21.07.2020r. – Seignosse > Bayonne > Biarritz > Saint-Jean-de-Luz > Irun (gr. z Hiszpanią na rzece Bidassoa) > San Sebastian > Bermeo > Algorta (dzielnice Portugalete i Getxo łączy Most Biskajski – gondolowy ponad ujściem rzeki Nervión (Ibaizabal) – UNESCO) > Miono – 210km (nocleg na parkingu)

Rano opuszczamy kemping i przebijamy się wybrzeżem, przez kolejne zatłoczone kurorty w stronę granicy z Portugalią. Szczególnie dwa, Biarritz i Saint-Jean-de-Luz, położone wokół małych kameralnych zatoczek tchną elegancją i przepychem. Widać, że to miejsca dla turystów ze sporą kasą, luksusowe hotele, kasyna i wspaniałe rezydencje i wille. Granicę z Portugalią przekraczamy w miejscowości Irun, na granicznym moście rozpostartym nad rzeką Bidassoa. Wjeżdżamy do Kralu Basków. Jest to specyficzny naród zamieszkujący tereny na granicy Hiszpanii i Francji nad Zatoką Biskajską. Obecnie żyje około 10 milionów Basków, z czego 2,3 miliona w Hiszpanii, około 285 tysięcy we Francji i kilka milionów na emigracji, głównie w Ameryce Łacińskiej. Baskowie mówią językiem, który nie wywodzi się z języków indoeuropejskich, wykazuje za to pewne podobieństwo do dialektów, którymi posługują się pewne odosobnione populacje w dolinach Kaukazu. Niektóre wyrazy podobne są do słów z języka węgierskiego, fińskiego czy też nawet japońskiego.

Dalszą jazdę kontynuujemy północnymi terenami na zachód wzdłuż Atlantyku. Całkowicie zmienia się krajobraz i charakter zabudowy, nawet w małych miasteczkach dominuje zabudowa blokowa, wielkie domy wybudowane na przestrzeni ostatniego półwiecza.

Przez San Sebastian docieramy na przedmieścia Bilbao i kierujemy się w stronę rzeki Estuary of Bilbao. Chcemy zobaczyć specyficzny most, zwany Mostem Biskajskim. Jest to bardzo specyficzne dzieło techniczne, a pokonanie dystansu na drugą stronę odbywa się w specjalnej gondoli, podwieszonej na linach do jego konstrukcji. Most promowy został zaprojektowany przez znanego architekta Alberto Palacio (jednego z uczniów Gustawa Eiffla) i zbudowany w 1893 r. Połączył on miasto Portugalete oraz dzielnicę miasta Getxo – Las Arenas. Przy budowie zastosowano nowoczesne jak na koniec XIX wieku rozwiązania. Oprócz ciężkiej żelaznej konstrukcji wykorzystano lżejsze stalowe liny. Był to pierwszy i zarazem najstarszy na świecie most-gondolowy, który był zdolny przewozić ludzi i pojazdy. Stanowił wzorzec dla innych mostów w Europie, Afryce czy Amerykach, z których przetrwało tylko kilka. Most jest ciągle w użyciu. Ma około 160 m długości i 50 m wysokości. Do przęsła znajdującego się 45 metrów nad wodą podwieszona jest na długich linach gondola, która może przewieźć co 8 minut jednorazowo 8 pojazdów i kilkudziesięciu pasażerów w ciągu 1,5 minuty. Na przejazd mostem obowiązuje zbiorczy bilet komunikacji miejskiej Bilbao. Most Biskajski został zapisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO 13 lipca 2006 r.

Z tego co zauważyliśmy, nasze auta nie kwalifikują się aby można je było przetransportować tym mostem na druga stronę, więc musimy dotrzeć do mostu położonego głębiej w lądzie i tam przejeżdżamy na drugą stronę rzeki Estuary of Bilbao. Ponownie jadąc wzdłuż atlantyckiego brzegu przemierzamy postrzępione, górzyste wybrzeże. W okolicy małej miejscowości Miono, na parkingu opustoszałej restauracji rozbijamy obozowisko na dzisiejszą noc. Z jednej strony, w górach mosty nowej autostrady, a z drugiej w dole Atlantyk.

20-07-21-map

22.07.2020r. – Miono > Santillana del Mar > Comillas > Ribadesella > Cudillero > Luarca > Cueva – 390km (nocleg na plaży w Cueva)

Pierwszym miejscem, które odwiedzamy dzisiejszego dnia jest małe i kameralne miasteczko Santillana del Mar. Auta pozostawiamy poza centrum i pieszo obchodzimy jego zakamarki. Spacerując po tym średniowiecznym miasteczku czujemy, jak byśmy cofnęli się w czasie. Podziwiamy dobrze zachowane domy z kamienia (wykończone drewnem i złotem), rezydencje arystokratów i zwykłe gospodarstwa. Do dzisiaj mieszkańcy wyrabiają lokalne produkty takie jak: ser, cydr, czy słodycze. Najpyszniejsze są lody z mleka prosto od krowy. Główną ulicą Calle de Santo Domingo, przecinającą Santillana docieramy do historycznej dzielnicy, która przetrwała upływ czasu i zachowała się w doskonałym stanie. Przy malowniczych brukowanych uliczkach stoją okazałe domy (casonas), z których większość została zbudowana między XIV a XVII w. Wizyta w Santillana del Mar to swoista podróż w czasie.

O Santillana del Mar mieszkańcy mówią, że jest miastem trzech kłamstw. Nie jest ono bowiem ani święte (santo), ani płaskie (llano), ani nie znajduje się blisko morza (mar). Nazwa miasteczka pochodzi od imienia jego patronki, św. Juliany (Santa Juliana). Podziwiać możemy tutaj najważniejszy zabytek w mieście i jeden z najpiękniejszych zabytków romańskich w całej Kantabrii, kolegiatę św. Juliany (Colegiata de Santa Juliana). Świątynia utrzymana w stylu romańskim i wzniesiona w XII wieku, w miejscu dawnej pustelni (wstęp 3€). Znajdują się tutaj szczątki świętej Juliany, które przechowywane są w specjalnym sarkofagu od ponad 1200 lat. Jedna z legend głosi, że święta Juliana najprawdopodobniej złapała w pułapkę samego diabła. Santillana del Mar to także częsty przystanek na drodze pielgrzymów zmierzających Szlakiem św. Jakuba do Santiago de Compostela.

Odwiedzamy tu również specyficzne muzeum „Museo de la Tortura” (wstęp 4€). Już kilkukrotnie opisywaliśmy podobne muzea i patrzymy na te skomplikowane instrumenty do zadawania tortur z wielkim przerażeniem. Czyżby ludzie żyjący kilka wieków wcześniej nie znali zasady miłosierdzia, i skąd taki sadyzm…? Czasy inkwizycji stają się w naszych oczach czymś najokropniejszym, takiego barbarzyństwa, jakie dokonywano w imię Boga, trudno sobie wyobrazić…

Wczesnym popołudniem opuszczamy miasteczko, a następny postój urządzamy w portowym miasteczku Comillas. Akurat przebywamy tu w czasie lanczu, więc w miejscowej knajpce, serwującej „owoce morza”, smakujemy miejscowe sardynki i kalmary. Sardynki takie sobie, kalmary wspaniałe. W tym miejscu trochę o kulinariach, cenach i godzinach otwarcia barów i restauracji. Francja – wszystko bardzo drogie, kawa 3÷4€. Właściwie możemy coś zjeść do godz 14.00, później jedynie w barach serwują napoje. Restauracje otwierają dopiero po 19.00. W Hiszpanii wszystko zdecydowanie tańsze, kawa 1,5€, espresso można wypić już poniżej 1€. Lancz można zjeść do 15.00, później knajpy otwierają dopiero przed 21.00. Trochę nie odpowiada nam czas serwowania posiłków, gdyż na typowy nasz obiad nieco za wcześnie, a z kolei gdyby go przenieść na wieczór, to zbyt późno. Staramy się coś zjeść w porze lanczu, a typowy obiad przygotowujemy sami podczas biwakowania z produktów zakupionych w supermarkecie. Staramy się raz dzienni odwiedzić Lidla, który jest jedną z popularnych sieci lub jemu podobny.

Dalej na trasie odwiedzamy kilka małych porcików i plaż, Ribadesella i Cudillero. Szczególnie urokliwa jest kurortowa miejscowość Luarca, rozpostarta na wzgórzach wokół wąskiej zatoki, mocno zagłębionej w ląd. Ze wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na miasto, klifowe wybrzeże i ciekawie ulokowany cmentarz, który w formie amfiteatru pokrywa sporą część zbocza, to osobliwości tego miejsca.

Na nocleg podjeżdżamy do małej zatoczki, którą widzieliśmy z góry dojeżdżając do miasta. Okazała się być pół dziką plażą, gdzie sporo turystów biwakuje i pozostaje do następnego dnia. Plaża kamienista, obok wpływa rzeka, gdzie u jej brzegów po drugiej stronie, ulokowane jest wejście do obszernej jaskini.

20-07-22-map

23.07.2020r. – Cueva > Foz > O Caritel – Basilica of San Martiño de Mondoñedo > Ferrol > Betanzos > Santiago de Compostela – 310km (nocleg na kempingu „As Cancelas” 2km od centrum miasta)

Rano podjeżdżamy do miejscowości Foz, gdzie urządzamy krótki postój na kawę. Dalej kierujemy się w góry i po 10km docieramy do Bazyliki San Martino de Mondonedo. Uważana jest za najstarszą katedrę w Hiszpanii. Była siedzibą dwóch biskupów w IX wieku, a obecny kościół o architekturze romańskiej pochodzi z końca XI wieku. W przyległych zabudowaniach mieści się muzeum i o dziwo wstęp jest bezpłatny.

Dalej przebijamy się przez przepiękne góry, wspaniała pogoda niezapomniane krajobrazy. Jedziemy bocznymi, wąskimi dróżkami zaglądając dosłownie w posesje mijanych gospodarstw. Późnym popołudniem docieramy do Santiago de Compostela. Chyba każdy z nas słyszał chociażby nazwę tej miejscowości, a co zagorzalsi katolicy myślą od odbyciu pielgrzymki do tego miejsca. Santiago de Compostela to stolica regionu Galicja i jeden z najbardziej znanych ośrodków kultu chrześcijan. Powodem jest święty Jakub Starszy, jeden z dwunastu apostołów, którego ciało, jak mówi legenda, zostało w cudowny sposób przetransportowane łodzią do Hiszpanii i pochowane w miejscu, w którym dziś stoi miasto.

Pierwsze pielgrzymki do grobu świętego odbywały się już w IX wieku. Miały one jednak zgoła inny charakter, niż dzisiaj. Często traktowano je jako element resocjalizacji, pątnicy zadawali je sobie samodzielnie jako pokutę lub były one nakazywane wyrokiem sądowym. Średniowieczne pielgrzymki do Santiago de Compostela czasem były też elementem zadośćuczynienia i sposobem na umocnienie wiary. Zdarzało się, że całe miasta lub parafie organizowały pielgrzymki w ważnych dla swojej społeczności intencjach (np. prośby o pomyślne plony, koniec suszy lub wyleczenie zarazy). W drodze do Santiago de Compostela pielgrzymów prowadzą muszle przegrzebka, które są symbolem trasy. Szczyt popularności Szlaku św. Jakuba miał miejsce w okresie od XI do XIV wieku. Były lata, kiedy pielgrzymkową trasę przemierzało nawet ponad milion osób. Tak duże zainteresowanie sprawiło, że w XII wieku Santiago de Compostela zostało uznane za trzecie (po Jerozolimie i Rzymie) najważniejsze święte miejsce chrześcijan.

Przy sanktuarium spotykamy się z kolegą Jurka, hiszpańskim motocyklistą, który uczestniczył w kilku wspólnych wyjazdach po Europie. Javier przyjechał tu swoim Harleyem z Vigo odległego o 150km. Teraz już razem zwiedzamy obszar sanktuarium i miasteczka. Jesteśmy mocno rozczarowani tym miejscem, praktycznie wszystko w remoncie, rusztowania tak zewnątrz, jak i wewnątrz.

Na nocleg zatrzymujemy się na miejscowym kempingu, położonym dwa km od centrum – Camping „As Cancelas” – 27,5€ za auto, 2os. i prąd.

20-07-23-map

24.07.2020r. – Santiago de Compostela > Noia > Concello de Vilagarcía de Arousa > Cambados (na lancz przegrzebki – muszle świętego Jakuba) > Sanxenxo > Pontevedra > Bueu > Cangas > Vigo > Baiona > Viladesuso – 270km (nocleg na parkingu przy plaży)

Ruszamy dalej na południe, wzdłuż postrzępionego galicyjskiego oceanicznego brzegu. Widoki niesamowite. Docieramy do małego porciku Noia. Ponoć właśnie tu dobiła historyczna Arka Noego…?

Na płytkich rozlewiskach zalewanych oceanicznym przypływem, w mazistym błotku, miejscowi wygrzebują specyficzne muszle. Całe połacie przeszukiwane są w pogoni za tym specjałem, który niemal w całości eksportowany jest na cały świat. W Cambados i my postanawiamy popróbować miejscowego przysmaku. W różnych kulinarnych programach słyszeliśmy o przegrzebkach, zwanych również muszlami Św.Jakuba. Teraz dokładnie wiemy, gdzie się je poławia i skąd ta nazwa. Były zbierane przez pątników, stanowiły pamiątkę i swego rodzaju dowód odbycia pielgrzymki do grobu tego świętego, z czasem stając się symbolem tych pielgrzymek. Po dziś dzień symbolem muszli oznacza się szlaki drogi św. Jakuba prowadzące do Santiago de Compostela, a pielgrzymi ozdabiają nią swój strój (płaszcz i kapelusz) oraz kij pielgrzymi.

Szukamy odpowiedniej knajpki serwującej te specjały i znajdujemy ją tuż przy morskim brzegu. Bardzo elegancki wystrój i elegancka obsługa. Oczywiście zamawiamy specjał. Jedna muszla przygotowana do konsumpcji to koszt 8€. Nie znamy sposobów przygotowania, zapewne jest wiele, nam podano zapieczone w piekarniku i podane na otwartych dwóch połówkach muszki wraz ze specyficznym sosem. Smakowały wyśmienicie i subtelnie.

Objeżdżamy wzdłuż brzegów kolejne strzępiaste półwyspy, rozkoszując się niezwykłymi widokami. Niespiesznie, pod wieczór docieramy do Vigo. Wielki port, rozległe miasto. Ponownie szukamy stacji z LPG. Jurek ma Toyotę Tacoma z benzynowym silnikiem 3,6l, więc mocno konsumpcyjnym, co przelicza się oczywiście na koszty. Ma również zamontowany system na gaz z 96l zbiornikiem. W Polsce bezproblemowo, prawie wszędzie można go zatankować, a tu już od Francji mamy ciągły problem ze znalezieniem takich stacji paliw, gdzie sprzedają również gaz. Prawdopodobnie jest to sprawa ekonomi, gdyż jego cena jest prawie dwukrotnie wyższa niż w Polsce. Mamy informację, że właśnie w Vigo, gdzieś w porcie takowa się znajduje. I rzeczywiście jest, po raz drugi w Hiszpanii udaje się Jurkowi zatankować gaz.

Opuszczamy Vigo i jedziemy następne 35km do kolejnego portowego miasteczka Baiona. Obecnie miasto jest hiszpańskim kurortem. Plaże są tutaj niewielkie, jednakże w sezonie bardzo zatłoczone. Blisko Baiony znajduje się plaża Playa de América, jedna z większych na tym obszarze. W miejscowości tej znajduje się również port rybacki, pełen tradycyjnych domów i barów tapas.

Miasteczko słynne jest również z tego, że właśnie tu 10 marca 1493r. dotarła pierwsza wieść o dopłynięciu Kolumba do Nowego Świata.

Teraz pozostało nam znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, mamy z tym nieco problemów, gdyż strasznie wieje od Atlantyku. Za Viladesuso, za kolejnym cyplem znajdujemy nieco zaciszniejsze miejsce i rozbijamy obozowisko.

20-07-24-map

25.07.2020r. - Viladesuso > Oia – Mosteiro de Oia – barokowy klasztor UNESCO > A Guarda – Monte Santa Trega > Vila Nova de Cerveira – granica z Portugalią > Caminha > Viana do Castelo > Mindelo > Vila do Conde > Vila Nova de Gaia > Mealhada – 270 km (nocleg na komunalnym parkingu, tuż obok parku)

Jedziemy dalej. Po kilkunastu km docieramy do osady Oia. Znajduje się ty barokowy klasztor Mosteiro de Oia, wpisany na listę UNESCO. Niestety wszystko pozamykane i jakieś takie opustoszałe. Pod klasztorem czeka na nas Javier, ma zamiar doprowadzić nas do granicy z Portugalią. Najpierw jednak docieramy na sam południowy cypel galicyjskiego wybrzeża do miejscowości A Guarda i wspinamy się na wierzchołek góry Monte Santa Trega, dominujący nad miasteczkiem (wjazd 1€ od auta). Na szczycie znajdują się pozostałości celtyckiej osady datowanej na I w p.n.e. Z obecnych tam tablic informacyjnych nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele o tym miejscu, gdyż są jedynie w języku hiszpańskim ( po co pisać po angielsku ).Lokacja jest bajeczna, i przede wszystkim idealna strategicznie, tuż przy ujściu rzeki Minho do oceanu, na granicy Hiszpanii z Portugalią. Krajobrazy, jakie rozpościerają się z punktów widokowych są niezwykłe, dodatkowo wzbogacane przez przepływające nad szczytem chmury. Był też czas na wypicie smacznej kawy.

Zjeżdżamy w dół i kierujemy się kilka km dalej na prom w osadzie A Pasaxe, który z wg. Javiera ma pływać na drugą stronę do portugalskiego portowego miasteczka Caminha. Okazuje się, że prom nie działa i musimy jechać na most oddalony o 15km w górę biegu rzeki Minho i wjechać do Portugali w miasteczku Vila Nova de Cerveira. Tu opuszcza nas Javier i dalej podążamy już bez pilota na motocyklu, sami…

Kolejno zaglądamy do mijanych portów i miasteczek: Viana do Castelo – wspaniała stara zabudowa, Mindelo – kameralny porcik, gdzie urządzamy sobie lancz w restauracji „Refe Icao”.

Następnie musimy przedrzeć się przez rozległe miasto-port, Porto. Koszmarne przedmieścia, nieciekawa zabudowa. Ponownie docieramy do Atlantyku i rozkoszujemy się widokami na plażach w Valadares, Arcozelo i Sao Felix da Marinha. Na nocleg zostajemy w miejscowości Mealhada, na komunalnym parkingu w dzielnicy rekreacyjnej, tuż obok parku.

20-07-25-map

26.07.2020r. – Mealhada > Coimbra (stara stolica Portugalii) > Fatima (Santuarioo de Fatima) > Sartal – Quinta da Vassala e Vala Nova > Lisbona > Sintra > Cabo da Roca (najdalej na zachód wysunięty punkt kontynentu Europy) – 320km (nocleg kilka kilometrów dalej w zacisznym miejscu nad Atlantykiem)

Nocleg przy miejskim parku na obrzeżach miasta okazał się bardzo wygodny, wieczorem dołączyło do naszego biwaku jeszcze kilka kamperów. Ruszamy na południe do Coimbra, dawnej stolicy Portugalii. Stare miasto zajmuje rozległe wzgórze położone nad rzeką Mondego. Przez wiele lat była rezydencją monarchów, a miasto było świadkiem narodzin sześciu królów Portugalii. Tu też powstał pierwszy uniwersytet w kraju.

Dziś niedziela, ruch samochodowy zerowy, spokojnie wjeżdżamy na wzgórze i bez trudu znajdujemy miejsce parkingowe, tuż przy uniwersytecie. Już w XII w. Coimbra miała strukturę miejską, podzieloną na górne miasto, gdzie mieszkała arystokracja, duchowni, a później studenci, oraz na dolne miasto, słynące z handlu i rzemiosła. Od połowy XVI w. historia miasta była mocno związana z uniwersytetem – Universidade de Coimbra, najstarszą i najbardziej prestiżową uczelnią w Portugalii, której początki sięgają 1290. Dalej już „z buta” obchodzimy większość zabytków ulokowanych blisko siebie. Są tu również pozostałość bytności Rzymian i fragment okazałego akweduktu. Będąc pod ich panowaniem miasto nosiło nazwę Aeminium. Ze wzgórza roztacza się ciekamy widok na okolicę.

Opuszczamy Coimbrę i kontynuujemy jadę na południe w stronę równie znanego miejsca w Portugali, jakim jest sanktuarium w Fatimie. Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, to ośrodek pielgrzymkowy poświęcony Matce Bożej Fatimskiej, zostało wybudowane w miejscu objawień Matki Bożej, które rozpoczęły się 13 maja i trwały do 13 października 1917. Cała sprawa dotyczyła widzeń trojga pastuszków; Łucji de Jesus, Franciszka i Hiacynty Marto, którzy w owym czasie mieli po dziesięć, dziewięć i siedem lat. Cała trójka mieszkała w Aljustrel, w miejscu należącym do parafii fatimskiej. Objawienia miały miejsce na małym skrawku ziemi należącym do rodziców Łucji, nazywanym Cova da Iria i znajdującym się dwa i pół kilometra od Fatimy, przy drodze do Leirii. Matka Boża ukazała się im na krzewie zwanym ilex, będącym karłowatą odmianą dębu, mierzącym nieco ponad metr wysokości. Franciszek widział Maryję, lecz jej nie słyszał, Hiacynta ją widziała i słyszała. Łucja natomiast widziała, słyszała i z nią rozmawiała.

Ateistyczne władze, były zaskoczone i przestraszone rozwojem wydarzeń w Fatimie. 13 sierpnia 1917 roku, jeden z lokalnych urzędników aresztował dzieci usiłując je zastraszyć i zmusić do przyznania się, iż wszystko zmyśliły. Jednak ani groźba śmierci ani tortur nie nic nie dała. Dzieci zostały w końcu wypuszczone. 13 października 1917 roku, kiedy miał się zdarzyć Cud Słońca, na miejsce objawień zaczęły napływać tłumy ludzi. Władze Portugalii zrobiły wszystko, aby przez akcję propagandową i zastraszenie nie dopuścić do zgromadzenia. Wysłano kilka tysięcy żołnierzy, aby blokowali drogi prowadzące do miejsca objawień i nie pozwalali ludziom tam się zgromadzić. Jednak napływ pielgrzymów był jednak tak wielki, że wszystkie działania władz okazały się nieskuteczne. Kiedy wydarzył się zapowiadany Cud Słońca, wielu ludzi, także ateistów zaczęło się masowo nawracać. Wywołało to panikę władz, które swoje rządy opierały na antyklerykalizmie. W środkach masowego przekazu usiłowano ośmieszyć to wydarzenie oraz dziesiątki tysięcy jego świadków. Wydawano biuletyny i pamflety wyszydzające objawienia, albo nadające im formę spisku lub manipulacji dokonanej przez jezuitów. Kościół katolicki po zbadaniu wydarzeń i treści objawień nie znalazł sprzeczności z doktryną i uznał ich autentyczność w 1930 roku.

Podczas kolejnych objawień Matka Boża Fatimska przekazała dzieciom trzy Tajemnice Fatimskie, które początkowo nie zostały upublicznione. Dwie z nich zostały zapisane i upublicznione w 1941 roku na polecenie biskupa Fatimy. Trzecią z wizji (zapisaną w 1944) upubliczniono w 2000 roku. Franciszek i Hiacynta zmarli niedługo po zdarzeniach opisywanych jako doznanie objawień na grypę. Papież Jan Paweł II beatyfikował oboje 13 maja 2000, natomiast papież Franciszek kanonizował ich 13 maja 2017. Łucja wstąpiła do zakonu karmelitanek, zmarła w 2005 roku. Po jej śmierci w Portugalii ogłoszono żałobę narodową. 13 lutego 2008, w trzecią rocznicę śmierci Łucji dos Santos, papież Benedykt XVI rozpoczął jej proces beatyfikacyjny.

Co do Tajemnic Fatimskich, to pierwsza ukazuje wizje piekła, do którego idą dusze grzeszników. Druga, dotyczyła mających nastąpić wydarzeń w Rosji i że, kiedy rozpropaguje swoje błędne nauki po świecie, wywoła wojny i prześladowania Kościoła. Przepowiedziała również wybuch i nieszczęścia II wojny światowej, wystąpienie głodu na rozległych obszarach świata i znieważanie osoby papieża. Treść trzeciej tajemnicy fatimskiej dopiero ujawnił publicznie Jan Paweł II 26 czerwca 2000, była w niej mowa o m.in. białym kapłanie ginącym od kul z broni palnej i strzał z łuków, co część osób odnosi do nieudanego zamachu na Jana Pawła II z 13 maja 1981. Przypisywał swoje ocalenie wstawiennictwu Maryi. Pocisk, którym został raniony, przekazał jako wotum do sanktuarium fatimskiego. Został on umieszczony w koronie figury Matki Bożej z Fatimy.

O dziwo widocznie w czasie pandemii przybywa do tego miejsca dużo mniej turystów, gdyż nie ma problemów z zaparkowaniem i jest całkiem spokojnie. Pozostawiamy auta i idziemy pod sanktuarium. Wielkie wrażenie robi rozległość placu, gdzie spora ilość pielgrzymów, wygląda, jakby była ich jedynie garstka.

Zaglądamy również do kramów, jak wiadomo miejsca takie, to centrum jarmarcznego handlu. Ilość dewocjonaliów kipi z pólek i straganów. Miasteczko wieje pustką, wszędzie spokój i cisza, w jednej z wielu restauracji zadowalamy się pizzą i jedziemy dalej w stronę stolicy, Lizbony.

Na trasie zaglądamy do jednej z winnic, których sporo mijamy na trasie. Utrzymana w architektonicznie i w klimacie siedziba marki win Sartal znajduje się w regionie Alenquer, 50 km na północ od Lizbony. To rodzinne plantacje i projekt, który koncentruje się na jakości winnic i win, w oparciu o wartości szacunku i miłości do Ziemi. Zakupujemy kilka butelek i 5l kartonpack białego wina Chardonnay, za jedyne 7,5€, które okazuje się być wyjątkowo smaczne i świetnie komponuje się do posiłków.

Stolicę Portugalii mijamy północnymi opłotkami i kierujemy się od razu do Sintry, położonej 30km na pn-zach. od Lizbony. Sintra przez wieki znana była jako letnia siedziba portugalskich władców. Przed odbiciem regionu z rąk Maurów w Sintrze znajdował się arabski pałac, dziś w tym miejscu stoi Pałac Narodowy oraz górująca nad miasteczkiem twierdza Castelo dos Mouros.

Byłem w tym niezwykłym miejscu 14lat temu na motocyklu, wracając z podróży dookoła świata. Wydawało mi się, że znam dojazd do głównej atrakcji, Pałacu Pena, a tymczasem zagmatwaliśmy się w gąszcz wąskich uliczek i wielu zakazów ruchu. Kiedyś dało podjechać się pod samą budowlę, okazuje się, że dzisiaj z centrum dowożą turystów autobusy, lub trójkołowe motorki, typu tuk-tuk. Gdzieś na peryferiach udaje się w końcu ulokować nasze pojazdy, wynajmujemy tuk-tuka i jedziemy pod pałac (koszt, to 5€ od os.).

Kiedy wreszcie docieramy na górę możemy w całej okazałości podziwiać ten bajkowy pałac „Palacio Nacional da Pena” (wstęp 14€ od os.). No właśnie, bajkowy? Niektórzy mogą pomyśleć, że te kolory i kształty zostały wybrane z powodu kaprysu jakiegoś krezusa, a niektórzy będą zachwycać się panującym tutaj eklektyzmem… wszystko zależy od punktu widzenia… Co by nie mówić trzeba przyznać, że Pałac Pena jest imponujący i nawet jeśli kogoś nie interesuje sama budowla, to na pewno zachwyci go malowniczy widok. Widać stąd Lizbonę, Atlantyk, jak również ruiny Castelo dos Mouros. W Pałacu znajdziemy liczne terasy i wieżyczki, po których można chodzić i podziwiać panoramę, ale można również zwiedzać komnaty pałacowe. Z udostępnionych pomieszczeń zobaczyć możemy sale królewskie, sypialnię królowej, jadalnię, łazienkę czy kaplicę.

XIX wiek to przełom w historii Sintry. To wtedy powstał Pałac Pena, czyli jeden z najlepszych przykładów romantyzmu w architekturze. Imponujący pałac otoczony został parkiem zainspirowanym stylem dawnych epok. W tym czasie powstały też inne wille i pałace, a Sintra stała się jednym z ulubionych miejsc odpoczynku wśród portugalskich wyższych klas. Ważnym atrybutem nowych pałaców były ogrody, które charakteryzowały się występowaniem różnych ukrytych elementów, takich jak groty, rzeźby czy fontanny.

Zwiedzanie zajęło nam sporo czasu, mieliśmy w zamiarze pieszo zejść do miasteczka, jednak wobec tej sytuacji zjeżdżamy autobusem (bilet 3,80€). Wysiadamy pod kolejnym pałacem Palacio Nacional de Sintra. Pałac widać z daleka i łatwo go poznać po dwóch charakterystycznych, szpiczastych stożkach, jakby kominach. Mimo, że do pozostawionych aut nie jest daleko, to droga zajmuje trochę czasu, bo trzeba iść okrężną drogą. Na trasie marszu podziwiamy wiele mniejszych rezydencji i okazałych willi. Wyjątkowy jest budynek ratusza, który może nie jest wielkościowo imponujący, ale od razu w oczy rzuca się zdobiona wieża.

Niektórzy twierdzą, że Sintra jest kiczowata a na każdym rogu widać przerosty formy nad treścią. Dla nas jest bardzo oryginalna i zaskakująca, bo prawie każde odwiedzone przez nas miejsce ma w sobie coś oryginalnego, charakterystycznego, a wręcz niepasującego. Może to właśnie sprawiło, że Sintra szczególnie zapadła nam w pamięć, a może fakt, że szczególnie wyróżnia się tutaj nurt mauretański sprawiający, że budynki wyglądają bardziej egzotycznie… Jak podsumowalibyśmy Sintrę? Jest to miejsce które koniecznie trzeba zobaczyć! Dziś, te piękne budowle jeszcze bardziej zwiększają potencjał turystyczny tego miejsca, a UNESCO objęło ten obszar swoim patronatem.

Dzień pełny turystycznych atrakcji, jeszcze się nie kończy, pozostało nam podjechać jeszcze kolejne 15km do specyficznego miejsca jakim jest przylądek Cabo da Roca, wcięty w toń Atlantyku. To najdalej na zachód wysunięty punkt kontynentu Europy. Ponownie jestem w tym miejscu kolejny raz, gdyż jakby to było, aby będąc w podróży motocyklowej wokół świata nie odwiedzić takiego miejsca.

Dzisiaj wieczorem przylądek pokryty chmurami, a wiatr hula we wszystkie strony. Skalisty brzeg wznosi się 144 m ponad poziom Oceanu Atlantyckiego. Znajduje się tu również latarnia morska z XIX wieku. Na obelisku stojącym na szczycie urwiska umieszczona jest tablica zawierająca zdanie – „Tu, gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. Cabo da Roca dzielą od znajdującego się po drugiej stronie Atlantyku przylądka Henlopen w amerykańskim stanie Delaware 5593 kilometry. Z pewnością pobylibyśmy w tym miejscu nieco dłużej, może nawet rozbilibyśmy dzisiejsze obozowisko, ale z powodu wiatru musimy poszukać innego miejsca. Znajdujemy go kilkanaście km dalej jadąc wzdłuż brzegu w kierunku Lizbony, na dzikim parkingu. To jedno z najlepszych miejsc, jakie udało nam się znaleźć na dziko w tej podroży, gdyż stoimy na klifie z panoramicznym widokiem na ocean. Okazało się również, że zaledwie w odległości 10km od przylądka Cabo da Roca ustał wiatr i do zachodu świeci słońce. Wspaniała nagroda na koniec wyczerpującego dnia.

20-07-26-map

27.07.2020r. – Cabo da Roca > Belem > Lisbona > Palmela > Sines – miejsce urodzin Vasco da Gama > Porto Covo – 220km (nocleg na placu dla kamperów tuż obok centrum miasta)

Rano jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku stolicy, do dzielnicy Belem i ujścia Tagu do oceanu. Pokonujemy obszar bogatych dzielnic, wspaniałych nadmorskich rezydencji, plaż i wielu wili bardzo ciekawych architektonicznie. Po 30km zatrzymujemy się już nad Tagiem, tuż obok Wieży Belem. Obiekt został wpisany na światową listę zabytków UNESCO. Wieża uważana je za symbol Lizbony i zdecydowanie można ją określić jako jedno z najciekawszych i najbardziej atrakcyjnych turystycznie punktów miasta. Dzielnica Belem to nagromadzenie najważniejszych narodowych zabytków i atrakcji turystycznych Portugalii związanych z erą wielkich odkryć geograficznych Portugalczyków. To również przestrzeń publiczna gdzie mieszczą się parki, kilka muzeów oraz obiekty kulturalne. Nas interesuje postać wielkiego żeglarza Vasco da Gama, gdyż z tego nabrzeża w 1497r. wyruszał na odkrycie drogi morskiej do Indii. Tutaj też po powrocie witany był przez króla Portugalii, Manuela I, zwanego Szczęśliwym. Podróżnik przywiózł ze sobą niewielką ilość pieprzu, który to okazał się być na wagę złota i zapewnić wielkie bogactwo dla królestwa.

Nieopodal mieści się Pomnik Odkrywców, upamiętniający trzydzieści trzy najbardziej zasłużone dla kraju postacie, powiązane z erą wielkich odkryć geograficznych. Lizbona zawsze była silnie związane z odkrywaniem nowego świata, a pomnik ten – po portugalsku Padrao dos Descobrimentos – upamiętnia osoby zasłużone w tym temacie dla Portugalii.

Najcenniejszym zabytkiem Belem jest Klasztor Hieronimitów (Mosteiro dos Jerónimos). Budowa Klasztoru Hieronimtów rozpoczęła w roku 1501 z polecenia króla Portugalii Manuela I, jako wyraz dziękczynienia za szczęśliwą wyprawę Vasco da Gamy do Indii. Klasztor powstał na miejscu kaplicy Ermida do Restelo (Capela de Săo Jerónimo), założonej w tym miejscu przez Henryka Żeglarza, w której to, noc przed rozpoczęciem wyprawy do Indii spędził Vasco da Gama. Tam też znajduje się nagrobek Vasco da Gamy (1468-1523). W roku 1983 budowla została wpisana na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. W zachodnim skrzydle Klasztoru Hieronimitów znajduje się jedno z najciekawszych muzeów całej Portugalii – Museu de Marinha, czyli Muzeum Morskie. Jedno jest pewne, że warto odwiedzić to muzeum! Wiem to z autopsji, gdyż zwiedzałem to miejsce w 2006r., niestety dziś poniedziałek, dzień zamkniętych muzeów, Wiola i Jurek muszą się zadowolić moją opowieścią o zbiorach.

Przenosimy się w okolice centrum Lizbony, pozostawiamy auta na parkingu i zagłębiamy się w miasto. Najpierw ruszamy na przyległe wzgórze i zaglądamy do dzielnicy Alfama. Wąskie uliczki, zabytkowe tramwaje, to jedno z najurokliwszych fragmentów stolicy. Na szczycie mieści się mauretański zamek i ruiny pałacu Castelo de S. Jorge (wstęp 10€ od os.). Największą atrakcją jet jednak panoramiczny widok roztaczający się z zamkowych murów. Całe miasto i dolina Tagu jak na dłoni.

Schodzimy za wzgórza i przemierzamy kolejne dzielnice. Miasto położone jest w rozległym wąwozie, po obu stronach otoczone stromymi wzniesieniami. Zwiedzanie dolnego miasta rozpoczynamy w dzielnicy Baixa. Przez plac Rossio określany sercem Lizbony kierujemy się na plac Praça da Figueira, a następnie wędrujemy głównym deptakiem – Rua Augusta pełnym kawiarni i restauracji, sklepów, ulicznych sprzedawców. Aby ułatwić komunikację znajduje się tu wiele elewatorów, nas jednak interesują specyficzne tramwaje wywożące mieszkańców i turystów na wyżej położone miejsca, podobnie jak w Valparaiso i San Francisco. Wygoda, jednak za sporą sumę, kilkaset metrów 3,80€. Na koniec przechodzimy do placu Praca do Comércio (Plac Handlowy) i rzeki Tag. Można by jeszcze długo spacerować po tym pięknym mieście, jednak upał i zmęczenie bierze górą i popołudniem kończymy obchód Lizbony. Stolica Portugalii uznawana jest za jedno z najwspanialszych miast na świecie, również przez przewodniki Lonely Planet, które okrzyknęły ją jednym z Top-10 miast całego świata. Co zaskakujące, jednocześnie pozostaje ona jedną z najrzadziej odwiedzanych europejskich stolic. Obecnie jednak szybko się to zmienia, ponieważ wciąż odkrywają ją nowi turyści. Ja już w 2006r stwierdziłem, że to jedno z najciekawszych miast, które było mi dane odwiedzić w moich dalekich i bliskich podróżach.

Opuszczamy stolicę Portugalii, przekraczamy Tag potężnym mostem, Ponte 25 de Abril i kierujemy się dalej na południe w stronę Cabo Espichel, najbardziej na południe wysuniętego przylądka tego państwa. Na trasie przejeżdżamy przez Palmela i Sines. W tej drugiej, portowej miejscowości urodził się Vasco da Gama. Naszą dzisiejszą jazdę kończymy nad Atlantykiem w Parque Natural do Sudoeste Alentejano e Costa… I właśnie z tego powodu mamy nieco uciążliwości, gdyż nocowanie na terenie parku jest zabronione, musimy podjechać na komunalny parking dla kamperów w Porto Covo i tam pozostajemy na dzisiejszą noc.

20-07-27-map

28.07.2020r. – Porto Covo > Vila Nova de Milfontes – fort de San Clemente > Lighthouse of Cabo de São Vicente > Sagres – Fortaleza – Cape Sagres > Lagos > Alvo - 180km (nocleg na kempingu „Camping Alvor” – 19€ za nasz zestaw)

Rano obchodzimy, mały, kameralny porcik z okazałym fortem usytuowanym nad urwistym brzegiem. Obecnie miejscowość rozrosła się do wielkości kurortu, zachowując jednak specyficzny, niewysoki układ architektoniczny.

Jadąc dalej na południe przemierzamy tereny Parque Natural do Sudoeste Alentejano e Costa, który zajmuje obszar wzdłuż oceanicznego brzegu, aż po przylądek Cabo de São Vicente. To najbardziej wysunięta na pd-zachód część Europy. W średniowieczu miejsce to uznawano za koniec znanego Europejczykom świata. Nazwa przylądka wywodzi się od św. Wincentego z Saragossy, którego ciało pogrzebano w tym miejscu. W czasach przedchrześcijańskich, gdy tereny te obejmowało Imperium Rzymskie, półwysep ten był nazywany Świętym Przylądkiem dla uczczenia ostatniego miejsca, skąd widać było zachodzące słońce. Natomiast w marynarskim i żeglarskim żargonie zyskał on sobie przydomek „Przylądka Ciepłych Gaci”, jako miejsce w którym płynąc z Europy przechodziło się ze strefy chłodniejszej do cieplejszej.

Jakby z marszu podjeżdżamy do Sagres, pod Fortalezę Sagres, zajmującą sam czubek przylądka Ponta de Sagres o klifowych brzegach. U nasady Ponta de Sagres, przed wejściem do fortecy przygotowano dla turystów obszerny parking. Nie ma żadnego problemu z pozostawieniem auta. W XVw. w fortecy funkcjonowała szkoła żeglarstwa, nawigacji i kartografów zorganizowana przez króla Henryka Żeglarza. Choć sam nie żeglował, był wielkim patronem wypraw żeglarzy, przede wszystkim na wyspy atlantyckie (skolonizowanie Madery, Azorów) i wzdłuż zachodniego brzegu Afryki. Przyczynił się do rozwoju kartografii i nawigacji. Kapitanowie wracali z rejsów z rysunkami wybrzeży, które odkrywali. Wynajęci przez Henryka kartografowie tworzyli coraz lepsze mapy, które umożliwiały kolejne, udane wyprawy. Henryk zatrudniał również zdolnych twórców instrumentów nawigacyjnych, a te, coraz doskonalsze, ułatwiały żeglugę portugalskiej flocie. Założona przez niego szkoła miała duży wpływ na sukcesy portugalskich wypraw, aczkolwiek największe miały miejsce dopiero po jego śmierci. Ich efektem były kolejne portugalskie kolonie i płynące z nich wielkie zyski dla królestwa. Jest uznawana za pierwszą akademię morską na świecie. Po jego śmierci głównym centrum żeglugowym stała się Lizbona, a Fortaleza de Sagres zaczęła podupadać, dzisiaj trudno tam nawet znaleźć ślady po Henryku, chyba że uznamy największą „różę pustyni”, za pozostałość tamtejszej szkoły. To co dzisiaj można tu oglądać to niestety w większości rekonstrukcja. Twierdza pierwszy raz została zniszczona podczas ataku flotylli angielskiego pirata Francisa Drake w 1574 roku. Drugiego i ostatecznego zniszczenia dokonały siły natury podczas trzęsienia ziemi w 1755 roku. Z tamtych czasów zachowały się jedynie mury niewielkiego kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Łaskawej, znajdującego się wewnątrz murów fortecy. Fortaleza de Sagres uznana za portugalski monument narodowy została odbudowana w latach 1950-1960.

Wykupujemy bilety (3€ od os.) i obchodzimy cały rozległy teren fortecy wytyczoną ścieżką przyrodniczo-historyczną prowadzącą wokół krawędzi klifu. Na spacer za murami należy przeznaczyć co najmniej godzinę. Jest to przyjemna czynność, gdyż lekki wiatr, w połączeniu z cudownymi widokami uprzyjemnia wędrówkę. Z pn. strony cypla mamy widok na położony kilka km dalej przylądek Cabo de São Vicente i latarnię morską umieszczoną na jego końcu.

Natomiast w samym Sagres nie ma nic specjalnego do zobaczenia. Są niezłe restauracje, w jednej zjedliśmy lancz, jednak przygotowane kalmary w specyficznym sosie nie przypadły nam do gustu.

Dalej nasza trasa biegła do Lagos, gdzie chcieliśmy pozostać na nadmorskim kempingu, a dalszą część dnia przeznaczyć na plażowanie. Niestety wybrzeże Lagos, prezentujące się jako ekskluzywny kurort, okazało się być zagospodarowane luksusowymi willami, polami golfowymi i hotelami. Widać zbyt drogi teren, aby urządzić tu kemping. Jedziemy nieco dalej na wschód do kolejnej miejscowości Alvo i tam dopiero znajdujemy kemping. Mamy nieco czasu, więc tymczasową dyktę, która nieco rozmiękła w oknie Jurka Toyoty, zastąpiliśmy pozyskaną ze śmietnika sklejką. Była przy tym majsterkowaniu zabawa jak w znanej bajce, „Sąsiedi”.

20-07-28-map

29.07.2020r. - Alvo > Faro (zwiedzanie starówki) > granica Portugalia – Hiszpania > Huelva > Fregenal de la Sierra > Merida > Romangordo – 550km (nocleg na dzikim parkingu tuż obok autostrady)

Kończy się nasz pobyt w Portugalii, powoli myślimy o drodze powrotnej. Przed granicą z Hiszpanią odwiedzamy jeszcze portowe miasto Faro i zwiedzamy niewielką starówkę. Pożegnanie z Atlantykiem robimy na plaży w Altura gdzie mamy jeszcze czas dzisiejszy lancz. Kończymy rozpoczęty w Normandii w miejscowości Fecamp, przejazd kontynentalnej Europy wzdłuż Oceanu Atlantyckiego, podczas którego przebyliśmy dystans ponad 4tys. km.

Po południu przekraczamy hiszpańską granicę i podążamy w kierunku stolicy, Madrytu. Zaskoczyło nas, że po lekkim zagłębieniu się w ląd temperatura szybko rośnie i zatrzymała się dopiero na 42ºC. Nawet nadchodzący wieczór nie powodował jej spadku. Dopiero gdy wjechaliśmy w góry przed Almaraz nieco zelżała do 36ºC. Wykorzystujemy tą sytuację i zjeżdżamy z autostrady w podrzędną drogę, gdzie znajdujemy spokojny parking, aby rozbić dzisiejsze obozowisko. Rozgrzane auto, rozgrzane skały niezbyt sprzyjały nocnemu odpoczynkowi, dopiero nad ranem mogliśmy się poczuć bardziej komfortowo.

20-07-29-map

30.07.2020r. – Romangordo > Madryt – zwiedzanie > Saragossa > El Temple – 570km (nocleg w lasku na polance, 5km od autostrady)

Morderczy upał ponownie dopadł nas już przed południem. Wyjątkowo szybko pokonujemy pozostały dystans do stolicy Hiszpanii, Madrytu. Teoretycznie mamy sporo czasu aby spokojnie zwiedzić najciekawsze miejsca stolicy. Po wjeździe szybko okazuje się, że rozległe centrum wyłączone jest z ruchu kołowego z wyjątkiem autobusów i taksówek. Dalsze peryferia, mają tak zatłoczone parkingi, że aby gdzieś ulokować nasze pojazdy krążymy po wąskich i zatłoczonych uliczkach ponad godzinę. Do tego ten morderczy upał, temperatura ustabilizowała się ponownie na wysokości 42ºC. W efekcie auta pozostają 5km od centrum, a my bierzemy taksówkę aby tam szybko dotrzeć. Wysiadamy w okolicy Pałacu Królewskiego – Palacio Real de Madrid, który to postanowiliśmy kompleksowo zwiedzić (wstęp 13€). Został zbudowany w XVIII wieku przez Filipa V Burbona i po dziś dzień jest oficjalną rezydencją króla Hiszpanii. Obecnie Rodzina Królewska nie zamieszkuje już tego miejsca. Nadal jest to jednak reprezentacyjna siedziba króla, gdzie odbywają się ważne uroczystości państwowe.

W pałacu mieści się kilkaset komnat. Oczywiście nie wszystkie z nich są udostępnione dla zwiedzających. Do najciekawszych części pałacu, które można zobaczyć podczas zwiedzania należą: sala tronowa, sala bankietowa, sala kolumnowa, biblioteka królewska i zbrojownia mieszcząca się w jednym ze skrzydeł pałacu. Pałac Królewski w Madrycie cechuje ogromny przepych. Sale wypełnione są kolorowymi freskami, obrazami oprawionymi w bogato zdobione ramy, porcelaną i rzeźbami. Luksus i bogactwo, aż kipi za ścian.

Największe wrażenie zrobiła na nas jednak zbrojowni i ekspozycja „opancerzenia” rycerzy i ich koni. To jakby oglądać średniowieczne „czołgi”. Kunszt i majstersztyk konstrukcji nie do opisania. Tak rozległej i świetnie przygotowanej kolekcji nie widzieliśmy nigdzie do tej pory.

Wychodzimy z pałacu i zwiedzamy kolejny obiekt, jakim jest położona wis-a-wis Pałacu Królewskiego, katedra „Catedral de la Almudena” (wstęp 6€). Jej budowę planowano od XVI w., ale rozpoczęto dopiero w XIX w. i ukończono dopiero w 1993 roku. Została zbudowana w stylu neoklasycznym, głównie ze względu na sąsiadujący z nią Pałac Królewski. Jedną z atrakcji, które daje to miejsce, jest taras ulokowany u sklepienia wież i możliwość podziwiania panoramy Madrytu.

Schodzimy w dół i przemieszczamy się do centrum, na Plaza Mayor. To jeden z najbardziej znanych placów w Madrycie. Został zbudowany na planie prostokąta o bokach 129 × 94 m. Otaczają go trzypiętrowe budynki z 243 balkonami skierowanymi w stronę placu. W średniowieczu był zwykłym targowiskiem usytuowanym poza murami miasta. W 1561 Filip II przeniósł do Madrytu stolicę i postanowił stworzyć na bazie istniejącego targowiska, miejsce reprezentacyjne przeznaczone dla spotkań publicznych i obchodzonych uroczystości, jak również egzekucji. Obecnie plac jest atrakcją turystyczną, wszystkie budynki zostały odrestaurowane, w ich oficynach mieszczą się kawiarnie i restauracje. Najciekawsze to te które oferują w swej nazwie określenie – „Museo del Jamon” (muzeum szynki) i gdzie wielka ilość szynek zwisa z gablot i sufitów. Lokale pod szyldem Museo del Jamón (jest ich tutaj cała sieć) to połączenie barów szybkiej obsługi (konsumpcji dokonuje się również na stojąco) i sklepów, w których można zakupić do domu szynkę, kiełbasę i sery, które ci posmakowały. W roli głównej, zamiast tatara czy też nóżek w galarecie, występuje tutaj szynka. Ta słynna, dojrzewająca, będąca w gruncie rzeczy jednym z symboli Hiszpanii. Piękne i wielkie świńskie nogi wiszą sobie wesoło (lub też całkiem niewesoło z punktu widzenia wegetarian) i dojrzewają spokojnie nad głowami gości. Zamawiasz zatem kanapkę z szynką, talerz szynki albo pikantnej kiełbaski chorizo czy też półmisek hiszpańskich serów i już twój żołądek ma smaczną podkładkę pod trunki. My z racji, że ze niedługo ruszymy w dalszą drogę raczymy się jedynie piwem.

Zmęczeni upałem wracamy do aut taksówką i szybko wyjeżdżamy z miasta, kierując się w stronę Saragossy. Okazuje się, że autostrada prowadząca do tego miasta jest bezpłatna, więc szybko pokonujemy kolejne 350km. Morderczy upał tuż za Madrytem podbił temperaturę do 45ºC. Pod wieczór zjeżdżamy nieco z trasy kierowani informacją o kempingu. Jednak na kolejnym, ze skrzyżowań drogowskazów już zabrakło, więc lokujemy się tuż przed miejscowością El Temple na skaju sosnowego zagajnika i rozbijamy obozowisko na dzisiejszą noc. Na szczęście w tej okolicy nieco wcześniej przeszła burza, co dało sporą obniżkę temperatury.

20-07-30-map

31.07.2020r. - El Temple > Huesca > Bielsa – granica z Francją > Auch > tulle > Puy Nachet – 620km (nocleg na kempingu, nad jeziorem „Camping Du Lac” – Aquadis Loisirs – 13€ za nasz zestaw)

Rankiem ruszamy w kierunku Pirenejów. Postanowiliśmy je przekroczyć jadąc drugorzędną drogą nr A138 przez graniczną miejscowość Bielsa. Niezwykle malownicza trasa, gdzie szczytowy jej fragment i zarazem granicę z Francją pokonujemy tunelem o długości 3070m, gdzie wjazd od hiszpańskiej strony położonym jest na wysokości 1664m.n.p.m, a wyjazd po francuskiej na 1821m.

Po wyjeździe z tunelu zastajemy całkowicie odmienny krajobraz, jakby wyjęty z przejazdu trasy Transfogarawskiej po południowej stronie Karpat. Wjechaliśmy w sielskie rolnicze regiony Francji, tak, że widoki z trasy mocno absorbują. W jednej z małych wiosek zatrzymujemy się na lancz. Stosowne tablice zapraszają na obiady w wydaniu „Menu del dia”. Dalej to już tylko jazda i jazda, którą kończymy w okolicy Tulle, gdzie zjeżdżamy z trasy do Puy Nachet, nad jezioro Doustre i lokujemy się na kempingu „Camping Du Lac” – 13€ za nasz zestaw z prądem.

Dzisiejszy wieczór to tzw. „zielona noc”, dzisiaj kończymy wspólną wyprawę, od jutra my i Jurek wracamy do Polski oddzielnie. On do swojego domu w Muszynie pojedzie przez Niemcy i Austrię, my będziemy się kierować w stronę Bałtyku, gdzie chcemy spędzić jeszcze tydzień i przejechać na rowerach kilka nadmorskich tras. Oczywiście szczęśliwy objazd Atlantyku i pomyślne zwiedzanie, honorujemy stosownym toastem. To była całkiem przyjemna i ciekawa podróż, która mocno wzbogaciła naszą wiedzę na temat terenów, które przebyliśmy oraz zamieszkujących je społeczności.

20-07-31-map

01.08.2020r. - Puy Nachet – Camping Du Lac > Clermont-Ferrand > Strasburg – 750km (nocleg na parkingu dla TIR-ów „Aire de la Pfeffermatt”, 25km za Strasburgiem, 50km przed Karlsruhe)

Dzisiaj po wyjeździe z kempingu rozdzielamy nasze drogi i podążamy, każdy w zaplanowaną przez siebie stronę. Cały dzień to mozolna jazda i pokonywanie kolejnych kilometrów. Na tyle jest to uciążliwe, że jedziemy przez Francję poza autostradami, jest jedynie jeden pozytywny aspekt tej sprawy, przejeżdżamy przez kolejne miasteczka i wioski jakby w bliskości z ich społecznościami. Kolejną uciążliwością takiego przejazdu jest objazd niezliczonej ilości rond, od tej czynności mam zawrót głowy i poplątanie rąk. Pod wieczór docieramy do Strasburga i na wylocie z miasta w kierunku Karlsrue, na autostradowym parkingu dla TIR-ów pozostajemy na nocleg. Wszytko byłoby ok. gdyby nie warczące agregaty pracujące na dachach chłodni.

20-08-01-map

02.08.2020r. – „Aire de la Pfeffermatt” 25km za Strasburgiem > Karlsrue > Ludswighafen > Frankfurt > Gettingen > Berlin > Szczecin > Międzywodzie – 1000km (nocleg na kempingu „Tramp” – 95zł za nasz zestaw auto, dwie os. prąd)

Kolejny dzień pochłaniania setek kilometrów, musimy przebyć całą przestrzeń Niemiec jakby w poprzek. Jedyny plus, że jedziemy szybko autostradami. Jednak co nas nieco zdziwiło, wiele odcinków znajduje się w totalnej przebudowie i mocno hamuje tempo naszego przejazdu. Jeszcze przed zachodem wjeżdżamy do Polski na wysokości Szczecina i wreszcie możemy powrócić do polskiej kuchni. W przypadkowo napotkanej karczmie raczymy się wspaniałymi pierogami, tymi, które lubimy najbardziej – ruskie i z mięsem. Na pierwszą bazę pobytową nad Bałtykiem wybieramy miejscowość Międzywodzie i kemping „Tramp”. Szokuje nieco cena ustawienia naszej wyprawowej Toyoty, 95zł za dobę, mniej płaciliśmy w Zach.Europie. Dodatkowo, kemping jest tak zatłoczony, że z trudem znajdujemy miejsce na ustawienie naszego obozowiska, można zapomnieć o wydzielonych stanowiskach, czy boksach. Ponad połowa zakwaterowanych turystów, to przybysze z Niemiec, przypuszczamy, że stąd te ceny i taki tłok. Przecież, na początku obecnego lata spędziliśmy już trochę czasu nad Bałtykiem i ceny były o 30% niższe. Mamy w tym terenie zaplanowane pewne przejazdy rowerowe, stąd jednak decyzja, że pozostajemy, wszak i tak nie spędzimy na terenie kempingu wiele czasu.

20-08-02-map

03.08.2020r. – Międzywodzie > Kołczewo > Warnowo > Woliński Park Narodowy > Międzyzdroje – (powrót tą samą trasą) – 47km na rowerach

Realizujemy zaplanowane przejazdy rowerowe. Nie będziemy opisywać doznań i wrażeń, skupimy się na ciekawostkach, a nimi są, kontynuując wczorajsze odczucia – ceny…? Międzyzdroje zabiły nas ilością wczasowiczów, szczególnie tych z Niemiec i wysokością cen – kawa 13zł, gałka lodów 5zł, naleśnik z owocami 26zł – szok, czujemy się jak na wybrzeżu francuskim, bo w Hiszpanii i Portugalii jest taniej. Jak zwykle, nad Bałtykiem raczymy się dorszem, tym razem w portowej tawernie w Międzyzdrojach – 11,50zł za 100gram i piwo w cenie 10zł. Wszystko smakowało wybornie.

20-08-03-map

04.08.2020r. - Międzywodzie > Dziwnów > Dziwnówek > Pobierowo > Trzęsacz > Rewal – (powrót tą samą trasą) > Międzywodzie – 61kmna rowerach

Kolejny rowerowy dzień i przepiękne trasy, szczególnie fragment prowadzący przez las, z Dziwnówka do Pobierowa. Na całej trasie, przygotowanie i oznakowania szlaków beż zarzutu. Tym razem dorsza konsumujemy w Rewalu w knajpie „Nad Klifem” – 9zł za 100gram + piwo 8zł. Wszystko smakowało wyśmienicie.

20-08-04-map

05.08.2020r. – Międzywodzie > Mrzezyno > Rogowo (przyjazd naszą Toyotą na następny kemping) – 50km Rogowo > Dźwirzyno > Rogowo (spacer plażą do Dźwirzyna i z powrotem 8km)

Dopołudniowy czas przeznaczyliśmy na przeniesienie naszej bazy kempingowej o 50km na wschód z Międzywodzia do Rogowa, położonego 4km za Mrzeżynem. Stacjonujemy na kempingu Nr 91 usytuowanym nad wodami jeziora Resko (70zł za dobę za nasz zestaw z prądem). Później spacer plażą na dorsza do portu w Dziwnówku. Im dalej przemieszczamy się na wschód tym ceny mocniej spadają, gdyż za dorsza płacimy 8zł za 100gram, a piwo kosztuje już 7zł.

06.08.2020r. - Rogowo > Dźwirzyno > Kołobrzeg > Sianożęty (przejazd rowerami tam i z powrotem) > Rogowo – 57km na rowerach

Kolejny rowerowy dzień, jedziemy przez Kołobrzeg do Sianożętów. Tym razem w drodze powrotnej zaglądamy do restauracji „U Rewińskiego”, gdzie renoma smażonej rybki jest bezdyskusyjna. Boski smak do tego wspaniale sałatki i całkiem normalne ceny – 10,50zł za 100gram

20-08-06-map

07.08.2020r. – Rogowo > Mrzeżyno > Rogowo (plażą do Mrzeżyna i z powrotem 12km) Rogowo > Kołobrzeg > Przesieki (Motel „Drawa”) - 170km

Dopołudniowy czas spędzamy na spacerze plażą do Mrzeżyna. Tam w znajomej nam tawernie „Portowa”, zamawiamy dorsza w gazecie, a to z tytułu formy podania na papierowej podkładce przypominającej gazetę. Polecamy tę knajpkę położoną tuż przy moście. Cena dorsza 8,50zł za 100gram. Pod wieczór opuszczamy Bałtycki brzeg i jedziemy do Przesiek, nad Drawę. Odwiedzamy po drodze znajomych prowadzących „Motel Drawa”. Zawsze podczas spływów po Drawie i przez Drawieński Park Narodowy, korzystaliśmy z tej bazy i tu wynajmowaliśmy kajaki. Od kilkunastu lat utrzymujemy przyjacielską zażyłość i jak tylko jest okazja, to się nawzajem odwiedzamy.

08.08.2020r. – Przesieki (Motel „Drawa”) > Poznań > Milicz > Niesułowice („Stary Młyn”) > Opole > Międzyrzecze Górne „Chałupa na Górce” - 580km

Rano opuszczamy Przesieki i jedziemy w kierunku naszej chałupy. Po drodze zaglądamy do kolejnych naszych znajomych, którzy nimi zostali poprzez podróżowanie. Odwiedzamy Bogusię i Piotra prowadzących w Niesułowicach koło Milicza restaurację i hotel „Stary Młyn”. Niektórzy pamiętają motocyklowe spotkanie „W Dolinie Baryczy” i wszystko to co związane z karpiami. Bogusia to wielokrotna „Królowa Karpia”, którego to serwuje wg. własnych przepisów w swojej restauracji. To również świetna baza do rowerowych i motocyklowych przejazdów, jak również wspaniałe miejsce na grzybobrania https://www.stary-mlyn.com.pl/ .

Przed północą docieramy do naszej „Chałupy na Górce” i tym samym kończymy naszą kolejną wyprawę, tym razem przez Europę, a w szczególności jej nadatlantycki odcinek.

20-08-07-08-map

Na podsumowanie przyjdzie czas nieco później, na razie przekazujemy czystą statystykę:

Razem przebyliśmy naszą Toyotą 9940km + 230km rowerem co daje łącznie 10170 km

europa-atlantyk-trasa

<<<< POPRZEDNIA