eurazja-mapa

Dzień 29 – niedziela – 13 sierpnia 2017r

Rano zwiedzamy zamknięty obszar Gór Tęczowych. Park zajmuje 510 km² i jest położony na północnym pogórzu pasma Qilian Shan. Główny obszar parku znajduje się w pobliżu miejscowości Kangle i Baiyin, 30 km na zachód od Zhangye. Rezerwat Krajobrazowy „Zhangye Colorful Danxia Scenic Spot”, to najchętniej odwiedzana część parku, posiada też najlepiej rozwiniętą infrastrukturę turystyczną (wstęp 74 juany od os.). Znany jest przede wszystkim z niezwykłych kolorów skał, które tworzą ostre, nieraz wysokie na setki metrów ściany skalne i ostańce o nietypowych kształtach. W rezultacie krajobraz tworzą, przypominające gigantyczny, wielowarstwowy tort, różnobarwne przekładańce skalne, które w wyniku ruchów górotwórczych zostały przesunięte względem poziomu, tworząc malownicze wzgórza. Wiatr, deszcz i mróz nasilając erozję, z czasem nadały skałom fantastyczne kształty… podobne do wież, filarów czy wąwozów o różnych strukturach i rozmiarach. Już w 2005 roku, obszar ten został uznany przez reporterów za jeden z najładniejszych krajobrazów formacji skalnych w Chinach, w 2009 roku „Chinese National Geography”, uznał Zhangye Danxia, za „szósty najpiękniejszy krajobraz” w Chinach, a w roku 2010 został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na żywo robią niesamowite wrażenie, lecz aby wyglądały bardziej impresjonistycznie, tak zdecydowanie kolorowo… jak na folderowych zdjęciach, należałoby je podziwiać o świcie lub przy zachodzie słońca, koniecznie tuż po deszczu, gdy kolory są najintensywniejsze, kiedy powietrze jest przejrzyste, a skały nasączone wodą, pogłębiają nasycenie barw. Inaczej, tak jak w naszym przypadku, kolory są nieco bledsze, co nie znaczy, że gorsze. Krajobraz Gór Tęczowych, to skrzyżowanie krajobrazu marsjańskiego i szalonego świata „Alicji w Krainie Czarów” lub… terenu po eksplozji fabryki farb. Skały mienią się wszystkimi kolorami tęczy… od czerwonego, przez pomarańczowy i żółty, zielony, niebieski aż po fioletowy… lecz w nieco wybladłym wariancie. Generalnie, zwiedzanie jest dobrze zorganizowane, miejsce jest mocno oblegane, dzisiejszemu przemierzaniu platform towarzyszy słońce na całe niebo i temperatura 32°C, więc… w ruch poszły kapelusze, parasole, maski, okulary, chusty i… lody (wg mnie obrzydliwe, ale to rzecz smaku).

Dalej jedziemy na południe drogą nr 227 do Xining. Trasa biegnie przez kolejne pasma gór Qinlian Shan. Jedziemy malowniczą trasą, gdzie pasterze przepędzają ogromne stada jaków, kóz i owiec. Po drodze pokonujemy kilka wysokich przełęczy, z tą najwyższą o wys. 3782 m n.p.m. Na kilkadziesiąt km przed Xining, wpadamy na autostradę i w blasku zachodzącego słońca, podziwiamy potężne, nowoczesne miasto. Xining, to nieogarnione osiedla 20-piętrowych bloków, pomiędzy którymi wystrzeliły w niebo jeszcze wyższe biurowce. Jakby tego było mało, wszędzie wokół wyrastają smukłe konstrukcje budowlanych dźwigów, oznajmiające wszem i wobec, że miasto nadal się rozrasta. Z daleka, nie wyróżniało się żadne centrum, zupełnie jakby było nim całe, ciągnące się na przestrzeni kilkunastu km. Ricky, nasz przewodnik, wyjaśnia nam iż te bogactwa biorą się z wydobycia ropy, której pokłady lokują się na tym obszarze.

Jednym z głównych powodów naszego przyjazdu do Xining, jest buddyjska świątynia „Ta’Er Temple”, położona 20km na płd.-zach. od miasta. Już po ciemku, docieramy do Huang Zhong i znajdujemy miejsce na nocleg, na wzgórzu, niedaleko od ww tybetańskiego monastyru.

17-08-13-map

Dzień 30 – poniedziałek – 14 sierpnia 2017r

Klasztor „Ta’er Temple” lub „Kumbum Monastery”, położony jest na skraju Wyżyny Tybetańskiej, która od zawsze, historycznie związana była z Tybetem, aniżeli z Chinami. „Ta’er Temple” jest świętym miejscem dla buddyjskiej szkoły „Żółtych Czapek”. Tak popularnie w świecie zachodnim nazwa się jedną z głównych szkół buddyzmu tybetańskiego… „Gelug”, której pryncypałem jest Dalajlama (czyli lama o mądrości jak ocean). Znakiem rozpoznawczym są żółte okrycia głowy noszone przez mnichów. Podobnie jak w innym przypadku „Czerwone czapki”, są synonimem szkoły „Kagyu”.

To niezwykłe opactwo buddyjskie, które jest niemalże całkowicie otwarte dla zwiedzających, wygląda jak miasteczko, zajmuje pokaźne wzgórze i składa się z niezliczonych budynków. Jego architektura pełna barw, to prawdziwa uczta dla oczu. Po uiszczeniu opłaty (wstęp 80 juanów od os.), możemy zerknąć, jak funkcjonuje ten niezwykły klasztor.

Został wzniesiony w 1577 roku, aby upamiętnić Tsongkhapa (1357-1419), reformatora i uczonego, założyciela szkoły „Gelug”. Mistrz ten znany jest z uniwersalnego, ekumenicznego, niesekciarskiego i apolitycznego podejścia, popartego rozległą wiedzą o wszystkich tradycjach buddyjskich. Ze względu na jego wkład dla rozwoju buddyzmu w Tybecie, jest tradycyjnie uważany wraz z Longczenpą i Sakja Panditą, za głównego odnowiciela buddyzmu tybetańskiego. Ta’er w języku tybetańskim znaczy „gongben”, co innymi słowy oznacza „10 000 figur Buddy”. Każdego dnia rzesze pielgrzymów i turystów, przybywają tu z różnych stron świata. Obecność mnichów, misterna architektura świątyń, w połączeniu z feerią barw, towarzystwem wymyślnych rzeźb i posągów, jak również zapachem świec… robi magiczne wrażenie. Prócz tego, młynki modlitewne, mają kształt walca i zamieszczone są na obrotowej osi, a na ich powierzchni wypisane są mantry. Według wierzeń, obracanie młynkiem daje taki sam efekt, jak ustne ich recytowanie, jednak młynek można obracać szybciej, niż wypowiadać wersety. Widzieliśmy wiele rodzajów młynków, czasami bardzo małe, takie, które ludzie mogli trzymać w ręku lub całe rzędy średniej wielkości, które wprawiali w ruch, obchodząc świątynię dookoła. Natomiast odbywający korę (obchodzenie) wokół klasztoru pielgrzymi, niewątpliwie nadają wiarygodności miejscu, które niegdyś, przez pewien czas, dawało schronienie Dalajlamie. Z kolei wspomniany widok pogrążonych w żarliwej modlitwie, zarówno starszych, ale co ważne, również młodych Tybetańczyków… wzywa do refleksji. Ciężko bowiem uciec od pytań, dotyczących kondycji tej wiary i jej miejsca w codziennym ich życiu. Przemierzając kolejne świątynie, na tym rozległym terenie, widzimy grupę osób klękających i opuszczających się na ziemię do pozycji leżącej, tak aby dotknąć jej głową, po czym wstają i tak bez ustanku. Podobno, w takim rytmie, niektórzy idą tak całą drogę do Lhasy, stolicy Tybetu. Mnisi, którzy praktykują ten typ pielgrzymki, mają blizny na czole, od ran powstałych w skutek ciągłego dotykania głową do podłoża. Jedna z kobiet, którą podpatrujemy, podkłada sobie kawałek materiału pod głowę, żeby uchronić się przed ranami.

Znaczną uciążliwością tego miejsca, jest ogrom pielgrzymów i turystów, cały czas przepychamy się w tłumie. Oczywiście, jak w każdym świętym miejscu, tuż obok klasztoru… handel sprawnie przedstawia swą ofertę. Straganów bez liku… kapelusze, biżuteria, dewocjonalia, nieskończoność pierdół w ilościach i gatunku do wyboru. Oczywiście jest i straganowa gastronomia, z której również i my korzystamy, gdyż w tym rejonie i na tej wysokości, jako oferta kulinarna, pojawił się wreszcie ziemniak oraz bataty (słodka wersja ziemniaka), oczywiście upieczone w skórkach, a do tego szaszłyki z wołowiny.

Po południu opuszczamy Huang Zhong, przejeżdżamy ponownie rozległe miasto Xining i jedziemy dalej na wschód, drogą nr G6 do Hongguqu, gdzie odbijamy na południe miasta Linxia. Po zjechaniu z głównej trasy, przemieszczamy się malowniczą drogą przez góry, mijamy małe wioski, do złudzenia przypominającą polskie krajobrazy okolic Nowego Sącza. Kolorowe pola uprawne, kultura rolna na małych areałach i stromych zboczach, a na ścierniskach stoją snopki… tego na Nowosądecczyźnie niestety już nie ma… i jest jeszcze coś czego nie ma (przynajmniej na razie)… meczety… nowiuteńkie i te w budowie, rosną jak grzyby po deszczu. „Meczetowy” szlak kończymy w Linxia, wynajmujemy pokoje hotelowe w „Linxia Hotel” (168 juanów pokój 2os. ze śniadaniem).

17-08-14-map

Dzień 31 – wtorek – 15 sierpnia 2017r

Kontynuujemy „meczetowy szlak”, przemieszczając się poprzez góry do Longxi. Malownicze, rolnicze tereny. Już wczoraj, przed miejscowością Linxia, wjechaliśmy w zastanawiający świat małych wiosek z nadmiarem meczetów. Ta nagła zmiana, rozbudza nasze zainteresowanie, skąd mieszkańcy, muzułmanie, mają taką obfitość środków, aby wystawić tak wiele, tak ogromnych i okazałych świątyń? Nawet Ricky, nasz przewodnik, nie dał nam jednoznacznej odpowiedzi. Podobno, w jakimś stopniu, partycypuje w kosztach rząd Chiński. A jeśli jesteśmy już przy religii… w Chinach od wieków wyznawane są różne filozofie i religie. W Państwie Środka nigdy nie wystąpiło zjawisko panowania jednej religii nad drugą. Wprost przeciwnie… występujące tam religie przenikały i przenikają się nawzajem. Tak więc chińska religia, to złożony i wieloraki zespół różnych podejść do Boga i jego roli w życiu człowieka. Mieszkańcy Chin mogą być na przykład buddystami i konfucjanistami jednocześnie. Wielu z nich wyznaje buddyzm połączony z taoizmem. Jeszcze inni łączą je z elementami religii chrześcijańskiej. Ponad połowa mieszkańców Chińskiej Republiki Ludowej pytana o wyznanie… nie deklaruje żadnego. Sześćdziesiąt pięć procent Chińczyków to ludność bezwyznaniowa. Oficjalne statystyki nie pokazują całej prawdy na temat religii. Mówiąc wprost, część ludzi nie przyznaje się do swojej religii, bo obawia się represji ze strony komunistycznego państwa. Kolejni, to ludzie, którzy wyrzekli się religii, właśnie na skutek represji ze strony władz. Jeszcze inni stosują tak zwany eklektyzm religijny, czyli łączą elementy różnych teorii, koncepcji i tez religijnych, bądź filozoficznych, co utrudnia zdecydowane i jednoznaczne utożsamianie się z jedną z nich. Około dwudziestu procent mieszkańców Chin wyznaje taoizm. Centralnym punktem tej religii jest tao… zasada kierująca światem. I właśnie ta podstawowa zasada taoizmu, mówiąca o tym, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z naturą, a zdarzenia mają biec tak, jak biec mają, bez wszelkiej ingerencji i narzucania czegokolwiek…. po chińsku… wu wei znaczy „niedziałanie”. Odnosząc się do życia jednostki, wu wei przeciwstawia się wszelkiemu formalizmowi dotyczącego moralności, wszelkim przykazaniom, czy zaleceniom, które są sztuczne i maskują prawdziwe uczucia. Człowiek nie powinien być dobry dlatego, że takie ma rozkazy, czy zalecenia, tylko powinno to być dla człowieka w pełni naturalne, nie powinno wymagać od niego jakiegokolwiek wysiłku. Ale idźmy dalej… niewiele, bo tylko około sześciu procent Chińczyków przyznaje się do wyznawania buddyzmu… to trudna do zrozumienia religia, a trudna dlatego, że właściwie nie występuje w niej żaden Bóg. To religia, której istotą jest dążenie do doskonałości, a ta odnosi się do wszelkich sfer działania człowieka. W nagrodę za doskonałość cielesną i duchową osiąga się stan nirwany, czyli niezakłóconego szczęścia i błogości. Pozostałe religie chin to islam i chrześcijaństwo. Muzułmanie i chrześcijanie stanowią tu jakieś trzy procent społeczeństwa. Religia chrześcijańska pojawiła się w Chinach za pośrednictwem wysyłanych tam europejskich misjonarzy, a szczególnie zasłużyli się tu włoscy jezuici, którym udało się nawet zdobyć względy i sympatię cesarza Chin. Przemieszczając się od Kashgaru, jedziemy terenami, gdzie jest najwięcej wyznawców islamu, która przywędrowała w te strony poprzez Jedwabny Szlak.

Dalej krajobrazową, lecz kiepską drogą, będącą w przebudowie, dojeżdżamy do autostrady C30 i już sprawnie i szybko docieramy do Tianshui. Dzisiaj czeka nas małe święto, gdyż Mira i Jacek mają rocznice swego związku, a jest niebagatelna, bo to już 40 lat wspólnego pożycia. Jako „tajnos agentos” zakupiliśmy… 40 sztuk „żeńszeniówki”, było trudno, ale kto da radę jak nie my… zbieraliśmy tę ilość na trasie, w każdym sklepie, do którego mieliśmy dostęp podczas przerw w jeździe, by wreszcie w Tianshui… dobrnąć do czterdziestki w różnego rozmiaru buteleczkach.

Jedziemy jeszcze około 20 km, do Maijishan, gdzie na podwórku u miejscowego kucharza stołówkowego straganu, urządzamy obozowisko. A sama impreza?… oczywiście wypadła pozytywnie, zaskoczenie było tęgie! Rzędy flaszek stały na masce Defendera, jak „Terakotowa Armia”… gotowa do akcji… w tym przypadku „spirytualizacji”.

17-08-15-map

Dzień 32 – środa – 16 sierpnia 2017r

Rano, jeszcze przed zwiedzaniem grot, idziemy na parking, gdzie nasi gospodarze terenu na którym rozbiliśmy obozowisko, mają swój gastronomiczny stragan. Ponieważ nie chcieli przyjąć zapłaty, to przynajmniej zakupionym śniadaniem, zrewanżujemy się za gościnę. Na trasie przemarszu, zagospodarowały się stragany z różnościami… tym razem, prócz tego co zazwyczaj, znalazło się tu wiele suszonych owoców, a orzechowe „szaleństwo”, zdyskwalifikowało… nawet wachlarze.

Zwiedzamy „Maijishan Grottoes” (wstęp 90 juanów od os.). Ten niebezpieczny, wręcz nieprawdopodobny cud architektury, choć z daleka wygląda niczym przerośnięty ul… śmiało mógłby się znaleźć w jednym z filmów science fiction. Ponad setka grot i tuneli wydrążonych w samotnej górze stanowiła przez setki lat święte i niedostępne sanktuarium. Zespół 194 buddyjskich świątyń skalnych, wyrzeźbionych w górze Maiji, w łańcuchu Qin Ling w prowincji Gansu, ok. 45 km na płd.-wsch. od Tianshui. Groty wykuwane były od V wieku za czasów dynastii Song. Trudno dostępna lokalizacja, pozwoliła na przetrwanie przez wieki malowideł ściennych i rzeźb, w większości wykonanych z kruchej gliny na drewnianej konstrukcji nośnej i osadzonej w porowatej skale. Ponieważ miejscowy materiał był zbyt miękki, twardy kamień na posągi przywożono z odległych miejsc. Zachowały się groty usytuowane na zachodniej i południowej ścianie góry, część środkowa zawaliła się podczas trzęsienia ziemi w 734 roku. W pionowej ścianie wykute są podesty i zewnętrzne schody, będące jedyną drogą, do wysoko położonych jaskiń. Największe grupy rzeźb wykonano w czasach panowania dynastii Sui i Tang. Z okresu Sui, pochodzą górujące nad grotami, wysokie na 16 metrów, płaskorzeźby przedstawiające Buddę w otoczeniu dwóch bodhisattwów. Spacerujemy po trapach i balkonach zwieszonych wysoko nad ziemią. Z jednej strony podziwiamy rzeźby, a z drugiej, panoramiczny widok na otaczające góry.

Dalej jedziemy przez góry do Xi’an, starożytnej „Złotej Stolicy”. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca gdzie, przed wiekami zaczynał się „Jedwabny Szlak”, łączący Chiny z Europą. Uznawane jest za jedno z najważniejszych historycznie miast Chin. Powstało ponad 3100 lat temu i było stolicą trzynastu dynastii. Obecnie cała jednostka administracyjna Xi’an liczy 8,5mln mieszkańców. Główną atrakcją turystyczną, jest znajdujące się w pobliżu miasta muzeum „Terakotowej Armii”. Są to gliniane figury, naturalnej wielkości mężczyzn, ustawionych w szyku bojowym, odkryte przez chłopów kopiących studnię w 1974 roku. Ale te cuda, będziemy zwiedzać dopiero jutro, a tymczasem szybkie zalogowanie się w hotelu „Hong Yang Business Hotel” (180 juanów pokój 2 os.) i taksówką, jedziemy do historycznego centrum. Miasto za murami zwiedzamy już w nadchodzącym zmroku. Jadąc taksówką, podziwiamy potężne mury miejskie, liczące wokół 14km. Cała fortyfikacja naprawdę robi wrażenie. Mury miejskie w Xi’an, stanowią jeden z najstarszych i najlepiej zachowanych przykładów murów obronnych w Chinach, a jego budowę zaczęto już w XIV wieku, aby następnie przez kolejne stulecia go rozbudowywać. Dzisiaj to obiekt z listy światowego dziedzictwa UNESCO, odwiedzany przez setki tysięcy ludzi. Jednym z najatrakcyjniejszych miejsc miasta, jest położona w centrum, tuż obok „Wieży Bębna” („Drum Towers”) i „Wieży Dzwonu” („Bell Towers”), dzielnica muzułmańska z zabytkowym „Wielkim Meczetem”, wybudowanym za czasów dynastii Tang. Dla wielu osób mijających ten budynek, może być niespodzianką, że jest to właśnie meczet, bo wyglądem odbiega od znanych nam meczetów, gdyż jest budowlą w typowo chińskim stylu architektonicznym i nie posiada kopuły ani minaretów. Meczet nadal używany przez chińskich muzułmanów, stanowi często odwiedzaną atrakcję turystyczną. Musimy wiedzieć iż dzięki Jedwabnemu Szlakowi, łączącemu Państwo Środka z Cesarstwem Rzymskim, w kraju pojawił się islam, to on dał początek wyjątkowej mniejszości, liczącej obecnie miliony osób, społeczności Hui, czyli chińskim muzułmanom.

Idąc dalej, z powodu ogromnej kolejki do kas biletowych, minęliśmy „Wieżę Dzwonu” wzniesioną w 1384 r., w czasie panowania dynastii Ming. Drewniana wieża jest największym i najlepiej zachowanych budynkiem tego typu w Chinach. Jej wysokość wynosi 36 m. Wieża posiada trzy poziomy dachu i składa się z dwóch kondygnacji. Niegdyś z wieży rozlegały się dźwięki bijącego dzwonu, sygnalizujące początek dnia i czas otwarcia bram miasta. Dzwon na wieży informował także o grożących niebezpieczeństwach. Następnie przeszliśmy do „Wieży Bębna”, a tam kolejka zupełnie przyzwoita, tak więc zakupujemy bilety (35 juanów od os.) i wchodzimy. Wzniesiona w 1380 r., a nazwa wieży pochodzi od dużego bębna umieszczonego wewnątrz, gdzie dźwięki dobywały się o zachodzie słońca, aby zasygnalizować koniec dnia. Wieża składa się z dwóch kondygnacji, a jej wysokość wynosi 34 m. Na pierwszym piętrze budowli mieści się sala, w której znajdują się 24 mniejsze bębny. W 1996 roku zamontowano w wieży nowy bęben, największy w Chinach. W środku wieży znajduje się muzeum bębnów, a niektóre z eksponatów, pochodzą nawet sprzed tysięcy lat. Drugie piętro wieży pełni funkcję tarasu widokowego, z którego roztacza się widok na miasto. Jesteśmy akurat w tym czasie, kiedy już nastały ciemności i włączono oświetlenie, więc czekamy na efekty specjalne, podziwiając w tym czasie panoramę miasta i pięknie podświetloną „Wieżę Dzwonu”. Nasyciwszy wzrok, przeszliśmy ponownie do dzielnicy muzułmańskiej, aby zasmakować panującej tu atmosfery i dać porwać się feerii zapachów, tonąc przy okazji w oparach dymu z licznych stoisk z grillem, na których pichcą się kawałki najróżniejszego mięsa. Jest to miejsce bardzo gwarne z rzęsiście oświetlonymi ulicami. Gdzie nie spojrzeć… mnóstwo straganów i sklepów, w których można zakupić pamiątki, lokalne wyroby rzemieślnicze, a także smacznie zjeść, poczynając od smażonych krabów, mięs, zup, poprzez muzułmańskie ciasteczka, na tajskich lodach kończąc. Okrzyki sprzedawców, głośne rozmowy zarówno turystów, jak i „lokalsów”, flesze aparatów, ostre zapachy przeróżnych przypraw. Poczuliśmy się tak, jakbyśmy przenieśli się o kilka tysięcy kilometrów, gdzieś tam, z dala od Azji Wschodniej. I mimo iż byliśmy w podróży, nasze myśli wybiegły na chwilę, gdzieś wzdłuż „Jedwabnego Szlaku”, który w końcu zaczynał się właśnie tutaj… w Xi’an… toteż w ofercie nie zabrakło finezyjnych „perełek” z jedwabiu.

Nieco skonani szybkim zwiedzaniem i nadmiarem wrażeń, wracamy do hotelu, chwila relaksu i… dobranoc.

17-08-16-map

Dzień 33 – czwartek – 17 sierpnia 2017r

Rano przejazd przez potężne miasto w potwornym ruchu. Dotarcie do Lintong, oddalonego zaledwie o 30km, zajęło nam dwie godziny. Zwiedzanie muzeum „Terakotowej Armii”(dosłownie: „Figury grobowe żołnierzy i koni”), to nie lada wezwanie, gdyż wraz z nami, czyni to tysiące innych turystów, w przeważającej części Chińczyków, a wszyscy podekscytowani i niecierpliwi. Już samo znalezienie parkingu, a później kolejka do kasy po bilety, jest wyzwaniem. Na szczęście Ricky, nasz przewodnik, zdobył je wykorzystując swe przedstawicielstwo i firmę turystyczną (wstęp 150 juanów od os.). W „Museum of Qin Pottery Figures”- „Terracotta Army”(wykonane z terakoty, czyli wypalanej gliny), znaleźliśmy się z powodu pierwszego cesarza Qin Shi Huangdi i jego specyficznych żołnierzy. Chińczycy zawdzięczają mu zjednoczenie podzielonego królestwa i utworzenie chińskiego imperium, które przetrwało do dnia dzisiejszego, w niemal niezmienionej formie. Mimo nieocenionych zasług dla rozwoju Chin, pierwszy cesarz uważany był i jest nadal także za despotę i tyrana oskarżanego o czystki, walkę z religią, niszczenie ksiąg oraz zmuszanie ludzi do wyniszczającej, morderczej pracy. Jego dynastia Qin upadła zaledwie cztery lata po jego śmierci. Jednak jego panowanie, nie miało się skończyć wraz z jego śmiercią. Rozkazał stworzyć armię z gliny, która miała strzec go w życiu pozagrobowym. Nad powstaniem mauzoleum cesarza, przez 36 lat pracowało 700 tys. robotników przymusowych, architektów i rzemieślników. Składa się ono z trzech ogromnych wykopów, w których ustawiono 7,5 tys. terakotowych wojowników i 600 koni naturalnej wielkości, pokrytych warstwą laki i pomalowanych mineralnymi barwnikami. Są wśród nich dowódcy… generałowie i oficerowie, wyżsi od zwykłych żołnierzy oraz jazda, łucznicy i piechota. Każdy uzbrojony w prawdziwą broń, z indywidualnymi rysami twarzy, w precyzyjnie wykonanym mundurze. Niektórzy przystrojeni biżuterią i ozdobami we włosach. Figury składają się z trzech ruchomych części: pustej głowy i korpusu oraz litych nóg. Dzięki temu można je było łatwo transportować i ustawiać. Armię oraz nielicznych cywilów umieszczono w specjalnie przygotowanych dołach przykrytych drewnianym dachem wspartym na filarach. Podłogę i ściany wyłożono cegłą, a stropy trzciną wzmacnianą gliną, mającą chronić przed deszczem. Wkrótce po śmierci cesarza, broń z jego mauzoleum została skradziona. Nadpalony dach nad armią zawalił się, tłukąc figury. To, co obecnie podziwia dwa milionów turystów rocznie, to pracowicie sklejone rekonstrukcje.

Ale zacznijmy od początku… historia miała się tak… kiedy w roku 1974… w małej wiosce położonej 30 km na wschód od Xi’an… nastała susza… ludzie nie mieli czym podlewać upraw, więc szef wioski zdecydował… że trzeba wykopać studnię… długo poszukiwano najlepszego miejsca, czyli takiego, które położone było najniżej… zaczęło się kopanie… rolnikom szło bardzo ciężko, ziemia była twarda, spalona słońcem… po trzech dniach, pod pracującymi mężczyznami nagle zapadła się ziemia…natrafiono na glinianą głowę… później okazało się, że należała do wojskowego wyższej rangi… należało zachować ostrożność, bo warto było wyciągnąć ją całą i zrobić z niej… naczynie w gospodarstwie… po chwili chłopi spostrzegli, że znajdują się w podziemnych korytarzach wypełnionych posągami naturalnej wielkości żołnierzy, więc zaczęli wykopywać gliniane ciała…i tak trzej rolnicy z pewnością nie przypuszczali, że przyczynią się do jednego z największych wydarzeń archeologicznych XX w., które porównywane jest ze sensacyjnym odkryciem grobowca Tutenchamona (1922 r.)… w taki właśnie prozaiczny sposób, odkryto przez przypadek słynną dziś na cały świat „Terakotową Armię”. W 1976 r. odkryto drugi tunel, z rydwanami i piechotą, później trzeci, z dowództwem armii i czwarty, pusty, ponieważ prawdopodobnie nie ukończono wszystkich prac przed śmiercią cesarza. Sam grobowiec cesarza, znajdujący się wewnątrz wzgórza Li, wciąż czeka na prace wykopaliskowe i nie wiadomo, jakie jeszcze kryje skarby. Od 1979 figury były stopniowo udostępniane zwiedzającym. Muzeum „Terakotowej Armii” Pierwszego Cesarza Qin, składające się z trzech krypt o głębokości od 4 do 8 metrów, zostało otwarte w obecnym kształcie w roku 1994. Znalezisko zostało przykryte ogromnymi hangarami, dzięki czemu możemy dziś podziwiać szeregi wojowników, dokładnie w tym samym miejscu, w którym ustawiono je 2200 lat temu. „Terakotowa Armia” określana mianem ósmego cudu świata, od 1987 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Atmosferę zwiedzania psuje fakt iż nieustannie musimy przemieszczać i przepychać się, poprzez tłumy zwiedzających, nie ma mowy o chwili zadumy nad tym nieprzeciętnym dziełem i jego historią. Oczywiście należy to miejsce odwiedzić i zobaczyć, ale jakoś tak, pozostaje niesmak uporczywej komercji, tak jak na Machu Picchu, czy przy wodospadzie Niagara… no cóż, takie to utrapienie zwiedzania dziwów nad dziwy.

… tak na marginesie… wiara w życie pozagrobowe w różnych cywilizacjach, wymagała należytych starań, by zmarły dostał to, co będzie mu niezbędne lub go chroniło Nie jest też unikatem budowa nekropolii królewskich, w których obok władcy chowano figury jego sług i żołnierzy oraz skarby. Tak samo było chociażby nad Nilem, gdzie również liczba ukrytych skarbów, była wprost proporcjonalna do bogactwa państwa i potęgi króla. Natomiast w Chinach… Cesarz Qin Shi Huangdi, już na początku swoich rządów, wzorem władców zjednoczonych przez siebie państw, rozpoczął budowę grobowca. Od tysiąca lat w grobach królów, grzebano tu razem z władcami ich urzędników, dwór, niewolników, żołnierzy, konkubiny, a nawet najbliższą rodzinę. Wszyscy mieli strzec króla. Później zaniechano tego procederu, a miejsce ludzi zajęły figury wykonane z gliny, bądź drewna.

Po zwiedzeniu rozległego muzeum w temperaturze 47°C, ruszamy dalej na trasę na płn.-wsch. w kierunku Linfen. Nocujemy na „Rest Area”, obok stacji paliw „Sinopec”. Gorąco, wilgoć, komary i smród.

Ponieważ już spory odcinek pokonaliśmy od wjazdu do Chin, wypadałoby nieco wspomnieć o panujących tu zasadach ruchu drogowego. W prowincji Xinjiang, z której wyjechaliśmy kilka dni temu, w zasadzie nie było większych problemów, umiarkowany ruch, długie przejazdy prawie pustymi drogami ,w większości płatnymi autostradami. Dzisiaj, w pełni dotknął nas jednak ten sposób jazdy chińczyków, który znałem z moich wcześniejszych doświadczeń, a który miał miejsce podczas biznesowych pobytów na południu. Ogromny ruch na zatłoczonych drogach, można by powiedzieć przelewająca się przez miasto i wioski masa wszelakich pojazdów, od skuterów, trójkołowych wózków, jeżdżących dziwnych konstrukcji, na wielkich, ponadgabarytowych tirach kończąc. I właśnie teraz, przydały się te moje doświadczenia, gdyż Maciek prowadzący grupę z ułańską fantazją, zaczął przemykać pomiędzy tymi pojazdami, nerwowo je wyprzedając, nie zwracając uwagi… co z tymi, którzy zablokowani, brną w tyle. A ja, gdzieś na końcu na CB słyszę… o zajechał mi drogę, nie patrząc wjechał przede mnie, o wymusił pierwszeństwo itp. ukwiecone przekleństwami. A co należy robić w tak zorganizowanym po partyzancku ruchu? Obserwować, gdyż nawet w partyzantce, są jakieś zasady. Najważniejsze, nie starać się wyprzedzać, tylko spokojnie brnąć tempem chińczyków w tej całej masie, wtedy nikt nie wymusza, nie zajeżdża, jest ok i bezstresowo. Kiedy za moją podpowiedzią, prowadzący przeszedł na ten styl jazdy, wszystkie problemy i zagrożenia same zniknęły… a nimi złowrogie przekleństwa.

17-08-17-map

Dzień 34 – piątek – 18 sierpnia 2017r

Docieramy szybko autostradą do Pingyao. Miasto oddalone jest 715 km od Pekinu i 80 km od Taiyuan, stolicy prowincji Shanxi. Do „Pingyao Ancient City”, przyjeżdża się ponoć odnaleźć dawne Chiny, te z wyobrażeń i mitów o smokach. A nie jest to wcale takie proste. Rewolucja kulturalna zapoczątkowana w 1966 r. przyczyniła się do zrujnowania wielowiekowego dziedzictwa. W całym kraju niszczono świątynie, zabytki, meble, księgi, dokumenty… przechowywanie jakichkolwiek pamiątek było uznawane za burżuazyjne zapędy. Władze i czerwonogwardziści postarali się, by zatrzeć pamięć o przeszłości, odebrać Chińczykom tożsamość i tym samym stworzyć podwaliny pod nowe, socjalistyczne społeczeństwo. Ale jest Pingyao… gdzie można przenieść się w czasie. Ponieważ stare miasto za murami zamknięte jest dla ruchu samochodowego, auta zostawiamy na parkinu obok murów i zwiedzamy je na piechotę. Historia miasta sięga IX w. p.n.e. Dzięki doskonałemu położeniu w dorzeczu Żółtej rzeki, Pingyao błyskawicznie się rozwijało na przestrzeni wieków i stało się ważnym ośrodkiem handlu. Przebiegały tu szlaki kupieckie z południa Chin do Mongolii, a potęga rdzennych kupców z ludu Han rosła. Za czasów panowania dynastii Qing, Pingyao stało się finansowym centrum Chin. To właśnie tutaj w połowie XIX wieku… powstał pierwszy w Chinach bank. Lokalni biznesmeni mieli problem jak przewozić ogromne ilości gotówki i srebra więc stworzyli system czeków i depozytów. W całym kraju błyskawicznie stworzono sieć pięćdziesięciu jeden banków, z tego dwadzieścia dwa usytuowano w samym Pingyao. Miasto okolone jest murem o długości 6 kilometrów do którego można się dostać przez jedną z sześciu bram. Na szczycie fortyfikacji znajdują się 4 wieże i 72 wartownie, a wewnątrz zachowało się około 400 budynków z okresu panowania dynastii Ming i Qing. Ze względu na takie zabezpieczenia i jego rozplanowanie nazywane jest „Turtle City”. Cztery bramy są symetrycznie ustawione na wschodzie i zachodzie, wyglądając jak cztery nogi żółwia. Brama Południowa i Północna, przypominają odpowiednio rolę głowy i ogona. Spoglądając z góry, wygląda jak olbrzymi żółw, poprzecinany pasami ulic, tworzącymi wzory na jego skorupie. Liczne zabytki reprezentują style, metody budowania oraz standardy architektury starożytnych miast Chin z różnych okresów. Można podziwiać tam także osiągnięcia artystyczne i estetyczne różnych narodowości chińskich, pochodzących z różnych rejonów Chin (dekoracje, wycinanki, rzeźby).

W samym centrum, gdzie wiedzie nas najpiękniejsza ze starych ulic Ming Qing Jie, nie funkcjonuje normalne życie, tutaj rządzi handel… znajdują się tu hotele i hostele, muzea, sklepy, sklepiki, stoiska, restauracje i warsztaty. Można nabyć antyki, piękne tradycyjne malarstwo chińskie, przybory do kaligrafii, wyroby z jedwabiu, chińskie stroje… i obowiązkowo dawne monety… jesteśmy przecież w kolebce dawnej finansjery. Szare dachówki, szare drogi, szare niebo… jedynym punktem kontrastu zdają się być czerwone lampiony… od razu ma się przed oczami film Zhanga Yimou „Zawieście czerwone latarnie”. Zdecydowanie warto jest zgubić się choćby na kilka chwil, odejść w bok i w zaułkach zajrzeć na podwórka, gdzie toczy się codzienne życie mieszkańców, są skromne garkuchnie, wisi pranie i jest niezły pieprznik. Można też wykupić bilet, uprawniający do zwiedzania dawnych rezydencji bogatych kupców, banków i innych budynków, gdzie teraz znajdują się muzea, ale no to potrzeba dużo więcej czasu, my dysponowaliśmy zaledwie dwoma godzinami, a to zdecydowanie za mało. W 1997 roku Pingyao zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, jako najlepiej zachowane starożytne miasto w Chinach.

Po zwiedzeniu miasta, następuje zmiana planu i zamiast jechać na północ do Datong, aby zwiedzić wiszące świątynie, jedziemy na wschód w kierunku Morza Żółtego, do brzegów Pacyfiku. Datong zwiedzimy w drodze powrotnej, jadąc do Mongolii. Nocleg na trasie w Yangquan w hotelu „Da Zhong Spa” (140 juanów pokój 2 os.). Jakoś dziwnie ktoś ulokował hotel… pomiędzy betoniarnią, a linią kolejową.

17-08-18-map

Dzień 35 – sobota – 19 sierpnia 2017r

Pokonując szaro- bure, płaskie tereny wschodnich Chin płatną autostradą, jedziemy w kierunku Morza Żółtego. Krajobrazy w deficycie, a otaczającą nas przestrzeń przykrywa mgiełka, przypominająca dym lub smog. Do brzegów docieramy w miejscowości Huanghua. Co zastajemy?… koszmarne, myszate, błotniste wybrzeże, pocięte setkami stawów z hodowlą krewetek. Widoku na otwarte morze, a raczej zatokę Bo Hai Bay… brak. Przy ujściach kanałów, w błotnej, ołowianej mazi, kotwiczą zdezelowane i zardzewiałe kutry rybackie. W jednej z miejscowych „krewetkarni”, konsumujemy te „produkty” chińskiego przemysłu spożywczego, gdyż to co zaobserwowaliśmy, z naturą nie ma nic wspólnego. Pokonujemy kolejne fragmenty wybrzeża, sceneria nieco się zmienia, gdyż pomiędzy krewetkowymi basenami, wyrastają wiertnie i pompy przemysłu naftowego. Pojawiają się również potężne rafinerie i inne obiekty przemysłowe. Nadal jednak nie dotarliśmy do morskiego brzegu, a przecież wszyscy marzymy o kąpieli, toteż po kolejnych próbach, zatrzymaliśmy się na jakiejś grobli, gdzie po pierwszej akceptacji przez „lokalsów” i pobraniu opłaty za biwakowanie, szybko się z tego pomysłu wycofano i zwróciwszy nam pieniądze… przegoniono dalej.

W efekcie końcowym, wylądowaliśmy gdzieś w pobliżu portu w Tanggu, gdzie na końcu budowanej nowej drogi, tam gdzie tworzą się następne chińskie inwestycje, rozbiliśmy nasze obozowisko na dzisiejszą noc.

17-08-19-map

Po dwóch latach ponownie stanęliśmy naszą Toyotą na wschodnim krańcu Azji, poprzednio we Władywostoku, na północ od Półwyspu Koreańskiego, teraz przybyliśmy do brzegów Pacyfiku po południowej jego stronie, a sięgając w podróżniczą historię pierwszy raz dotarłem na drugi koniec Azji motocyklem, BMW R1150GS w 2005r, objeżdżając wokół świat… liczę przebyte kilometry tylko w tych podróżach i dają wynik długości naszego równika, ponad 40tys.km.

Dzień 36 – niedziela – 20 sierpnia 2017r

Wstaliśmy… a dookoła „zielone” wydmy i ludzie naprawiający je, by się nie przemieszczały. W tle inwestycje, którym nie ma końca. Ale wróćmy do ponowienia prób dotarcia do otwartego morza. Przebrnąwszy przez rozległe obszary zamkniętych nabrzeży portowych, wreszcie udało się nam tego dokonać w obszarze Wolnej Strefy Ekonomicznej tuż za Tanggu, czyli „Dongjiangwan Scene”. Pozostawiliśmy auta na parkingu i gotowi na kąpiele maszerujemy na plażę. To co nas zastanowiło, to najpierw łopatki, grabki i wiaderka w ofercie sprzedaży, potem znak zakazu kąpieli, a na koniec… setki ludzi, chińskich plażowiczów taplających się w błotnej mazi, szukających nieznanych nam żyjątek, gdzie popielata woda wyrzuca na brzeg brudną, beżową pianę… dostarczyła nam ostatecznych argumentów do odwrotu.

Zaspokoiwszy wszelkie potrzeby kontaktu z Morzem Żółtym, szybkim przejazdem dotarliśmy do stolicy, Pekinu (Beijin). Im bliżej tej potężnej aglomeracji, liczącej obecnie 20 mln ludzi, tym większy smog. Lokujemy się w północnej części miasta, przy piątym ringu, 20km od centrum, w hotelu „Huaqing Spa Hotel” (270 juanów pokój 2 os. bez okna). Będzie to nasze lokum na następne trzy noce, tak aby zwiedzić Pekin i udać się do Wielkiego Muru. Auta pozostaną na parkingu, a my przez ten czas, będziemy przemieszczać się publicznymi środkami transportu. Ponieważ jesteśmy na tyle wcześnie, mamy jeszcze tego dnia możliwość zwiedzenia „Summer Palace”, czyli „Pałacu Letniego”. Znajduje się on ok. 15 km na płn.-zach. od centrum Pekinu. Do cesarskiego letniego pałacu jedziemy więc metrem, które jest w tym mieście nad wyraz rozbudowane, a dystans 20km pokonujemy w godzinę. Kompleks parkowo-pałacowy (wstęp 30 juanów od os.), stanowił miejsce letniego odpoczynku cesarzy chińskich z dynastii Qing. Centralnym punktem Yiheyuanu jest „Wzgórze Długowieczności” oraz sztuczne jezioro Kunming. Nad brzegiem jeziora znajduje się przystań z wypożyczalnią rowerów wodnych, którymi za opłatą można popływać pomiędzy kwiatami lotosu w celach rekreacyjnych i pooglądać inne ciekawe miejsca od strony jeziora np. Wyspę Południową z „Mostem Siedemnastu Łuków”. Cały kompleks zabudowany jest licznymi ogrodami, altankami, pawilonami, galeriami i klasycznymi rezydencjami (ponad 3 tys. obiektów). Naszej uwadze nie śmiał umknąć „Long Corridor”, czyli 728 metrowy korytarz, a raczej jakby przedłużona altanka, jej dźwigary zdobi ponad 14000 malowideł. Podobno jest to najdłuższy tego typu obiekt na świecie. Możemy iść nim aż do ciekawostki architektonicznej w postaci słynnego „Marmurowego Statku” pokrytego w wielu miejscach mozaikami, który niestety nie pływa, natomiast… „popłynął” całkowicie budżet przeznaczony na rozbudowę floty, a wydany przez cesarzową Cixi… właśnie na tę konstrukcję i wiele innych. Wśród ważnych obiektów wymienić należy „Halę Życzliwości i Długowieczności” z rzeźbami w kształcie zwierząt na dziedzińcu oraz budynki na „Wzgórzu Długowieczności” (60 metrów wysokości) z „Buddyjską Świątynią Morza Mądrości” na czele.

Nazwa Yiheyuan oznacza „Ogród Pielęgnowania Harmonii”, a jego dzieje zaczynają się w 1750 roku, kiedy to dla uczczenia 70 rocznicy urodzin swojej matki, cesarz Qianlong rozkazał utworzyć w tym miejscu rezydencję o nazwie „Ogród Czystych Fal” (Qingyiyuan). Pogłębiono i poszerzono wówczas jezioro, nadając mu nazwę Kunming. Ziemia wybrana po wykopaniu jeziora posłużyła do usypania „Wzgórza Długowieczności”. Qingyiyuan doznał poważnych zniszczeń podczas interwencji wojsk angielsko-francuskich w trakcie II wojny opiumowej w 1860 roku. W 1885 roku cesarzowa Cixi, nakazała wybudować nową letnią rezydencję cesarską na gruzach Qingyiyuan.

Cały wieczór, aż do zmroku spędzamy w tym niezwykle urokliwym miejscu. Jest niedziela, więc największą uciążliwość stanowi nadmiar masy ludzkiej… ciągle gadającej. Niemal wszędzie trzeba się przeciskać, przepychać i być narażonym na włożenie drutów parasoli słonecznych w oczy. Dzień kończymy w jakiejś podrzędnej stołówce, racząc się kiepskim żarciem i dobrym piwem „Tshingtao” ( popularna marka chińskiego piwa, również nazwa największego w Chinach browaru).

17-08-20-22-map

Dzień 37 – poniedziałek – 21 sierpnia 2017r

Po nocnych opadach, wszechobecny smog spotęgował swą moc, a przy panującym skwarze zrobiła się taka atmosfera, że tylko „siekierę wieszać”. Trasę do centrum pokonujemy metrem, wysiadając tuż obok „Placu Niebiańskiego Spokoju” („Plac Tian’anmen”). Przybywają tu wszystkie zagraniczne delegacje i tłumy turystów. Tutaj proklamowano Chińską Republikę Ludową, a dziś odbywają się najważniejsze uroczystości państwowe. Stąd także mieszkańcy Pekinu puszczają lampiony w „Święto Wiosny”… oto „Plac Bramy Niebiańskiego Spokoju”… największy publiczny plac na świecie.

Zaczynamy obchód placu, w pełnym słońcu, niebo ma odcień kremowy, a „żar” z niego leje się potworny, 42ºC. Generalnie problem nasila się szczególnie w środku lata, gdy brak wiatrów, powietrze stoi, co zdarza się najczęściej. Miasto jest piękne i niezwykle interesujące, to fakt, ale ma tą poważną przypadłość, straszne kłopoty ze smogiem i to takim, przy którym ten w Krakowie… to tylko symboliczny dymek. Ale wróćmy do placu… posiada imponujące rozmiary: 880 m na 500 m. Historia placu i bramy sięga roku 1417 i czasów panowania cesarza Yongle, trzeciego cesarza Chin z dynastii Ming, zwanego architektem Pekinu. To on przeniósł stolicę z Nankinu do Pekinu, za jego panowania powstały także najważniejsze budowle: „Zakazane Miasto” i „Świątynia Nieba”.W czasach imperium przez plac Tian’anmen biegła święta droga, którą cesarz dwa razy w roku podążał z „Zakazanego Miasta” do „Świątyni Nieba”. W okresie panowania dynastii Ming i Qing (do 1912 r.) mieściły się tu główne urzędy państwowe, a przywilej wejścia na plac, mieli tylko wybrani dostojnicy. Obwieszczano tu edykty cesarskie i celebrowano święta religijne. Plac miał wówczas kształt litery T i był otoczony murem. Na początku XX w. wyburzono urzędy cesarskie, które ucierpiały podczas II wojny opiumowej i powstania bokserów… i nigdy ich nie odbudowano. Z czasem rozebrano także zabytkowe miejskie mury, a w latach 1952-54, z okazji zbliżającej się 10-tej rocznicy utworzenia Chińskiej Republiki Ludowej, plac został poszerzony i przebudowany. Budynki po obu stronach wyburzono, by postawić socjalistyczne gmachy państwowych instytucji… tym samym Tian’anmen stał się największym publicznym placem na świecie. Wyraźne ślady radzieckiej architektury noszą główne budowle „Muzeum Historii i Rewolucji Chin”, „Wielka Hala Ludowa”, „Mauzoleum Mao Zedonga” oraz „Pomnik Bohaterów Ludowych”. Plac… świadek krwawych wydarzeń sprzed dwudziestu ośmiu lat i miejsce spoczynku wieloletniego dyktatora, który bezpowrotnie zmienił Chiny i Chińczyków, a którego kult jest tu wciąż żywy. Miejsce mało urokliwe, ciężko o nim mówić inaczej niż „osobliwość” z wstrząsającą historią… kiedy w Polsce tworzyła się demokracja, w Chinach bezwzględnie łamano prawa człowieka… to tutaj 4 czerwca 1989 r. wojsko rozjechało gąsienicami czołgów i rozpędziło ogniem z broni maszynowej protestujących studentów. Cały świat obiegło słynne zdjęcie autorstwa Jeffa Widener’a, na którym, dzień po stłumieniu protestów, anonimowy przechodzień z siatką zakupów w ręku, próbował zatrzymać kolumnę chińskich czołgów, stając się międzynarodowym symbolem walki o wolność.

Plac Tian’anmen od północy graniczy z „Bramą Niebiańskiego Spokoju”, oddzielającą świat rewolucji od świata cesarskiego… dosłownie… wchodzimy do „Zakazanego Miasta”… a z fasady bramy czujnie obserwuje nas Przewodniczący Mao Zedong (Mao Tse-tung). Napisy po obu stronach portretu to typowe rządowe slogany: „Niech żyje Chińska Republika Ludowa” oraz „Niech żyją zjednoczone ludy świata”.

Zakupujemy bilety (60 juanów od os.) i wkraczamy do „Zakazanego Miasta”, miasta w mieście, przez wieki odizolowanego od świata zewnętrznego. Tak naprawdę, to ogromny kompleks pałacowy, skrywający wiele bram, pałaców, ogrodów i świątyń. Otoczony gigantycznym murem i jeszcze większą fosą, konserwował tak cesarski dwór i jego otoczenie przez dobre 600 lat. I nie ważne, czy była to dynastia Ming, czy Quin, czy Mongołowie. Gdy Marco Polo odwiedzał Pekin, rządził tu Kubilaj Han. Końcem maja 1215 siły zbrojne Mongołów pod wodzą Czyngis-chana, zniszczyły miasto urządzając krwawą rzeź jego mieszkańców, pół wieku później jego wnuk Kubilaj odbudował miasto, które stało się stolicą jego imperium. Nadał mu nazwę „Dadu”, co oznacza „Wielka Stolica”. Kubilaj wolał umieścić swoją stolicę w Pekinie, niż w środkowej części Chin, ponieważ miasto było ośrodkiem handlowym, chciał także, aby jego imperium przypominało Chiny. Taki był prawdziwy początek współczesnej roli miasta. A my?… mamy swoją historię… w czerwcu tego roku, jadąc motocyklem na Sardynię, staliśmy w Wenecji przed domem Marco Polo, teraz pokonawszy na kołach całą tę przestrzeń świata, stoimy w miejscu, gdzie on dotarł za czasów okupacji mongolskiej.

Kolejno mijamy imponujące bramy, dziedzińce, pawilony i pałace. Centralny i najbardziej imponujący, to oczywiście „Pawilon Najwyższej Harmonii”. Następne to „Pałac Średniej Harmonii”, „Pałac Zachowania Harmonii” i wiele innych. Tu pozwolimy sobie, przy całym zachwycie miejscem, na małą refleksję, no cóż, szkoda, że nie udostępniono pałacowych wnętrz, gdyż zwiedzanie kompleksu w tym wypadku, kojarzy się z oglądaniem dziedzińców i bram… nie budynków. Oczywiście, jeśli ktoś jest w stanie dopchać się do pawilonów, to na kilka sekund, z oddali zerknie do wewnątrz… lecz na pocieszenie, wspaniałe pałacowe wnętrza… można obejrzeć w nagrodzonym dziewięcioma Oskarami filmie B. Bertolucciego: „Ostatni cesarz”. A co z zewnątrz?… niewysokie parterowe budowle wzniesione w tradycyjnym stylu. Bogato zdobione, trzyokapowe dachy, są pokryte glazurowanymi, ceramicznymi płytkami o złocistym kolorze, który był zarezerwowany wyłącznie dla cesarza. Zdobią je dekoracyjne figurki mitologicznych stworów: feniksy, smoki, lwy, pegazy czy jednorożce, których zadaniem była ochrona przed demonami. Przez „Zakazane Miasto” przepływa Złota Rzeka, przez którą przerzucono 5 mostów, odzwierciedlających 5 cnót konfucjańskich. Natomiast ekspozycją wartą zachodu, było zwiedzenie pałacowego muzeum zegarów „The Clocks and Watches Museum” (wstęp 10 juanów od os.). Wytwornie wykonane, ich zewnętrzne ozdoby świadczą o wysokim poziomie rzemiosła… to klejnoty historii czasu.

… tak przechadzając się po „Zakazanym Mieście”, zerkając to tu, to tam… rejestruję artystyczną perfekcję dokonań budowniczych, architektów, malarzy artystów i wielu innych zdolnych ludzi… a wszystko to dla… cesarza… i tylko jedna, uporczywa myśl mota mi się w głowie… Cysorz to miał klawe życie!… jak to śpiewał Tadeusz Chyła w „Balladzie o cysorzu”… w pałacowych przestrzeniach, mieszkał i panował cesarz, otoczony tłumem kobiet i eunuchów… to tutaj, za grubymi murami, mieszkający tu ludzie, przeżywali swoje dramaty… intrygi, zabójstwa, przypochlebianie się silnym i wpływowym… a wszystko to było częścią gry, rodzajem tradycyjnej sztuki teatralnej, którą odgrywano z misternym kunsztem…

Pałacowy kompleks opuszczamy przez „Bramę Boskiego Zwycięstwa”, by udać się do parku Jingshan położonego na „Wzgórzu Węglowym”, skąd roztacza się olśniewająca panorama „Zakazanego Miasta”… pod warunkiem… że nie zalega smog.

Dalszy nasz plan zwiedzania, zaprowadził nas na wschód od murów „Zakazanego Miasta” do hutongów, starych pekińskich dzielnic. Zachowało się tu jeszcze sporo autentycznych ich kwartałów, nierzadko o aż średniowiecznym rodowodzie. Po konsumpcji wspaniałych pierożków w małej jadłodajni, wynajmujemy riksze i zagłębiamy się w ich świat. Budynki są parterowe, bardzo małe, szczelnie połączone z sobą wąskimi korytarzami i posiadające w środku małe dziedzińce. Podróżujemy w takcie skrzypiącego łańcucha rikszy pośrodku innej przestrzeni, pięknie zdobione bramy, drzwi, małe świątynie pośród starych, wijących się konarów. Tak mieszkano w Pekinie przed erą przeludnienia i blokowisk od czasów Dynastii Ming. Bloki z wielkiej płyty i biurowce wyparły jednak całe połacie hutongów. Zwłaszcza w latach 50-tych i 60-tych dokonała się największa „rzeź” większości z nich. Hutongi mają swój urok i wydaje się, że obecnie przeżywają drugą młodość. Oprócz zainteresowania turystów, stają się miejscem, gdzie powstają nowe knajpki, kawiarnie, herbaciarnie, warsztaty rzemieślnicze, pensjonaty, hostele a nawet rewitalizowane posiadłości.

Czas spędzony w tym miejscu szybko biegnie, a my w planie mamy jeszcze zwiedzenie „Niebiańskiej Świątyni”, która oddalona jest od centrum o kilka kilometrów. W celu przyśpieszenia dotarcia w to miejsce, wynajmujemy motorową rikszę, a sam przejazd staje się nie lada atrakcją. Docieramy tam jednak na tyle późno, że możemy zwiedzić tylko park, a na świątynię jedynie popatrzeć i to zza okalających ją murów (wstęp 15 juanów od os.). Charakterystyczny okrągły budynek, składający się jakby z trzech nałożonych na siebie ostrosłupów… to symbol Pekinu. „Świątynia Nieba”, wybudowana bez użycia gwoździ i pnąca się ku niebu na ponad 33 metry, to tylko część ogromnego kompleksu, To właśnie tutaj cesarze dynastii Ming i Qing składali ofiary modląc się o obfite zbiory. Cesarz w Chinach uważany był za istotę niemalże boską. To on był ogniwem łączącym niebo z ziemią. W „Świątyni Nieba” symbolika ta nabiera jeszcze większego wyrazu. Niebo… okrąg i Ziemia… kwadrat, znajdują tu swoje odzwierciedlenie niemalże na każdym kroku. W jaki sposób?… otóż, by powiązać Niebo z Ziemią, okrągłe świątynie stawiano na kwadratowych płytach, obowiązkowo w osi południkowej. Kiedy cesarz modlił się o obfite plony, łączył te dwa wymiary, by stały się jednością. Zachodziło tu jednakże pewne ryzyko, bo kiedy mimo modlitw, państwo nawiedziła klęska nieurodzaju, to cesarz tracił poparcie ludu, uważano, że nie jest już ulubieńcem Bogów, więc jako taki, tracił swój autorytet. Zobaczyć jeszcze możemy, „Pawilon Cesarskiego Sklepienia Nieba” i „Okrągły Ołtarz”, niestety z oddali, a także nieco bardziej na zachód, ogrody różane i fontannę.

Z parku wychodzimy już po zmroku i metrem wracamy do naszego hotelu na peryferiach. W Pekinie metro działa doskonale, jest bardzo bezpieczne, pracują tu tysiące osób, szczególnie ochroniarzy. Sprawdzane są wszelkie bagaże w formie security check. Bilety są tanie, kosztują od 3 do 8 juanów za kurs z przesiadką.

Jesteśmy tak skonani nadmiarem wrażeń, ogromem zwiedzania, smogiem i gorącem, że po jednym drinku… oddelegowaliśmy się do snu.

Dzień 38 – wtorek – 22 sierpnia 2017r

Dzisiaj dzień relaksu, choć zaczął się nieco wcześniej. Wynajęliśmy busa dla całej naszej ekipy (143 juany od os.) i jedziemy na spotkanie z „Wielkim Murem”. Tak jak Petra, Machu Picchu i Piramidy w Egipcie, Wielki Mur Chiński, został wpisany na nową listę siedmiu cudów świata. Nazywany jest też „Murem 10 000 Li” (10 000 nie powinno być tutaj traktowane dosłownie i oznacza raczej „nieskończoną długość” muru). Jest to największa i najdłuższa budowla na świecie, wybudowana przez ludzi. Ciągnie się on od miasta Ciajukuan (Jiayuguan) u północnego podnóża gór Nan-Szan, na wschód do miasta Szanhajkuan (Shanhaiguan) nad Morzem Żółtym. Służył on do obronny przed obcymi plemionami koczowników, które chciały wtargnąć do Chin. Jego celem była także ochrona przed demonami hulającymi po nieurodzajnych stepowych terenach. Kiedyś wierzono, że owe demony mogą przemieszczać się w linii prostej, nie będąc w stanie przekroczyć zakrzywionych formacji oraz obejść rogów, dlatego też mur nigdy nie był budowany w linii prostej. .Na wyposażenie muru składają się liczne wieże obronne, strażnice oraz pomieszczenia magazynowe na amunicję i żywność. Główna część muru ciągnie się na długości 2400 km, budowano go ponad 17 stuleci, a jego powstanie zostało okupione ofiarą… plotki głoszą, że co trzeci mężczyzna ówczesnego imperium uczestniczył przy budowie muru i że tylko trzech na dziesięciu rekrutowanych powróciło do domu. Dlatego też budowla jest nazywana największym cmentarzem. Przez wiele lat mur spełniał swoją funkcję obronną i wydawało by się, że jego niemalże ciągła konstrukcja, jest nie do zdobycia, jednak w 1211 roku wódz Mongołów Czyngis-chan najechał Chiny i opanował kraj przez niemal 100 lat. Kusiło nas odwiedzenie takiego jego fragmentu, gdzie odnowiona część, w którymś miejscu się kończy i na pewno, da się postawić kilkadziesiąt kroków na tym starym, sprzed wielu wieków. Po konsultacjach stanęło więc na Mutianyu, około 60km na północ od naszego zakwaterowania. Docieramy w okolice Mutianyu i dalej w górach, przy zbiorniku wodnym „Huanghuacheng Lake”, pokonawszy uliczkę pełną straganów, docieramy pod zaporę. „Lakeside Great Wall” (wstęp 70 juanów od os.), wchodzimy na tamę i płyniemy szybką łodzią na drugą stronę zbiornika, gdzie wchodzimy na „Wielki Mur”. Widok jest niesamowity, zdjęcia wydają się być okrutnym spłaszczeniem rzeczywistego wrażenia, choć warunki pogodowe smętne. Stoimy i patrzymy na tę ogromną budowlę, okalającą pobliskie góry, wijącą się od szczytu do szczytu i nadziwić się nie możemy, że dzieło to powstało z wyczynu ludzkich rąk. Miejsce nad wyraz urokliwe i ciekawe, niestety powoli zaczyna padać deszcz, co powoduje, że zwiedzanie kończymy dość szybko i to ucieczką w tropikalnej ulewie. Po drodze wpadamy do toalety, gdzie wyprosiliśmy kilka worków na śmieci… toteż aparat fotograficzny zabezpieczony, a i my naprędce zaprojektowaliśmy z worków… sukienki w stylu „mała czarna”. Po powrocie do Pekinu, shopping w pobliskiej galerii handlowej.

Dzień 39 – środa – 23 sierpnia 2017r

Kończymy przygodę z Pekinem, który dzisiaj przywitał nas wyjątkową, rześką pogodą i klarownym niebem. Żałujemy, że wczoraj nie mieliśmy takiej aury. Dość szybko i sprawnie przemieszczamy się płatnymi autostradami na zachód, do Datong, objeżdżając stolicę Chin od północy. Przez długi odcinek trasy, prowadzącą wzdłuż „Wielkiego Muru”. Na 30km przed miastem, zjeżdżamy z głównej autostrady i jedziemy następne 35km pod „Suspended Temple”- „Wiszący Klasztor” (wstęp 125 juanów od os.), zbudowany na skalnym urwisku góry Hengshan (Hengshan Mountain). Ten unikatowy zespół świątyń buddyjskich „przyklejonych” do zbocza powstał w VI wieku z inicjatywy władców dynastii Wei. Kompleks składa się z około 40 pawilonów połączonych ze sobą korytarzami, schodami i balkonami. Naskalne groty służyły niegdyś za sale modlitewne. Znajdują się w nich, siedzący obok siebie, przedstawiciele trzech głównych systemów filozoficznych i religijnych Chin: buddyzmu, taoizmu i konfucjanizmu… figury Buddy, Laozi i Konfucjusza, a także wiele innych postaci z mitologii chińskiej. Inne pomieszczenia przyozdobiono około 80 rzeźbami i wieloma barwnymi malowidłami, stworzonymi na ścianach. Figury wykonano w kamieniu, terakocie, glinie, a także brązie i żelazie. Największe wrażenie wywiera przejście wąskimi drewnianymi pasażami, na równie drewnianych balach około 50-60 metrów nad ziemią, na zboczach jednej pięciu wielkich gór taoizmu. Kiedy zdajemy sobie sprawę, że praktycznie wiszą one nad przepaścią… w głowach roi się lęk wysokości i klaustrofobia. Niezwykłe budowle z pięknie rzeźbioną drewnianą fasadą w kolorze brązowym z elementami granatu i charakterystycznymi dla tradycyjnej chińskiej architektury dachami o spiczastych, zakręconych do góry grzbietach, w radosnej żółci i zieleni. Patrząc z góry, roztacza się zniewalający widok na pobliskie góry.

Po zwiedzeniu jedziemy następne 70km, aż za Datong do „Yungang Grotess”, które będziemy zwiedzać dopiero jutro. Obozowisko organizujemy na parkingu obok wejścia do obiektu.

17-08-23-map

Dzień 40 – czwartek – 24 sierpnia 2017r

Rano, wraz z otwarciem kompleksu grot wpisanych na listę UNESCO, zwiedzamy to niecodzienne miejsce (wstęp 125 juanów od os.). Groty Yungang „Yungang Grottoes”, to jedna z największych atrakcji w północno-wschodnich Chinach. W potężnych, bogato zdobionych jaskiniach wykuto około 50.000 posągów Buddy, z czego największy mierzy prawie 17 metrów wysokości. Jaskinie powstały za czasów dynastii Wei, której cesarze, za swoją stolicę obrali dzisiejszy Datong, porzucili taoizm, aby podążyć drogą Buddy. Z ich polecenia w V wieku n.e. dziesiątki tysięcy robotników wydrążyło w skałach potężne groty, w których następnie wykuli kilkunastometrowe posągi przedstawiające Buddę. Władcy nie szczędzili środków, aby rzemieślnicy i artyści z całego cesarstwa, a także Indii i Sri Lanki, ozdobili posągi wykonane z piaskowca, obwiązując je sznurami i następnie pokrywając gliną i pięknymi kolorami. Figury nieustająco poddawane działaniu niekorzystnych warunków atmosferycznych, są szczególnie narażone na zniszczenie, dlatego od lat przeprowadzane są tutaj zabiegi, w celu ochrony tego niezwykłego miejsca. Do naszych czasów przetrwała tylko jedna drewniana świątynia. Nieliczne posągi zachowały kolory, natomiast część bezpowrotnie utraciła swoje piękno. Większość jest nadgryziona zębem czasu, pokrywająca je glina odpadła, po sznurach nie ma śladu, zostały tylko równo rozmieszczone dziury po dawnych mocowaniach. Pomimo tego, posągi nadal robią imponujące wrażenie.

Na terenie obiektu spokojnie można spędzić pół dnia, odwiedzając kolejne jaskinie z licznymi wizerunkami Buddy w środku. Oprócz samych jaskiń, znajdziemy między innymi bardzo malowniczą świątynię na wodzie oraz muzeum w stylu New Age. Oczywiście, gdzie jest to tylko możliwe, spotykamy zagęszczenie kolorowych straganów, oferujących rożne gadżety. Pogoda dopisuje i od samego początku spaceru, towarzyszy nam przyjemne słońce, a otaczający groty park, jest doskonałym miejscem na chwilę relaksu przed dalszą jazdą.

Na tym obiekcie kończymy przygodę z Chinami i jedziemy na północ drogą 208 do granicy z Mongolią. Dzisiejsze obozowisko rozbijamy 20km przed granicą, na rogatkach miasta Erlian, obok centrum turystycznego, zawiadującego skansenem dinozaurów. Jak wiadomo, znajdujemy się w południowo-wschodniej części pustyni Gobi, która zachowała najwięcej szczątków tych zwierząt.

17-08-24-map

W tym miejscu przychodzi czas na podsumowanie.

Moje doświadczenia z Chinami z 8tys. km przejechanych w obecnej podróży, muszę dołączyć do tych poprzednich, z ostatniego ćwierćwiecza kontaktów z tym państwem, ujmę to tak: Chiny poznałem od środka, od zaplecza, czasem brudnego od przeróżnych spraw, innym razem niedostępnego i pięknego. Fascynują, ale wiemy, że nie moglibyśmy tu spędzić całego życia, gdyż za mało je znamy, rozumiemy i nie ze wszystkim się zgadzamy. Chiny są trudne i momentami nieznośne. Tłumy, wszędzie dużo ludzi, którzy się pchają, plują, pierdzą i bekają bez żadnego skrępowania. Kiedy mówią to krzyczą lub szczekają, nie oglądają się wokół, co powoduje, że ciągle na kogoś wpadają, szturchają i depczą. Palą w sklepach i restauracjach, nawet przy jedzeniu mimo zakazów, siorbią, mlaszczą, a resztki wypluwają na podłogę lub stół. Jest brudno, czasem przerażająco brudno, tak brudno, że podeszwy przyklejają się do podłogi, a meble kleją się do rąk. Karaluchy czują swą przewagę nad ludźmi, a widok szczura wychodzącego z kupy śmieci nie jest żadnym zjawiskiem. Spaliny i smog utrudniają oddychanie, a dzieci swe potrzeby fizjologiczne załatwiają na ulicy. Nie lepiej jest we wszelakich miejscach zwanych u nas toaletami, gdzie zapach urywa nozdrza, a uryna i kał wyłażą na zewnątrz. Jeśli nie możesz tego znieść co przedstawiłem powyżej, to nie jedź do Chin. Nie jedź do Chin, jeśli nie możesz żyć bez kanapki z serem na śniadanie, schabowego na obiad i jesteś jedzeniowym konserwatystą. Jeśli nie lubisz próbować nowych, nieznanych smaków, to niechybnie umrzesz tu z głodu. Większość potraw, które zostaną ci zaserwowana będziesz widział po raz pierwszy w życiu, zapach i forma niejednokrotnie będzie odstręczać, a składników nie rozpoznasz i do końca nie będziesz wiedział, czy to był kurczak, szczur, pies, czy może sfermentowane tofu, niekiedy ich powonienie będziesz kojarzył ze smrodami. Nie jedź do Chin, jeśli nie lubisz tłumów, gdyż zawsze i wszędzie będziesz w centrum zainteresowania tubylców. Bo masz tak jasną twarz i duże oczy, bo masz śmiesznie długi nos, masz włosy na rekach i nogach. Jesteś taki wysoki i inny, że koniecznie trzeba cię dotknąć, czy aby jesteś prawdziwy i wszyscy chcą z tobą mieć „selfie”. Dla Chińczyka nie ma lepszej pamiątki z wakacji niż fotka z białym. W tym czasie kilku innych będzie pstrykać je również ukradkiem, udając, że nie są tobą zainteresowani. Nie jedź do Chin, kiedy w hotelu oczekujesz anglojęzycznej obsługi, pokoje śmierdzą papierochami, a pościel robi wrażenie nieświeżej. W zwykłych hotelach czeka na ciebie grzyb, odchodzące tapety, śmierdzące tytoniem zasłony i brud nie sprzątany od tygodnia, a okna, jeśli w ogóle są wychodzą na śmietnik lub szyb wentylacyjny. Jeśli nie lubisz wyzwań, nie radzisz sobie z rozwiązywaniem problemów, to nie jedź do Chin. Tu każdy dzień jest wyzwaniem, a czasem najprostsza sprawa urasta do rangi problemu. A wszystko to za sprawą grubego muru różnic kulturowych, które tkwią w tym narodzie od wieków oraz ogromnej bariery językowej. To co dla nas jest oczywiste, dla Chińczyka niekoniecznie takim się jawi. Nie zrozumiesz pytając o kierunek, dlaczego każda napotkana osoba pokazuje dokładnie ten w przeciwną stronę i nie korzystaj z tłumacza Google, bo zamiast do restauracji zaprowadzą cię na masaż.

Jeśli to co powyżej przedstawiłem cię nie przeraziło i jesteś przekonany, że to co ciekawe i niezwykłe nie musi wyglądać bajkowo i cukierkowo, pakuj walizki i ruszaj w drogę do Chin. Zaskoczą cię mnóstwem tego, o czym przeczytałeś w całej relacji, a o czym w tym podsumowaniu już nie wspominałem.

… Wojtek…

… gorliwi mistrzowie podróbek… cysorze krwiopijcy… ustawiczna inwigilacja i kapitalny komunizm…

… w Chinach podobno da się podrobić wszystko… jednak tego co ma największą wartość, ten pracowity, wynalazczy naród, nie musi imitować… oryginalny produkt „made in China”… to licząca kilka tysięcy lat bajeczna cywilizacja… wiele jej skarbów zalega muzealne półki i wiele wciąż skrywają żyzne gleby i pustynne piaski… lecz nie trzeba tej kultury sztucznie ożywiać w skansenach… to najdłuższa nieprzerwanie istniejąca cywilizacja świata, gdzie wiekowe tradycje są na wyciągnięcie ręki… tu wciąż się wierzy, że Ziemia to mityczna bestia, przyciśnięta garbami gór i spętana wstęgami wielkich rzek… jej cielsko, niczym pokryte smoczymi łuskami, mieni się barwami jadeitu, nefrytu i agatu malowniczych jezior i dolin… tu prości ludzie pielęgnują tysiącletnie mądrości i obyczaje, a na mglistych szczytach, niemalże słyszy się głos bogów i duchowych mistrzów… to tylko jedna z osobliwości kraju kontrastów… w żywą tkaninę starożytnych cudów, okrutnych cesarzy, filozofii ciała i myśli, mozaiki etnicznej… uparcie wplatają się motywy komunizmu, przyszywa się także do niej krzykliwe łatki kapitalistycznej nowoczesności… ma to nawet swoisty przewrotny czar… Chińczycy potrafią w niepojęty sposób przetwarzać kulturowy melanż, w nową cywilizacyjną jakość… czy tak wygląda świat jutra?… coś każe wierzyć, że to w tym królestwie paradoksów, harmonii, rozbieżności i nagminnej inwigilacji… spotyka się Wschód z Zachodem, przeszłość z przyszłością, codzienność z wiecznością… nic więc dziwnego, że tak jak przed tysiącami lat, Chińczycy nadal wierzą… że to rzeczywiście Państwo Środka… a nie bezlitośnie fastrygowany posąg pychy…

…Wiola…

<<<< POPRZEDNIA ——– NASTĘPNA >>>>cdn.