20 luty – czwartek – dzień 47.

Przelot z Manili do Doha w Katarze

O 9.00 opuszczamy nasz hotel sieci OYO i jedziemy na międzynarodowe lotnisko Ninoy Aquino w Manili. O 13.00 mamy lot z Manili do Doha w Katarze, liniami Philippine Airlines (czas przelotu: 10 h 30 min. Cena za dwa bilety: 3300zł). W kolejce do odprawy jesteśmy zszokowani jej długością i tym, że odprawiają się same Filipinki, wszystkie to młode kobiety. W samolocie, który załadowany do pełna przewozi 364pasażerów, my we dwoje jesteśmy jedynymi białymi i jedynymi turystami, którzy lecą do Kataru. Jak przypuszczaliśmy, a później potwierdziliśmy, wszystkie te kobiety lecą do pracy. Czas oddaje nam na trasie przelotu 5godz. i już o 18:30 lądujemy w Doha na Hamad International Airport. Odprawa od ręki, wizę przystawiają bezpłatnie. Jeszcze na lotnisku załatwiamy wycieczkę po mieście na jutrzejszy dzień – biuro „Ariyan Limousine” www.ariyanlimousine.com . Oferta zawiera transport z lotniska do naszego hotelu, czterogodzinny przejazd po najciekawszych miejscach Doha i transfer z hotelu na lotnisko w dniu wylotu. Cena za całość – 120USD. Takim to sposobem szybciutko znajdujemy się w hotelu, który wcześniej zarezerwowaliśmy na kolejne dwa dni poprzez booing.com: The Town Hotel Doha, Adres: Musheireb 4 – Najm Street, Doha, Katar, Tel: +974 4410 7100. Cena za dwie noce 370 rial katarskich (QAR), ok.390zł (1 rial katarski = 1,05 zł, 1 $USD = 3,64 rial katarski QAR).

21 luty – piątek – dzień 48.

Doha – zwiedzanie stolicy Kataru - 100km

Doha, to miasto na piasku. Jednym z krajów, który wykorzystał daną przez los szansę, jest Katar- niewielki emirat (odpowiednik europejskiego księstwa) graniczący z potężną Arabią Saudyjską. Jednak w tym dość małym kraju (30 razy mniejszym niż Polska) ostatnie lata przyniosły imponujące osiągnięcia. Dość wspomnieć, że w przeliczeniu na mieszkańca, to jeden z najbogatszych krajów świata. Również tu swoją siedzibę mają linie lotnicze Qatar Airways czy słynna stacja telewizyjna Al-Dżazira, która w latach 90-tych rzuciła wyzwanie globalnym potęgom telewizyjnym, takim jak CNN czy BBC. Ambicje tego niewielkiego kraju sięgają jednak dalej i w 2022 Katar gościć będzie Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, do których bardzo pieczołowicie się przygotowuje.

Rządzący Katarem wiedzą, że dochody z ropy i gazu kiedyś się skończą lub będą niewystarczające. Zaczęto więc myśleć o alternatywnych sposobach na utrzymanie rozpędzonej gospodarki. Katarczycy przerabiali już podobny scenariusz, kiedy ważna gałąź gospodarki, czyli połów pereł, upadł z powodu masowej hodowli sztucznych prowadzonej przez Japończyków. Tym razem Katar stawia na usługi i chyba nikogo nie dziwi, że padło na turystykę… bo czemu by nie wykorzystać ciepłego klimatu, morza i plaż? Na razie Katar nie jest tak popularnym miejscem wypoczynku Polaków jak niedaleki Dubaj i kojarzyć się bardziej z lotniskiem transferowym, stanowiącym świetna bazą wypadową ku dalekiej Azji. Takie postrzeganie Kataru może się jednak zmienić dzięki wielkim inwestycjom w sektor turystyczny. Kto wie, może kiedyś zamiast do Egiptu będziemy latać do Kataru?

Zamówiony kierowca punktualnie o 9.00 podjeżdża pod hotel i rozpoczynamy dzisiejsze zwiedzanie wg naszego planu wzbogaconego o ciekawe miejsca, które chce nam zaprezentować nasz kierowca-przewodnik. Rozpoczynamy od National Museum of Qatar, niezwykła architektoniczna bryła przedstawiająca strukturę minerału zwaną „Pustynną Różą”. Podjeżdżamy do Doha Port, gdzie wiodącą budowlą jest Museum of Islamic Art. Ten piękny obiekt zbudowano na skrawku lądu wydartemu morzu. Budowla swoim stylem nawiązuje do dawnej islamskiej architektury, szczególnie do meczetu Ibn Tulun w Kairze. Dzięki swojej oryginalnej bryle muzeum jest ciekawym obiektem do fotografii. Jedno z bardziej fotogenicznych i zapadających w pamięci miejsc, które warto zobaczyć w Doha. Miasto to jest typowym przykładem metropolii, w którym tradycja miesza się z nowoczesnością.

Nieco dalej, przy nabrzeżu portu poławiaczy pereł, zacumowano dziesiątki tradycyjnych, arabskich, drewnianych łodzi dhow. Dawniej wykorzystywane były przez poławiaczy pereł, jak również do transportu ludzi i towarów. Dziś służą do komercyjnych rejsów dla odwiedzających Doha turystów. Z samego portu roztacza się piękna panorama na nowoczesną dzielnicę Doha, na pierwszym planie widać wspomniane łodzie, a daleko na horyzoncie majaczą potężne szklane wieżowce nowej dzielnicy biznesu, West Bay. Takie kontrasty, wymieszanie starego z nowym, to znak rozpoznawczy tego miasta.

Dalej na pn poczynając od portu ciągnie się bulwar Doha Corniche. Tam też u wejścia do portu poławiaczy pereł stoi pomnik-fontanna, stanowiący symbol, pamiątkę po czasach sprzed epoki ropy, kiedy Katar był jednym z największych dostawców naturalnych pereł na świecie. Doskonałe miejsce do pamiątkowego zdjęcia. Doha Corniche, czyli nadmorska promenada ciągnie się prawie 10km, aż po nowoczesne centrum biznesowe West Bay. To również jedno z najbardziej popularnych miejsc, które odwiedzają turyści, miejscowi spacerowicze, rowerzyści i biegacze.

Dalej przejeżdżamy przez rozległe połacie nowej Doha West Bay, gdzie ulokowały swe wymyślne wieżowce, banki, przedstawicielstwa wielkich korporacji i wszelakie centra biznesowe. Może nie jest to nowojorski Manhattan, ale takich widoków nigdzie w Polsce nie zobaczymy, rozmach urbanizacyjny, przestrzeń, kompozycja, więc każdemu miłośnikowi architektury na pewno wpadnie coś w oko. Cała dzielnica choć nowoczesna i czysta sprawiała jednak w ciągu dnia wrażenie opustoszałej. Jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża, a kolejnym z jego elementów jest, Katara Cultural Village, gdzie ulokował się wielki amfiteatr, okazała galeria handlowa i całe kulturalne centrum stolicy.

Najdalszym obiektem na naszej trasie był The Pearl-Qatar, teren wyrwany morzu składający się z wielu wysp. Perfekcyjnie zaprojektowany i pieczołowicie realizowany po dziś dzień. W specjalnym budynku umiejscowiono projekt i makietę powstającej struktury architektonicznej. Znajdują się na niej luksusowe hotele, wille i apartamenty zarezerwowane dla najzamożniejszych mieszkańców. Nasz objazd miasta kończymy na Souq Waqif, czyli arabskim bazarze. Pierwsze co rzuciło się nam w oczy to architektura tego miejsca, gdyż nie ma tam nowoczesnych budowli, a stojące tam budynki wykonane są tradycyjnymi metodami, przy użyciu gliny i drewna. Targ jest enklawą tradycyjnej arabskiej architektury, którą Katarczycy przezornie zachowali dla potomnych.

Gdy poruszaliśmy się w labiryncie uliczek, nie mogliśmy oderwać wzroku od kolorowych i pachnących przypraw, wielobarwnych sukien rozwieszonych w oknach sklepów, sekcji z kolorowym ptactwem i zwierzątkami, wyrobów ze skóry i innego rękodzieła. Po małej przerwie, już o zmroku powracamy na Souq Waqif, aby zażyć jego smaku nocą. Okolica cieszy się dużą popularnością zarówno wśród rodowitych mieszkańców, jak i zagranicznych turystów. Oczywiście umiejscowiły się tu również wszelakie restauracje, gastronomiczne kramy i zwyczajne domowe jadłodajnie, gdzie każdy zaspokoi za niezbyt wygórowaną cenę, swoje upodobania smakowe.

Osobliwym doświadczeniem było odwiedzenie Souq Falcon, gdzie handluje się sokołami. Posiadanie sokoła do polowania to nie tylko kaprys najbogatszych arabskich książąt i szejków, to także wizytówka i potwierdzenie statusu społecznego. Przechadzający się mężczyźni z sokołami na ramionach nie należą do rzadkości. Ptaki towarzyszą opiekunom na posiedzeniach rad nadzorczych spółek naftowych i podróżują z nimi luksusowymi limuzynami. Sokół jest dziś nie tylko symbolem prestiżu arabskiej elity, ale także dowodem jej przywiązania do tradycji. Polowanie z udziałem sokoła stawia w lepszym świetle niż paradowanie z kijem golfowym, który kojarzy się z Zachodem. Nic więc dziwnego, że Arabowie coraz większe znaczenie przypisują zdrowiu drapieżnych ptaków, tuż obok bazaru ulokował się szpital dla tych ptaków. Popyt na ptaki jest tak ogromny, wspomnimy tu, że sprowadza się je z odległych zakątków świata, często nielegalnie.Niegdyś można było kupić sokoła za równowartość kilkudziesięciu dolarów, dziś liczona jest w dziesiątkach, a nawet setkach tysięcy. W specjalnie przygotowanych sklepach, oprócz sokołów można nabyć wielką ilość wszelakich gadżetów, to cała wielka branża jak u nas dla rodowodowych psów, czy kotów.

Po specyficznym, trzy tygodniowym filipińskim bycie, dziś mamy wielki komfort psychiczny, jakiś spokój i czujemy się wym miejscu i w tym kraju jak w raju…

22 luty – sobota – dzień 49.

Doha > przelot do Kuwejtu > Kuwejt – zwiedzanie

Tym razem pobudka już o 5.00, gdyż o szóstej mamy transport z hotelu na międzynarodowe lotnisko Hamad International Airport w Doha. O 9:00 przelot do Kuwejtu. Kierowca jest punktualnie, transport na lotnisko zajmuje 20min. Przewóz wchodził w skład pełnej usługi transportowej, łącznie z wczorajszym zwiedzaniem. Teraz po jej zakończeniu z pełną odpowiedzialnością możemy polecić biuro które te przejazdy zrealizowało – Ariyan Limousine www.ariyanlimousine.com . Po króciutkim, godzinnym locie, już o 10:05 jesteśmy na Kuwait International Airport w Kuwejcie. Lot realizowała kuwejcka linia lotnicza, Jazeera Airways, cena za dwa bilety – 1260zł. Ponieważ nie mieliśmy wykupionej wcześniej wizy elektronicznej, szybko wyrobiliśmy ją na lotnisku – cena 3 dinary (1 dinar kuwejcki KWD – 12,62 zł, 1 $USD = 0,30 dinara kuwejckiego KWD). Na lotnisku wynajmujemy taksówkę i za 9dinrów jedziemy do centrum miasta Kuwejt, oddalonego od lotniska o 18km. Przed południem meldujemy się we wcześnie zarezerwowanym przez booking.com hotelu: Carlton Tower Hotel Kuwait. Adres: Block 15, Jada 1, Abdulaziz Hamad Alsakr Street, Kasema16 Area, Qubliah Kuwait City District, 00000 Kuwejt. Tel: +965 2245 2740. Cena 42,60dinara za dwie noce, niestety bardzo drogo, ale trudno znaleźć coś rozsądnego w tym mieście, mieszkamy w samym centrum stolicy.

Szybkie zakwaterowanie i od razu ruszamy w miasto. Kuwejt to państwo położone w południowo-zachodniej Azji, na północno-zachodnim wybrzeżu Zatoki Perskiej. Graniczy z Irakiem i Arabią Saudyjską. Jest to miejsce, w którym panuje klimat zwrotnikowy kontynentalny suchy. W wyniku tego przy niskich opadach oraz wysokich temperaturach, miejscowa fauna i flora jest niezwykle uboga. Ponad 90 procent powierzchni kraju zajmują pustynie oraz półpustynie. Kraj jest zamieszkiwany przez niespełna 3,6 miliona osób. Historia Kuwejtu sięga VII wieku, choć początki obecnego państwa to okres dopiero tysiąca lat później, kiedy to w 1710r. uciekinierzy z Arabii Saudyjskiej na miejscu portugalskiej fortecy z XVIw., założyli miasto Kuwejt. Od końca XIX wieku kraj znalazł się pod protektoratem brytyjskim. Gdy w roku 1938r. odkryto gigantyczne złoża ropy naftowej, w ciągu zaledwie kilku lat Kuwejt stał się światowym potentatem w wydobyciu tego surowca. Na początku lat 60-tych była to jeszcze niewielka osada przedzielona ulicą, która wkrótce przekształciła się w nowoczesne miasto. W 1961 roku Kuwejt uzyskuje niepodległość i wstępuje do Ligi Arabskiej. W sierpniu 1990 roku cały świat zwraca uwagę na Kuwejt, kiedy to wojska irackie pod dowództwem Saddama Husajna dokonują inwazji na ten niewielki kraj. To wydarzenie stało się przyczyną I wojny w Zatoce Perskiej, gdzie wojska koalicji dowodzonej przez Stany Zjednoczone wyzwoliły Kuwejt i pokonały iracką armię. Ze względu na typowo pustynny krajobraz oraz uwarunkowania historyczne, Kuwejt nie ma zbyt wiele do zaoferowania wymagającym turystom. Jeszcze sto lat temu Kuwejt nie przypominał dzisiejszego obrazu. Bramy tego otoczonego murem miasta-państwa zamykano na noc. Mieszkańcy byli pozbawieni elektryczności i wody pitnej, gdyż tą, dowożono aż z Basry w Iraku. Obecny Kuwejt – stolicę państwa o tej samej nazwie opasuje od południa siedem autostrad biegnących łukiem od Zatoki Perskiej (tu zwanej Arabską) do zatoki Kuwejckiej. Prostopadle do nich poprowadzono dwie inne autostrady, każda ma po cztery pasy w jednym kierunku, które wiodą na południe, do granicy z Arabią Saudyjską.

Ponieważ zakwaterowanie mamy w samym centrum, prawie wszystkie ciekawe miejsca mamy w zasięgu kilku km. Postanowiliśmy więc odbyć długi marsz po mieście, odwiedzając wszystko „z buta”… Oczywiście nie znając do końca realiów, okazało się , że pierwszy obiekt usytuowany nad samym morzem, noszący szumną nazwę „Al Bahhar Entertainment Historical Village”, miał być pieczołowicie odrestaurowaną tradycyjną osadę kuwejcką, a okazał się całkiem nową budowlą z rekreacyjnym placem zabaw. Podobnie dwa skromne muzea znajdujące się przy nadmorskim bulwarze, Sadu House, czyli Domu Tkactwa i Dickson House, tradycyjny dom, nie wzbudziły w nas zachwytu. Tuż obok tego drugiego, mieści się również zabytkowy dom państwa Dicksonów, a w nim jedna z najstarszych w kraju, diwaniya Al-Shamlan. Diwaniya to miejsce, gdzie spotykają się mężczyźni, rzadziej kobiety (zawsze osobno), by porozmawiać dosłownie o wszystkim. W ciągu jednego wieczoru Kuwejtczyk potrafi odwiedzić kilka takich miejsc, wpada na pół godziny, wypija herbatkę i jedzie do następnej diwaniya. Na koniec z reguły przyjeżdża tam, gdzie był specjalnie zaproszony i zostaje na posiłek. Wszystkie te obiekty nie mają wielkiej wartości historycznej, należy powiedzieć wprost, tu nie ma zabytków w naszym pojęciu tego słowa. Natomiast port, to działający rybacy i ich kutry, które służą do połowów, a nie do wożenia turystów jak w Katarze. Wn latach 80-tych ubiegłego wieku większość łodzi miała jeszcze żagiel, dzisiaj wszystkie są wyposażone w silnik spalinowy.

Od połowy lat 80. ubiegłego wieku w mieście zbudowano ponad 21 km sztucznego nadbrzeża z wyspami, portami jachtowymi, kompleksami rozrywkowo-handlowymi i promenadami. Zachowano przy tym piaszczyste plaże, a wzdłuż całego wybrzeża poprowadzono dwupasmową drogę szybkiego ruchu zwaną Arabian Gulf Street. Idąc dalej tym nadmorskim bulwarem przechodzimy obok dawnego i nowego Urządu Emira, czyli Seif Palace i New Seif Palace. Niedaleko stamtąd do Wielkiego Meczetu (Grand Mosque). Został on zbudowany w 1986 r. i jest największym meczetem w Kuwejcie. Okazuje się, że dzisiaj jest niedostępny dla zwiedzających, możemy przyjść jutro z rana pomiędzy 9.00, a 11.00 i zajrzeć do wnętrza, podobno tylko z wycieczką i przewodnikiem.

Schodzimy ponownie do nabrzeża i docieramy do „Sharq Mall”, wielkiego centrum handlowego z przystaniami, mostami i promenadą nadmorską. Nas najbardziej zaciekawiła ogromna hala „fish marketu” i niespotykana ilość różnych gatunków ryb i innych stworzeń morskich.

Wreszcie po następnych trzech km dochodzimy do wizytówki i symbolu tego kraju, do kuwejckich wież. Gdyby spojrzeć na stolicę z lotu ptaka, w oczy rzuciłyby się trzy białe spiczaste wieże kłujące niebo, ulokowane bezpośrednio nad brzegiem Zatoki Arabskiej. Dwie z nich to Kuwait Towers, najwyższa o wysokości 187 m, jest udostępniona do zwiedzania. Nanizane są na nią dwie kule. Większa mieści restaurację, w mniejszej znajduje się punkt widokowy, który obraca się raz na pół godziny. Wydajemy po 3,25dinara od os. i wjeżdżamy windą w górę. Wszystko byłoby fajnie, jednak stan i czystość szyb jest tragiczny, z dobrych widoków, a w szczególności zdjęć, nici. Zdegustowani wyrażamy swą opinię personelowi i opuszczamy to miejsce, które pozostawiło w nas mieszane uczucia, gdyż nijak się ma ta sytuacja do bogactwa tego kraju.

Po 10km marszu bierzemy taxi i powracamy do ścisłego centrum. Okazało się, że w tym mieście nikt nie porusza się na piechotę, z pewnością ze względu na wysokie, letnie temperatury, szukając wytchnienia w klimatyzowanych wnętrzach samochodów. Dzisiaj temperatury jak polskiego lata, ale tutejsze przyzwyczajenia pozostają.

Cały wieczór spędzamy na „Mubarakiya old Market”, największym targu w Kuwejcie. Labirynt uliczek został pieczołowicie odrestaurowany za panowania poprzedniego emira szeika Jabera Al-Sabaha. Oprócz meczetów znajdują się tu dziesiątki tradycyjnych kafejek i jadłodajni, czysto, tanio i smacznie. W poszczególnych działach bazaru można kupić: warzywa, ryby, mięso, perfumy, buty, ubrania, zegarki, elektronikę i Bóg wie co jeszcze. W części zwanej Souk Hareem, gdzie dostaniemy m.in. damskie kosmetyki i ubrania, sprzedawcami są ubrane na czarno kobiety z zasłoniętymi twarzami. Ale największe wrażenie robi targ złota, trag dywanów oraz sklepiki z przyprawami. Ich zapach długo pozostaje w nozdrzach. Za dwa dni przypada święto narodowe tego kraju, więc dodatkowo mamy atrakcje w postaci obejrzenia wszelakich gadżetów związanych z wizerunkiem kuwejckich barw. Mieszkańcy przykładają wielką wagę do wizerunku swego kraju, a święto trwa dwa dni, 25 i 26 lutego.

23 luty – niedziela – dzień 50.

Kuwejt – zwiedzanie miasta

Dzisiejszy dzień zaczynamy od ponownego odwiedzenia kuwejckiego Grand Mosque. Tym razem już bez problemu możemy wejść do środka, jednak nie jest to zwykłe zajrzenie do wnętrza. Aby tam się dostać musimy uczestniczyć w specjalnie zorganizowanym zwiedzaniu z przewodnikiem. Najpierw Wiola musiała być odpowiednio przyodziana. Ponieważ, jak już informowaliśmy w tym kraju nie ma turystów, jesteśmy tu sami wraz z parą z Teksasu, Majkelem i Engin. On służy tu, w bazie amerykańskich wojsk, a żona przyjechała do niego w odwiedziny. Nasza przewodniczka z najdrobniejszymi szczegółami wyjaśniła wszelkie zawiłości religijne i historię budowy. Został oddany do użytku wiernym w 1986 r. i jest największym meczetem w Kuwejcie. Wewnętrzny dziedziniec ma wymiary 72 x 43 metry, razem z krużgankami może pomieścić 10 tys. osób. Dzienne światło wpuszczają do wnętrza świątyni 144 okna. Mężczyźni i kobiety modlą się w oddzielnych salach. Emir wchodzi specjalnymi drzwiami od północnego zachodu. Zwiedzanie zajęło prawie 1,5godz., a na koniec poczęstowano nas soczkiem. Wstęp bezpłątny.

Nasi kompani zwiedzania byli tak mili, że podwieźli nas swoim autem prawie 20km do następnego punktu zaplanowanej na dzień dzisiejszy naszej podróży po Kuwejcie. Generalnie gdybyśmy przybyli tu kolejny raz, to z pewnością wynajęlibyśmy auto, odległości pomiędzy atrakcjami są bardzo duże, a transport opiera się wyłącznie na taksówkach, które są bardzo drogie.

Takim to sposobem dotarliśmy do Scientific Center. & Aquarium, gdzie nas interesuje jedynie to drugie. Wg informacji ma być największym akwarium na Bliskim Wschodzie z morskimi zwierzętami, w tym rekinami, tymi występującymi w Zatoce Arabskiej. Wstęp 4dinary od os. Już od wejścia wiemy, że ta informacja jest mocno przesadzona. Owszem wszystko bardzo ciekawe, jednak lekko zaściankowe i nieporównywalnie mniejsze niż to w Dubaju.

Następnie łapiemy taxi i jedziemy 10km dalej wzdłuż brzegów zatoki do Al Hashemi Marine Museum. Znajduje się na terenie hotelu Raddison. Zgromadzono ty świetnie odrestaurowane łodzie, morskie wyposażenie i sprzęt nawigacyjny. Nas jednak najbardziej interesuje niezwykły drewniany okręt Al-Hashemi II. Jest to największea na świecie drewnianej łódź, kolos o długości ponad 80 m, szerokości prawie 19 m i wadze 2 500 ton. Co prawda nigdy nie pływał, ale i tak wszyscy przychodzą do hotelu Raddison podziwiać to cudo. W swym wnętrzu mieści salę balową na tysiąc osób, ozdobioną 24-karatowym złotem. Nie indagowani przez nikogo obeszliśmy wszystkie jego zakamarki, po czym spokojnie opuściliśmy hotelowy teren.

Ponownie łapiemy taxi i przemieszczamy się następne 15km do „The Avenues Mall phase 3”, miasta-galeria pod dachem. Trudno to opisać, ale obszar ok 2km na 0,7km zamknięto pod przeźroczystym dachem i wewnątrz wybudowano miasto. Architektonicznie coś niesamowitego, nigdzie w świecie nie spotkaliśmy jeszcze czegoś takiego. Trzeba przyznać, że zaprojektowano wszystko z wielkim rozmachem, jak również ze smakiem. Oczywiście znajdziemy tu ofertę handlową wszystkich znanych i ekskluzywnych marek. Pięknie, ale jakoś dla nas zbyt sztucznie, już po godzinie spaceru mamy nieco dość i opuszczamy ten dziwny świat, który dla bogatych mieszkańców Kuwejtu jest namiastką czegoś, co my mamy realnie i w rzeczywistości. Żyjąc w piasku pustyni, tej nasączonej ropą, za niewyobrażalne pieniądze budują swój skrawek szczęścia…

Ponownie taxi i wracamy do naszego hotelu. Wieczór spędzamy na terenie „Mubarakiya old Market”, gdzie tym razem skupiamy się na zaspokojeniu potrzeb kulinarnych. Tu też postrzegamy, że Kuwejt to istna wieża Babel, mieszkają i pracują tu obywatele całego świata, głównie Azji, a jak z wywiadu zdążyliśmy się dowiedzieć, to na ok. 3,6 mln mieszkańców Kuwejtu tylko 30 proc. to rodowici Kuwejtczycy!

Jest jednak zasadnicza różnica, którą dostrzegamy w tym kraju w porównaniu do Emiratów, czy Kataru. Po pierwsze czuć pewną zaściankowość tego miejsca, niby wszystko okazałe, ale jakieś, takie nie do końca należycie wykończone, nie zadbano o szczegóły, jak porządne chodniki, wypielęgnowane trawniki, nie zachowano całościowej wizji architektonicznej, która łączyłaby stare z nowym. Czuje się tu, że Kuwejt jest jednak gdzieś na uboczu tego co dzieje się w Emiratach i Katarze. Brak turystów i nie stawianie na rozwój branży turystycznej, jest zapewne również tego powodem. To na minus, jednak jest i coś na plus. Tu na ulicach i bazarach widzimy prawdziwych Kuwejtczyków, uczestniczą w życiu tego kraju, są widoczni, mamy z nimi kontakt. Tego nie ma w Emiratach i rzadko się zdarza w Katarze. Tam widzimy turystów i wszelkie narodowości, które przybyły aby tam pracować. Oryginalnych mieszkańców możemy jedynie spotkać, jak przemykają szerokimi ulicami swymi Lad Cruiserami, Lexusami i innymi limuzynami. Tak więc, tu mamy z nimi kontakt i na każdym kroku dostrzegamy serdeczność, przechodzącą wręcz w spontaniczność i chyba właśnie to powoduje, że czujemy się tu bardziej naturalnie.

24 luty – poniedziałek – dzień 51.

Kuwejt > przelot do stolicy Bahrajnu, Manama > Manama zwiedzanie

Dzisiaj mamy bardzo wczesna pobudkę. Tani lot okupiony jest przerwanym snem, już o 2.00 w nocy. O.3.00 mamy transport na Kuwait Intl Airport, skąd wylatujemy o 05:50 do Manama w Bahrajnie. Linia lotnicza, Jazeera Airways, czas lotu: 1 h 10 min., cena za dwa bilety: 620.00zł. Już o 07:05 jesteśmy w stolicy tego kraju. Tym razem nie ryzykujemy, że będzie sprawny transport w tym kraju, na kolejne cztery dniwynajmujemy na lotnisku auto w firmie Avis – 350zł. Zakwaterowanie mamy w Manama: OYO 102 Sea Shell Hotel, Adres: Bahrain, Adliya , Bulding 406, tel: +966 800 814 6590. Za cztery noce płacimy 52 dinarów, ok. 530zł (1 dinar bahrajński BHD – 10,25zł 1 $USD to 0,38 dinar bahrajński BHD).

Po krótkim odpoczynku ruszamy w miasto. Zacznijmy od tego, że Królestwo Bahrajnu jest niewielką wyspą na Morzu Arabskim w Zatoce Perskiej. Mówiąc „niewielką”, mamy na myśli wielkość przeciętnego naszego województwa. Długość nabrzeża wynosi ok. 160 km. Jak na kraj to naprawdę niewiele. Jednak wyspa się rozrasta i z roku na rok przybywa jej lądu. Dzieje się tak za sprawą nawożonego piasku, który konsekwentnie, metr po metrze, przykrywa płytkie morze otaczające Królestwo. Osoby, które parę lat temu kupowały mieszkania z widokiem na morze, dziś skarżą się, że wartość ich nieruchomości spadła, nie wspominając nawet o komforcie mieszkania, ponieważ zamiast szumu fal słyszą dziś głównie koparki, dźwigi i inne maszyny budujące nowe wieżowce nad samym morzem. Nawigacje samochodowe sprzed dwóch lat dziś są już mało aktualne, ponieważ tam, gdzie teraz w Bahrajnie znajduje się autostrada, one pokazują niebieski obszar, czyli wodę. Jest to kraj ciągłej rekonstrukcji, budowania, gdzie dźwigi i rusztowania są niemal wpisane w krajobraz.

Historia Bahrajnu jest długa, jednak niepodległość i pełną autonomię uzyskał on dopiero w 1971 roku, kiedy wycofał się z Federacji Emiratów Arabskich. Wraz z wydobyciem ropy i rozwojem wewnętrznym szło coraz większe otwarcie się na świat. Obecnie około połowa milionowej społeczności wyspy to przybysze z zewnątrz, głównie Hindusi oraz pracownicy z Europy Zachodniej i USA. Na ulicach widać więc wiele białych twarzy. Chociaż Arabki zazwyczaj noszą tradycyjne abaję zasłaniające ciało od stóp do głów, oficjalnie nie istnieją żadne restrykcje dotyczące stroju, dlatego też wieczorne wyjścia do restauracji, bankiety i dyskoteki zamieniają się niekiedy w prawdziwy pokaz mody. Temperatura zaś niemal o każdej porze roku pozwala na noszenie zwiewnych sukienek i sandałów. Poza Ramadanem w zasadzie wszystko jest dozwolone. Chociaż Bahrajn to kraj muzułmański, uważa się go za jedno z najbardziej liberalnych państw wyznawców Allaha. Umieszczany był nawet w pierwszej dziesiątce rankingu „miast grzechu”. Rzeczywiście, wśród krajów arabskich wyróżnia się zdecydowanie liberalizacją życia i obyczajowości. Przyjeżdżając tu, możemy więc liczyć na wszystkie rozrywki, które oferują nam kraje europejskie. Może poza teatrem, ponieważ tej instytucji, uznawanej przez islam za źródło grzechu, muzułmanie nie powołali do życia. Jednak do innych zakazów religijnych podeszli mniej radykalnie. Na lotnisku wręcz namawiano nas do kupna alkoholu, co uczyniliśmy aby nie robić nikomu przykrości…. ;-)

Tym razem mamy auto, więc możemy zagłębić się w dalsze i bliższe zakamarki miasta. Zaczynamy od nadmorskiego pasa wybrzeża, które zostało nie tak dawno wyrwane morzu, a dzisiaj powstają tu okazałe hotele, apartamentowce i wielkie przestrzenie rekreacyjne. Przemieszczając się poprzez las wielkich wieżowców docieramy w końcu do jednego z najstarszych zabytków kraju, do wykopalisk archeologicznych w Qalat Al-Bahrain. Miejsce to jest typowym tellem, czyli wzgórzem powstałym sztucznie dzięki nakładaniu się przez wieki kolejnych warstw ludzkiej bytności. Są świadectwem stałej obecności człowieka, począwszy od 2300 roku p.n.e. aż do XVI wieku naszej ery. Było ono stolicą krainy Dilmun, jednej z najważniejszych starożytnych cywilizacji w tym regionie. W 1522 roku Portugalczycy wznieśli tu okazały Bahrain Fort. Został wybudowany w miejscu poprzedniego, którego początki sięgają początków naszej ery. To nie tylko fort, lecz jakby starożytne, opuszczone miasto, pełne zakamarków, wnęk i pojedynczych budynków. Stając przed masywem ścian, wysokich na paręnaście metrów, jeszcze przed wejściem przez główną bramę, z podziwem patrzymy na wielką budowlę.

Niesamowite wrażenie sprawia również widok z fortu i majacząca w oddali nowoczesna, błyszcząca w zachodzącym słońcu Manama. Trudno byłoby znaleźć większy kontrast starożytność i nowoczesność. Całość wpisana w 2005r. Na światową listę UNESCO.

25 luty – wtorek – dzień 52.

Bahrajn – zwiedzanie wyspy - 180km

Mocno myślimy od rana jak zagospodarować kolejne dni w Bahrajnie? Wysilając pamięć pana „Google”, wyszukaliśmy kilka miejsc które warto byłoby odwiedzić w tym kraju. Pierwszą rzeczą jest zapewne, położone w sercu wyspy „Dar al-Naft Oil Museum”, umiejscowione w odległości kilku metrów od pierwszego w rejonie Zatoki Perskiej szybu naftowego, z którego trysnęła ropa w 1932 roku. Informacje na ten temat lokalizacji są tak skromne, że trudno ustalić dokładnie to miejsce. Na szczęście mamy naszego GPS-a, dzięki któremu docieramy do celu. Gdy tylko opuściliśmy miejską zabudowę wkroczyliśmy w pustynny świat związany z wydobyciem ropy. Jeszcze czegoś takiego nigdy nie widzieliśmy… wokół pełna infrastruktura wielkiego pola naftowego z rurociągami, rafinerią, pompami, płonącymi szybami i całym systemem przesyłu tego surowca, a my pośród tego wszystkiego sami. Nie wierzymy, że normalni ludzie bez problemu mogą poruszać się w labiryncie tego całego systemu wydobywczego…? Żadnej kontroli, ochrony, szlabanów, straży… coś niebywałego…? Po kilkunastu kilometrach widzimy napis „Oil Museum”, super… udało się dotrzeć do celu. Okazało się jednak, że muzeum zamknięte na cztery spusty i to chyba nie od dziś. Obok budynku jedynym miejscem świadczącym o historii, jest skromny monument z okolicznościową tablicą. Jednak i tak jesteśmy zadowoleni, gdyż cały przejazd, to pobyt w wielkim skansenie wydobycia ropy.

Niespełna 6 km dalej znajduje się równie osobliwe miejsce. Na niewielkim wzgórzu, w samym środku wyspy i w samym środku pustyni rośnie wielkie, zielone drzewo zwane tu Ghaf, z gatunku prosopis cineraria. Jest chyba najsławniejszą atrakcją Bahrajnu i nosi nazwę „Drzewo Życia” (Shajarat-al-Hayat). Uznawane jest za cud natury, gdyż wyrosło pośród piasku pustyni. Wiek drzewa nie jest dokładnie określony. Rozmaite źródła podają, że liczy sobie od stu do nawet tysiąca lat. Nam na miejscu człowiek pilnujący drzewa przekazał, że ma ok.400lat. Do dziś zagadką pozostaje fakt, skąd czerpie wodę, ponieważ w promilu kilkunastu kilometrów rozciąga się pustynia. Zielone drzewo, które rośnie w tak trudnych warunkach, pośród upału, pyłu i burz piaskowych, to doprawdy intrygujące zjawisko. Bez racjonalnego wytłumaczenia biologicznego sukcesu drzewa wielu zwróciło się po odpowiedź do mitologii i religii. Niektórzy twierdzą, że Enki, starożytny bóg wody z mitologii babilońskiej i sumeryjskiej, chroni drzewo. Inni nadal wierzą, że jest historycznym miejscem ogrodu Eden. Niezależnie od odpowiedzi, drzewo o wysokości sięgającej 10 m i średnicy korony 25÷27 m, rosnące na szczycie piaskowego wzgórza o wysokości 7,6 metra, z dala od widocznego źródła wody, nie wykazuje oznak śmierci, i nadal inspiruje, gdy stoi dumnie w tym pustynnym krajobrazie. My natomiast po własnym wywiadzie już wiemy, że drzewa tego gatunku mogą mieć korzenie sięgające na 50 metrów w głąb ziemi, a wody podziemne w tej okolicy występują na głębokości kilkunastu metrów.

Oczywiście oprócz nas i strażnika drzewa, nikogo tu nie zastaliśmy. Jednak pod koniec pobytu w tym miejscu dojechali autem miejscowi, a z niego wysiadła para młodych ludzi, jak później się okazało byli to młodzi Rosjanie z Krymu, a dojechali tu autostopem. Ponieważ nie mieli powrotnego transportu, zaproponowaliśmy im wspólne dalsze zwiedzanie wyspy, na co ochoczo przystali. Mieliśmy okazję dowiedzieć się więcej o obecnej sytuacji i życiu na Krymie.

Następnym miejscem, które zaplanowaliśmy odwiedzić, była sztuczna wyspa „Durrat Al Bahrain” usytuowana u brzegów południowego cypla wyspy. Okazało się, że cały teren jest wielką, zamkniętą enklawą, do której wjazd mają jedynie właściciele willi, które się tam znajdują. Co ciekawe, całość wygląda jak jedno wielkie kondominium, gdzie wszystkie posesje i domy są jednakowe, oczywiście mające dostęp do morza. Robimy kilka fotek i jedziemy na zachodnią stronę wyspy. Na trasie przejazdu docieramy do toru wyścigów Formuły 1, Bahrain International Circuit, gdzie obywają się zawody Grand Prix Bahrajnu. Odbyły się po raz pierwszy w sezonie 2004 i pierwszymi organizowanym na Bliskim Wschodzie. Pojawiło się wówczas wiele obaw związanych z atakami terrorystycznymi. Jednak te przypuszczenia okazały się bezpodstawne i eliminacja odbyła się bez problemu. Tuz obok toru znajduje się równie ciekawe miejsce, Gravity Indoor Skydiving. Wielki, pionowy, przeźroczysty tunel powietrzny, gdzie można pokonać grawitację i latać w powietrzu. Na razie jako obserwatorzy postanowiliśmy jedynie popatrzeć jak inni latają, może zdecydujemy się później. Dwu minutowy lot kosztuje 17dinarów, ale wykupiony online tylko 12dinarów – 124zł.

Na zachodnim brzegu wyspy odwiedzamy jeszcze plażę Al Jazair Beach i powracamy do Manama. W drodze powrotnej zajeżdżamy na specyficzny starożytny cmentarz Burial Mounds w Hamad Town. Znajduje się tu wielka ilość kopców usypanych ze żwiru, zawierających w sobie komory grobowe. W 2019r. zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Obejmują obszary kilku nekropolii w zachodniej części Bahrajnu. Zbudowane zostały pomiędzy 2200 a 1750 rokiem p.n.e. Sześć z takich miejsc to pola kopców, składające się z kilkudziesięciu do kilku tysięcy „tumuli”, wszystkich jest około 12tys. Są one dowodem istnienia rozwiniętej cywilizacji z czasów wczesnego Dilmun, około dwa tys. lat p.n.e, podczas której Bahrajn stał się prężnym ośrodkiem handlowym. Dobrobyt umożliwił mieszkańcom rozwinięcie skomplikowanej tradycji pogrzebowej.

Nasza dzisiejsza wycieczka po wyspie miała być niezbyt długa, a okazała się trwającą cały dzień i do tego bardzo ciekawą. Co zauważyliśmy dodatkowo… okazuje się, że Bahrajn składa się z parunastu miast, a większość obszaru zajmuje pustynia. Trudno jest się zorientować, kiedy wyjeżdżamy z jednego miasta, a wjeżdżamy do kolejnego, ponieważ nie informują nas o tym żadne tabliczki. Wyspa jest jednak na tyle mała, że nawet jeśli się zgubimy, prędzej czy później trafimy do upragnionego celu. W stolicy Manama skupia się właściwie prawie całe życie gospodarcze i rozrywkowe. Jest to oczywiście najbardziej reprezentacyjna część kraju, w której powstały zbudowane na wzór Dubaju drapacze chmur i wielkie centra handlowe, gdzie pośród pustynnego krajobrazu zachwycają zielenią trawniki, nawadniane podziemnym systemem kanalików. Nie dajmy się jednak zwieść pozornej „wszech nowoczesności” Manamy. Gdy zjedziemy z głównej ulicy miasta, trafimy do dzielnic, które trwają niezmienione od przeszło półwiecza. I tam właśnie możemy się poczuć, jak w prawdziwym arabskim kraju, gdzie rzadkością są napisy w łacińskim alfabecie, na palcach jednej ręki można policzyć zagranicznych gości, tubylcy nieśpiesznie spacerują odziani w galabije lub abaje, a tempo życia jest znacznie wolniejsze i bardziej ospałe.

Dzień kończymy na przyległej do hotelu ulicy Osama Bin Zaid Ave, gdzie ulokowało się wiele regionalnych knajpek, oferujących wszelakie światowe kulinaria.

26 luty – środa – dzień 53.

Bahrajn – zwiedzanie wyspy - 100km

Wczoraj odwiedziliśmy Gravity Indoor Skydiving, dzisiaj ponownie tam przybywamy… Wiola po przemyśleniu sprawy postanowiła, że będzie latać w tunelu aerodynamicznym. Online zapłaciliśmy bilet i o 13.00 będzie latanie. Najpierw pół godzinne szkolenie, a później dwa krótkie, dwuminutowe seanse latania, oczywiście z instruktorem. Ja opisuję technikę, Wiola później przedstawi wrażenia.

Następnym punktem programu było zwiedzenie głównego meczet Bahrajnu, Al-Fateh Grand Mosque. Jest to największa świątynia na wyspie, będąca w stanie pomieścić nawet 7 tys. wiernych. Można ją zwiedzić w dowolnym dniu tygodnia, poza piątkiem, który w Bahrajnie jest dniem świętym, celebrowanym tak, jak w Polsce niedziela. Aby wejść do środka, musimy się oczywiście odpowiednio ubrać, zasłonić ramiona i nogi, a także zdjąć buty. Budowla z zewnątrz bardzo okazała, od środka już nieco mniej. Nie ma żadnego porównania do głównych meczetów w Emiratach, Kuwejcie, czy Omanie.

Dzień kończymy jak zwykle każdego dnia pobytu w Manama w przyległej do naszego hotelu dzielnicy Adliya, gdzie w dziesiątkach knajpek zawsze można znaleźć coś smacznego do zjedzenia, włącznie z Shoarma, popularną potrawą arabską, przygotowaną z mięsa baraniego lub jagnięcego. Mięso okrawane jest z rożna i jest arabskim odpowiednikiem tureckiego kebaba. Zawinięte w placek z odpowiednimi przyprawami smakuje wybornie.

Po powrocie do hotelu zastanawiamy się co zrobić z jutrzejszym dniem. Pobyt w Bahrajnie mógłby zakończyć się jutrzejszym lotem do kraju, ale loty są co drugi dzień i tak wypadło, że mamy czas do pojutrza. Ponieważ mamy informację, że Arabia Saudyjska od paru tygodni wprowadziła elektroniczne wizy, spróbujemy je szybko wyrobić przez internet i jutro pojedziemy do Al Dammam, które odległe jest jedynie o 80km od Manama. Z przejazdem nie ma kłopotu bo wyspę Bahrajn i Arabię Saudyjską łączy most o długości 25km. Widujemy tu wielu Saudyjczyków, którzy przyjeżdżają zabawić się do Bahrajnu, gdzie bez problemu można nabyć alkohol i bawić się w wielu klubach i dyskotekach.

Logujemy się na stronie saudyjskiego MSZ, wypełniamy wnioski, płacimy po 464,00 zł od osoby za wizę wraz z ubezpieczeniem (obowiązkowe) i po pięciu minutach na nasz adres e-mailowy przysyłają nam gotowe wizy. Wielokrotna wiza jest ważna przez rok, a maksymalny pobyt w tym okresie wynosi 90dni.

Dla nas to szok, jeszcze przed wyruszeniem w tą podróż, próbowaliśmy wszelkich sposobów na zdobycie wizy tego kraju, gdzie bez sponsora było to niemożliwe. Zostawała jedynie forma bardzo drogiej (8tys.od.os.) wycieczki zromanizowanej przez biuro podróżny Travelplanet https://www.travelplanet.pl/ , na którą to zdecydowaliśmy się, ale w ostatniej chwili ją skasowali ze względu na brak wymaganej liczby chętnych. Teraz mamy wizy na rok i bez problemu możemy jechać do tego kraju, co dla nas jest niezwykle miłym zaskoczeniem.

Ponieważ naszym wypożyczonym autem nie możemy przekraczać granicy Bahrajnu, musimy szybko zorganizować alternatywny transport. Pierwszy kontakt z napotkanym taksówkarzem daje 100% efekt – kierowca przekazuje nam kontrakt do swojego brata (taxi nie może przekraczać granicy), który prywatnym, autem zawiezie nas jutro do Al Khobar i Al Dammam. To drugie, to piąte co do wielkości miasto Arabii Saudyjskiej w którym również znajduje się międzynarodowe lotnisko. Uzgadniamy cenę za czas i długość przejazdu (8h ok.200km), która wynosi 70 dinarów BHD (ok.700zł).

bliski-wschod-map

27 luty – czwartek – dzień 54.

Manama > granica Bahrain – Arabia Saudyjska > Al Khobar > Al Dammam > Manama – zwiedzanie saudyjskich miast – 200km

Zgodnie z umową o 9.00 Ali, nasz kierowca podjeżdża pod hotel i ruszamy na wycieczkę do Arabii Saudyjskiej. Przed wjazdem na most Ali musi uiścić ubezpieczenie od auta i opłatę za przejazd mostem (10 + 2 dinary – opłaty wliczone w cenę przejazdu). Na środku mostu usypano wielką sztuczną wyspę, na której znajdują się oba punkty odprawy granicznej. Odprawa i system przejazdu zorganizowany w stylu amerykańskim, wszystko załatwia się z auta w okienkach, których jest kilkanaście. Po okazaniu naszych wiz okazało się jednak, że musimy udać się do głównego centrum odpraw, czegoś takiego jak elektroniczna wiza, jeszcze tutaj nie widziano. Kilka telefonów, jakieś sprawdzanie i po 5min przystawiają pieczątki wjazdowe. Już o 10.00 jesteśmy w przygranicznym mieście Al Khobar.

Całą trasę którą pokonaliśmy z Bahrajnu, nosi nazwę Droga Króla Fahda. Faktycznie jest kombinacją mostów i grobli komunikacyjnych. Została wybudowana w latach 1982–1986, a koszt inwestycji wynoszący 1,2 mld dolarów, został w całości pokryty ze środków saudyjskich. Zaraz po zjeździe z trasy wjeżdżamy w nowoczesny system aglomeracyjny wielkiego miasta Al Khobar. Niegdyś mała wioska rybacka z portem na południowym wybrzeżu Zatoki Perskiej, zamieszkała głównie przez członków plemienia Al Dossary, które migrowało z Bahrajnu do Arabii Saudyjskiej po tym, jak król Abdul Aziz pozwolił im się tu osiedlić. Wraz z odkryciem ropy naftowej w latach 30-tych XX wieku została przekształcona w centrum handlowe oraz przemysłowy port przesyłu ropy. Wielu mieszkańców Khobar pracuje dla Saudi Aramco, największej na świecie firmy naftowej. Tradycyjnie Khobar było także miastem właścicieli sklepów i kupców, a dziś miasto ma wiele nowoczesnych centrów handlowych i szeroki nadmorski bulwar. W panoramie miasta widzimy wiele drapaczy chmur, a kolejne są w budowie. Khobar, Dammam i Dhahran są częścią obszaru metropolitalnego Dammam. Razem są często nazywane „Miastami Trójki”, gdyż znajdują się w odległości mniejszej niż 15 km od siebie i tworzą wielką metropolię, piątą co do wielkości w królestwie. Miasto znane jest również z niechlubnego incydentu. W 1996 r. Khobar Towers , kompleks mieszkalny sił powietrznych USA , został rzekomo zbombardowany przez bojowników wspieranych przez Iran, zabijając 19 żołnierzy amerykańskich i jednego z Arabii Saudyjskiej. Podróżujemy po mieście, zaglądamy na miejscowy bazar, przejeżdżamy nadmorskim bulwarem. Jedną z ciekawszych budowli jest „Khobar Water Tower”, wkomponowana w wybrzeże potężna wieża wodna.

Po kilkunastu dalszych km. docieramy do Al Dammam. Miasto z niską zabudową składające się z wielkich obszarów i dzielnic mieszkalnych z typową arabską zabudową. Podjeżdżamy jeszcze pod niezwykła budowlę przypominającą wielkie głazy ustawione na pustyni, to „King Abdulaziz Center for World Culture”. Architektoniczne cudo, którego zewnętrzne peryferia są jeszcze fazie budowy.

W drodze powrotnej w Al Khobar odwiedzamy ciekawy architektonicznie meczet „King Fahd Grand Masjid” i przed 16.00 opuszczamy teren Arabii Saudyjskiej. Odprawa w powrotnej drodze już bez wysiadania z auta, jedynie musimy ponownie zapłacić po 5dinarów za bahrajńską wizę. Przed 17.00 jesteśmy w hotelu i szykujemy się do jutrzejszego wylotu do Wiednia przez Szardżę (ZEA).

bahrain-saudarabia-map

Przed wyjściem na kolację dostajemy smsa i z niedowierzaniem odczytujemy wiadomość, która przekazuje, że nasz jutrzejszy lot jest skasowany i mamy się skontaktować z najbliższym biurem linii lotniczej „Air Arabia”. Po 15min jesteśmy w przedstawicielstwie linii usytuowanym dwa km. od naszego hotelu. Okazuje się, że nie jesteśmy tu jedynymi petentami przybyłymi w tej sprawie. Po krótkim odczekani w kolejce dowiadujemy się, że Król Bahrajnu po otrzymaniu wiadomości o zachorowaniach na „coronavirus” w Emiratach odwołał wszystkie loty do tego kraju. Możemy przesunąć lot na kolejny termin, za dwa dni, ale bez gwarancji wylotu. Odrzucamy taką propozycję, rezygnujemy z lotu przez Emiraty i w biurze tuż obok zajmującym się rezerwacjami i zakupem biletów lotniczych na wszelakie linie próbujemy znaleźć rozwiązanie dla naszej sytuacji. Kiedy załatwiałem bilety, pamiętałem, że są alternatywne przeloty z Bahrajnu liniami „Air Pegasus” przez Istambuł, co zasugerowałem obsługującej nas sympatycznej pani. Okazało się, że biletów do Wiednia już nie ma, ale są do Budapesztu. Szybka decyzja… lecimy. Wylot już za kilka godzin, o 2.00 w nocy, na lotnisku musimy zdać auta o 11.00. Ponownie musimy opłacić lot w cenie 930zł od os. Za ten który przepadł, maja nam wrócić kasę do dwóch tygodni. Zapłacony nocleg w Wiedniu i autobusowy bilet z Wiednia do Katowic przepadły.

Wracamy pod hotel, kolacja w pobliskiej knajpce, pakowanie, chwila odpoczynku i jedziemy na lotnisko. Kończymy pobyt w Bahrajnie, kończymy pobyt w Zatoce Perskiej, odwiedziliśmy wszystkie państwa tego regionu. Po 55dniach podroży, z wielkim bagażem wiedzy i nowych doświadczeń wracamy do kraju.

Kiedy najlepiej jest się wybrać w rejon Zatoki Perskiej? Jeżeli lubimy niewiarygodny upał i wilgotność polecamy lipiec lub sierpień. Jeśli lubujemy się w wysokich temperaturach i kąpielach słonecznych, warto odwiedzić wyspę w okresie od marca do czerwca. Pozostałe miesiące są zaś idealnym czasem, aby uciec od zimna i szarości, jakie niesie za sobą zima w Europie. We wszystkich bowiem tych krajach prawie okrągły rok świeci słońce. Co prawda w grudniu, styczniu i lutym zdarzają się deszcze i temperatury spadające poniżej 20?C w ciągu dnia, ale dla nas, zaprawionych w pogodowych bojach, nie są niczym strasznym. Nie należy jedynie odwiedzać tego regionu w okresie Ramadanu. Wszystkie lokale serwujące jedzenie są wówczas pozamykane do godziny 18.00, a jedzenie lub picie w miejscu publicznym grozi więzieniem. Nawet żucie gumy na ulicy lub popijanie wody we własnym samochodzie czy taksówce może nas wpędzić w poważne tarapaty. Prawo muzułmańskie jest w tym wypadku bardzo restrykcyjne i nie ma znaczenia to, czy przestępstwa dopuszcza się wyznawca Allaha, czy nieświadomy niczego turysta. Takim to sposobem polecamy okres który my wybraliśmy, czyli styczeń i luty.

28 luty – piątek – dzień 55.

Manama > Istambuł > Budapeszt > Bielsko-Biała – Międzyrzecze Górne „Chałupa na Górce”

Manama → Istambuł → Budapeszt Wylot: 02:10 , 28 lut 2020 (pt.) Manama , Bahrain ( BAH ) Przylot: 06:30 , 28 lut 2020 (pt.) Istambul Sabiha Gokcen Arpt, Turcja, ( SAW ) Linia lotnicza: Air Pegasus Lot: PC825 Czas lotu: 4 h 20 min. Istambuł Wylot: 14:30 , 28 lut 2020 (pt.) Istambul Sabiha Gokcen Arpt, Turcja, ( SAW ) Przylot: 14:35 , 28 lut 2020 (pt.) Budapest Liszt Ferenc Arpt (BUD) Linia lotnicza: Air Pegasus Lot: PC331 Czas lotu: 2 h 05 min. Cena za dwa bilety: 1860.00zł

Punktualnie o 14.35 jesteśmy na międzynarodowym lotnisku w Budapeszcie. Jeszcze w Bahrajnie sprawdziliśmy dalszą możliwość przedostania się do Bielska Białej. Wiemy, że z dworca przy Mexikoi Ut.M odjeżdża o 16.35 autobus do Katowic, lecz ze względu na zbyt mały przedział czasu od lądowania do wyjazdu autobusu nie kopiliśmy biletów on-life. Szybko opuszczamy lotnisko i taksówką, przez zatłoczony Budapeszt jedziemy na przystanek autobusowy, przy Mexikoi Ut.M. Jesteśmy na miejscu z półgodzinnym zapasem czasowym. Jednak nie znajdujemy tu żadnych informacji o autobusach, jest jedynie na jednym ze słupków seledynowa naklejka z napisem „FlixBus”. Nie ma wyjścia czekamy… Po kilku minutach przychodzi na przystanek jeden z następnych pasażerów, pracujący tu Polak, jadący już kolejny raz do Katowic. Od tego momentu wiemy, że jesteśmy we właściwym miejscu. Pozostaje jeszce jedynie obawa, czy można kupić bilety u kierowcy w autobusie? Po kilku minutach jest autobus, można kupić bilety u kierowcy (150zł od os.) i okazuje się, ze autobus jedzie do Katowic przez Bielsko-Białą, gdzie ma jeden z przystanków, mamy tam dotrzeć na 23:15. Tak więc pozostało nam jeszcze prawie siedem godzin jazdy komfortowym autobusem aby dotrzeć do końca naszej wyprawy. Jeszcze przed północą docieramy taksówką z dworca w Bielsku-Białej do naszej „Chałupy na Górce”

Zakończyliśmy kolejną wielką, ciekawą i piękną wyprawę, której końcówka była również stresująca i bardzo męcząca.

Tytułem uzupełnienia, możemy jeszcze nadmienić, że była to niezwykle ciekawa wyprawa, dwumiesięczna podróż z plecakiem poprzez kontrastujące ze sobą kultury i religie, przyrodę i krajobrazy, wielkie bogactwo i tragiczną biedę. A wszystko to na przestrzeni, od krajów położonych wzdłuż Zatoki Perskiej (Emiraty, Oman, Katar, Kuwejt, Bahrajn, Arabia Saudyjska – islam w rożnych odsłonach), po wyspę Cejlon (Sri Lanka – buddyzm, hinduizm) i Filipiny (specyficzny katolicyzm).

Mocno byliśmy odcięci od mediów i tak naprawdę dopiero, tu w Polsce dopadł nas problem „koronawirusa” i wielkiej paniki, który wywołuje. Na Cejlonie i Filipinach, już półtora miesiąca temu powszechnie mierzono temperaturę, przy wejściu do centów handlowych, instytucji publicznych, muzeów i w każdym hotelu gdzie kwaterowaliśmy. Wszędzie wypełnialiśmy ankiety o historii naszego pobytu w ostatnich 14 dniach. Widać jakoś Europa przespała temat i dopiero teraz na gwałt wprowadza się podobne restrykcje.

bliski-daleki-wschod-map

<<<< POPRZEDNIA