Jak wiecie i obserwujecie przebieg naszych podróży po świecie, już dawno rozważaliśmy zamysł przejazdu przez Chiny, jednak ze względu na pozwolenia, przewodnika i bezmiar biurokracji chińskiej, nie podejmowaliśmy tematu. Sami też mieliśmy skromne chęci na organizowanie grupowego przejazdu… dla obniżenia długiej listy kosztów. Właśnie z tych powodów, jeszcze w zeszłym roku, skontaktowałem się z właścicielami firmy „Bezdroża 4×4”, wiedząc iż rok wcześniej zorganizowali taki wyjazd i mieli w swej ofercie kolejną, drugą wyprawę przez Azję do Chin i z powrotem. Po przeanalizowaniu trasy i rozważeniu kosztów, przystąpiliśmy do negocjacji, aby dołączyć się do ich grupy w przejeździe tylko przez Chiny. Grupa miała liczyć około 10 przygotowanych wyprawowo terenówek. Ustaliliśmy warunki oraz koszty i zaklepaliśmy ten wyjazd wspólnie z „Bezdrożami 4×4”, zdając sobie sprawę iż przez trzy tygodnie będziemy skazani na niedogodności podróżowania w grupie. Warunki i udział na takich zasadach przyjęliśmy razem z Jackiem i Mirą, naszymi kolegami motocyklistami, którzy wcześniej byli z nami również na Alasce, a do tej podróży przygotowali swojego Land Rovera Defendera. W efekcie końcowym okazało się, że na wyprawę do Chin z „Bezdrożami 4×4” grono chętnych z różnych powodów się posypało i przez ten kraj jechał z nami jeden z właścicieli firmy podróżniczej, jeden uczestnik i my z Jackiem i Mirą. Dla nas, można by powiedzieć iż to było ogromne szczęście, ponieważ posiadając stosowną wiedzę po odbyciu tego przejazdu, nie wyobrażam sobie konwoju składającego się z kilkunastu aut.

eurazja-mapa

Dzień 1 – niedziela – 16 lipca 2017r

Rano, po dziewiątej ruszamy z naszej „Chałupy na Górce”w kierunku granicy z Ukrainą w Korczowej. Na trasie za Tarnowem, dołączają do nas Mira i Jacek z Częstochowy, jadący przebudowanym do celów wyprawowych Land Roverem Defender. Za Rzeszowem, spotykamy się z uczestnikami – Arkiem, mieszkającym w tym mieście i jadącym Nissanem Patrolem oraz z Włodkiem i Zbyszkiem jadącym Toyotą Land Cruiser 90, a którzy dotarli tu z Lublina. Teraz już wszyscy razem podążamy na granicę. Z wywiadów internetowych wiemy, że czas oczekiwania na odprawę w Korczowej dochodzi do pięciu godzin, toteż myślimy o zmianie miejsca wjazdu na Ukrainę, ale w końcu pozostaje pierwsza wersja, która w efekcie końcowym kończy się wynikiem… iż na przejściu stoimy sześć godzin. Tuż za granicą, na pierwszym parkingu, w budce wymieniamy pieniądze, za 100$ USD dostajemy 2560 UAH (hrywien). Tam też, po zmianie czasu +1h, o 22.40 rozbijamy obozowisko przy stacji paliw „OKKO”.

Dzień 2 – poniedziałek – 17 lipca 2017r

Jedziemy przez Równe, Żytomierz w kierunku Kijowa. Droga bez historii, mocno uważamy na radary i miejscową policję. Kijów zwiedzamy z auta, objeżdżając Chreszczatyk (Kreszczatik), wyjeżdżając z centrum, tuż obok stadionu Dynama Kijów, a dalej podziwiamy sakralne budowle Ławry Kijowskiej. Przekraczamy Dniestr i jadąc dalej w kierunku Charkowa, 82km za stolicą Ukrainy w wiosce Siemieniowka, pozostajemy na nocleg na zamkniętym parkingu pensjonatu „Awtopan”. My z Jackiem i Mirą śpimy w naszych wyprawowych apartamentach, reszta wybrała pokoje hotelowe. Za 50hrywien mamy możliwość kempingowania z dostępem do łazienki, gdzie jest prysznic z ciepłą wodą. Wieczór integracyjny z barem u Jacka na masce (jest wyjątkowo płaska i pozioma, więc nic się nie przewróci).

Dzień 3 – wtorek – 18 lipca 2017r

Rano rozważamy możliwości wjazdu do Rosji. Z dwóch wersji, przez Charków na Biełgorod, czy przez Sumy na Kursk, wybieramy tę drugą, która jest krótsza o 100km, lecz mniej sprawdzona. O 16.15 jesteśmy na przejściu w Junakiwka, 50km za Sumami. Przejście praktycznie puste, przed nami jedno auto. Po stronie ukraińskiej dość szybko uporano się z czynnościami celnymi i po godzinie stoimy przed rosyjskim szlabanem. Kolejno przyjmują dokumenty i wpuszczają na przejście. Niestety pojawił się ogromny problem, ponieważ Arek ma źle wystawioną wizę rosyjską z datą wjazdu 15 września, a nie jak my od 15 lipca. Totalna porażka, nikt nie sprawdził prawidłowości dat, poczynając od konsulatu, biura pośrednictwa wizowego i samego Arka. Jedyna decyzja, która jest możliwa, to odwrót Arka z granicy i próba wyjaśnienia całej sytuacji w konsulacie Rosji w Charkowie. Tę wiadomość odbieramy na CB radio, gdyż wjeżdżaliśmy na przejście przed nim. Po stronie rosyjskiej wszystko idzie bardzo ślamazarnie, Jacka odprawiają jako pierwszego i kiedy dochodzi do wystawienia dokumentu odprawy celnej (wremiennyj wwoz) jego auta… zaczynają się problemy. Auto zarejestrowane jest na firmę, a rosyjski celnik twierdzi kategorycznie, że upoważnienie jest źle wystawione i zawiera za mało danych i pieczątek, ponadto nie jest potwierdzone notarialnie, jedynie przetłumaczone na język rosyjski. Pierwszy werdykt… mają zawrócić z powrotem na Ukrainę. Jesteśmy nieco zdumieni tą sytuacją, gdyż Jacek twierdzi iż w podobnej sytuacji przy odprawie motocykla do Rosji, również zarejestrowanego na firmę, nie było żadnych problemów. Natomiast nam, przeglądnęli auto i kazali czekać, nieśpiesznie stwierdzili, że przecież jedziemy razem, więc dokumenty wystawią na auto później. Po trzech godzinach nerwowej ceremonii odprawowej i łapówce w wysokości 100$ USD, przekazanej przez Jacka celnikowi, łaskawie wystawili dokumenty i po sześciu godzinach, już o zmroku, wyjechaliśmy z granicy, zbulwersowani do granic możliwości. Kilka kilometrów dalej, na parkingu płatnym (100rubli), stacji paliw „ABC25”, rozbijamy nasze obozowisko na dzisiejszą noc. Przed zaśnięciem, już przy „antystresantach”, z jednej strony cieszymy się, że łapówka załatwiła sprawę Jacka i Miry, z drugiej jednak żal nam Arka, który ma teraz dość trudną misję naprawczą wizy.

Dzień 4 – środa – 19 lipca 2017r

Rano tankowanie i w drogę (1l ON – 36,70rubli, ok. 2,50zł). W pierwszym napotkanym banku wymieniamy pieniądze, za 100$ USD dostajemy 5749 RUB (rubli), 1RUB=0,65PLN. Jedziemy na wschód w kierunku Kurska. W mieście, odwiedzamy memoriał wielkiej bitwy pancernej II Wojny Światowej, która odbyła się właśnie pod tym miastem, pomiędzy 5 lipca a 23 sierpnia 1943r. Na tych terenach rozegrała się największa bitwa pancerna w dziejach świata, a największe starcie miało miejsce pod Prochorowką. Była to ostatnia niemiecka strategiczna operacja ofensywna na froncie wschodnim. Zwycięstwo Sowieckiej Rosji w tej bitwie, oddało inicjatywę strategiczną w ręce Armii Czerwonej już do końca wojny.

Dalej jedziemy do Woroneża, a z tego miasta kierujemy się na Wołgograd. Pogoda wspaniała, tylko krajobrazy bardzo monotonne. Jedyną rozrywką są pobyty w przydrożnych „Kafe”, gdzie posilamy się miejscowymi specjałami kuchni rosyjskiej: solianka, borszcz, pielmieni. Tuż przed miastem Borisoglebsk, w wiosce Listopadowce, zostajemy na nocleg na stacji paliw „Rosnieft”.

17-07-19-map

Dzień 5 – czwartek – 20 lipca 2017r

Rano ruszamy dalej w kierunku Wołgogradu, do miasta docieramy wczesnym popołudniem. Droga prowadząca z Moskwy do tego miasta, znajduje się w przebudowie, więc jazda jest mocno męcząca i mozolna. Oczywiście po dojeździe do Wołgogradu, niegdyś Stalingradu, kierujemy się pod wielki memoriał bitwy, która odwróciła losy II Wojny Światowej. Na miejsce to, wybrano „Kurhan Mamaja” lub inaczej wzgórze 102, najwyższe wzniesienie na terenie miasta, o które w trakcie bitwy toczyły się niezwykle ciężkie walki, a zarazem miejsce pochówku 34 505 radzieckich żołnierzy poległych w obronie miasta. W dniach od 17 lipca 1942r. do 2 lutego 1943r. o miasto toczyły się zażarte walki (bitwa stalingradzka), które zakończyły się całkowitym zniszczeniem niemieckiej 6 Armii i kapitulacją jej resztek. W roku 1961 w ramach destalinizacji, miastu nadano nazwę pochodzącą od nazwy rzeki. Przemierzamy cały teren kompleksu, jednak największe wrażenie robi stojąca na wzgórzu statua „Matka Ojczyzna Wzywa!”. Monumentalny pomnik, poświęcony radzieckim żołnierzom walczącym w bitwie stalingradzkiej, jedna z najwyższych rzeźb na świecie, swym wyglądem nawiązująca do antycznych wyobrażeń bogini Nike i zwrócona symbolicznie ku zachodowi, postać jest alegorią ojczyzny wzywającej swych synów do walki z najeźdźcą. Jego całkowita wysokość, wraz z wykonanym ze stali nierdzewnej mieczem, wynosi 85 m (dla porównania Statua Wolności bez cokołu mierzy jedynie 45 m), a waży zaledwie… około 8 tys. ton! Pod pomnik prowadzi rozpoczynająca się u stóp kurhanu droga, składająca się z 200 stopni, gdyż tyle dni trwała bitwa stalingradzka. Wzdłuż trasy marszu znajduje się 35 granitowych nagrobków, pod którymi spoczywają obrońcy miasta, odznaczeni tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. Jedyne co doskwiera podczas obchodu całego kompleksu, to potworny upał sięgający 40ºC. W 2008 roku „Kurhan Mamaja” i statua „Matki Ojczyzny”, zostały wpisane do grona „7 Cudów Rosji”, tuż obok „Błękitnego Oka Syberii – Jeziora Bajkał, Peterhofu, czy Soboru Wasyla Błogosławionego,

Wyjeżdżamy z rozległego i zasmogowanego Wołgogradu, wzdłuż Wołgi, na południe w kierunku Astrachania i w miejscowości Sołodniki, w ogródku, gdzie Włodek ze Zbyszkiem znaleźli lokum, wraz z Jackiem i Mirą zostajemy na nocleg w naszych autach. Oni płacą po 1000rubli od łóżka, a my przy tejże okazji, mamy dostęp do łazienki.

17-07-20-map

Dzień 6 – piątek – 21 lipca 2017r

Jedziemy mozolnie dalej w stronę Astrachania. Co po drodze? Ano totalna nuda, wyschnięty step, potworny upał, od czasu do czasu, po lewej stronie, widzimy rozległą rzekę Wołgę. Po południu docieramy do miasta i szukamy hotelu, gdzie mamy spotkanie całej grupy jadącej do Kazachstanu, Kirgistanu i do Chin. I tak „ Mini Hotel Inter City” za cenę 2500rubli pokój dla 2 os.- Magistralnaya St 26b, jest umiejscowiony przy głównej trasie dojazdowej do Astrachania, nieopodal dobrze zaopatrzonego centrum handlowego, gdzie możemy uzupełnić zapasy (GPS Garmin N 046° 24.854, E 47° 58.663). Maciek, organizator wyjazdu do Chin, jadący Nissanem Patrolem, jest już na miejscu i ma niezbyt pomyślne wieści. Arek, który wrócił się z rosyjskiej granicy, z powodu źle wystawionej daty wizy, dopiero dzisiaj wyrobił następną z prawidłowym terminem. Dokonał tego w Warszawie, gdzie wcześniej dotarł z Kijowa samolotem (w Kijowie konsulat Rosji nie obsługuje petentów). O 17.00 doleci ponownie do Kijowa i wystartuje autem na trasę do Astrachania. W związku z tym będzie obsuwka czasowa, co najmniej o jeden dzień. Niezbyt jesteśmy zadowoleni z tej sytuacji, ale cóż robić, musimy wszyscy czekać. Pod wieczór, docierają następni uczestnicy, Ania i Mateusz z Tarnowa, którzy jadą jedynie do Kirgistanu, a poruszają się Toyotą Land Cruiser.

Jak nowe spotkanie, to nowy wieczór integracyjny, w końcu po przejechaniu 2800km od domu i przejściach na przejściach, należy nam się drobna nagroda.

17-07-21-map

Dzień 7 – sobota – 22 lipca 2017r

Mamy dzień wolny, więc zwiedzamy Astrachań. Od XIII w. był to warowny gródek Tatarów. W roku 1459, po rozpadzie Złotej Ordy, został stolicą samodzielnego chanatu, który znalazł się w 1556r. w granicach Państwa Moskiewskiego. Znany był jako ośrodek handlu tranzytowego z Bucharą, Chiwą, Persją i Indiami. Rozwijało się tu także rybołówstwo na Wołdze i Morzu Kaspijskim. Po roku 1870 stał się punktem tranzytowym transportu nafty z Zakaukazia do Rosji.

Z hotelu, „marszrutką” (busiki transportu zbiorowego) jedziemy pod miejscowy Kreml w obrębie murów którego, ulokowany został Sobór Zaśnięcia Matki Bożej. Prawosławny sobór z XVI w. przetrwał do naszych czasów w formie praktycznie niezmienionej i wznosi się na wysokość 75 metrów. Sobór został zamknięty po rewolucji październikowej w roku 1918, ponownie został otwarty po upadku ZSRR. Przez wiele wieków Astrachański Kreml, mimo oddalenia od stolicy, odgrywał ważną rolę w życiu politycznym państwa. Wzniesiona z białego kamienia warownia, nierzadko wabiła swym bogactwem i potęgą buntowników i wichrzycieli. Obecnie Astrachański Kreml, dawno już pozbawiony statusu obiektu wojenno-obronnego, wiedzie swe istnienie w charakterze muzeum-rezerwatu. Kremlowskie mury obronne wspaniale się zachowały, wysokie baszty i przepiękne sobory z zielonymi kaflowymi kopułami, czynią oblicze wiekowego miasta majestatycznym i wytwornym, a uporządkowana dzwonnica z „Prechistenskimi Vorotami” (Prechistenskaya Brama), już dawno stała się symbolem Astrachania. Obchodzimy cały kompleks i kierujemy się na nadwołżański bulwar. Miasto w swym centrum uporządkowane, wszędzie klomby, kwiaty i fontanny, Wystarczy jednak wyjść trochę poza centrum, aby dojrzeć pozostałości starego Astrachania, z drewnianymi domkami ledwo trzymającymi się kupy, podupadłymi domami kupców, które po „liftingu” z blachy i sidingu… tworzą hybrydę, która jest krótkotrwałym pomostem pomiędzy mizernym istnieniem, a nieuchronnym wyburzeniem.

Po powrocie do hotelu mamy informację, że Arek ma jeszcze 800km do pokonania, a czas na to jedynie do jutra rana… czekamy.

… coś o  kawiorze astrachańskim i nie tylko…

… żywe złoto!… on zawsze spełniał wszystkie wymogi idealnego obiektu pożądania… było go mało… kosztował krocie… i pochodził z kraju, którego wszyscy się bali… od 200 lat nic się nie zmieniło… aż trudno uwierzyć, że to tu poławia się kawior po pół miliona złotych za kilogram…. tu i tylko tu…. bo nigdzie indziej na świecie poza Morzem Kaspijskim nie ma bieługi… ryby, która daje najdroższą na świecie ikrę. A jak to się zaczęło?… od pokarmu dla pospólstwa, do uczty dla podniebienia dla wybranych… taką drogę przeszedł kawior w swojej długiej historii. Wszystko ginie gdzieś w mrokach historii, ale jedno jest pewne… na początku kawior nie uważany był za szczególny delikates. W Rosji żywili się nim biedni rybacy, którzy nie mogli sobie pozwolić na zmarnowanie niczego, co nadawało się do konsumpcji. Jednak już car Iwan IV poznał się na specjale… jesiotr, występujący tylko w rejonie Morza Kaspijskiego, oraz jego ikra za jego czasów stały się trwałym elementem jadłospisu na kremlowskich ucztach. Za panowania Piotra Wielkiego, centrum rybołówstwa ulokowano w Astrachaniu, położonym w delcie Wołgi, tuż przy jej ujściu do Morza Kaspijskiego, gdzie zresztą przetrwało do dziś. To właśnie Piotr Wielki wprowadził monopol państwowy na produkcję kawioru. W carskiej Rosji nie była to żadna nowość… produkcja większości towarów, uważanych za luksusowe, znajdowała się w rękach władzy. Coś, co jednak w Rosji stało się elementem jadłospisu, na Zachodzie długo nie potrafiło zyskać akceptacji. Choć czyniono próby, żeby zainteresować resztę Europy Rosyjskim specjałem. Podobno ambasador rosyjski, wybierając się do Ludwika XV, zabrał ze sobą szkatułkę wypełnioną żywym złotem. Niestety francuski król nie poznał się na wykwintności kawioru i jak podają źródła, zwrócił całą porcję, którą próbował. Prezent okazał się więc grubym nietaktem. Jednak już wnuk Ludwika XV, Ludwik XVI, był wielkim smakoszem kawioru. Mówi się, że kazał nawet założyć hodowlę jesiotra na wybrzeżu francuskim.

Jednak na swój moment kawior musiał poczekać aż do rewolucji październikowej i exodusu rosyjskiej arystokracji na Zachód. W Paryżu, gdzie znalazła się spora grupa emigrantów, kawioru oczywiście nie było. Jednak tęskniący za ojczyzną lub choćby jej namiastką szlachcice, stworzyli popyt na kawior. Realizacji ich zachcianki podjęli się ormiańscy bracia Petrosjan, którzy, widząc swoją szansę na intratny biznes, niechybnie zwrócili do władz radzieckich z prośbą o eksport. Kłopoty finansowe nowego państwa oraz zachęta w postaci żywej gotówki sprawiły, że Ormianie uzyskali całkowity monopol na sprowadzanie kawioru ze Związku Radzieckiego. Przebywający na uchodźstwie Rosjanie byli zachwyceni. Pozostawało jeszcze przekonać nieprzekonanych, a początki nie były łatwe, bo kiedy bracia Petrosjan w 1920r. przywieźli kawior na wystawę gastronomiczną w Paryżu, wokół ich stoiska trzeba było ustawić spluwaczki… ludzie krzywili się i pluli na potęgę tym darmowym paskudztwem… a jednak romans z zachodnimi nuworyszami powiódł się zgrabnie, a do tego niewątpliwa teza… że jedzenie kawioru jest modne i świadczy o statusie społecznym. Pracą organiczną bracia Petrosjan sprawili, że kawior wjechał na salony Europy i stał się stałym elementem rautów zblazowanych bogaczy.

Dzień 8 – niedziela – 23 lipca 2017r

Arek dotarł o trzeciej nad ranem, jesteśmy w komplecie. Dajemy mu nieco odpocząć i tuż po 10, ruszamy na trasę w kierunku granicy z Kazachstanem. Przekraczamy Wołgę, a następnie rzekę Buzan mostem pontonowym (opłata 135 rubli), jedziemy wzdłuż brzegów Morza Kaspijskiego na wschód. Wokół zielone równiny, rozlewiska, a na pastwiskach konie i krowy. W Karaoziek przekraczamy granicę do Kazachstanu. Jeszcze po rosyjskiej stronie, wykupiliśmy ubezpieczenie na ten kraj za 1600rubli, wymieniamy pieniądze 1$ USD = 32 KZT (tenge). Jedziemy dalej, po drodze rozlewiska i mało ciekawa krajobrazowo trasa. Po dotarciu do miasta Atyrau, nad rzeką Ural, oddzielającą Europę od Azji, urządzamy nocleg na dziko.

17-07-23-map

Dzień 9 – poniedziałek – 24 lipca 2107r

Ponieważ będziemy w Kazachstanie ponad pięć dni, musimy dokonać rejestracji na miejscowym posterunku policji z biurem dla imigrantów. Okazało się, że właśnie zmieniono jego siedzibę, co spowodowało iż rozległe miasto Atyrau, przemierzyliśmy wzdłuż i w szerz. Nasz wysiłek i tak poszedł na próżno, ponieważ w czasie trwania „Expo 2017”, którego organizatorem jest Kazachstan, zniesiono ten dolegliwy dla turystów obowiązek… no cóż… zmarnowaliśmy prawie dwie godziny. Wyjeżdżamy z miasta drogą A27, aby w miejscowości Dossor odbić na południe w kierunku miasta Kulsary. A w nim obiad, uzupełnienie zapasów i pożegnanie z asfaltem. Dzisiaj wjeżdżamy w step, gdzie przez kilka dni pozostaniemy bez kontaktu z cywilizacją. Naszym celem jest dotarcie od północy do brzegów tego… co pozostało po Morzu Aralskim. Totalna dzicz, równiny wyschniętego stepu i przeokropny wszędobylski kurz… no i wielbłądy. Aby dostać się do naszej kabiny mieszkalnej od tyłu, musimy zmieść kilogramy tego upierdliwego minerału, do złudzenia przypominającego talk o kolorze beżu… od teraz omiatanie auta z kurzu to będzie dyżurny zabieg obowiązujący kilka razy dziennie.

Przed zmrokiem urządzamy obozowisko, oczywiście na dziko, na pięknej zielonej łące, przy wielkiej rurze zasilającej ten skrawek wyschniętego terenu w wodę. Wokół spacerują konie i krowy.

17-07-24-map

Dzień 10 – wtorek – 25 lipiec 2017r

Od rana jedziemy przez step. Totalne odludzie. Przez cały dzień mozolnej jazdy w potwornym upale dochodzącym do 40Cº, walczymy z kurzem i ledwo co widocznymi śladami, które ktoś wytyczył na tym bezkresnym obszarze. Pod wieczór naszą stepową trasę przeciął nasyp torów kolejowych, niestety ma kilka metrów wysokości i jest bardzo stromy, a na nim nowe tory na betonowych wysokich podkładach. Jedziemy wzdłuż żelaznej drogi, aby natrafić na miejsce przekroczenia takiej wymagającej przeszkody. Docieramy do mostu, gdzie tory przebiegają nad okresowym przepustem wodnym, jednak jest za nisko i żaden z naszych pojazdów nie ma szans na przedostanie się na druga stronę. Jedziemy więc dalej i szukamy dogodnego miejsca. Po paru kilometrach znajdujemy takie, gdzie jest nieco niżej i mniej stromo. Maciek i ja przeskakujemy wierzchem przez nasyp, niestety po nieudanej próbie Jacek odpuścił, natomiast Arek utknął, zawisł na szynie drążkiem stabilizatora. Ogarnęła nas panika, bo cóż to będzie, kiedy nadjedzie pociąg? Szybka akcja ściągnięcia ciężkiego Nissana Patrola z torów, kończy się zerwaniem napędów w Toyocie Włodka. Dopiero desperackie szarpnięcie Maćka wyrywa Nissana Arka z pułapki, kończące się zerwaniem jednego z mocowań stabilizatora. Maciek rozwalił felgę i musi ją prostować, gdyż schodzi powietrze. Wynik… szkody i… tylko kilka chwil dzieliło od katastrofy w ruchu lądowym, kiedy już po wolnych torach przejechał ogromny skład napędzany dwoma lokomotywami. Robi się późno, a tu same straty i dalej część aut nie przebrnęła na drugą stronę torowiska. Jacek jedzie szukać dogodniejszego miejsca do przeprawy, reszta usuwa usterki i szacuje defekty. Arek pojedzie dalej bez stabilizatora, a Włodek będzie jechał tylko z tylnym napędem. Jacek, po kilku kilometrach, znalazł awaryjny peron usypany ze żwiru, gdzie po przewróceniu jednego z wielu słupków zabezpieczających, by nikt tędy nie przejeżdżał… po prowizorycznych naprawach wszyscy bezpiecznie przeprawili się na drugą stronę tego wysokiego nasypu.

Z opóźnieniem czasowym, schodzącym wzburzeniem i bezlitosnym kurzem, po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymujemy się na nocleg gdzieś na stepie.

17-07-25-map

Dzień 11 – środa – 26 lipiec 2017r

Od rana przedzieramy się dalej przez step, na wschód w kierunku Morza Aralskiego. Droga fatalna, dwa wyjeżdżone ślady tworzą tak wielkie koleiny, że co rusz zahaczamy podwoziem. Kurz włóczy się razem z nami, tworzy go pył z wyschniętego błota. Współczujemy Jackowi i Mirze, gdyż do ich Defendera, wdziera się on każdą szparką i do tego nie mają klimatyzacji, a gorąc nie do zniesienia 42ºC. W południe docieramy do pierwszej osady, która stanęła na naszej trasie, do Bozoy. Uzupełniamy zapasy żywności, wody i w dalszą drogę. Jadąc dalej szutrówką w kierunku Qulandy, przejeżdżamy nad brzegami głównego zbiornika Morza Aralskiego, zasilanego rzeką Amu-daria, który widzimy jedynie z oddali.

Po 60km jazdy, niestety mamy pierwszą poważną awarię, w Jacka Land Roverze urwało się mocowanie wahacza stabilizującego tylny most. Prowizorycznie z wielkim wysiłkiem mocujemy go do ramy kilkoma śrubami. Jacek jest zmuszony powrócić do Bozoy i zespawać mocowania. Resztą grupy podjeżdżamy jeszcze nieco na wschód i rozbijamy biwak na dzisiejszy wieczór, czekając na Jacka i Mirę. Maciek ma namiary na miejsce, gdzie ze stepu wypływa słodka woda. Docieramy tam z kilkoma piaskowymi przygodami, a na miejscu… wielka rura!… toteż możemy się nieco odkurzyć, obmyć i oprać.

Niestety Jacek i Mira nie dotarli do naszej bazy dzisiejszego dnia, co jest powodem naszego zatroskania takim obrotem sprawy. Albo usterka była zbyt trudna do usunięcia, albo pobłądził na dojeździe… albo jedno i drugie.

17-07-26-map

Dzień 12 – czwartek – 27 lipiec 2017r

Rano mamy wyjaśnienie, dlaczego Jacek i Mira nie dotarli na biwak. Krążąc po stepie, nie znaleźli właściwego zjazdu do miejsca biwakowego, a na dodatek zakopali się tak w piaskowej wydmie, że dopiero rano wyciągnęli ich z pułapki kierowcy ciężarówek. Ale to nie koniec przygód… efektem tegoż zakopania, stała się następna usterka Defendera, ukręciła się tylna półośka i zostali tylko z przednim napędem. W Konsekwencji zdarzeń, omijają nadaralskie tereny i jadą szutrową drogą prosto do Aralska, aby spróbować usunąć tę następną usterkę. My jedziemy stepem, a raczej dnem morza w kierunku jego brzegu, gdzie pozostało jeszcze tylko kilka statków rybackich… nie do końca pociętych na złom. Obowiązkowo zbiorowa fotka i dalej przez wyschnięte morskie dno. Na jednym z garbów, słyszę w naszej Toyocie niepokojący dźwięk, coś pękło. Zaglądamy, zdaje się jakby wszystko było poprawnie. Jedziemy dalej, ale nie jest prawidłowo, gdyż słychać jakieś skrzypienie i ocieranie. Po dojeździe do wody, na plażę jednego ze zbiorników pozostałych po morzu o nazwie „Tushebybas Schyg”, mam trochę czasu, aby zdiagnozować defekt. Jest! Urwało się dolne ucho przedniego, lewego amortyzatora, które łączy go z dolnym wahaczem. Do Aralska jeszcze 120km, będzie ciężko dojechać, a tylko tam mamy możliwość naprawy, czyli przyspawania mocowania (tuleja metalowo-gumowa). Jedziemy dalej wzdłuż klifu, który dawniej zalany wodą, wskazuje jak wysoko ona kiedyś sięgała. Docieramy do następnego zbiornika wodnego pozostałego po morzu o nazwie „Shevchenko Schyg”, najbardziej wysuniętego na północ i zasilanego wodami rzeki Syr-daria. Podobno… od kilku lat zahamowano spadek wody i powoli będzie się napełniać basen morza, czyli ktoś oświecony zaczyna naprawiać niegdysiejszy radziecki program zapoczątkowany w latach 30-tych XX wieku, który zakładał wykorzystanie dwóch dopływów tego akwenu, Amu-darii na południu oraz Syr-darii na północy do irygacji pól bawełnianych i ryżowych. W czasach świetności ze względu na swoje ogromne rozmiary… 428 km długości i 234 km szerokości, przy maksymalnej głębokości 69 metrów… jezioro przez miejscowych nazywane było „Morzem Aralskim”… ale czy uda się naprawiać największą katastrofę ekologiczną tego obszaru… kiedy z morza zrobiono kałużę?

Z duszą na ramieniu walczymy z terenem i awarią. Przód naszego auta wisi tak nisko, że nie sposób pokonywać trudności terenu, a w szczególności wystające zwały ziemi pomiędzy głębokimi koleinami. Mozolnie, po kilku godzinach walki, docieramy pod wieczór do Aralska. Jacek przesłał namiary na warsztat, gdzie kończy naprawę, więc jedziemy tam i my, aby usunąć naszą usterkę. Jest dobrze, mają stary amortyzator i przespawają mocowanie. Dostajemy również informację, że dalej na trasie w Szymkent jest serwis Toyoty i na pewno kupimy tam nowy amortyzator. Płacimy 15tysięcy tenge (ok.180zł) i jedziemy do „Ai-Zułgys Hotel”, w którym to Maciek załatwił pokoje (5tys tenge za pok. 2os. bez klimy, śniadania, a w naszym przypadku… bez światła).

17-07-27-map

Dzień 13 – piątek – 28 lipca 2017r

Rano żegnamy się z Włodkiem i Zbyszkiem, pozostają w Aralsku, aby usunąć awarię przedniego napędu w ich Toyocie Land Cruiser. I tak mieli się od nas odłączyć w Kirgistanie, gdyż ich celem nadrzędnym jest Bajkał. Życzymy sobie nawzajem może nie szerokiej, ale poprawnej drogi i ruszamy na trasę w kierunku Kirgistanu. Jadąc główną drogą o nr M32 na południowy-wschód, po 270km docieramy do miejscowości Bajkonur. Nie ma mowy o zwiedzaniu kosmodromu, możemy jedynie zrobić sobie zdjęcie przy wjeździe, a w kazachskiej części miasta (rosyjskie zamknięte), zrobić zakupy i coś zjeść . Tu nie jest tak jak w Kourou (Gujana Francuska), czy Canaveral (Floryda), gdzie wszystko udostępnione jest do zwiedzania i gdzie bez trudu odwiedziliśmy te niezwykle ciekawe miejsca wystrzeliwania rakiet w kosmos. Otrzymaliśmy jedynie informację iż właśnie dzisiaj o 21.30 wystartuje rakieta, której lot mamy nadzieję, będzie widoczny z odległości kilkuset km. Dalsza jazda niezmiernie monotonna i nużąca… step, step, step, a wokół… konie, wielbłądy, kozy, krowy. Co jakiś czas małe, zapyziałe wioski zagubione na końcu świata, trwają siłą zaradności i woli mieszkańców. Jeszcze przed zmrokiem docieramy do miejscowości Zanakorfan i zjeżdżamy nad rzekę Syr-daria, aby rozbić obóz na dzisiejszą noc. Znajdujemy wspaniałe miejsce na samym brzegu i wreszcie czas na relaks i małe co nieco w procentach. Punktualnie o wyznaczonej porze startu, oglądamy wspaniały spektakl ze startu rakiety, chociaż jesteśmy ponad 300km od Bajkonuru, to widok jak na dłoni. Po kolei odłączają się kolejne człony rakiety, a para wodna pozostająca po spaleniu, tworzy niesamowite obrazy na bezchmurnym zapadającym w zmierzch niebie.

17-07-28-map

Dzień 14 – sobota – 29 lipca 2017r

Wyjeżdżamy z obozowiska z życzeniem, aby wszystkie następne były tak atrakcyjne. Przy trasie przed miejscowością Turkistan, zwiedzamy ruiny niegdyś wielkiego miasta za murami „Gorodiszcze Sauran”, które rozkwitało na przestrzeni od XIII do XVIII w., a w samym mieście podjeżdżamy pod „Mausoleum Of Khoja Ahmed Yasawi”. Obiekt wpisany na światową listę UNESCO, wstęp 500tenge od os. (6zł). Mauzoleum zostało zbudowane z rozkazu Timura, niegdysiejszego władcy Azji Centralnej w latach 1389-1405, jako nowe miejsce dla zmarłego w 1166 roku, sufickiego mistyka i poety Ahmeda Hodży Jesewi, które od tamtej pory jest oficjalnym miejscem kultu. Mauzoleum jest wybitnym osiągnięciem w architekturze Timurid, która znacząco przyczyniła się do rozwoju muzułmańskiej architektury religijnej. Całość obchodzimy w godzinę i jedziemy dalej do Szymkent, do serwisu Toyoty, wymienić uszkodzony amortyzator. Zapytanie o dostępność i… rozczarowanie, gdyż odpowiedź brzmi… nie ma. Będą dzwonić za alternatywnymi, niefabrycznymi po innych magazynach, tego ponad milionowego miasta. Jednak już po kilku minutach sytuacja zmienia swój bieg i idzie do nas pracownik z oryginalnym, nowiutkim amortyzatorem w rękach. Szukał z rocznika naszego auta, a ten jest nieco młodszy oczywiście o tym samym numerze katalogowym. Nawet cena zupełnie przystępna ok 110$ USD za sztukę. Zaskakuje nas bardzo niska cena wymiany, tylko 30 $USD. Maciek z Arkiem jadą w tym czasie zrobić wymianę oleju w swoich Patrolach, ja kibicuję w wymianie amortyzatorów, która trawa niespełna dwie godziny. Wszystkie auta doprowadzone do porządku, ruszamy dalej na wchód w kierunku Taraz, aby w okolicy tego miasta przekroczyć granicę z Kirgistanem.

Docieramy tam już o zmroku, przejście całkowicie puste, tak więc po godzinie jesteśmy po drugiej stronie. W stosownej budce wymieniamy pieniądze – 100$USD = 6700 KGS (som) – 100somów =5,50zł i jedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów od granicy nad „Talas Kanal”, gdzie rozbijamy dzisiejsze obozowisko przy rzece. Dziś na stacji paliw, na której wszyscy tankowaliśmy, pracownik nalewający paliwo zapytał nas: co wy robicie?… odpowiadamy: podróżujemy, a on na to: aaaa… to wy cyrk!… i to by było na tyle…

17-07-29-map

Dzień 15 – niedziela – 30 lipca 2017r

Po opuszczeniu bazy noclegowej, wspinamy się na sąsiadującą tamę i podziwiamy tam, niczym na Mount Rushmore (głowy prezydentów), wyrzeźbioną w skalnym zboczu głowę Lenina. Oglądaczy było więcej, a sympatyczni Kirgizi obdarowali nas tradycyjnym chlebkiem (borsok) i owocami, nie tolerując odmowy wzniesienia toastu miejscowym trunkiem. Dalej pniemy się w góry i pokonujemy przełęcz „Otmok Pass” 3326m n.p.m. Podziwiamy piękne krajobrazy i niezliczoną ilość jurt, gdzie miejscowi pasterze w okresie letnim wypasają swoje zwierzęta w większości konie.

Za przełęczą dojeżdżamy do trasy M41 jadąc na wschód poprzez szeroką, zieloną dolinę, rozpostartą pomiędzy pasmami gór Tien-Szan (niebiańskie góry). Po pokonaniu 50km w tym cudownym krajobrazie, zbaczamy na południe drogą A367, w stronę jeziora Song-Kol. Choć z mapy wnikałoby, że to droga główna, ma nawierzchnię szutrową. Po pokonaniu następnych 90km w okolicy miejscowości Bayzak natrafiamy na nie lada gratkę. W ten niedzielny dzień, miejscowa społeczność wyznaczyła sobie święto, urządzając narodowe zawody jeździeckie. Sporo turystów w ten dzień, przywiozły w to miejsce busiki „Inturistu”. Napotkaliśmy nawet na dwie osoby z Polski.

Z wielkim zainteresowaniem przyglądaliśmy się zmaganiom zapaśników na koniach, pogonią za kobietą by ją pocałować, za workiem robiącym za owieczkę, za mężczyzną by uderzyć go palką (ręczne skręcany skórzany pęjczyk) w plecy i wiele innych konkurencji. W jednej z dyscyplin, podczas zmagań i wywrotki konia wraz z jeźdźcem (pięknie ubraną kobietą), ten pierwszy doznał złamania nogi, co było przykrym zdarzeniem tej imprezy. Oglądałoby się jeszcze, ale czas jechać. W miejscowości Kyzart zjeżdżamy z głównego szlaku i polnymi duktami kierujemy się w stronę jeziora Sung-Kol. Dróżka staje się być coraz bardziej stroma. Na jednym z podjazdów Defender Jacka nie daje rady i nadwyrężona półośka tylnego mostu powtórnie zostaje uszkodzona na połączeniu wielowypustowym, tym razem definitywnie odmawia posługi. Sytuacja jest krytyczna, musimy przeciągnąć auto poprzez przełęcz i to w bardzo trudnym terenie, a jest coraz ciemniej. Z wielkimi perypetiami, tworząc karawanę wyciągnęliśmy auto na przełęcz „Asylbek Tologonow” 3400m n.p.m. Cała ta ekstremalna przeprawa, zajęła nam tak dużo czasu, że u celu byliśmy już po zmroku. A tam… ni stąd, ni zowąd, pojawili się dwaj kirgiscy pasterze wypasający konie i tak zaczęła się zabawa w… wodka, wodka, wodka… pasterze zapragnęli bardzo spróbować naszej wódki i tak nas cisnęli, że Mira polała im do kubków wysokoprocentowej nalewki. Ponieważ chłopcy (mieli po 25 lat) zasmakowali trunku, wsiedli na konie i dalej do nas, po kolei… i znów podali hasło… ciut, ciut wodka, ale stała się rzecz dziwna, bo nim cokolwiek im zaproponowaliśmy… oni spadli z koni… po wskrzeszeniu… znów to samo, ale dostali tylko piwo… pijąc kumys lub słabe napitki, spirytualizacją mogą sobie zaszkodzić, ale było już za późno… tak ich rozbolały brzuchy, że jeszcze chwilę się pomęczyli i zasnęli tuż obok naszych aut.

A my?… jak już wiemy z doświadczenia, spanie na wysokościach znosi się różnie, najczęściej źle. Choć, to dobrze, że postanowiliśmy pozostać na biwak na przełęczy, by do jeziora zjechać już za jasności jutrzejszego poranka, na dziś dość burzliwych chwil.

17-07-30-map

Dzień 16 – poniedziałek – 31 lipca 2107r

Spanie na przełęczy ma jednak i pozytywne skutki, widok z tego miejsca jest spektakularny, z jednej strony na głęboką dolinę, z której to wczoraj przybyliśmy, a z drugiej, na lśniącą w oddali toń jeziora Song-Kol, do złudzenia przypominającą bajkalskie klimaty. Zjeżdżamy w dól do jego brzegów i dalej podążamy jego północną stroną na wschód. Wytyczona droga polna jest teraz bardzo przyjemna i równa, przecina przyległe do jeziora zielone pastwiska i łąki, a wysokość na której się znajdujemy to 3020m n.p.m. Środek lata, pasterze ustawili swoje jurty, wokół konie, krowy, barany i kozy. W jurtowej wiosce zauważamy grupkę turystów, z pewnością można tu wynająć lokum i wypożyczyć konie. Opuszczamy brzegi tego pięknego akwenu i po pokonaniu małej przełęczy, kierujemy się do głównego szlaku, który po zjeździe z gór prowadzi do miasta Naryn.

Pierwszy fragment zjazdu po szutrowej drodze, to niezliczona ilość serpentyn symetrycznie ułożonych na stromym zboczu. Panoramiczne krajobrazy i wielokolorowe góry, tworzą przepiękne tło do podziwianych widoków. Po dojeździe do miasta Naryn uzupełniamy zapasy, tankujemy do oporu taniego paliwa i ruszamy do granicy z Chinami. Po wyjeździe z miasta wspinamy się na przełęcz Ak-Beyit Pass 3282m n.p.m., gdzie tuż po jej przekroczeniu znajduje się „Check Point”, zamkniętego terenu przygranicznego. Sprawdzenie dokumentów, wiz i ruszamy dalej w kierunku granicy oddalonej o 60km. Po wjeździe na następną przełęcz Tuzbel Pass 3568m.n.p.m. wkroczyliśmy na następny płaskowyż i tam nad jeziorem Chatyr Kol, 14km przed granicą urządzamy obozowisko. Z przekroczeniem granicy musimy nieco poczekać, gdyż mamy na niej być dopiero jutro, gdzie przejmą nas chińscy przewodnicy. Jest woda, trochę czasu, więc doprowadzamy sprzęty do błysku, nie zapominając o kilku toastach. Nie można za wiele, bo wysokość spora… 3600m.n.p.m. Jutro opuszczamy krainę kumysem płynącą, gdzie góry, pasterze, jurty, konie, kurut, lagman, baranina i efektowne pejzaże.

17-07-31-map

NASTĘPNA >>>>