49-Libia>Tunezja>Algieria
Przejazd poprzez te kraje próbowałem zorganizować po raz pierwszy w 2009r, kiedy planowałem motocyklowy objazd Morza Śródziemnego… niestety w owym czasie skutecznie przeszkodziła mi w tych planach wojna w Syrii i skończyło się wtedy jedynie na miesięcznym, szczegółowym objeździe Maroka… po dwóch latach libijski przewrót całkowicie to uniemożliwił. Później w natłoku naszych długich podróży po świecie, też nie znajdował odpowiedniego czasu na realizację.
Powrót do pomysłu powrócił w 2019r gdzie mocno pracowaliśmy nad uzyskaniem algierskiej wizy… pomimo zapewnień konsula Algierii w Warszawie, z poziomu indywidualnego turysty, bez poparcia algierskiego biura podróży stało się to niewykonalne… Oczywiście Libia od razu została w tym planie pominięta ze względu na bardzo niestabilną sytuację w tym kraju i jeszcze długo musieliśmy czekać aby w ogóle pomyśleć o wjeździe własnym autem do tego państwa. Wtedy pozostała więc Tunezja do której na wjazd do 90dni, od obywateli polskich nie wymagana jest wiza… relacja (KLIKNIJ TUTAJ)
Nadszedł czas aby wreszcie zrealizować te podróż, jednak aby do tego doszło musieliśmy jednak skorzystać z pomocy kolegów prowadzących off-roadowe wyprawy do tych krajów… Libia: Michał Synowiec – Globtroter 4×4 i Algieria: Miłosz Kaleciński – Przygody 4×4
Tak zazębiliśmy te dwie wyprawy, aby mieć jeszcze czas na tygodniowy rekonesans po Tunezji… warto sobie odświeżyć spojrzenie na ten kraj po sześciu latach…
Takim to sposobem ruszamy na trasę 28października 2025r., wracamy do kraju 20grudnia 2025r., tuż przed świętami… jest prawdopodobna również wersja, że gdzieś pozostaniemy na trasie i spędzimy czas aż do Nowego Roku 2026…?
Ponieważ mamy sporo czasu aby dotrzeć do Genui na pierwszego listopada (prom do Tunisu), postanowiliśmy po drodze zagadnąć na Słowenię, którą to zawsze lubimy odwiedzać i zawsze znajdziemy jeszcze coś ciekawego, co warto zobaczyć i polecić do zwiedzenia…
26.10.2025 niedziela – Chałupa na Górce > Słowacja > Wegry > Balatonfüred, Węgry – 420km
Przejazd krajobrazowymi drogami przez Słowację, nie wykupujemy autostradowej winiety, gdyż jedziemy tylko bocznymi drogami… dalej przez Węgry podobnie…
Trasa bez większej historii… nie będziemy się ciągle powtarzali co sądzimy o tych krajach, jak Słowacja i Wegry… zatrzymały się w rozwoju pod koniec komunistycznych czasów… ludzie bez inwencji twórczej… albo nie zauważają dziadostwa wokół siebie, albo są totalnymi leniami, albo komuna wywarła na ich życiu takie piętno, że nie mają żadnej inwencji twórczej…
Na nocleg zajeżdżamy do historycznego obiektu noclegowego, położonego w samym sercu Półwyspu Tihany, nad Balatonem. Zachowały się tu w oryginalnym stanie budynki z XIXw., które były częścią dawnego dworu opackiego. Trzymano tu bydło, konie, woły i inne zwierzęta gospodarskie, mieściły się tu również kwatery służby opackiej, wozownia, mleczarnia Tihany i dworskie więzienie… świetnie zagospodarowane obiekty, stare stajnie pokryte strzechą, stanowią obecnie super kameralne miejsca do odpoczynku, noclegu i zaspokojenia doznań kulinarnych – polecamy: The Houses of History – anno 1830 https://www.thehousesofhistory.com/ Adres: 8237 Tihany, Major utca 61., Węgry Telefon: +36 20 299 2926 GPS: N 046° 54.703, E 17° 53.068 (240zł super kameralny pokój ze śniadaniem)
27.10.2025 poniedziałek - Balatonfüred > Ptuj > Lublana – 340km
Na trasie do stolicy Słowenii, Lublany odwiedzamy perełkę tego państwa, jakim jest historyczne miasto Ptuj… Swe powstanie w I wieku n.e. Ptuj zawdzięcza legionom rzymskim stacjonującym w warownym obozie nad rzeką Drawą, przy którym rozwinęła się cywilna osada na jej drugim brzegu. Dla wojsk rzymskich był to ważny punkt dla kontrolowania zachodniej Panonii, zwłaszcza po zagrożeniu ze strony plemion germańskich. Dzięki usytuowaniu przy szlaku handlowym osada szybko awansowała do roli ośrodka wojskowo-administracyjnego i handlowego na tym obszarze. Cesarz Trajan podniósł ją do rangi kolonii pod nazwą Colonia Ulpia Traiana Poetovio, która szczyt świetności osiągnęła za panowania Septymiusza Sewera. Dalszy rozwój miasta zniweczony został najazdem Hunów w 450 r., po których w kolejnych stuleciach nastąpiło zajęcie przez Awarów i Słowian. Nad miastem dominuje zamek biskupów salzburskich z przełomu XI/XII
W Lublanie jesteśmy na tyle późno, że po ostatniej zmianie czasu na zimowy, zastał nas już zmrok… zakwaterowanie mamy w samym centrum na ulicy usytuowanej pod wzgórzem zamkowym, tak, że po wyjściu z pensjonatu jesteśmy w samym sercu starego miasta… Villa pod Gradom Adres: 34 Gornji trg, 1000 Lublana, Słowenia, Tel: +386 70 594 926 GPS: N 046° 2.735, E 14° 30.538
Największe miasto Słowenii, ma zwartą zabudowę i położone jest nad rzeką Ljubljanicą. Cały wieczór włóczymy się po jego zakamarkach…
28.10.2025 wtorek – Lublana > Jaskinie Szkocjańskie > Idrija – 170km
Rakiem postanowiliśmy odbyć jeszcze jeden spacer po Lublanie, już w blasku słońca… wyjechaliśmy również kolejką zębatą pod zamek dominujący na wzgórzu nad miastem z którego rozciągają się panoramiczne widoki sięgające Alp…
Później przejechaliśmy w okolice miejscowości Dolnje Leżece aby zwiedzić Skocjanke Jaskinie… w Postojnej byliśmy, ja nawet już kilka razy, tych nie znamy…
Jaskinie charakteryzują się dużą wysokością komór i korytarzy… sumaryczna długość jaskiń wynosi ok. 6 km. Płynie przez nie dużą podziemną rzeką o nazwie Reka. Wypływa ona spod szczytu góry Sneżnik i wpływa do jaskini wąwozem pod wioską Śkocjan. Po przepłynięciu przez całą długość ciągu głównego wpływa do jeziora Mrtvo, gdzie zaczyna się nieznana część jej podziemnego biegu mająca blisko 40 km długości. Rzeka Reka ponownie wypływa na powierzchnię przy brzegu morza w miejscowości Timavo i po paru kilometrach wpada do Adriatyku…
W roku 1986 Jaskinie Szkocjańskie zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.
Wrażenia ze zwiedzania jaskiń są spektakularne, niezapomniane wrażeniem robią potężne, podziemne kaniony, przez które przepływa rzeka Reka. Potężny kanion wyżłobiony przez nią, to główna atrakcja… jego ściany mają do 140 metrów wysokości… my wyróżniamy bogactwo form nacieków… stalagmitów i stalaktytów, zawieszone nad przepaściami mosty, mroczną atmosferę i przestrzenną otchłań oraz fakt, że są one mniej zatłoczone i bardziej dziewicze niż jaskinia Postojna.
Nocujemy w zarezerwowany na bookingu Apartment Sever adres: 5280 Idrija, Mokraška Vas 15 (66€)
29.10.2025 środa – Idrija > Bled > Stara Fuzina – 120km
Na dzisiejszy poranek zarezerwowaliśmy sobie zwiedzenie zabytkowej kopalni rtęci w Idriji…
Ten historyczny obiekt będący częścią dziedzictwa rtęci w Almadén i Idriji wpisany został w 2012 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po odkryciu w tym rejonie rtęci w 1490 roku, kopalnia przez wieki była drugim co do wielkości ośrodkiem wydobywczym tego metalu na świecie, z głównym minerałem – cynobrem. Działalność wydobywczą i hutniczą zakończono dopiero w 1995 roku… dziś teren kopalni udostępniony jest turystom do zwiedzania, wraz z zabytkami takimi jak szyb św. Antoniego czy szyb Franciszka.
Kontynuacją zwiedzania kopalni było zwiedzenie wystawy „Pięć wieków kopalni rtęci i miasta Idrija”, ulokowanej w odnowionym kompleksie zamkowym Gewerkenegg… zamek został zbudowany w pierwszej połowie XVI wieku, najpierw był siedzibą właścicieli kopani, później należał do Cesarstwa Austro-Węgier… Europejskie Forum Muzeów przyznało muzeum w 1997 roku Nagrodę Fundacji Luigiego Michelettiego dla najlepszego europejskiego muzeum dziedzictwa przemysłowego i technicznego.
W ramach miejscowego muzeum mieści się tu również niezwykła wystawa koronkarstwa… to tradycja słoweńskiego rękodzieła, znana jako koronka idrijska, która rozwijana jest od pokoleń przez miejscowe kobiety… niebywała technika polegająca na „plątaniu nitek”…
Na nocleg zajechaliśmy nad Jezioro Bocheńskie w okolicy Bocheńskiej Bystricy – Rooms Pekovec Bohinj Adres: Stara Fužina 145, Stara Fuzina, 4265 Bohinj, Słowenia, Tel: +386 41 908 014 Współrzędne GPS: N 046° 17.307, E 13° 53.782 (56€)
30.10.2025 czwartek – Stara Fuzina > Bled > Kranska Gora > Tarvisio > (SS54) Sella Nevea > Tolmezzo > Lozzo di Cadore > Santa Croce del Lago – 260km
Dzisiejszy dzień potraktowaliśmy relaksowo… pogoda nie rozpieszcza… choć dość ciepło to posępnie, ponuro i mokro… opuszczamy Alpy Julijskie i piękną, krajobrazową drogą przez Bled, Kranjską Gorę podążamy w kieunku granicy włoskiej w Tarvisio… zahaczamy jeszcze włoską część Alp Julijskich z przełęczą Sella Nevea (1150m n.p.m) i kierujemy się w stronę Dolomitów i przełęczy Passo Mauria (1310m n.p.m)… kolory jesieni nie do podrobienia…
Nocleg: B&B Villa al Lago Adres: Frazione Santa Croce del Lago, 32016 Farra dʼAlpago, Włochy Tel: +39 338 523 0255 GPS: N 046° 5.536, E 12° 19.808 (67€ ze śniadaniem)
31.10.2025 piątek – Santa Croce de Lago > Werona > San Colombano al Lambro – 310km
Dzisiejszy przejazd w smutnej pogodzie to typowy dojazd w pobliże Genuii… jedziemy zwykłymi drogami pokonując tysiące rond… monotonna i nieciekawa część Włoch…
Nocleg: Bed & Breakfast Sforza 19 Adres: Via Pasino Sforza 19, 20078 San Colombano al Lambro, Włochy Tel: +39 338 345 1601 GPS: N 045° 10.916, E 09° 29.429
Tu spotykamy się z Andrzejem i Jolą, którzy wraz z nami będą podróżować po Libii, Tunezji i Algierii… jadą również Toyotą Hilux z założoną kabiną mieszkalną AluCab…
W zeszłym roku mieliśmy razem przemierzyć sporą część Ameryki Południowe, jednak z powodu wielkiej obsuwki transportowej ich auta (miesiąc), podróż po tej części świata musieliśmy odbyć oddzielnie…
01.11.2025 sobota - San Colombano al Lambro > Genua – 150km
Prom wypływa z Genui o godzinie 17.00. Znaczy to, ze musimy spotkać się wszyscy w porcie przy wjeździe na prom o godzinie 14:00. Jak wcześniej informowałem pierwszą część naszej wyprawy do Libii odbędziemy z Michałem Synowcem (Zetor), który prowadzi biuro podróżny Globtroter 4×4… oprócz nas i Andrzeja z Jolą jadą jeszcze trzy auta; Michał z synem i tłumaczką Agatą (nowy Defender 110), Bogdan z Andżeliką (nowy Defender 110), Bogdan (Mercedes-Benz G 350 V6 diesel – Gelenda)…
02.11.2025 niedziela - jako, że prom przypływa o 18.00, a odprawa na lądzie zajmuje nam ok ponad godzinę, pierwszy nocleg w Tunisie spędzamy w hotelu Acquaviva Gammarath 10km od przystani promowej… przy okazji w porcie wymieniamy kasę (100€ = 335dinarów tunezyjskich, 1 TND = 1,28 PLN)… litr oleju napędowego 1,98TND = 2,54PLN
03.11.2025 poniedziałek – Tunis > Ramada, Tunezja - 700km
Cały dzień spędzimy na dojeździe pod granicę z Libią. Od Tunisu do An Naffatiyah jedziemy prawie 600km autostradą. Nocujemy na pustyni koło miejscowości Ramada niedaleko granicy z Libią.
04.11.2025 wtorek – przekraczamy granicę pomiędzy Dehiba (Tunezja), a Wazzan (Libia) > Nalut > 100kn za Nalut - 140km
Tu przejmują nas przewodnicy z libijskiej firmy turystycznej „Murcia Travel”, dokonują odprawy i załatwiają libijskie tablice rejestracyjne… po dwóch godzinach jesteśmy odprawieni i jedziemy do miejscowości Nalut, gdzie się tankujemy (olej napędowy w przeliczeniu 0,03 zł) i wymieniamy pieniądze u konika (1€ = 7 dinarów libijskich, 1 LYD = 0,63 PLN), który przyjechał na stację benzynową. Dalej jedziemy w kierunku Ghadamesu. O 17:30 zapada zmrok, śpimy gdzieś na pustyni około 100km za Nalut
Ze strony libijskiej firmy „Murcia Travel” jadą z nami trzy auta z obsługą i policją, z czego jedno, toyota Tundra robi za cysternę wioząc w beczkach olej napędowy dla naszych pięciu aut i benzynę dla aut nas obsługujących, ponad 1000l w pięciu beczkach…
Teraz możemy już nieco przybliżyć to co planujemy zobaczyć w Libii… przede wszystkim jedzie się tu aby poczuć prawdziwą Saharę, gdzieś bardzo daleko w głębi pustyni…. Jest to prawdziwa wyprawa na której zmierzymy się z wydmami, kamienistą hamadą, odległościami, słońcem, pustynnym wiatrem. na której spotkamy Touaregów i Berberów…
Trasa i rejon w jakim będziemy się poruszać to południowa i zachodnia część Libii. Jest to obszar wolny i bezpieczny, pozostający pod opieką i ochroną Touaregów. Są to tereny plemienne (touareskie), a my będziemy gośćmi lokalnych klanów więc dla każdego, komu nieobca jest wiedza o zwyczajach, honorze i prawach, jakimi rządzi się pustynia (nawet współcześnie), wiadome jest, że będziemy bezpieczni. Zobaczymy po drodze wulkan Wawan Namus, wąwozy Akakusu, jeziorka i wydmy Ubari oraz starożytne miasta; Gadames, Nalut i Leptis Magna…. razem trasa liczy prawie 5000km
05.11.2025 środa – 100km za Nalut > Daraj > Gharyat > Shwaynt – 40km za Shwaynt nocleg na pustyni – 620km
Nieco został zmieniony plan naszego przejazdu po Libii, otwarła się w obecnie możliwość przejazdu pod wulkan Wawan Namus… „Murcia Travel” dostało „permit” na przejazd, będziemy pierwszymi, którzy tam dotrą po wojnie libijskiej… łączy się to jednak z tym, że musimy na razie odpuścić zwiedzanie Gadames (UNESCO) i jedziemy najpierw w stronę wulkanu, gdyż mamy do pokonania, co najmniej dodatkowe 600km przez pustynię…
06.11.2025 czwartek - 40km za Shwaynt > Soknah > droga na południe Libii > po 200km definitywne kończy się asfalt > kolejne 100km pokonujemy pustynną hamadę i na przełaj jedziemy w stronę masywu Al Hatuj Al Aswad. Bazę zakładamy w otoczeniu wydm – 470km
Cały dzisiejszy dzisiejszy dzień to pokonywanie równinnych, bezkresnych równin środkowej Libii… jedyne przerwy i chwila relaksu to pora lanczu i wypoczynek po zakończonej jeździe… trzeba zaznaczyć, że tu, o tej porze roku o 17:30 robi się już ciemno, a o 18:00 jest już pełny zmrok… czasu na relaks i odpoczynek jest sporo, jednak trudy podróży powodują, że już po 10:00, zrelaksowani przemyconym alkoholem (w Libii jest pełna prohibicja) idziemy spać… pobudka już o siódmej, gdyż trzeba wykorzystać w pełni porę jasnego dnia…
07.11.2025 piątek - od rana jedziemy wzdłuż masywu Al Hatuj Al Aswad > pózniej wjeżdżamy w pustynną hamadę – jej kolor staje się coraz ciemniejszy… na około 70km przed wulkanem Wawan Namus zakładamy kolejną, pustynną bazę… jazda po hamadzie wymaga spuszczenia nieco powietrza z kół tak do ok.1,8at., jej powierzchnia jest nieco miękka, mniej stabilna i daje duży opór w jeździe… dzisiejszy dystans to 270km
Wulkan Waw an Namus położony jest w południowo-środkowej części Sahary w Libii, znany z ciemnego, bazaltowego krateru. Kaldera o średnicy około 3 km ma głębokość 100 m i zawiera trzy słone jeziora otoczone palmami i roślinnością, stąd nazwa oznaczająca po arabsku „Krater Komarów” (w niektórych źródłach: „Oaza Komarów”).
Rzadko kto dociera w to miejsce, gdyż pogrążona w nieustannych konfliktach Libia nie należy do krajów bezpiecznych do podróżowania. My mamy sposobność odwiedzić to miejsce jako jedni z pierwszych europejskich turystów, którzy dotarli tu po libijskiej wojnie domowej
08.11.2025 sobota – na 50 km przed wulkanem Wawan Namus zaczyna się hamada żużlowo-piskowa, a sama kaldera i jej wnętrze, to już totalna piaskownica… w dole znajdują się dwa spore jeziorka, które można objechać po sypkim, grząskim piachu… krajobrazy tego miejsca można porównać z prawdziwie nieziemskimi, ale to oddają najlepiej ujęcia zdjęciowe… czarny popiół bazaltowy tworzy wielki pierścień rozciągający się na ponad dwadzieścia kilometrów wokół kaldery, tworząc melanżowy wzór, wyraźnie kontrastujący kolorystycznie ze znacznie jaśniejszym piaskiem pustynnym. Kontrast ten można zauważyć na zdjęciach z kosmosu. Waw an Namus jest częścią Sahary, jednej z największych i najsuchszych pustyń świata, choć w przeszłości niektóre jej części były bardziej wilgotne. W niektórych częściach Sahary deszcz padał tylko kilka razy w ciągu całego stulecia…
Tu mamy pierwszą zagrzebankę, dopiero spuszczenie powietrza do 0,9at., pozwoliło na dalszą jazdę… 150KM naszego Hiluxa, reduktor i dwójka, to jedyna rada na taki teren… wyjazd z wulkanu stromym, piaszczystym zboczem na brzeg kaldery był pierwszym poważnym wyzwaniem, ale i z tym nasza Toyota poradził sobie dzielnie…
po lanczu spędzonym we wnętrzu wulkanu Wawan Namus, jedziemy piaszczystą hamadą do Waw al Kabir (miejsce skrzyżowania pustynnych szlaków), gdzie zakładamy bazę noclegową – dzisiejszy dystans to 230km
[Nie odnaleziono galerii]
Tu wypada nieco wspomnieć technicznej stronie jazdy przez pustynię i wspomnieć, że jest to wyprawa więc mamy do pokonania określoną trasę która jest poprowadzona przez bezdroża, hamadę i wydmy. Często jest tak, że jak już wjedzie się na szlak to trzeba jechać dalej bo na wydmy podjeżdża się z reguły tylko z jednej strony i czasem nie ma odwrotu… nie ma możliwości nawrotki. Mamy ze sobą lokalnego przewodnika i nawigatora, który wybiera którędy mamy jechać i jak pokonywać konkretne wydmy. Prowadzi on grupę tak, aby było to bezpieczne i żeby każdy z uczestników mógł ją przejechać… nie należy się przejmować zbytnio, że ktoś zakopie się w piasku. To jest normalne, że na pustyni samochody czasami się zakopują i każdego uczestnika to czeka… choć to uciążliwość, to nie jest tragedia…. trzeba sobie radzić… od tego regulujemy ciśnienie w oponach, mamy trapy, liny, wyciągarki i pomoc innych, żeby w takiej sytuacji sobie radzić. Bardzo rzadko przydarzają się takie trudności jak długi czas wykopania auta lub przywracanie jego trakcji.
Nie boimy się niskich ciśnień w oponach. Nie jesteśmy wyznawcami doktryny manometrów i sztywnego trzymania się tego co ktoś kiedyś nam radził lub co fabryka opon mam napisała. Każde auto ma inną wagę, inaczej jest obciążone i wyważone, ma inny silnik i rozstaw osi. Do tego każdy producent opon używa innych mieszanek, opony mają inną konstrukcję, szerokość, wysokość i bieżnik, są twardsze lub bardziej miękki… to wszystko powoduje, że odpowiedni dobór ciśnienia do konkretnego auta w danym momencie i otoczeniu następuje tylko metodą prób i błędów. Jeden samochód dobrze jeździ po piasku przy ciśnieniu 1.2, inny przy 0.7, nasz Hilux najlepiej po piachu jedzie przy ciśnieniu 0,9… każde auto ma pewien punkt ciśnienia w oponach po przekroczeniu którego odczuwalnie widać, że „auto jeździ”… ważne jest aby opona była widocznie ugięta a ciśnienie było takie same na osi. Nie boimy się więc niskich ciśnień oraz tego, że zdejmie nam oponę z felgi…
09.11.2025 niedziela – Waw al Kabir > Tmassah – nocleg tuż za osadą w pobliskiej pustyni – 190km
Bardzo ciężki dzień jazdy po pustyni… piach, wyrypa, pustynna tarka lub jak określają to inni, garbiki… przy głębszym i bardziej sypkim piachu opory niesamowite, a spalanie roście do 40litrów na setkę… niestabilne podłoże wymaga stałej uwagi i napięcia czujności… po całym dniu jazdy czuć mocne zmęczenie… po pustynnych dotankowaniach z naszej „cysterny”, po prawie tysiącu km pustynnej jazdy po piachu, mamy wreszcie okazję w Tmassah zatankować auta na stacji paliw, dotarliśmy do osady i asfaltu…
10.11.2025 poniedziałek – Tmassah > Murzuq > Murzuq Sand Sea – 340km
Do południa po dopompowaniu powietrza do kół pokonujemy dystans dzielący Tmassah, a Murzuq. Każdy z nas ma wydajny i mocny kompresor na 12V ale czynność ta i tak trwa sporo czasu, gdy trzeba napompować cztery wielkie koła do 3at. Droga mimo że asfaltowa, to bardzo kiepskiej jakości, połamana nawierzchnia pełna dziur… wokół drogi jedno wielkie śmietnisko, wiele rozbitych i porzuconych aut, wrasta w pustynię… co kilkanaście kilometrów czek-pointy, nasz policjant z obsługi sprawnie otwiera przejazd, ma tu wielu znajomych, wita się z nimi jak z kumplami… na polach wokół drogi widać, że coś się uprawia, stoją systemy nawadniające, na drodze widzimy wielkie ciężarówki załadowane kostkami siana… Po dotarciu do Murzuq uzupełniamy zapasy, w tym nieco większym mieście mamy okazję zjeść nawet obiad – nieco twardawa baranina… widzimy tu również uchodźców z pobliskich państw szukających zatrudnienia, okazuje się, że Libia to bogaty kraj, niestety przez wojnę i korupcję kiepsko zarządzany…
Po obiedzie i dojeździe do Murzug wjeżdżamy w wieki ocean piachu, to Murzuq Sand Sea, trzecia pod względem wielkości piaszczysta pustynia świata… tu już solidnie spuszczamy powietrze do 0,9at. Przy takim ciśnieniu opony wyglądają jak „flaki”. Jednak tylko tak napompowane koła gwarantują w ogóle możliwość poruszania się naszym autami po sypkim piachu, gdzie wysokość wydm sięga kilkudziesięciu metrów. Dopiero teraz w pełni widzimy możliwości trakcyjne naszego Hiluxa… po 70km jazdy w piaszczystym otoczeniu pozostajemy na nocleg pomiędzy wydmami… jest jeszcze czas aby poćwiczyć, podjazdy i zjazdy z wydm…
Po wydmach jeździmy dynamicznie, wykorzystując moment obrotowy silnika, trzymając się śladu poprzednika. Ważne jest to aby przed zjazdem z wydmy upewnić się, że na dole nie ma już auta poprzednika i szlak jest wolny. Od tego mamy łączność radiową i nie boimy się z niej skorzystać… przy pokonywaniu wierzchołka wydmy zawsze zatrzymujemy auto w taki sposób aby można było z niej zjechać do dołu, nigdy nie zatrzymujemy auta przed lub na samym wierzchołku nawet gdy nie widzimy co jest za wydmą. Patrzymy co jest za nią dopiero w momencie gdy zatrzymamy auto w pozycji „maską w dół” ale jeszcze gdy tylne koła są przed wierzchołkiem. Z takiej pozycji samochodem bez problemu można będzie ruszyć w dół bo nie jest zakopany i cały czas ma trakcję… na wydmę najeżdża się zawsze z nawietrznej, a zjeżdża się po drugiej tronie z wielką uwagą aby wyczuć ten moment przeważenia, aby nie „fiknąć kozła”, albo przy nieprawidłowym (nieprostopadłym) najeździe nie zrobić „rolki”. Szczyt wydmy musimy pokonać prostopadle do przegięcia z prawie zerową prędkością, to ćwiczymy, uczymy się i jesteśmy pełni podziwu dla możliwości jazdy po piachu naszych aut… Michał zrobił nam solidne szkolenie, a my słuchamy mistrza… okazuje się, że spore doświadczenie czyni tę czynność na tyle do opanowania, że czujemy się dość pewnie…
11.11.2025 wtorek - Murzuq Sand Sea – przemieszczamy się po oceanie piachu… nasi przewodnicy libijscy przewodnicy mają spore doświadczenie w jeździe po wydmach, wybierają najlepsze wersje przejazdu, tak aby przemieszczać się najsprawniej pomiędzy wielkimi górami piachu… oczywiście bywa i tak, że po rozeznaniu szukamy innej trasy aby nie być gdzieś uwięzionym, jak to mówią „jak w lejku”… kilka razy zdarza się nam wielki i długi zjazd ze stromych wydm po zawietrznej… ale wszystko jest ok… nabywamy w tej jeździe sporo doświadczenia… w czasie lanczu na chwilę zjeżdżamy z wydm i podjeżdżamy pod ryty naskalne, petroglify Prehistoric Rock Art, wpisane na listę UNESCO. W odległych czasach musiały na tym terenie żyć wszystkie afrykańskie zwierzęta, gdyż są uwidocznione i wyryte wyraźnie na płaskich fragmentach skał…
Po południu wracamy na pustynie i poprzez piach i wydmy przemieszczamy się na wschód w stronę masywu Jabal Akakus… bazę noclegową zakładamy gdzie pośród morza piachu po przejechaniu dzisiejszego dnia 130km
12.11.2025 środa - Murzuq Sand Sea – dzisiaj cały dzień jazdy przez bezkresy pustyni Murzuq Sand Sea… to pustynne morze piasku o powierzchni około 58000 km² znajduje się w południowo-zachodniej Libii, stanowiąc część wielkiej Sahary, w regionie Fezzan, w pobliżu granic z Algierią i Nigrem, a nazwa pochodzi od oazy… niewielkiego miasta Murzuk, położonego na jego skraju i będącego jego stolicą…
Nawietrzne strony mas piasku wydają się gładsze i łagodniejsze jak te od strony zawietrznej. Wiatr przemieszcza ziarna piasku co powoduje, że wydmy cały czas przemieszczają się… piasek jest dodawany po stronie nawietrznej i zdmuchiwany po stronie zawietrznej… jak okiem sięgnąć tylko piach i wielkie wydmy…
Po lanczu jadąc już obrzeżem pustyni pokonujemy kamienną hamadę… jazda miejscami wymagająca gdyż kamienie często są sporej wielkości, musimy mocniej dopompować koła, przynajmniej na 1,5at. Pod wieczór wjeżdżamy w kolejny pas wydm, tym razem to Erg Tait… tu też pozostajemy na nocleg pomiędzy wydmami… dzisiejszy dystans to 150km
13.11.2025 czwartek – Rano przejeżdżamy w poprzek Erg Tait i wjeżdżamy w masyw Jabal Akakus, wpisany jako obszar krajobrazowy na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1985r… teraz przemieszczamy się piaszczystymi szlakami pomiędzy niesamowitymi i urokliwymi formacjami skalnymi, skalnymi łukami i ostańcami… księżycowe krajobrazy… pomięty nimi ulokowały się osady Tuaregów, gdzie na skąpych w roślinność terenach wypasają swe barany i kozy… mamy sposobność wjechać do takiej osady, a kobiety nawet wejść do szałasów… rewanżujemy się zabawkami dla dzieci i żywnością dla koczowników…
Tadrart Acacus to obszar pustynny w zachodniej Libii, w pobliżu granicy z Algierią, znany z niezwykłych formacji skalnych i bogatej sztuki naskalnej… region ten jest ceniony za historyczne petroglify i rysunki, które przedstawiają m.in. zwierzęta, ludzi i sceny z życia. Żadna pojedyncza kultura ani cywilizacja nie może przypisać sobie autorstwa tej stuki. Najprawdopodobniej była to tradycja kontynuowana wśród mieszkańców regionu, zapoczątkowana przez pierwszych mieszkańców tych gór. Kultury, które nastąpiły po tych pierwszych osadnikach – Tuaregowie i Garamantowie… zaadaptowały tę tradycję i stworzyły własne wizerunki. Krajobraz charakteryzuje się różnorodnością, od barwnych wydm po skaliste wzgórza, łuki, ostańce skalne o wymyślnych kształtach oraz malownicze wąwozy. Na przestrzeni 14 tysiącleci klimat regionu uległ drastycznym zmianom. Każda zmiana zmieniała krajobraz i zmuszała mieszkańców do adaptacji. Siły natury, które ukształtowały to miejsce, są widoczne w szczególnie górach. Zmiany społeczne, które nastąpiły później, są widoczne w przedstawieniach rytów naskalnych. Zarówno natura, jak i ludzie stworzyli niezwykłe miejsce, którego historię można czytać jak księgę.
Na nocleg wyznaczyliśmy sobie miejsce przy samym monumencie Akakus, łuku skalnym o wysokości kilkudziesięciu metrów, będącym wizualnym wizerunkiem pustyni libijskiej, często umieszczanym na folderach i nalepkach… dzisiejszy dystans to 100km
14.11.2025 piątek – Jabal Akakus – całe do południa przemierzamy krajobrazowe przestrzenie Jabal Akakus… po dotarciu do Al Uwaynat nieco uzupełniamy zapasy, oleju napędowego na stacji paliw brak, więc nasza cysterna podaje paliwo. Mieliśmy podjechać na nocleg pod ostańce skalne przy granicy z tunezją, jednak nasz policjant nie dostał zgody, więc pompujemy koła i jedziemy 50 km asfaltem w stronę Sebha i na pobliskiej hamadzie u podnóża wydm, zakładamy dzisiejsze obozowisko – dzisiejszy dystans 210km
15.11.2025 sobota - Al Uwaynat > Awban > Gema > Uban Lakes – 280km
Najpierw przejazd zrujnowanym asfaltem ponad 200km do Awban… tu w przydrożnym barze mamy sposobność zjeść lancz w postaci zawijanego naleśnika z kurczakiem (sharma), później jeszcze 20km na kemping w Gema… tu mamy okazję uzupełnić wodę i wziąć normalny prysznic oraz nieco się oporządzić… stąd też po spuszczeniu powietrza do 0,9at., ponownie wjeżdżamy w pustynne piachy Idehan of Ubari… w tym morzu piachu ulokowały się małe, słone jeziorka, Uban Lakes… jest to seria słonych jezior położonych w Morzu Piaskowym Ubari w regionie Fezzan w południowej Libii… do znanych jezior należą Gaberoun, Umm al-Maa i Mandara. Otoczone są przepięknymi wydmami i palmami. Są bardzo słone, co pozwala ludziom swobodnie dryfować. W niektórych jeziorach żyją unikalne stworzenia przypominające czerwone, miniaturowe krewetki.
Dzisiejszą bazę zakładamy w pobliżu jednego z nich, jednak nie za blisko brzegu, gdyż w jego pobliżu kąsają komary…
16.11.2025 niedziela – kolejnego dnia jedziemy wydmami od jeziorka do jeziorka… największe to Gabron Lakes – cały ten obszar usiany pustynnymi jeziorkami wpisany został na światowa listę UNESCO… piach w niektórych miejscach mocno grząski, czuć jak ciężko pokonuje się ten teren, auto błyskawicznie traci prędkość i mocno trzeba dawać gaz do dechy… po jednym z takich ciężkich odcinków widzimy, że Mercedes Bogdana ugrzązł w piaszczystej zaspie… próbujemy pomóc, ale rozrusznik przestał wystarczająco szybko kręcić, aby auto odpaliło…? objawy jakby przytarł się silnik… inne próby również nie przynoszą efektu, więc nie pozostało nic jak ściągnąć to auto z pustyni przynajmniej do asfaltu… dwa nowe Defendery 110 spinamy kinetykami, podpinamy Maercedesa na kolejną i w drogę… dwa Defendery to prawie 600KM… jak się ruszy, to karawana już jedzie… trudniejsze podjazdy wyznaczają najpierw nasi libijscy przewodnicy… mozolnie, o zmroku docieramy na bardziej płaskie, ale nadal piaszczyste tereny w pobliże miasta Sebha i z pomocą Libijczyków z „Murcia Travel”, Michał załatwia lawetę aby Mercedesa Bogdana dowieźć do Trypolisu…
Jeszcze tego wieczora próbujemy usprawnić ten samochód, jednak wszelkie zabiegi i sprawdzenia nie przynoszą skutku, silnik nie odpali… nawet zabiegi libijskich mechaników, którzy przyjechali z Sebcha, też nic nie pomogły… dzisiejszy dystans to 130km
17.11.2025 poniedziałek – wydmy w okolicy Sebha > Birak > Shwaynt > Gharyat > Mizdah > Gharyan > Tripoli – 810km
Dzisiejsza noc wręcz mroźna, tylko 4ºC… musimy jeszcze 70km dociągnąć Mercedesa do asfaltu, tam już czeka laweta… ten odcinek to jeden z trudniejszych przejazdów, gdyż piach bardzo grząski i mocno hamuje nasze auta… jedziemy cały czas na „gaz do dechy”, mocno w tyłek dostaje nasze autko… nawet na chwilę zaświeciła się kontrolka „check engine”, lecz po sprawdzeniu, że wszystko w porządku po chwili sama zgasła… cieszymy się wszyscy, że jesteśmy już na asfalcie… Boguś pakuje Mercedesa na lawetę, my pompujemy opony, może już ostatni raz w Libii i w drogę do Trypolisu…
Dalszy przejazd to mozolne i szybkie pokonanie autostradowej przestrzeni, ruch niewielki, droga dobra, po zmroku jesteśmy w stolicy Libii… nocleg mamy zarezerwowany w Hotelu Cleopatra, wysoki standard 375dinarów za pokój (236zł ze śniadaniem), należy się po trudach wyprawy nieco luxusu…
18.11.2025 wtorek – Trypolis > Leptis Magna > Trypolis – 200km
Dzisiaj mamy dzień bez używania własnych aut i szoferowania… jedziemy wynajętym busem, całą grupą do Leptis Magna, zwiedzać ruiny jednego z najokazalszych rzymskich miast, położonych w basenie Morza Śródziemnego. Wpisane na listę UNESCO, swój największy rozkwit przeżywało w IIIw. n.e.
Leptis Magna to jedne z najlepiej zachowanych ruin starożytnego miasta rzymskiego, usytuowane na libijskim wybrzeżu Morza Śródziemnego (Trypolitania), w sąsiedztwie Al Chums. Miasto, założone przez Fenicjan ok. 1000 lat p.n.e., wraz z dwiema pozostałymi koloniami (Oeą i Sabratą, tworzącymi Tripolis, czyli „trójmiasto”), zostało poddane zwierzchnictwu Kartaginy. Herodot nazywał Leptis Magna wschodnim bastionem Kartaginy. Z tamtejszego ruchliwego portu wyruszały karawany w głąb Afryki, skąd przywożono złoto, kość słoniową i czarnych niewolników. Po drugiej wojnie punickiej, w której Rzym pokonał Kartaginę, Leptis pozostała w granicach tego państwa.
Po powrocie zwiedzamy medynę i wielkie place w Trypolisie, a dzień kończymy wystawną kolacją, na którą zaprosili nas do tureckiej restauracji właściciele biura turystycznego „Murcia Travel”.
19.11.2025 środa – Trypolis > Nalut > Ghadames – 610km
Rankiem żegnamy się z z pozostałymi uczestnikami wyprawy do Libii i eskortowani przez naszego libijskiego policjanta wraz z pracownikiem biura „Murcia Travel”, ich autem jedziemy do Gadames… ponieważ mamy czas czekając na wyprawę do Algierii, a to miasteczko położone na Saharze i zwane „Bramą do Sahary” było w planie wyprawy, to realizujemy założony program… musieliśmy się jedynie złożyć z Andrzejem po 125€ aby opłacić eskortę na odcinku prawie 1000km, paliwo jest tanie jak woda, więc nie bierzemy go w ogóle pod uwagę w kosztach. Jedzie się dość sprawnie, gdyż drogi dobre i kompletny brak ruchu, jedynie na wyjeździe z Trypolisu nieco ciaśniej… Kolejnym problemem stało się tankowanie oleju napędowego, nie na wszystkich stacjach jest dostępny, musieliśmy się ratować i kupić na „black markecie” po 0,96zł za litr, normalnie jest po 0,03zł… Pod wieczór docieramy do Ghadames i lokujemy się w kameralnym hotelu, wybudowanym na wzór „karawansarai”, Dar Ghadames Hotel (220dinarów – 135zł – pokój ze śniadaniem).
20.11.2025 czwartek – Ghadames > Nalut > Wazzan (Libia) > Dehiba (Tunezja), nocujemy przed miejscowością Ramada niedaleko granicy z Libią na pustyni – 380km
Z samego ranka zwiedzamy Ghadames – Ghadamis (łacina Cidamus, Cydamus) – miasto w zachodniej Libii, w oazie na Saharze, przy granicy z Algierią i Tunezją, ośrodek administracyjny gminy Ghadamis. Mieszka tu około 7000 osób – w większości są to Berberowie.
Pierwsze wzmianki o Ghadamis pochodzą z czasów rzymskich, kiedy stacjonowały tu legiony. W VI stuleciu n.e. – po chrystianizacji mieszkańców Bizancjum – oaza była siedzibą biskupstwa, jednak już w VII wieku dostała się pod panowanie muzułmańskich Arabów. Mieszkający tu Berberowie szybko przejęli islam. Aż do XIX wieku miasto było też ważnym ośrodkiem na trasie karawan kupieckich. Miasto jest przykładem tradycyjnej, pustynnej architektury Sahary i odgrywało ważną rolę w handlu transsaharyjskim.
Współczesne Ghadamis częściowo kultywuje dawne berberskie tradycje. Stare miasto – od 1986 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO – podzielone jest na siedem dzielnic, z których każda zamieszkana jest przez członków jednego berberskiego klanu i posiada osobny plac, na którym odbywają się zgromadzenia i obchody świąt. W latach 70. XX wieku rząd libijski wybudował nowe budynki mieszkalne poza obrębem murów starego miasta, jednak w lecie większość mieszkańców wciąż przebywa w starych dzielnicach ze względu na ich architekturę, dającą dobre schronienie przed upałem. Labirynt białych budynków z gliny i palmowych liści tworzy wyjątkowy klimat historycznego miasta. Znajduje się na skraju Sahary, co czyni je jednym z najbardziej malowniczych oazowych miast w regionie zwane również “Bramą do Sahary”
W południe opuszczamy miasto i wraz z naszymi przewodnikami (kierowca i policjant) jedziemy tą samą drogą którą tu przybyliśmy do Nalut. Tam odbijajmy w kierunku granicy z Tunezją do Wazzan . Odprawę po stronie libijskiej pomagają dokonać prowadzący nas Libijczycy. Z naszym policjantem żegnamy się po dwóch tygodniach wspólnej podróży. Po stronie tunezyjskiej równie szybko odprawiamy auta i po kolejnych 20km, przed Ramada, zjeżdżamy w pustynię na nocleg… zakończyliśmy wyprawę po Libii…
21.11.2025 piątek – Dehiba > Ramada > > Douiret > Chenini > Guermessa > Tataouine – nocleg w centrum miasta „Hotel la Gazelle” (pokój 2os. 90dinarów ze śniadaniem) – 200km
Rano w dwa Hiluxy ruszamy wraz z Andrzejem i Jolą na podbój Tunezji… Jakie było nasze zaskoczenie gdy po paru przejechanych kilometrach dostajemy wiadomość z Polski, że wyprawa do Algieri organizowana przez Miłosza z biura podroży Przygody 4×4 jest odwołana. Powodem jest zatrzymanie całej grupy z poprzedniej wyprawy w Iranie i niemożliwość poprowadzenia prze niego tej obecnej do Algierii…? Szczegółów dokładnie nie przedstawiono, zwrócą nam wszelkie poniesione koszty…
Wobec takiej sytuacji dzisiejszy dzień przeznaczamy na spenetrowanie okolic miejscowości Tataouine. Będziemy się mięcej dowiadywać jak będziemy mieli dostęp do internetu… Nazwa Tataouine w języku berberyjskim oznacza „Ujście źródeł”. Miasto zbudowane przez francuską administrację, ma nadal atmosferę placówki kolonialnej i jest gwarnym miejscem targowym. Z uwagi na źródła wody pitnej, miejsce to miało znaczenie strategiczne i w okresie kolonizacji francuskiej stacjonował tu oddział wojska, a samo miasto zyskało nazwę bramy na pustynię. Specjalnością tutejszych piekarzy jest „kab al-ghazal” („rożek gazeli”) – róg z ciasta wypełniony orzechami i miodem (próbowaliśmy i jest tak słodki, jak wszystkie inne ciasteczka). Jednak głównym celem wędrówki w te okolice są „ksary”, Berberowie i ich kultura (nazwa Berber pochodzi od łacińskiego barbarus – barbarzyńca). Na szlakach wędrówek koczowników, powstawały charakterystyczne dla tego rejonu spichlerze wykute w skałach, w pieczarach lub w budowlach zwanych tutaj „ghorfami”, w których przechowywano zbiory. Aby w pełni wytłumaczyć charakter takich budowli, należy się odnieść do historii. Terytoria te od wieków były zamieszkane przez ludy pochodzenia berberyjskiego. Berberowie, uważani za ludność autonomiczną, wiedli nomadzki, czyli koczowniczy tryb życia. Ich podstawowym zajęciem był wypas stad owiec, w mniejszym zakresie kóz, bydła i wielbłądów. Równolegle z pasterstwem rozwijały się także myślistwo i zbieractwo, To ostatnie zajęcie było początkiem uprawy zbóż i owoców na terenie tworzonych przez nich oaz. Bardzo surowe warunki, wielomiesięczne okresy suszy, niedostatek wody i palące promienie słoneczne, wykształciły u tych ludzi szczególne cechy i umiejętności, pozwalające na przetrwanie w tak ekstremalnych warunkach. Powstawała potrzeba tworzenie niewielkich wspólnot, zapewniających bezpieczeństwo i rozwój. Ważne też było wykształcenie takich cech, które umożliwiałyby dokonywanie wymiany towarowej z innymi społecznościami, szczególnie osiadłymi, produkującymi nieodzowne do życia artykuły, niemożliwe do wytworzenia przez plemiona wędrowne. Berberowie, osady warowne zakładali początkowo na szczytach wzniesień, ale później również w dolinach. Zawsze równocześnie z domami wioski, wznosili zbiorcze spichlerze, „ksary”. Były to ważne w ich życiu budowle, bowiem przechowywały bezcenną zawartość, plony zebrane z pól, będące efektem ich żmudnej pracy. Stanowiły one wspólny majątek całej wioski. Bywało, że „ksary” były własnością tylko jednego plemienia. Po najazdach Arabów, Berberowie zamienili spichlerze w warownie, gdyż utrata zbiorów oznaczała głód, a nawet śmierć. Plony, musiały więc być mocno strzeżone. „Ksar”, otoczony był murem często wysokim na 10 metrów, stanowił prawdziwą fortecą nadzorowaną przez strażników. Tylko jedna brama wprowadzała na jego wewnętrzny dziedziniec, wokół którego gromadziły się „ghorfy”. Były to podłużne cele o łukowatych sklepieniach, mające 4-5 metrów głębokości. Wewnątrz każdej z nich, po obu stronach, były drewniane drzwi zamykające liczne nisze, w których składano przechowywane zapasy. Każda wioska miała własny warowny spichlerz rozmiarami dostosowany do jej liczebności. Zależnie więc od potrzeb, budowano „ksary” o jedno lub wielopoziomowych „ghorfach”. Wchodzi się do nich po wąskich, stromych, niebezpiecznych schodkach.
Sławę temu miejscu przyniósł plener do filmu „Star Wars” („Gwiezdne Wojny”) George’a Lucasa, gdzie samo miasto użyczyło swojej nazwy pustynnej planecie Tatooine, a okoliczne „Ksar Ouled Sultane” i „Ksar Haddada”, posłużyły później jako plener do kolejnego filmu z cyklu – „Gwiezdne wojny: część I – Mroczne widmo”. Miasto pojawiło się też jako „Foum Tataouine” w filmie „Z Archiwum X”, gdzie umiejscowiono laboratorium obcych.
Dzisiejsze zwiedzanie tego regionu rozpoczynamy od berberyjskiej osady Douiret, która znajduje się 22 km na płd.- zach. od Tataouine w surowym górzystym regionie. Jest ona obecnie podzielona na dwie części, starą wioskę składającą się z mieszkań troglodytów wykopanych i wkomponowanych w górskie zbocza oraz nową wioskę, położoną u podnóża wzgórza. Stara wioska składa się z małych mieszkań, zwanych „ghiren”, była zarówno miejscem życia, jak i ufortyfikowanym spichlerzem. Podobnie jak inne „ksary” stworzone przez północnoafrykańskie społeczności berberyjskie, Douiret został zbudowany na szczycie wzgórza, aby chronić go przed najazdami. Obecnie rozległa, stara wioska zwieńczona cytadelą popada w ruinę. Wokół wzgórza, poprzez zrujnowane domostwa i opuszczone mieszkania prowadzi ścieżka o długości około 3 km. Wioska całkowicie opustoszała już w 1974r. Jedynym obiektem, który przyciąga wzrok, jest widok białego meczetu „Jamaa Ennakhla” („Meczet Trzech Palm”). Spacer po tak rozległym terenie, jest dość zajmujący i czasochłonny. Historia i wyobraźnia o toczącym się tu niegdyś życiu, pozostawia niezapomniane wrażenie.
Następnie jedziemy do Chenini (Chenenni), następnej wioski Berberów, położonej nad wąskim urwiskiem na zboczu gór, 18 km na zachód od Tataouine. Miejscowość jest nadal zamieszkała przez 84rodziny i tworzy liczącą 600 osobową społeczność. Zaraz po dotarciu pod wzgórze, wizytuje nas policja, dbają o nasze bezpieczeństwo i bardzo uprzejmie pytają skąd przyjechaliśmy i gdzie będziemy dzisiaj nocować. Dowiadujemy się, że to osada pół troglodytów, pół nomadów. Mieszkania składają się z małego pokoju, jaskini wykutej w skałach, przed którym znajduje się małe ogrodzone podwórko (przeważnie dla zwierząt) z kolejnymi pokojami. Na szczycie wzgórza królują ruiny starego Chenini. Jego domostwa, drążono coraz wyżej w skalnym zboczu aż do szczytu. Niski stopień wilgotności powietrza w tym regionie oraz chłód panujący w środku jaskiń, sprawiają, że zboże mogło być tu przechowywane nawet do 10 lat. Na przełęczy, przed drugim wzniesieniem, stoi piękny biały meczet, odcinający się od reszty otoczenia. Ze wzniesienia można oglądać doskonale zachowany układ domów i ulic. Przetrwało tu również kilka pras do wyciskania oliwek, przy których niegdyś pracowały wielbłądy… z zasłoniętymi oczami, kręciły się w kółko… po całym dniu pracy czuły się jak tureccy Wirujący Derwisze. Ta osada, jest przekładem ostatniego miejsca, gdzie ludność jeszcze porozumiewa się językiem berberyjskim. W jej okolicach kręcono wiele scen do filmu „Star Wars”.
Ostatnią na trasie była wioska Guermessa. Jest to najrozleglejsza z berberyjskich wsi na południu. Otaczają ją skaliste urwiska i wszędzie rozsiane są groty mieszkalne. I temu miejscu poświęcamy sporo czasu, tym bardzie, że ksar ulokowany na wierzchołku góry pięknie oświetla słońce z jego drugiej strony…
Robi się późno, pora dotrzeć do Tataouine… na nocleg wybieramy położony w centrum miasta „Hotel la Gazelle” (pokój 2os. 90dinarów ze śniadaniem).
Chciałbym w tym miejscu jeszcze wspomnieć o pojazdach, które zdominowały szczególnie południowe obszary Tunezji. Są to Peugeoty 404 w wersji pick-up i to wyłącznie z silnikiem diesla. Jeśli ktoś pamięta ten model, to wie, że jego produkcja przypadała na początek lat 60-tych, kiedy firma Peugeot wraz z Mercedes-Benz, byli pierwszymi wprowadzającymi silniki wysokoprężne do samochodów osobowych. Rozmawiałem z kilkoma właścicielami takich aut i okazuje się, że mając metrykę dobiegającą prawie półwiecza, nadal dzielnie służą. Czasem bez klamek, tapicerki z przerdzewiałą karoserią, podrutowane i pokrzywione, ale nadal jeżdżą, dymiąc i terkocząc prymitywnym silnikiem diesla. Spotyka się również egzemplarze w wersji 504, tylko nieco młodsze, ale jest ich zdecydowanie mniej.
22.11.2025 sobota – Tataouine > > Ksar Ouled Soltane > Ksar El Ferch > Ksar Haddada > Matmata (troglodyci i „Gwiezdne Wojny”) – dzisiejszy nocleg znajdujemy w hotelu „Diar Matmata” (160dinarów ze śniadaniem – 210zł) – 180km
Rano opuszczamy Tataouine, a dzisiejsze zwiedzanie rozpoczynamy do „Ksar Ouled Soultane” oddalonego od Tataouine o 20km. na płd.-wsch. „Ksar” ten przetrwał do dziś w bardzo dobrym stanie. Chociaż nie stoi na żadnym większym wzniesieniu, jest widoczny z daleka. W czasie kręcenia filmu „Gwiezdne Wojny”, jego wnętrze posłużyło jako scenografia do wielu zdjęć. „Ghorfas” wznoszą się na wysokość czterech kondygnacji, stąd też wspięcie się na szczyt schodów, może przyprawiać o zawrót głowy.
Dalsza trasa prowadzi w kierunku Matmata. Po drodze odwiedzamy jeszcze Ksar El Ferch… ufortyfikowany rozległy spichlerz, składający się z dwupoziomowych „Ghorfas”, zbudowany przez północnoafrykańskie społeczności Berberów oraz Ksar Hadada powstały na przełomie XV/XVIw. aby chronić plony przed licznymi rabusiami… jest dobrze znany jako miejsce kręcenia filmu Gwiezdne Wojny. Ponieważ w jego części umiejscowiono hotel wraz z restauracją, możemy w tym miejscu oprócz doznań wizualnych, zjeść obiad i wypić smaczną tunezyjską kawę… należy podkreślić, że w tym kraju, jak na razie, piliśmy tylko wybornie smakujące kawy. De facto Tunezyjczycy uwielbiają kawę, a przecież w takim regionie jak Afryka Północna, gdzie najczęściej pije się herbatę, wybrzeże tunezyjskie wydaje się być wyjątkiem… kawa została tu sprowadzona w XVI wieku, w okresie otomańskiego panowania, a jej popularność utrzymuje się po dziś dzień. Turcy w owym czasie wprowadzili kulturę kawy… w 1846 roku, spośród 102 kawiarni znajdujących się w Tunisie, połowa należała do Turków. Francuscy kolonizatorzy wprowadzili zachodni styl picia kawy, z ustawionymi na zewnątrz stolikami i kosmopolityczną klientelą. Dziś, wciąż widzimy tradycyjne lokalne kawiarnie, ukryte w wąskich uliczkach lub zwyczajnie przy drodze, gdzie starsi mężczyźni spotykają się, aby wypić espresso, pograć w tryktraka i zapalić fajkę wodną. Zauważyliśmy iż każda, nawet najmniejsza „Cafe” posiada ekspres do kawy.
Pod wieczór docieramy do Matmata, gdzie od setek lat mieszkają zdecydowani troglodyci… jaskiniowcy. Jest to ewenement na skalę światową, stanowiący niezwykłą atrakcję dla turystów, stając się ważnym punktem programu każdej wycieczki. Mieszkańcy tej okolicy znaleźli receptę na dokuczające im przeraźliwe upały i opanowali niezwykłą technologię budowy domów. Na nagiej górze, gdzie roślinność jest skąpa i nie sposób się ukryć przed skwarem, ludzie zeszli dosłownie do podziemi. W pobliżu skraju zbocza, w glebie i stosunkowo miękkiej skale osadowej, wykopali doły o głębokości sześciu do siedmiu metrów. Szerokie na osiem metrów zagłębienia stanowią centralny dziedziniec, od którego odchodzą tunele, prowadzące do jaskiń, pełniących funkcje pokoi mieszkalnych, kuchni, spiżarni i pomieszczeń gospodarczych. Zaglądając z góry do takiej specyficznej „studni”, widzi się na dnie gospodarskie podwórko z kozą, osłem, bawiącymi się dziećmi. Do takiego mieszkania prowadzi tunel wejściowy, przy którym wykopane są jaskinie dla zwierząt hodowlanych. Wysokość i kształt tunelu pozwala na wprowadzenie wielbłądów, bardzo przydatnych w tamtejszej gospodarce. Domostwa nie wystają nad ziemię, a z góry ten księżycowy krajobraz wygląda jak ser szwajcarski. Domostw jest prawie siedemset, z czego połowa do tej pory zamieszkana.
Żyje tu około pięciu tysięcy osób. Stosunkowo niska temperatura warstwy ziemi i naturalna cyrkulacja powietrza panującego wewnątrz, pozwalają mieszkańcom na normalne funkcjonowanie nawet podczas 50º upałów. Obecnie temperatury są nad wyraz umiarkowane, to najlepsza pora, aby zwiedzać te rejony Tunezji, rankiem rześko, codziennie mamy słońce, a maksymalne temperatury sięgają 20ºC.
Na nocleg zajeżdżamy do turystycznego hotelu wybudowanego na wzór typowego domostwa z tego regionu, usytuowanego w wielkim dole… „Hotel Diar Matmata” (160dinarów ze śniadaniem – 210zł).
Tu mamy dostęp do Internetu i rozpoczynamy „burzę mózgów”, co zrobić kiedy odwołano wyprawę do Algierii, my z Andrzejami, dwie załogi jesteśmy już w Tunezji i mamy bilety powrotne na prom dopiero na 16grudnia…? Reszta załóg jest w Polsce z biletami w obie strony i z korespondencji wiemy, że tym bardziej nie wiedzą co robić…? My mamy promesy wizowe do Algierii, może uda się wjechać do tego kraju i zwiedzić chociażby północne rejony, na które nie potrzeba specjalnych zezwoleń…? Nasz kolega Michał z Globtroter 4×4 jest jeszcze w drodze powrotnej do kraju, ma jakieś pomysły na dalszą naszą podróż, a datę powrotnego promu obiecuje w ostateczności zmienić… mamy czas do piątku, gdyż tego dnia jest możliwy powrót, wypływa prom z Tunisu do Genui… pozostaje nam czekać na dobre wieści… co do zatrzymania irańskiej wyprawy w tym kraju nie mamy dodatkowych wieści, wiemy jedynie, że Miłosz i Beata, właściciele biura turystycznego są zatrzymani wraz zresztą uczestników w Iranie przez tamtejsze służby…
23.11.2025 niedziela – Matmata > Dous > Kebili > Tozeur – 220km
Ranek poświęcamy na zwiedzenie Matmata. Trzy główne podziemne zespoły jaskiń zostały w latach sześćdziesiątych zamienione na luksusowe hotele. Niektóre domy-jaskinie można zwiedzić za drobną opłatą. Byliśmy w dwóch, w pierwszym Berberyjki zaskoczyły nas gościnnością, podały herbatę z tymiankiem i nie wiedzieć czym jeszcze, ciepły chleb z miodem i orzeszki, w drugiej to rozległy skansen-muzeum, również związane z scenerią do filmów… Niepowtarzalność tych budowli, ich niezwykłość oraz lokalizacja w surowej, dzikiej scenerii pustynnej, zainspirowały twórców amerykańskiego przeboju kinowego „Gwiezdne wojny” do umieszczenia akcji filmu w tych podziemnych siedzibach. Wszak te domostwa są jakby z innej planety, a krajobraz wokół jest naprawdę nieziemski. Z produkcji filmowej zostało sporo gadżetów, wymyślne „statki kosmiczne” nadal stoją na placach i uliczkach miasteczka, nad wejściem do domów umieszczono przedziwne „klimatyzatory” i „czujniki elektroniczne”. Tereny te były miejscem, tłem, scenografią wielu innych filmów fabularnych. Z naszych wielkich produkcji filmowych kręcono tutaj istotne fragmenty filmów „Quo vadis” i „W pustyni i w puszczy”. Cóż za filmowy kraj… także inny wielki mistrz, kręcący niezapomniane filmy przygodowe, docenił krajobrazy Tunezji. To tu właśnie Steven Spielberg nakręcił w 1981 roku niektóre ze scen „Poszukiwaczy zaginionej arki”, jednej z części serii o Indianie Jonesie.
Po zwiedzeni wszystkich atrakcyjnych miejsc w Matmata, po kolejnych 90km docieramy do miejscowości Douz, będącej „Wotami do Sahary”… znaleźliśmy się również w świecie daktyli. To prawdziwe „żniwa”, pełnia sezonu zbierania tych słodkich i wytwornych owoców. Nawet na hotelowym skwerze, w prawie alpinistyczny sposób, zdejmowano całe ich kiście z dużych palm daktylowych. Tu uprawia się ich najszlachetniejszą odmianę „deglad en nour” („palce światła”). Prawie wszystkie owoce przeznaczone są na eksport. Jednak będąc w tym miejscu, mamy oczywiście możliwość nabyć tą szlachetną odmianę (8 dinarów kg. ok 11zł). opuszczamy rejon Douz i jedziemy dalej na zachód w kierunku wielkiego słonego jeziora „Chott el Jerid” („Wielki Szott”) i miejscowości Tozeur. Na trasie 40km za Douz, zajeżdżamy do miasteczka Kebili gdzie ulokowano niegdyś rzymską fontannę… zaniedbana nie watra poświęcenia czasu…
Wyjeżdżamy szybciutko z tego miejsca i jedziemy przez słone jezioro „Chott el Jerid” do Tozeur. Poprzez monstrualny obszar salaru prowadzi usypana grobla o długości 40km. Jego powierzchnia to ok 5tys. km², a przez większą, suchą część roku, jest tak naprawdę wyschniętym obszarem, pokrytym kryształkami soli, które nadają mu wiele barw uzależnionych od pory dnia. Widoki z pewnością nawet na chwilę, nie przypominają tych boliwijskich z „Salar de Uyuni”, ale obszar bezkresu w kierunku płd.-zach. sięga aż po horyzont. Niestety mamy nieco pochmurną pogodę, zapewne podczas słonecznych chwil, widok byłby bardziej spektakularny. Teren jeziora „Wielki Szott” został wykorzystany przez Georga Lucasa jako plan filmowy „Gwiezdnych Wojen”. Scena, w której Luke Skywalker w końcowej scenie Epizodu 4 ogląda zachód dwóch słońc… była kręcona właśnie w tym miejscu.
Pod wieczór docieramy do Tozeur. Miasto wita nas fasadami budynków wykonanymi z cegły o pustynnym kolorze, ozdobionej geometrycznymi wzorami. Podobnie jak w Douz, miejsce w obecnym czasie żyje zbiorami daktyli, wszędzie skrzynki z owocami, pick-upy wyładowane po brzegi, sortownie zawalone towarem, prawie każdy stragan oferuje ich mnogość. Trzeba przyznać iż te tutejsze smakują doskonale i trudno je porównywać lub pomylić z tymi, które znaliśmy do tej pory z innych regionów świata.
Nocleg znajdujemy w hotelu „Hotel Elarich” (128dinarów za pokój ze śniadaniem – 166zł)
Tu również mamy dostęp dio Internetu i dostajemy wiadomość od Michała, że po rozmowie telefonicznej z algierskim biurem turystycznym organizującym wyprawę do tego kraju dla firmy Miłosza, Przygody 4×4, nie możemy wjechać na ich promesy wizowe, nie odbiorą nas z granicy i nie zorganizują dla naszych dwóch załóg innej wycieczki po północnych terenach Algierii… ich siedzibą jest pustynny Djanet, oddalony od miejsca gdzie mieliśmy przekroczyć granice o prawie 1,5tys. km. Michał spróbuje uzyskać nowe promesy poprzez algierskie biuro turystyczne, które z nim współpracuje… jutro dostaniemy odpowiedź…?
24.11.2025 poniedziałek – Tozeur > Nefta > Tamerza > Mides > Moulares > Majel Bel Abbes > Feriana > Thelepte – nocleg w obskurnym hotelu tuż za miastem (arabska nazwa – 120dinarów – 150zł) – 270km
Rano nieco pokręciliśmy się po „Ouled el Hadef”- Medynie w Tozeur, ostatnie spojrzenia na targ, ceglaną architekturę zdobioną geometrycznymi wzorami, Wielki Meczet „El Farkous” i wyjeżdżamy z miasta na zachód, w stronę granicy z Algierią do miasteczka Nefta. Na wyjeździe z miasta, w oczy wpada nam niezwykłe miejsce „Belvedere”, to grupa skał zamieniona przez jakiegoś miernego artystę wzorującego się na „Mount Rushmore” w… „Mount Kicz”. Głowy wyrzeźbione w skale, tu jakby wbetonowane, które są niezwykłą atrakcją dla tunezyjskich turystów. Jest też jakiś nielot, przy którym koniecznie należy strzelić sobie selfie, wszystko to w połączeniu z wszelakimi pseudo atrakcjami… jazda, a raczej pozowanie na koniu, ośle i wielbłądzie, ale też można pokręcić się w kółko na quadzie i dorożką itp.
Po dotarciu do miasteczka Nefta, kierujemy się na płn.-zach. w piaszczystą pustynię aby odwiedzić dwa polecane miejsca, jedno to kosmiczna wioska zbudowana jako scenografia do filmu „Star Wars”, drugie to specyficzna formacja skalna przypominająca formą wielbłąda, ulokowana na skraju jeziora „Chott Chtihatt”. Okazuje się, że nie tylko w okolicach Matmaty i Tataouine były kręcone sekwencje do „Gwiezdnych wojen”, również w „Mos Espa”, gdzie okoliczny krajobraz zainspirował George’a Lucasa, zostawiono trochę „dekoracji”, dziś już zmarniałych. Wzniesione dla potrzeb filmu gwiezdne miasteczko, którego budowle oparte były na wzorach tradycyjnych saharyjskich domów, to osada wśród wydm i morza piasku, skąd Luke Skywalker wraz z towarzyszami uciekali na statku kosmicznym „Sokół Milenium” przed siepaczami Imperium.
Powracamy tą samą drogą do Tozeur i jedziemy dalej, prawie równoległą drogą na płn.-zach., tym razem poprzez jezioro „Chott El Gharsa”, ponownie aż pod granicę z Algierią do Tamerza. Droga prowadzi w Góry Atlasu, te same które zaczynają się w Maroku i sięgają poprzez Algierię aż do Tunezji. Na wjeździe do miasteczka, podjeżdżamy pod wodospad („Grande Cascade”) na rzece Tamerza. Jak na tunezyjskie warunki 5m wodospad to wielka atrakcja… jeśli 5 metrów oznacza „grande”…? po kilku kilometrach docieramy do następnej osobliwości tego regionu, kanionu w Mides. Niewielkie domki starego Mides, nadal stoją na stromych urwiskach. Okazuje się również, że nie tylko „Angielski Pacjent”, „Indiana Jones”, czy też western „Fort Sagane”, znalazły tu swoje umiejscowienie w scenach, ale też w październiku 2000 roku, kręcono tutaj niektóre sceny do filmu „W pustyni i w puszczy”. Aby nie mieć niedosytu zwiedzania tego niezwykłego miejsca, jedziemy jeszcze na skraj kanionu, aby popatrzeć na jego przepadzistą przestrzeń i zrobić kilka fotek.
Kolejną atrakcją tego obszaru jest miejscowość Tamerza, oaza położonej w Górach Atlasu, 3 km od granicy z Algierią. Ta stara osada (jak i odwiedzany Mides), została znacznie zniszczona przez powódź z 1969 roku. Jest to największa oaza na pograniczu tunezyjsko-algierskim. Opuszczamy niezwykle ciekawy region Tamerza i jedziemy na północ Tunezji, państwa o powierzchni połowy Polski. Pokonujemy malowniczy obszar, ponad 200 km podrzędnymi drogami, aby już po zmroku znaleźć nocleg w Thelepte… z braku innego musimy się zadowolić pokojami w obskurnym hotelu tuż za miastem.
25.11.2025 wtorek – Thelepte > Kassarine > Sbeitla > Kairouan > El Djem – nocleg w hotelu „Dar Ammar”, tuż na wjeździe do miasta – 240km
Rano szybki przejazd około 70 km, aby dotrzeć do kolejnej atrakcji tego kraju, jaką stanowią ruiny starożytnego rzymskiego miasta Sufetula (wstęp 8 dinarów od os.). Z czasów rzymskich zachowały się pozostałości forum ze 139 roku n.e. wraz z przyległymi trzema świątyniami „Le Forum et les Trois Temples”. Świątynie te poświęcone są Junonie, Jowiszowi i Minerwie (tzw. Trójcy (Triadzie) Kapitolińskiej), czyli boskim opiekunom Rzymu. Wejście na forum prowadzi przez monumentalną bramę, wzniesioną przez cesarza Antoninusa Piusa. W innej części kompleksu wykopalisk natrafiono także na resztki nimfeum, teatru i amfiteatru, które udostępnione są do zwiedzania na powierzchni rozległego kompleksu, mieszczącego się w obszarze starożytnego miasta. Z okresu wczesnego chrześcijaństwa pochodzą ruiny siedmiu bazylik z V i VI wieku n.e. (jest to jeden z największych zespołów chrześcijańskich w Afryce). Faktem niezwykłym jest postawić sobie wyobrażenie sprzed wieków, gdzie obok świątyń poświęconych rzymskim bóstwom, stały chrześcijańskie kościoły (Gerwazego, Protazego i Tryfona, oraz Serwusa i Witalisa), jak i bizantyjska bazylika Bellatora oraz trzy małe bizantyjskie forty. Wśród innych zabytków na terenie wykopalisk zachowały się m.in. łuk triumfalny Dioklecjana, rzymska agora, ruiny „Domu Pór Roku”, pozostałości „Wielkich Term Zimowych”, dawne baptysterium z basenem chrzcielnym w kształcie krzyża oraz wspaniałe mozaiki, które po dzień dzisiejszy, można podziwiać w kościołach, domach i łaźniach. Brzegi pobliskiej rzeki Wadi Subajtila spina starożytny most rzymski, do dziś wykorzystywany przez mieszkańców Subajtili.
Teren jest tak rozległy i zarazem ciekawy, toteż przy wspaniałej aurze, jest jedynie 18ºC… spędzamy w tym miejscu prawie dwie godziny. Nie wyobrażamy sobie zwiedzania tegoż kompleksu w lecie… w prawie 50ºC upale.
Po południu docieramy do Kairuanu i od razu kierujemy się pod mury starej Medyny. Jako święte miejsce muzułmanów, Kairuan znajduje się w hierarchii jako czwarte. Są trzy wieże i symbolizują trzy święte miasta. Każde dziecko uczęszczające na lekcje do medresy (a nawet i te młodsze też) Ci to powie i wyliczy: Mekka, Medyna i Jerozolima. I każde z tych dzieci marzy o pielgrzymce do tych miejsc… a ich opisy i mapy od dawna ma wyryte w głowie. A co jeśli Al-Kaba, Al-Aksa i grób Mahometa są za daleko? Pobożni Tunezyjczycy mają jeszcze jedno wyjście… siedem pielgrzymek do Wielkiego Meczetu w Kairuanie, może zastąpić hadżdż do Mekki.
Cofnijmy się więc w czasie… czyli legenda…
Wielki arabski wódz Okba Ibn Nafi (zwany także Sidi Okba) zatrzymał się w tym miejscu, aby dać odpoczynek swojej zwycięskiej armii. Było rok 670-ty i arabska armia sukcesywnie nawracała mieczem Północną Afrykę. Nowa religia przyjmowana była mniej lub bardziej chętnie, ale i tak, pół północy kontynentu było już w muzułmańskich rękach. Armia właśnie udawała się na zasłużony spoczynek, a wódz przemawiał jeszcze ostatni raz do strudzonych wojaków. Wszyscy wydawali się już zmęczeni, poza rumakiem Okby, który nerwowo kopał kopytami w ziemi i nie dawał się uspokoić. W końcu, gdy rozeźlony wódz zsiadł z konia, zobaczył, że ten wykopał przepiękny złoty kielich. Sidi Okba natychmiast go poznał… to ten sam kielich, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął nie tak dawno w meczecie w Mekce! Wydawało się to tak nieprawdopodobne, choć wcale nie była to ostatnia niezwykłość tego wieczoru! Bowiem gdy podziwiano kielich, tuż obok wodza i jego rumaka wytrysnęło nagle źródełko, które okazało się być połączone ze świętym źródłem Zamzam w mieście Proroka… i nie ma co zadawać pytań typu… a kto to sprawdził?… a kto potwierdził?… Nikt nie miał wątpliwości, że Arabowie znaleźli się w miejscu niezwykłym i świętym. I jedyne co można było natenczas zrobić, to założyć tu Święte Miasto, znane dziś jako Kairouan. Symbolem tamtych złotych czasów jest najważniejsze i najświętsze miejsce w tym mieście – Wielki Meczet „Jamaa Sidi Okba” z VII w., nazwany tak na cześć założyciela. I mimo, że był od tego czasu niszczony i odbudowywany kilkukrotnie, zachował do dziś swoją surową bryłę, 17 naw i 414 starorzymskich kolumn.
I choć medyna Kairuanu obfituje w niezwykłe meczety, których historie (o „Meczecie Fryzjera” vel mauzoleum „Mausolee Abou Zamaa el Belaoui”, który był przyjacielem Mahometa i nosił przy sobie trzy włosy z jego brody, czy o kobietach, które przekraczając drzwi „Meczetu Trzech Drzwi” („Jamaa Tleta Bibane”) uzyskują błogosławieństwo i płodność) mogłyby zapełnić karty wielu przewodników… to przy tym jednym, wielkim, wszystkie stają się niepozornymi świątynkami.
Medyna miasta zawsze słynęła z konserwatyzmu. Słynne medresy o niebywale wysokim poziomie, wypuszczały ze swoich murów doskonale wykształconych i ortodoksyjnych muzułmanów. Tutejsze przywiązanie do religii i tradycyjnego sposobu życia było wręcz przysłowiowe. Warto pamiętać o tym odwiedzając liczne tutejsze szkoły koraniczne, czy „Zawije” – grobowce wielkich autorytetów. Wąskimi uliczkami meandrujemy wśród straganów i drobnych sprzedawców. Podziwiamy uliczki o białych fasadach i jasnoniebieskich drzwiach, a na sukach rozgrywa się prawdziwa rywalizacja sprzedawców na najpiękniejsze dywany będące dumą tego miasta. Dostępny jest bilet łączony za 12 dinarów od osoby, by wejść do 6 sztandarowych miejsc, jeśli oczywiście będą otwarte.
Zajrzeliśmy również do „Societe Tapis Allani”, niegdysiejszego pałacu, gdzie dziś sprzedaje się tutejsze dywany. Wnętrze budynku jest wręcz zachwycające. Wciąż działają tu także studnie, a najsłynniejsza z nich to „Bir Barrouta”, napędzana przez wielbłąda chodzącego w kieracie i wystrojonego jak na kolorowe jarmarki przystało. Legenda mówi… że to w tym właśnie miejscu wytrysnęło święte źródło, łączące się z tym w Mekce, a jego woda ma właściwości uzdrawiające. Próbowaliśmy i to chętnie, ponieważ nie dość, że będziemy cudownie uzdrowieni, że jest opcja powrotu do Kairuanu, to człowiek stanie się bogatszym niż jest obecnie! Oddalone 800 m od Medyny „Baseny Aghlabidów”, dostarczały niegdyś wody nie tylko władcom i bogaczom, ale też najbiedniejszym. Miasto w 1988r. wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO skrywa jeszcze wiele innych wartych uwagi zabytków, ale nie można również przegapić licznych pracowni, gdzie produkowane są znane, ręcznie tkane tunezyjskie dywany. Legenda głosi, że w XIXw. w Kairuanie, córka osmańskiego przywódcy, jako pierwsza utkała dywan o długim włosiu, który następnie przekazała do najważniejszego meczetu w mieście. Tradycja się utrzymała, a Kairuan uznawany jest za stolicę tunezyjskich dywanów.
Do późnego popołudnia zagłębiamy się w zakamarki klimatycznej medyny, podglądamy sprzedawców i rzemieślników, smakujemy miejscowe kulinaria. Znaną specjalnością Kairouan jest małe ciasteczko w kształcie rombu, zwane „makroud”. Składają się na nie odwiecznie używane składniki kuchni berberyjskiej: semolina, oliwa z oliwek, miód i daktyle pochodzące z południowych oaz. Pod wieczór opuszczamy miasto i jedziemy na wschód w kierunku morza do miejscowości El Djem. Pokoje wynajmujemy w hotelu „Dar Ammar”, tuż na wjeździe do miasta (wysoki standard, 245dinarów za pokój 2os ze śniadaniem – 155zł)
Mamy kolejne wieści co do naszych dalszych podróżniczych losów… Nowe promesy możemy mieć najszybciej dopiero za dwa tygodnie, takim to sposobem jedyne wyjście to przebukować bilety na prom na najbliższy piątek, co obiecał nam zrobić Michał… Algieria będzie następnym razem…
26.11.2025 środa - El Djem > Monastir > Sousse (Medyna) – 90km
El-Jem (Al-Dżamm). Miasto zostało założone na ruinach rzymskiego Thysdrus, a najważniejszym miejscem, które chcemy tu odwiedzić, jest rzymski amfiteatr zbudowany w latach 230-238 n.e. Jest on najbardziej spektakularną rzymską budowlą w Afryce Północnej (wstęp 12 dinarów od os.). Zachował się w lepszym stanie niż rzymskie Koloseum i jest trzecim co do wielkości amfiteatrem na świecie. Potocznie nazywany jest również koloseum. W pustynnym i równinnym krajobrazie tunezyjskiego Sahelu, amfiteatr w niewielkiej miejscowości El Jem robi niezwykle imponujące wrażenie. Aż trudno sobie dzisiaj wyobrazić, że amfiteatr był w stanie pomieścić na widowni 35 tys. widzów. Układ wejść został tak zaprojektowany, by tak duża liczba osób mogła wejść lub opuścić obiekt zaledwie w trzy kwadranse! Budulec sprowadzano z oddalonych o 30 km kamieniołomów w Sulectum (dzisiejsza Salakta) na wybrzeżu, a wodę doprowadzono podziemnym akweduktem ze wzgórz położonych 15 km na północny zachód od miasta. Obecnie El-Jem, zamieszkuje zaledwie 18 tys. mieszkańców. Wracając jednak do przeszłości, a konkretnie świetności El Jem, mowa tutaj o czasach starożytnych, ludność liczyła 100 tys. mieszkańców i stanowiła drugie co do wielkości miasto po Kartaginie w Afryce Północnej. Monumentalna budowla ma kształt elipsy o obwodzie 427m, jej długości to 149 m i szerokości 124 m. Widownia zaś wznosi się do 36 metrów. Kiedyś obiekt służył do oglądania pełnych emocji wyścigów rydwanów, walk gladiatorów oraz krwawych zmagań chrześcijan z lwami. Widok na potężną budowlę jest niesamowity, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. W 1979 r. monumentalną budowlę w El- Jem wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
Bilet wstępu obejmuje również wstęp do położonego o 700m dalej muzeum. Zgromadzono tu niebywałą kolekcję rzymskich mozaik, coś niesamowitego jak precyzyjnie i misternie wykańczano podłogi tamtejszych domostw…
Tuż obok amfiteatru, otwarta restauracyjka zaproponowała nam świeżo wyciskany sok pomarańczowy z panoramą spektakularnego Koloseum widzianego w słońcu.
Po zwiedzeniu amfiteatru w El Djam jedziemy w stronę miejscowości Monastir (Monastyr), oddalonej o 70km od El Djem. Na kilka km przed centrum Monastyru, wjeżdżamy w turystyczne resorty, które po sezonie wyglądają na zupełnie puste. Tylko nieliczne nie zamknęły swych podwoi dla gości, mamy więc możliwość podglądnąć standard i wyposażenie obiektów. Monastir to miasto z licznymi hotelami i jeszcze liczniejszymi turystami, którzy ściągają tu zwykle po to, by już od kwietnia zażywać kąpieli morskich i słonecznych. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno temu, była to spokojna wioska rybacka. Ale to też miasto z ciekawą historią, no i przede wszystkim, miejsce narodzin pierwszego prezydenta niepodległej Tunezji – Habiby Burgiby. Każdy kto tu zawita, zachwyci się zapewne otoczoną murami Medyną i przepięknym Ribatem – muzułmańskim ufortyfikowanym klasztorem. To najwspanialszy zabytek miasta i jeden z największych tego typu w całej Tunezji. Kręcone były tu liczne filmy, między innymi „Jezus z Nazaretu” Zeffirelliego, gdzie miasto udawało Jerozolimę, czy obrazoburcza satyra Monty Pythona „Żywot Briana”. Monastir jest jednym z najciekawszych miast Tunezji, choć może nie kojarzy się jednoznacznie właśnie z tym, a raczej z all-inclusive turystyką, to pewnego rodzaju miks, czyli współczesna Tunezja w miniaturze. Oprócz całego turystycznego blichtru, są tu jeszcze ślady arabskiej historii, a nawet czasów, gdy było drugim po Kairze miastem Kalifatu, czuć ślady Bizancjum, duch starożytnego Rzymu i wspomnienie po pierwszych latach dziwnej demokratyzacji Tunezji. Obchodzimy nabrzeże i zaglądamy do „Mauzoleum Habiba Burgiby”. Określić je można dwoma słowami – „wielki” i „elegancki”. Znajduje się na terenie muzułmańskiego cmentarza. Potężne minarety mauzoleum widoczne są z wielu punktów w mieście. Nad pomieszczeniem, gdzie w sarkofagu spoczywa twórca niepodległej Tunezji, wznosi się kopuła zdobiona prawdziwym złotem i kryształowym żyrandolem. Warto wspomnieć, że Burgiba sam wzniósł sobie ten pośmiertny pomnik i zajęło mu to wcale niemało czasu, bo aż od 1963 roku. Zmarł w 2000 roku. Mauzoleum otoczone jest rozległym i utrzymanym w nienagannym stanie placu, prowadzi do niego specjalna droga, a wejścia do niego chronią strażnicy.
Kolejno przejeżdżamy do starej Sousse. Za murami medyny, wynajmujemy pokoje w hotelu „Hotel Medina” Adres: 15, Rue Othman Osman, Medina de Sousse, 4000 Susa, Tunezja, Telefon: +216 73 221 722, GPS: N 035° 49.648, E 10° 38.362 (pok.2.os.108dinarów ze śniadaniem).To starożytne miasto, założone zostało jeszcze przez Fenicjan w IX w. p.n.e., mówi się nawet, że miasto to jest starsze od legendarnej Kartaginy. Obecnie to stolica wschodniego regionu Tunezji i od jakiegoś czasu nowoczesny kurort, który przyciąga gości dobrze rozwiniętą infrastrukturą turystyczną i rozrywkową, wspomaganą rozliczną bazą hotelową. Otoczone z jednej strony morzem obmywającym pas plaży o delikatnym piasku, z pozostałych stron gajami oliwnymi. Trzecie pod względem wielkości miasto w Tunezji, łączy w sobie bogatą historię, arabską współczesność i turystyczną prężność. Będąc jednym z najpopularniejszych kurortów wakacyjnych w Tunezji, Susa bez wysiłku łączy udogodnienia kurortu z historycznymi i kulturalnymi atrakcjami, łącząc najlepsze z obu światów. Zagłębiliśmy się w rewiry Medyny. Jest jednym z najwspanialszych przykładów architektury arabskiej w Tunezji, przeplatana wąskimi uliczkami i schodami. Spacerując nimi można zobaczyć wiele ciekawych miejsc, między innymi suki, niedużą handlową dzielnicę, gdzie w małych sklepikach można zakupić pamiątki z miedzi, żelaza, skóry i drewna. Medyna, okrążona jest potężnymi podwójnymi murami (długimi na ponad 2 km i wysokimi na 8 m), wykonanymi z kamiennych bloków, odzyskanych z miejsc starożytnych budowli rzymskich. Pisanie o tunezyjskich drzwiach, to mogłaby być opowieść. Zaczynając od najbardziej urokliwych architektonicznie, niezwykle barwnych, po mniej, ale jednak zdobnych. Niebieskie, żółte, białe, brązowe, z bogato zdobionymi portalami, nabijane czarnymi ćwiekami, z finezyjnymi kołatkami, z wiszącymi rękami Fatimy… talizmanem mającymi na celu odpierać zły urok i dodawać szczęścia. Ręka Fatimy… ukochanej córki proroka, gdy ma trzy palce oznacza dom berberyjski, gdy pięć arabski. Drzwi do łaźni i mauzoleów Marabutów są malowane na czerwono lub zielono. Motywy, jakie najczęściej pojawiają się na drzwiach to półksiężyce, ryby, liście palm, minarety i gwiazdy. W Tunezji drzwi to symbol, który odzwierciedla powodzenie, bogactwo i szczęście mieszkających w tym domu mieszkańców. Kołatki to następny detal, nad którym można było się zachwycać. Niektóre drzwi posiadają więcej niż jedną kołatkę, ponieważ każda z nich wydaje inny dźwięk i jest przeznaczona dla innego członka rodziny. Czasem jest jeszcze czwarta, po lewej stronie na dole. Wbrew pozorom nie służy jedynie ozdobie i zachowaniu miłej oku symetrii, lecz ma zmylić dżiny, by nie mogły rozpoznać, czy w domu są dzieci. Natomiast piąta kołatka wysoko na drzwiach to pamiątka po czasach, gdy w gości przyjeżdżało się konno lub na wielbłądzie i to do niej przywiązywało się zwierzęta. Patrząc na drzwi…podajmy jakże piękne i trafne arabskie przysłowia: „Niech Bóg błogosławi tego, kto skraca swoje wizyty” i kolejne „Rzadkie odwiedziny potęgują przyjaźń”.
Wędrówka po tej części miasta, to jakby cofnięcie się o wiele wieków historii. Takim to sposobem, przebrnęliśmy poprzez całą Medynę, aż pod Kazbę.
27.11.2025 czwartek – Sousse > Tunis – 170km
Pobyt w Tunisie potraktowaliśmy bardziej jako przygotowanie do powrotu… tankowanie, skromne zakupy, przede wszystkim olej, przyprawy i kilka dupereli…
Zatrzymaliśmy się z sercu starej medyny w Hotelu la Calife (108 dinarów za przyzwoity pokój 2os.). Niestety jak to bywa w centrum wielkich miast, mamy spory problem, aby zaparkować nasze wielkie auta…
Medyna wraz z jej zabudowaniami wpisana została w 1979r. na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To plątanina wąskich, kolorowych uliczek z licznymi straganami, zadaszonymi sukami, minaretami meczetów, które widoczne są ponad innymi budowlami, medresami, pałacami, zakamarkami i kawiarenkami, gdzie grający w trik-traka mężczyźni niespiesznie popalają szisze. Stanowiła niegdyś całe miasto otoczone okazałymi murami obronnymi (zachowała się m.in brama „Bab el Bhar”). Dziś przyciąga licznych turystów, którzy w takich miejscach szukają autentycznej atmosfery odległych orientalnych krajów… wieczór spędzamy włócząc się po medynie i miejscowym suku….
28.11.2025 piątek – Tunis > prom do Genui
29.11.2025 sobota - Genua > Tarvisio - 610km Noclegw Tarvisio w Hotel Internacional (100€ ze śniadaniem)
30.11.2025 niedziela – Tarvisio > Wiedeń > Cieszyn > Międzyrzecze Górne – Chałupa na Górce - 730km
Po 35 dniach podróży, niezrealizowanej wyprawie do Algierii i przebytych 9440km bezpiecznie dotarliśmy o 17:30 do naszej Chałupy na Górce… Mamy lekki niedosyt związany z odwołaniem wyprawy do Algierii…
Miłosz z Przygody 4×4, obiecał, że jego firma zwróci wszelkie poniesione przez nas z tego tytułu koszty…
Poniżej możemy jedynie przedstawić program i plan trasy tej wyprawy:
Tunis, Tunezja > Nafta > Talab Larbi > Al-Wadi, Algieria > Tuggurt, Algieria > Hassi Messaoud, Algieria > Illizi, Algieria > Djanet, Dżanat, Algieria > i z powrotem… 2250km x 2 czyli razem 4600km
Kluczowe 10 dni, to park narodowy Tassili-N’djeer czyli między Illizi a Dżanat i granicą z Libią, gdzie kręcimy się, głównie terenem…
Co miało czekać na nas w Algierii?
Najbardziej „saharyjski” z krajów północnej Afryki. Niesamowity, skalny ogród… niezmierzone pustynne przestrzenie, niekończące się potężne wydmy, skalne krajobrazy rodem z innej planety, urocze guelty, magiczne labirynty skalne. Atmosfera niedostępności i tajemnicy. Ojczyzna Tuaregów. Marzenie prawdziwego overlandera… trudna, daleka i długa wyprawa selfdrive dla doświadczonych podróżników oraz osób, które za nic mają niewygody, wszędobylski pył i piach oraz ogromne odległości do przebycia. W nagrodę zobaczycie najbardziej wyszukane pustynne krajobrazy na naszej planecie, biwakujemy w najbardziej opuszczonych miejscach, gdzie towarzyszyć nam będą tylko cisza (lub wiatr) i milion gwiazd nad głową.
Trasa skupia się na najpiękniejszym zakątku Algierii czyli parku narodowym Tassili n’Ajjer… dzięki wyjątkowo dobremu rozpoznaniu oraz bardzo dobrej jak na warunki algierskie współpracy z lokalną agencją udało nam się zawrzeć w tej trasie wszystkie highlighty oraz wiele innych miejsc, które są często pomijane… cała trasa po Algierii oraz dojazd i powrót przez Tunezję liczyć będzie około 6000 km. W samej Algierii będziemy 15 dni… clue wyprawy stanowią długie odcinki terenowe po pustyni… kamienistej, piaszczystej, górskiej… w każdej możliwej postaci…
Po przekroczeniu granicy z Algierią dość szybko udamy się na południe i główny czas spędzimy w niesamowitym parku narodowym Tassili n’Ajjer. Dotrzemy prawie pod granicę z Libią i Nigrem. To tam pustynia jest najciekawsza, znajdują się wszelkiego rodzaju góry, kaniony, fantazyjne formy oraz unikalne prehistoryczne rysunki naskalne wpisane do UNESCO, które będziemy wyszukiwać pomiędzy skałami. Całą część algierską będą z nami sprawdzeni przewodnicy z lokalnej agencji, jadący swoim autem i znający doskonale tamten teren.