Jak wiecie i obserwujecie przebieg naszych podróży po świecie, już dawno rozważaliśmy zamysł przejazdu przez Chiny, jednak ze względu na pozwolenia, przewodnika i wielką biurokrację chińską, nie podejmowaliśmy tematu. Sami też nie mieliśmy ochoty na organizowanie grupowego przejazdu dla obniżenia długiej listy kosztów. Właśnie dla tych powodów, jeszcze w zeszłym roku skontaktowałem się z właścicielami firmy „Bezdroża 4×4”, wiedząc, że rok wcześniej zorganizowali taki wyjazd i mieli w swej ofercie kolejną, drugą wyprawę przez Azję do Chin i z powrotem. Po przeanalizowaniu trasy i rozważeniu kosztów, przystąpiliśmy do negocjacji, aby dołączyć się do ich grupy w przejeździe tylko przez Chiny. Grupa miała liczyć około 10 przygotowanych wyprawowo terenówek. Ustaliliśmy warunki i koszty i zaklepaliśmy ten wyjazd wspólnie z „Bezdrożami 4×4”, wiedząc, że przez trzy tygodnie będziemy skazani na niedogodności podróżowania w grupie. Warunki i udział na takich zasadach przyjęliśmy razem z Jackiem i Mirą, naszymi kolegami motocyklistami, którzy wcześniej byli również z nami na Alasce, a do tej podróży przygotowali swojego Land Rovera Defendera. W efekcie końcowym okazało się, że na wyprawę do Chin z „Bezdrożami 4×4” grono chętnych się posypało i przez ten kraj jechał z nami jeden z właścicieli podróżniczej firmy, jeden uczestnik  i my z Jackami. Dla nas, można by powiedzieć, iż to było szczęście, gdyż po odbyciu już tego przejazdu, nie wyobrażam sobie konwoju składającego się z kilkunastu aut.

eurazja-mapa

Dzień 1 – niedziela – 16 lipca 2017r

Rano, po dziewiątej ruszamy z naszej „Chałupy na Górce”w kierunku granicy z Ukrainą w Korczowej. Na trasie za Tarnowem dołączają do nas Mirka z Jackiem z Częstochowy, jadący przebudowanym do celów wyprawowych Land Roverem Defender. Za Rzeszowem spotykamy się jeszcze z Arkiem, mieszkającym w tym mieście i jadącym Nisanem Patrolem oraz z Włodkiem i Zbyszkiem jadącym Toyotą Land Cruiser 90, a którzy dotarli tu z Lublina. Teraz już wszyscy razem podążamy na granicę. Z wywiadów internetowych wiemy, że czas oczekiwania na odprawę w Korczowej dochodzi do pięciu godzin, myślimy o zmianie miejsca wjazdu na Ukrainę, ale w końcu pozostaje pierwsza wersja, która w efekcie końcowym powoduje, że na przejściu stoimy sześć godzin. Zaraz za granicą, na pierwszym parkingu, w budce wymiana pieniędzy, za 100$ dostajemy 2560 UHR (hryvien). Tam też, po zmianie czasu +1h, o 22.40 rozbijamy obozowisko i ny-ny.

Dzień 2 – poniedziałek – 17 lipca 2017r

Jedziemy przez Równe, Żytomierz w kierunku  Kijowa. Droga bez historii, mocno uważamy na radary i miejscową policję. Kijów zwiedzamy z auta, objeżdżając Chreszcziatik i wyjeżdżając z centrum koło stadionu Dynama Kijów oraz podziwiamy sakralne budowle Ławry Kijowskiej. Przekraczamy Dniestr i jadąc dalej w kierunku Charkowa 82km za stolicą Ukrainy w wiosce Siemieniowka pozostajemy na nocleg na zamkniętym parkingu pensjonatu „Awtopan”. My z Jackami śpimy w naszych wyprawowych apartamentach, reszta wybrała pokoje hotelowe. Za 50hrywien mamy możliwość kempingowania z dostępem do łazienki, jest prysznic z ciepłą woda.

Dzień 3 – wtorek – 18 lipca 2017r

Rano rozważamy możliwości wjazdu do Rosji. Z dwóch wersji, przez Charków na Biełgorod, czy przez Sumy na Kursk, wybieramy tę drugą która jest krótsza o 100km, lecz mniej sprawdzona. O 16.15 jesteśmy na przejściu w Junakiwka 50km za Sumami. Przejście praktycznie puste, przed nami jedno auto. Po stronie ukraińskiej dość szybko uporano się z czynnościami celnymi i po godzinie stoimy przed rosyjskim szlabanem. Kolejno przyjmują dokumenty i wpuszczają na przejście. Niestety mamy wielki problem Arek ma źle wystawioną wizę rosyjską z datą wjazdu 15 września, a nie jak my od 15 lipca. Totalna porażka, nikt nie sprawdził prawidłowości dat, poczynając od konsulatu, biura pośrednictwa wizowego i samego Arka. Jedyna decyzja, która jest możliwa, to odwrót z granicy i próba wyjaśnienia całej sytuacji w konsulacie Rosji w Charkowie. My odbieramy już tę wiadomość na CB radio, gdyż wjeżdżaliśmy na przejście przed Arkiem. Po stronie rosyjskiej wszystko idzie bardzo ślamazarnie, Jacka odprawiają jako pierwszego i kiedy dochodzi do wystawienia dokumentu odprawy celnej jego auta zaczynają się problemy. Auto zarejestrowane jest na firmę, a celnik uważa, że upoważnienie jest źle wystawione i zawiera za mało danych, ponadto nie jest potwierdzone notarialnie, jedynie przetłumaczone na rosyjski. Pierwszy werdykt, to że ma się zawrócić z powrotem na Ukrainę. Jesteśmy nieco zdumieni tą sytuację, gdyż Jacek twierdzi, iż nigdy w podobnej sytuacji, acz przy odprawie do Rosji motocykla, również rejestrowanego na firmę nie było żadnych problemów. Nam przeglądnęli auto i kazali czekać, stwierdzili wiedząc, że jedziemy razem, że dokumenty wystawią na auto później. Po trzech godzinach nerwówki i łapówce wys.100$ przekazanej przez Jacka celnikowi, łaskawie wystawili dokumenty i po sześciu godzinach o zmroku wyjechaliśmy z granicy, zbulwersowani do granic możliwości. Parę kilometrów dalej, na parkingu płatnym (100rubli) stacji paliw „ABC25” rozbijamy nasze obozowisko na dzisiejszą noc. Przed spaniem usiało jeszcze w historii dzisiejszego dnia zaistnieć parę drinków dla odreagowania granicznych stresów.

Dzień 4 – środa – 19 lipca 2017r

Rano tankowanie i w drogę (1l oleju nap. 36,70rubla, ok. 2,50zł). W pierwszym napotkanym banku wymieniamy pieniądze, za 100$ dostajemy 5749 RUB (rubli), 1RUB=0,65PLN. Jedziemy na wschód w kierunku Kurska. W mieście odwiedzamy memoriał wielkiej bitwy pancernej II Wojny Światowej, która odbyła się właśnie pod tym miastem. Pomiędzy 5 lipca a 23 sierpnia 1943 roku odbyła się w okolicach Kurska największa bitwa pancerna w dziejach świata, a największe starcie miało miejsce pod Prochorowką. Była to ostatnia niemiecka strategiczna operacja ofensywna na froncie wschodnim. Zwycięstwo Sowieckiej Rosji w tej bitwie oddało inicjatywę strategiczną w ręce Armii Czerwonej już do końca wojny.

Dalej jedziemy do Woroneża, a z tego miasta kierujemy się na Wołgograd. Pogoda wspaniała, tylko krajobrazy bardzo monotonne. Jedyną rozrywką są pobyty w przydrożnych „Kafie”, gdzie posilamy się miejscowymi specjałami kuchni rosyjskiej: solianka, borszcz, pielmieni. Tuż przed miejscowością Borisoglebsk zostajemy na nocleg na stacji paliw „Rosnieft”.

17-07-19-map

Dzień 5 – czwartek – 20 lipca 2017r

Rano ruszamy dalej w kierunku Wołgogradu, do miasta docieramy wczesnym popołudniem. Droga prowadząca z Moskwy do tego miasta znajduje się w przebudowie, więc jazda jest mocno męcząca i mozolna. Oczywiście po dojeździe do Wółgogradu, niegdyś Stalingradu kierujemy się pod wielki memoriał bitwy, która odwróciła losy II Wojny Światowej. Na miejsce to wybrano Kurhan Mamaja, najwyższe wzniesienie na terenie miasta, o które w trakcie bitwy toczyły się niezwykle ciężkie walki, a zarazem miejsce pochówku 34 505 radzieckich żołnierzy poległych w obronie miasta. W dniach od 17 lipca 1942 roku do 2 lutego 1943 roku o miasto toczyły się zażarte walki (bitwa stalingradzka), które zakończyły się całkowitym zniszczeniem niemieckiej 6 Armii i kapitulacją jej resztek. W roku 1961 w ramach destalinizacji miastu nadano nazwę pochodzącą od nazwy rzeki. Przemierzamy cały teren mauzoleum, jednak największe wrażenie robi monument stojący na wzgórzu „Matka Ojczyzna Wzywa!”. Monumentalna statua, poświęcona radzieckim żołnierzom walczącym w bitwie stalingradzkiej, jedna z najwyższych rzeźb na świecie. Jego całkowita wysokość, wraz z wykonanym ze stali nierdzewnej mieczem, wynosi 85 m (dla porównania Statua Wolności bez cokołu mierzy jedynie 45 m). Pod pomnik prowadzi rozpoczynająca się u stóp kurhanu droga, składa się z 200 stopni, gdyż tyle dni trwała bitwa stalingradzka. Wzdłuż trasy marszu znajduje się 35 granitowych nagrobków, pod którymi spoczywają obrońcy miasta odznaczeni tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. Jedyne co doskwiera podczas obchodu całego kompleksu, to potworny upał sięgający 40ºC. W 2008 roku Kurhan Mamaja i statua Matki Ojczyzny zostały zaliczone, obok Bajkału czy Cerkwi Wasyla Błogosławionego, do grona “7 Cudów Rosji”.

Wyjeżdżamy z rozległego i zasmrodzonego Wołgogradu, wzdłuż Wołgi na południe w kierunku Astrachania i w miejscowości Sołodniki, w ogródku, gdzie Włodek ze Zbyszkiem znaleźli lokum, my wraz z Jackami zostajemy na nocleg w naszych autach. Oni płacą po 1000rubli od łóżka, a my przy okazji mamy dostęp do łazienki.

17-07-20-map

Dzień 6 – piątek – 21 lipca 2017r

Jedziemy mozolnie dalej w stronę Astrachania. Droga, totalna nuda, wyschnięty step, potworny upał, od czasu do czasu widzimy po lewej stronie rozległą rzekę Wołgę. Po południu docieramy do miasta i szukamy hotelu, gdzie mamy spotkanie całej grupy jadącej do Kirgistanu i do Chin. Hotel InterCity, Magistralnaya St 26b jest umiejscowiony przy głównej trasie dojazdowej do Astrachania nieopodal dobrze zaopatrzonego centrum handlowego gdzie możemy uzupełnić zapasy (GPS garmin N 046° 24.854, E 47° 58.663). Maciek, organizator wjazdu do Chin, jadący Nisanem Patrolem jest już na miejscu i ma niezbyt pomyślne wieści. Arek, który wrócił się z rosyjskiej granicy z powodu źle wystawionej datowo wizy, dopiero dzisiaj wyrobił następną z prawidłowym terminem. Dokonał tego dopiero w Warszawie, gdzie wcześniej dotarł z Kijowa samolotem (w Kijowie konsulat Rosji nie obsługuje petentów). O 17.00 doleci ponownie do Kijowa i startuje autem na trasę do Astrachania. W związku z tym będzie obsuwka czasowa co najmniej o jeden dzień. Niezbyt jesteśmy zadowoleni z tej sytuacji, ale cóż robić? Musimy wszyscy czekać. Pod wieczór docierają następni uczestnicy, Ania i Mateusz z Tarnowa, którzy jadą jedynie do Kirgistanu, a jadą Toyotą Land Cruiser.

Jak spotkanie to impreza, w końcu po przejechaniu 2800km od domu należy się jakaś nagroda.

17-07-21-map

Dzień 7 – sobota – 22 lipca 2017r

Mamy dzień wolny, więc zwiedzamy Astrachań. Od XIII w. był to warowny gródek Tatarów. W 1459, po rozpadzie Złotej Ordy, został stolicą samodzielnego chanatu, który znalazł się w 1556 w granicach Państwa Moskiewskiego. Znany był jako ośrodek handlu tranzytowego z Bucharą, Chiwą, Persją i Indiami. Rozwijało się tu także rybołówstwo na Wołdze i Morzu Kaspijskim. Po 1870 stał się punktem tranzytowym transportu nafty z Zakaukazia do Rosji. Od XVIII wieku Astrachań słynie z produkcji kawioru.

Z pod hotelu „marszrutką” (busiki transportu miejskiego) jedziemy pod miejscowy Kreml w murach którego ulokowany jest Sobór Zaśnięcia Matki Bożej. Prawosławny sobór z XVIw przetrwał do naszych czasów w formie praktycznie niezmienionej i wznosi się na wysokość 75 metrów. Całą zbudowaną na planie prostokąta cerkiew otacza galeria. Sobór został zamknięty po rewolucji październikowej, w 1918, ponownie otwarty po upadku ZSRR. Obchodzimy cały kompleks i kierujemy się na bulwar Nadwołżański. Miasto w swym centrum uporządkowane, wszędzie klomby, kwiaty i fontanny, Wystarczy jednak wyjść trochę poza centrum aby dojrzeć pozostałości starego Astrachania, z upadającymi drewnianymi domkami i wszelakim dziadostwem.

Po powrocie do hotelu mamy informację, że Arek ma jeszcze 800km do pokonania, a czas na to jedynie do jutra rana – czekamy.

Dzień 8 – niedziela – 23 lipca 2017r

Arek dotarł o trzeciej nad ranem, jesteśmy w komplecie. Dajemy mu nieco odpocząć i o 10,00 ruszamy na trasę w kierunku granicy z Kazachstanem. Przekraczamy Wołgę, a następnie rzekę Buzan mostem pontonowym (opłata 135 rubli). Jedziemy wzdłuż brzegów Morza Kaspijskiego na wschód. Wokół zielone równiny, rozlewiska, a na pastwiskach konie i krowy. W Karaoziek przekraczamy granicę do Kazachstanu. Wykupujemy ubezpieczenie na ten kraj za 1600rubli jeszcze po rosyjskiej stronie, wymieniamy pieniądze 1$ USA = 32tenge. Dalej rozlewiska i mało ciekawa krajobrazowo trasa. Po dotarciu do miasta Atyrau, nad rzeką Ural, oddzielającą Europę od Azji urządzamy nocleg na dziko.

17-07-23-map

Dzień 9 – poniedziałek – 24 lipca 2107r

Ponieważ będziemy w Kazachstanie ponad pięć dni musimy dokonać rejestracji na miejscowym posterunku policji z biurem dla imigrantów. Okazało się, że właśnie zmieniono jej siedzibę, co spowodowało, że rozległe miasto Atyrau przemierzyliśmy wzdłuż i w szerz. Nasz wysiłek i tak poszedł na próżno, ponieważ w czasie trwania „Expo 2017”, którego organizatorem jest Kazachstan, zniesiono ten dolegliwy dla turystów obowiązek – no cóż, zmarnowaliśmy prawie dwie godziny. Wyjeżdżamy z miasta drogą A27 aby w miejscowości Dossor odbić na południe w kierunku miasta Kulsary. Tam obiad, uzupełnienie zapasów i pożegnanie z asfaltem. Dzisiaj wjeżdżamy w step, gdzie przez kilka dni pozostaniemy bez kontaktu z cywilizacją. Naszym celem jest dotarcie od północy do brzegów resztek, tego co pozostało po Morzu Aralskim. Totalna dzicz, równiny wyschniętego stepu i przeokropny wszędobylski kurz. Aby dostać się do naszej kabiny mieszkalnej od tyłu musimy zmieść kilogramy tego upierdliwego minerału, do złudzenia przypominającego talk, o kolorze beżu.

Przed zmrokiem urządzamy obozowisko, oczywiście na dziko, na pięknej zielonej łące, przy wielkiej rurze zasilającej ten skrawek wyschniętego terenu w wodę. Wokół spacerują konie i krowy.

17-07-24-map

Dzień 10 – wtorek – 25 lipiec 2017r

Od rana jedziemy przez step. Totalne odludzie. Przez cały dzień mozolnej jazdy w potwornym upale dochodzącym do 40Cº, walczymy z kurzem i ledwo co widocznymi śladami, które ktoś wytyczył na tym bezkresnym obszarze. Pod wieczór naszą stepową trasę przeciął nasyp torów kolejowych. Niestety nasyp ma kilka metrów wysokości i jest bardzo stromy, a na nasypie nowe tory kolejowe na betonowych wysokich podkładach. Jedziemy wzdłuż torów aby natrafić na miejsce przekroczenia takiej wymagającej przeszkody. Docieramy do mostu gdzie tory przebiegają nad okresowym przepustem wodnym, jednak jest za nisko i żaden z naszych pojazdów nie ma szans na przedostanie się na druga stronę. Jedziemy więc dalej i szukamy dogodnego miejsca. Jest nieco niżej i mniej stromo, Maciek i My przedostajemy się wierzchem przez nasyp, niestety Arek utknął, zawisł na szynie drążkiem stabilizatora. Mała panika bo cóż będzie jak pojedzie pociąg? Szybka akcja ściągnięcia ciężkiego Nisana Patrola z torów kończy się zerwaniem napędów w Toyocie Włodka. Dopiero desperackie szarpnięcie Maćka wyrywa Arkowego Nisana z pułapki, kończące się zerwaniem  jednego z mocowań stabilizatora. Maciek rozwalił felgę i musi ją prostować, gdyż schodzi powietrze. Tylko parę chwil dzieliło od katastrofy, kiedy już po wolnych torach przejechał wielki skład napędzany dwoma lokomotywami. Robi się późno a tu same straty i dalej część aut nie przebrnęła na drugą stronę torowiska. Jacek jedzie szukać dogodniejszego miejsca do przeprawy, reszta usuwa usterki i szacuje straty. Arek dalej pojedzie bez stabilizatora, a Włodek będzie jechał tylko z tylnym napędem. Jacek po paru kilometrach znalazł stepowy awaryjny peron usypany ze żwiru, gdzie po prowizorycznych naprawach wszyscy bezpiecznie przeprawili się na drugą stronę tego wysokiego nasypu.

Zaliczywszy parogodzinną obsuwkę czasową i wiele stresu, po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymujemy się w gdzieś w stepie na nocleg.

17-07-25-map

Dzień 11 – środa – 26 lipiec 2017r

Od rana przedzieramy się dalej przez step, na wschód w kierunku Morza Aralskiego. Droga fatalna, dwa wyjeżdżone ślady tworzą tak wielkie koleiny, że co róż zahaczamy podwoziem. Kurz nie do opisania, tworzy go pył z wyschniętego błota. Współczujemy Jackom, gdyż do ich Defendera wdziera się on każdą szparką i do tego nie mają klimatyzacji, a gorąc nie do zniesienia 42ºC. W południe docieramy do pierwszej osady, która stanęła na naszej trasie, do Bozoy. Uzupełniamy zapasy napoi i wody i w dalszą drogę. Jadąc dalej szutrówką w kierunku Qulandy przejeżdżamy nad brzegami głównego zbiornika Morza Aralskiego, zasilanego rzeką Amudaria.

Po 60km jazdy niestety mamy pierwszą poważną awarię, w Jacka Land Roverze urwało się mocowanie wahacza stabilizującego tylny most. Prowizorycznie z wielkim wysiłkiem mocujemy go do ramy kilkoma śrubami. Jacek wraca do Bozoy pospawać mocowania, całą reszta podjeżdża jeszcze nieco na wschód i rozbija biwak na dzisiejszy wieczór i czekamy na Jacków. Maciek ma namiary na miejsce gdzie ze stepu wypływa słodka woda. Docieramy tam z paroma piaskowymi przygodami, a na miejscu możemy się nieco odkurzyć, obmyć i oprać.

Niestety Jacek nie dotarł do naszej bazy dzisiejszego dnia, co jest powodem naszego zatroskania taką sytuacją. Albo usterka była zbyt trudna do usunięcia, albo pobłądził na dojeździe?

17-07-26-map

Dzień 12 – czwartek – 27 lipiec 2017r

Rano mamy wyjaśnienie niedotarcia na biwak Miry i Jacka. Nie znaleźli właściwego zjazdu do miejsca biwakowego, na dodatek zakopali się tak w piaskowej wydmie, że dopiero rano wyciągnęli ich z pułapki kierowcy ciężarówek. Jednak efektem zakopania, stała się następna usterka Defendera, ukręciła się prawa, tylna półośka, zostali tylko z przednim napędem. Omijają nadaralskie tereny i jadą szutrową drogą do Aralska, aby spróbować usunąć tę następną usterkę. My jedziemy stepem, a raczej dnem morza w kierunku jego brzegu, gdzie pozostało jeszcze parę statków rybackich nie do końca pociętych na złom. Obowiązkowo zbiorowa fotka i dalej przez wyschnięte morskie dno. Na jednej z hopek słyszę w naszej Toyocie niepokojący dźwięk, coś pękło. Zaglądamy, jakby wszystko OK. Jedziemy dalej, ale nie jest OK, gdyż słychać jakieś skrzypienie i ocieranie. Po dojeździe do wody, na plażę jednego ze zbiorników o nazwie „Tushebybas Schyg”, pozostałych po morzu mam więcej czasu aby zdiagnozować defekt. Jest, urwało się dolne ucho przedniego lewego amortyzatora, które łączy go z dolnym wahaczem. Do Aralska jeszcze 120km, będzie ciężko dojechać, a tylko tam mamy możliwość naprawy, czyli przyspawania mocowania (tuleja metalowo-gumowa). Jedziemy dalej wzdłuż klifu, który kiedyś zalany wodą pokazuje jak wysoko ona sięgała. Docieramy do następnego zbiornika wodnego pozostałego po morzu o nazwie „Shevchenko Schyg”, najbardziej wysuniętego na północ i zasilanego wodami rzeki Syr-daria. Podobno od paru lat zahamowano spadek wody i powoli będzie się napełniać basen morza, czyli naprawiać tę ludzką głupotę, która spowodowała największą katastrofę ekologiczną tego obszaru.

Z duszą na ramieniu walczymy z terenem i awarią. Przód naszego auta wisi tak nisko, że nie sposób pokonać trudnego terenu, a w szczególności wystających zwałów ziemi pomiędzy głębokimi koleinami. Mozolnie po paru godzinach walki docieramy pod wieczór do Aralska. Jacek przesłał namiary na warsztat gdzie kończy naprawę, więc jedziemy tam i my aby usunąć naszą usterkę. Jest dobrze, mają stary amortyzator i przespawają mocowanie. Dostajemy również informację, że dalej na trasie w Szymkent jest serwis Toyoty i na pewno kupimy tam nowy amortyzator. Płacimy 15tys tenge (ok.180zł) i jedziemy do „Ai-Zułgys Hotel”, w którym to Maciek załatwił pokoje (5tys tenge za pok. 2os.).

17-07-27-map

Dzień 13 – piątek – 28 lipca 2017r

Rano żegnamy się z Włodkiem i Zbyszkiem, pozostają w Aralsku aby usunąć awarię przedniego napędu w ich Toyocie Land Cruiser. I tak mieli się od nas odłączyć w Kirgistanie, gdyż ich celem jest Bajkał. Życzymy sobie nawzajem szerokiej drogi i ruszamy na trasę w kierunku Kirgistanu. Jadąc główną drogą o nr M32 na południowy-wschód, po 270km docieramy do miejscowości Bajkonur. Nie ma mowy o zwiedzaniu kosmodromu, możemy sobie jedynie zrobić zdjęcie przy wjeździe, a w kazachskiej części miasta (rosyjskie zamknięte), zrobić zakupy i zjeść lancz. Tu nie tak jak w Coru (Gujana Francuska), czy Canaveral (Floryda), gdzie wszystko udostępnione jest do zwiedzania i gdzie bez trudu odwiedziliśmy te niezwykle ciekawe miejsca wystrzeliwania rakiet w kosmos. Mamy jedynie taką informację, że właśnie dzisiaj o 21.30 będzie start rakiety, który mamy nadzieję będzie widoczny z odległości kilkuset km. Dalsza jazda niezmiernie monotonna i nużąca, step, step, step, a wokół drogi konie, wielbłądy, kozy, krowy. Co jakiś czas małe, zapyziałe wioski zagubione na końcu świata, bida aż piszczy. Jeszcze przed zmrokiem docieramy do miejscowości Zanakorfan i zjeżdżamy nad rzekę Syrdaria, aby rozbić obóz na dzisiejszą noc. Znajdujemy wspaniałe miejsce na samym brzegu i wreszcie czas na relaks i małego drinka. Punktualnie o wyznaczonej porze startu oglądamy wspaniały spektakl ze startu rakiety, niby jesteśmy ponad 300km od Bajkonuru, a widok jak na dłoni. Po kolei odłączają się kolejne człony rakiety, a para wodna pozostająca po spaleniu tworzy niesamowite obrazy na bezchmurnym zapadającym w zmierzch niebie.

17-07-28-map

Dzień 14 – sobota – 29 lipca 2017r

Wyjeżdżamy z obozowiska mając życzenie, aby wszystkie następne były tak atrakcyjne. Przy trasie przed miejscowością Turkistan zwiedzamy ruiny niegdyś wielkiego miasta za murami „Gorodiszcze Sauran”, które rozkwitało na przestrzeni od XIII do XVIIIw, a w samym mieście podjeżdżamy pod „Mausoleum Of Khoja Ahmed Yasawi”. Obiekt wpisany na światową listę UNESCO, wstęp 500tenge (6zł). Całość obchodzimy w godzinę i jedziemy dalej do Szymkent, do serwisu Toyoty, wymienić uszkodzony amortyzator. Zapytanie o dostępność i rozczarowanie, gdyż odpowiedź brzmi – nie ma… Będą dzwonić za alternatywnymi, nie fabrycznymi po innych magazynach tego ponad milionowego miasta. Jednak już po paru minutach sytuacja się wyjaśnia i pan idzie do nas z oryginalnym, nowiutkim amortyzatorem w rękach. Szukał z rocznika naszego auta, a ten jest nieco młodszy oczywiście o tym samym nr katalogowym. Nawet cena całkiem przystępna ok 110$ USD za sztukę. Zaskakuje nas bardzo niska cena wymiany, tylko 30 $USD. Maciek z Arkiem jadą w tym czasie robić wymianę oleju w swoich Patrolach, ja kibicuję w wymianie amortyzatorów, która trawa niespełna dwie godziny. Wszystkie auta doprowadzone do porządku, ruszamy dalej na wchód w kierunku Taraz, aby w okolicy tego miasta przekroczyć granicę z Kirgistanem.

Docieramy tam już o zmroku, przejście całkowicie puste, tak więc po godzinie jesteśmy po drugiej stronie. W budce z napisem Kantor wymieniamy pieniądze – 100$USD = 6700 KGS (som) – 100som =5,50zł i jedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów od granicy nad „Talas Kanal”, gdzie rozbijamy dzisiejsze obozowisko.

17-07-29-map

Dzień 15 – niedziela – 30 lipca 2017r

Po opuszczeniu noclegowej bazy wspinamy się na sąsiadującą tamę i podziwiamy tam, niczym w Richmond wyrzeźbioną w skalnym zboczu głowę Lenina. Oglądaczy było więcej a sympatyczni Kirgizi obdarowali nas tradycyjnym chlebkiem i owocami, nie tolerując odmowy wzniesienia toastu miejscowym trunkiem. Pokonujemy przełęcz Omok Pass 3326m.n.p.m. Podziwiając piękne widoki i niezliczoną ilość jurt, gdzie miejscowi pasterze w okresie letnim wypasają swoje zwierzęta w większości konie.

Za przełęczą dojeżdżamy do trasy M41 jadąc na wschód poprzez szeroką, zieloną dolinę rozpostartą pomiędzy pasmami gór Tien Schan. Po pokonaniu 50km w tym cudownym krajobrazie zbaczamy na południe drogą A367 w stronę jeziora Song-Kol. Choć z mapy wnikałoby że to droga główna, ma nawierzchnię szutrową. Po pokonaniu 90km w okolicy miejscowości Bayzak natrafiamy na nie lada gratkę. Miejscowa społeczność w ten niedzielny dzień wyznaczyła sobie święto, urządzając narodowe jeździeckie zawody. Sporo turystów w ten dzień przywiozły w to miejsce busiki „Inturistu”. Napotkaliśmy nawet na dwie osoby z Polski.

Z wielkim zainteresowaniem przyglądaliśmy się zmaganiom zapaśników na koniach, pogonią za baranem i innymi ciekawymi zmaganiami Kazachów na swych małych konikach. W jednej z dyscyplin, podczas zmagań i wywrotki konia wraz z jeźdźcem ten pierwszy doznał złamania nogi, co było niemiłym akcentem tej imprezy. Oglądałoby się jeszcze ale czas jechać. W miejscowości Kyzart zjeżdżamy z głównego szlaku i polnymi duktami kierujemy się w stronę jeziora Sung-Kol. Dróżka staje się być coraz bardziej stroma. Na jednym z podjazdów Defender Jacka nie daje rady rady i nadwyrężona półośka tylnego mostu powtórnie, tym razem definitywnie odmawia posłuszeństwa. Sytuacja jest krytyczna, musimy przeciągnąć auto poprzez przełęcz i to w bardzo trudnym terenie. Z wielkimi perypetiami, tworząc karawanę wyciągnęliśmy auto na przełęcz „Asylbek Tologonow” 3400m.n.p.m. Cała ekstremalna przeprawa zajęła nam tak dużo czasu, że u celu byliśmy już po zmroku. Tam witają nas kirgiscy pasterze wypasający konie.

Pomni wrażeń postanowiliśmy pozostać na biwak na przełęczy i do jeziora zjechać już za jasności jutrzejszego poranka. Wykończeni dzisiejszymi wrażeniami udaliśmy się na tej wysokości na zaplanowany, błogi sen – niestety, ta czynność jest w tym miejscu niewykonalna z powodu dużej wysokości.

17-07-30-map

Dzień 16 – poniedziałek – 31 lipca 2107r

Spanie na przełęczy ma jednak i pozytywne skutki, widok z tego miejsca jest niesowity, z jednej strony na głęboką dolinę z której to wczoraj przybyliśmy, a z drugiej na lśniącą w oddali toń jeziora Song-Kol do złudzenia przypominającą bajkalskie klimaty. Zjeżdżamy w dól do jego brzegów i dalej podążamy północną jego stroną na wschód. Wytyczona droga polna jest teraz bardzo przyjemna i równa, przecina przyległe do jeziora zielone pastwiska i łąki, a wysokość na której się znajdujemy to 3020m.n.p.m. Środek lata pasterze ustawili swoje jurty, wokół konie, krowy, barany i kozy. W jurtowej wiosce zauważamy grupkę turystów, z pewnością można tu wynająć lokum i wypożyczyć konie. Opuszczamy brzegi tego pięknego akwenu i po pokonaniu małej przełęczy kierujemy się do głównego szlaku, który po zjeździe z gór prowadzi do miasta Naryn.

Pierwszy fragment zjazdu po szutrowej drodze to niezliczona ilość serpentyn symetrycznie ułożonych na stromym zboczu. Panoramiczne krajobrazy i wielokolorowe góry tworzą przepiękne tło do podziwianych widoków. Po dojeździe do miasta Naryn uzupełniamy zapasy, tankujemy do oporu taniego paliwa i ruszamy do granicy z Chinami. Po wyjeździe z miasta spinamy się na przełęcz Ak-Beyit Pass 3282m.n.p.m., gdzie tuż po jej przekroczeniu znajduje się „Check Point”, zamkniętego terenu przygranicznego. Sprawdzenie dokumentów, wiz i ruszamy dalej w kierunku granicy oddalonej o 60km. Po wjeździe na następny płaskowyż, nad jeziorem Chatyr Kol, 14km przed granicą urządzamy obozowisko. Musimy nieco poczekać, gdyż mamy na niej być dopiero jutro, gdzie przejmą nas chińscy przewodnicy. Jest woda, trochę czasu, więc doprowadzamy sprzęty do błysku, nie zapominając o paru toastach. Nie można za wiele, bo wysokość spora – 3600m.n.p.m.

17-07-31-map