Zdzisiek powiadamia nas, że 800m dalej stacjonują tu siostry Franciszkanki od Cierpiących i jak skończymy naprawę, to powinniśmy je odwiedzić… Niesamowite… Jeszcze do końca nie poskręcaliśmy zawieszenia naszej Toyoty, kiedy widzimy przed nami rezolutną białą kobietę, która przybyła na miejsce naprawy, przed kuźnię. Oczywiście wszystko się błyskawicznie wyjaśniło… Zdzisiek zadzwonił do sióstr, a one czym prędzej przybyły aby zobaczyć, czy aby, to na pewno Polacy dotarli do tego miejsca w Czadzie i do tego własnymi autami…?

Cóż za spotkanie, siostra Basia, mimo że jest w końcowej fazie leczenia kolejnej malarii, pomogła nam rozliczyć naprawę, a raczej usługę pospawania i zamiast zapłacić 20tys. CFA płacimy jedynie 10tys. ok 80zł. Auto naprawione, więc należy nieco ochłonąć, a siostrzyczki zapraszają nas do siebie na skromny obiad… Oczywiście padają pytania z obu stron i trudno by było wszystko opisać…? Kwintesencją tej konwersacji jest, to, że siostry prowadzą w tej wiosce przychodnię lekarską, przedszkole i szkołę, a my otrzymujemy wiadomość, że absolutnie nie powinniśmy jechać do RŚA przez Gore, to szaleństwo, a jedyną drogą jest przejazd do tego państwa przez Kamerun. Takim to sposobem, pęknięty amortyzator, 13 i piątek ustrzegł nas od niefortunnego przejazdu, drogą która jest bardzo niebezpieczna i do tego fragmentarycznie zaminowana. Oczywiści poprzez wiele konsultacji z misjonarzami, któży stacjonują w RŚA dostajemy kompendium wiedzy, jak i jaką drogą możemy bezpiecznie dotrzeć do tego kraju. Jest tak miło i radośnie, że postanowiliśmy u cudownych siostrzyczek (jest jeszcze Kasia i Ewa) zostać do jutrzejszego dnia. Jak spotkanie, to znalazła się od razu skrzynka piwa i w atmosferze przyjaznej rozmowy biesiada trwała do wieczora. Był również czas na zaśpiewanie kolęd. Co za niezwykły i niespotykany dzień…

14.01.2023 – sobota – Baikoro > Moundou > kilometr przed przejściem granicznym z Czadu do Kamerunu – 140km

Zaraz po śniadaniu mieliśmy wyjechać w stronę granicy z Kamerunem, jednak za namową siostry Basi, postanowiliśmy jeszcze podjechać w Baikoro pod szkolę, którą zawiadują i prowadzą w ramach swej misji siostry Franciszkanki od Cierpienia. Trudno sobie wyobrazić jak wiele trudu należało włożyć, aby uruchomić tego typu działalność dla prawie półtorej setki uczniów, gdzie państwo nic nie dokłada do jej prowadzenia, a rodzice uiszczają jedynie skromną opłatę w wysokości ok. 160zł rocznie. Podczas wizyty otrzymaliśmy wiadomość od Kasi i Konstantego (pisaliśmy o nich w N’Djamenie – od roku podróżują Nisanem Patrolem do RPA), którzy jeszcze wczoraj, mimo naszych informacji, że nie powinni tego uczynić, chcieli dziś rano przekroczyć granicę do RŚA koło Gore. Widocznie było to niemożliwe, gdyż dostajemy informację od nich, że jednak jadą do Baikoro i razem z nami chcą do RŚA pojechać przez Kamerun. Jedynym problemem jest jednak to, że mają jednokrotną wizę do Kamerunu, która rozpoczyna się dopiero od końca Stycznia…?

Takim to sposobem po po wizycie w szkole wracamy na podwórko do siostrzyczek i tam czekamy na ich przyjazd, który potrwa co najmniej trzy godziny. Jak tylko ulokowaliśmy się w cieniu pod drzewem na posesję przybywa ksiądz Zenek, ten który wczoraj nas wyhaczył przed kuźnią podczas naprawy amortyzatora i czekając wspólnie na obiad mieliśmy sporo czasu aby porozmawiać o wszystkim co dotyczy miejsca i specyfiki misji, jaką przyszło tu im wszystkim pełnić.

Po obiedzie przybywa Kasia z Konstantym. Po konsultacji postanawiamy, że my ze Zbyszkiem jedziemy jeszcze dzisiaj do Kamerunu, natomiast Adam z Beatą pojadą wspólnie z Kasią i Konstantym, gdyż razem planują odwiedzenie Parku Narodowego Dzanga Sanga w RŚA, do którego my nie zamierzamy jechać. To dodatkowa wyprawa na co najmniej tydzień, dodatkowy tysiąc km przez bliżej nieznany teren i dodatkowa wyprawa której nigdy nie planowaliśmy. Ponadto zbyt mało informacji na temat działania parku, abyśmy ryzykowali taki przejazd, tym bardziej, że dotyczy to odległych rejonów w RŚA…?

Takim to sposobem w tym miejscu po dwóch i pół miesiąca wspólnej podróży rozstajemy się z Adamem i Beatą, może jeszcze spotkamy się u księdza Darka w sierocińcu w Jaunde, w stolicy Kamerunu.

Szybko docieramy przez Moundou pod granicę z Kamerunem i tuż przed przejściem, obok rozległego parkingu dla ciężarówek rozbiliśmy obozowisko na dzisiejszą noc.

<<<< POPRZEDNIA ——– NASTĘPNA >>>>