31 stycznia – piątek – dzień 27.

Beruwala > Colombo lotnisko - 70km > przelot na Filipiny > Manila

Po śniadaniu, wykwaterowujemy się i mamy zapewniony transfer na lotnisko w Colombo. Żegnamy się z naszym kierowcą i zarazem przewodnikiem, Devinem. Sympatycznie spędziliśmy razem te osiem dni, z pewnością zapamiętamy go jako przyjaznego, spokojnego i bardzo uprzejmego człowieka. Wspólnie przebyliśmy 1.440km po wyspie Cejlon.

Przelot z Colombo na Filipiny do Manili, rezerwacja przez eSky. Wylot mamy z międzynarodowego lotniska „ Bandaranaike International Airport”(CMB) o 11:30. Niestety lot jest z przesiadką w Bangkoku na lotnisku „Don Mueang International Airport” (DMK), pierwszy odcinek 3h 40minut, później czas na przesiadkę 4h i o 22.30 lecimy do Manili na „Manila Ninoy Aquino International Airport”(MNL), lot trwa 3h 40minut. Całkowity czas podróży:12h 40minut. Na miejscu jesteśmy o drugiej w nocy czasu miejscowego (różnica czasu +3h 30minut). Bierzemy taxi i po następnej godzinie, jesteśmy w zarezerwowanym wcześniej przez booking.com hotelu: „OYO 229 G Place” Address: 2127 Legarda Street Quiapo, Manila, 1001,tel: +63 2 271 1818, GPS: N 014° 35.992, E 120° 59.430 – (83zł – 1.106piso lub peso filipińskich PHP). Kurs wymiany:100 $USD – 50,65peso, 100peso – 7,57zł.

Skoro dotarliśmy do tego kraju, należałoby w „kilku” słowach wspomnieć o tym rejonie świata i jego historii. Filipiny to kraj składający się z 7.107 wysp zamieszkałych przez ponad 90mln osób. Jedyne państwo Azji płd.-wsch., którego większość mieszkańców stanowią katolicy. Dla Polaków bardzo egzotyczny i odległy kraj. Dla jednych to istny raj na ziemi, a inni będą się go bać, bo bieda, malaria, denga, trzęsienia ziemi i tajfuny… zbyt dużo nieszczęść na raz. Powszechnie przyjmuje się, że historia Filipin zaczyna się od przybycia Hiszpanów, którzy w drugiej połowie XVIw. dokonali podboju wysp i stworzyli na nich chrześcijańską cywilizację, która stała się fundamentem dla rozwoju kraju i w swoim rdzeniu trwa do chwili obecnej. To w pewnym sensie prawda. Niemniej, trzeba jednak jasno stwierdzić, że historia tych wysp nie zaczęła się wraz z kolonizacją rozpoczętą przez Hiszpanów w 1542r., tak jak historia Polski, nie rozpoczęła się zapewne od przyjęcia chrztu przez Mieszka I. Podobnie jak Polska, Filipiny przed i po chrystianizacji, to dwa zupełnie różne kraje. Pierwsi ludzie dotarli na te ziemie 30tys. lat temu i pochodzili z Afryki. W Xw. powstały pierwsze lokalne królestwa, a mieszkańcy wysp nawiązali handel z ludnością sąsiednich wysp oraz z Chinami. Wraz z Chińczykami, na wyspach pojawia się buddyzm, a w XVw. za pośrednictwem Królestwa Brunei, islam. Następnymi są Portugalscy odkrywcy, którzy pomiędzy 1512–1523r. penetrują obszar wysp. 17 marca 1521r. na Filipiny dociera wyprawa Magellana, on sam ginie miesiąc później w potyczce przy brzegach wyspy Cebu, jednak konsekwencją tej wizy jest kolonizacja Filipin, które w 1542r. stają się hiszpańską kolonią. Taki stan trwa przez 356 lat do końca XIXw. kiedy nasilają się ruchy narodowowyzwoleńcze. Konsekwencją jest powstanie i ogłoszenie niepodległości 12 czerwca 1898r. Stany Zjednoczone nie uznają tego faktu, dochodzi do potyczek, ginie ponad 200tys. Filipińczyków, a na mocy „Traktatu Paryskiego”, Amerykanie ustanawiają na wyspach własne rządy. De facto taki stan trwa do wybuchu II Wojny Światowej, pomimo iż w 1934r. Kongres USA na 10lat przyznał Filipinom autonomię. W 1941r. Japonia zaatakowała Filipiny i po przejęciu kontroli nad państwem, dwa lata później proklamowała niepodległość Filipin, tworząc marionetkowy rząd. Po ciężkich walkach na przełomie 1944-45r. wojska amerykańskie wypierają Japończyków, a w 1946r. Filipiny uzyskują niepodległość i stają się wolnym państwem. Powojenne czasy, nie przyniosły temu krajowi wspaniałego rozkwitu… kolejno zesłały polityczny marazm, później dyktaturę Ferdinanda Marcosa, szalejącą korupcję, jak również terrorystów islamskich, którzy otrzymali wsparcie od ISIS i Al-Kaidy, a na koniec swoiste kuriozum… prezydenta Rodrigo Duterte, który swoje rządy rozpoczął od walki z narkotykami, we własnym gangsterskim stylu, zabijając tysiące ludzi, bez uprzedniego wyroku sadowego… a to nie wszystkie bolączki trwające i trawiące po dziś dzień… ten jakże ekscytujący fragment świata.

Czy tym wywodem zachęciliśmy do przyjazdu na Filipiny?… chyba nie!… jednak domniemamy iż po zapoznaniu się z reportażem, wielu zmieni zdanie… mabuhay!

1 luty – sobota – dzień 28.

Manila – zwiedzanie miasta

Po nocnym locie, zarządzamy pobudkę nieco później, przestawiamy się czasowo o trzy i pół godziny i ruszamy w miasto. Ale nim to nastąpi, jeszcze małe wtrącenie o nocnym przybyciu do hotelu. Sam przejazd, a było już ciemno, wywarł na nas równie zgaszone wrażenie, gdyż to co ledwie ukradkiem zobaczyliśmy w świetle latarń jadąc przez dzielnicę slamsów, potem ludzi śpiących na ulicach i tych co gdzie popadnie tuż przy naszym hotelu, a na koniec grandziarz taksówkarz, który chciał nas oszukać, choć cenę ustaliliśmy już na lotnisku…. to takie pierwsze, ale mocne zderzenie ze stolicą Filipin.

Manila… jesteśmy tam gdzie rośnie nila… to lokalna, potoczna nazwa krzewu namorzynowego, powszechnie porastającego m.in. wybrzeża Filipin, od którego wzięła się nazwa dawnego królestwa, później filipińskiej stolicy. Manila, oznacza dosłownie miejsce, gdzie rośnie nila. I tak rozpoczynamy nowy rozdział, najpierw w hotelowej recepcji, wzbogacamy nieco wiedzę na temat bezpieczeństwa, zwyczajów oraz systemu komunikacji, a potem zamówioną przez recepcjonistkę taksówką firmy „Grab”, jedziemy do starej części Manili, dzielnicy „Intramuros”. Zatrzymujemy się przy obiekcie „Fort Santiago” i od tego miejsca rozpoczynamy obchód miasta. Rozległa budowla pochodzi z końca XVIw. z czasów hiszpańskiej kolonizacji (wstęp 75piso od os.). Wtedy to, fort był centralą wojskową hiszpańskiego rządu, a jego lochach urządzono więzienie, w którym tortury nie należały do rzadkości. To jedna z najstarszych fortyfikacji w Manili, która była świadkiem wielu ważnych wydarzeń historycznych. Stacjonowali tu również Brytyjczycy, filipińska dywizja amerykańskiej armii, a także Japończycy. Ci ostatni w 1942r. uwięzili tu setki cywilów i partyzantów, których następnie torturowali i zabijali. W 1945r., podczas bitwy o Manilę, fort został zniszczony, a w latach 50-tych rozpoczęto jego odbudowę. Należy pamiętać, że w tym czasie stolica Filipin, podobnie jak Warszawa, została niemal zrównana z ziemią, a wiele zabytków nieodwracalnie zniszczonych. Obecnie na terenie fortu nie ma zbyt wiele do zwiedzania, głównie pozostałości murów, kilka skromnych wystaw i małe muzeum „Rizal Shrine”, poświęcone bohaterowi narodowemu Filipińczyków – Jose Rizal’owi. To właśnie w „Forcie Santiago”, Jose Rizal spędził swoje ostatnie dni życia, zanim 30 grudnia 1896r. został stracony przez Hiszpanów, za rzekomą działalność rewolucyjną. Urodził się w 1861r., gdy Filipiny znajdowały się pod hiszpańską kontrolą od trzech stuleci. Pochodzący z zamożnej rodziny i wykształcony, należał do grupy młodych ludzi, których liberalne idee i działalność za granicą, wpływały na pragnienie reform i wyzwolenie Filipińczyków z kolonialnego jarzma. Powodowany dumą narodową opisywał okrucieństwo kolonizatorów, w ten sposób również stając się ich celem. Gdy rewolucja rzeczywiście wybuchła, Rizal został posądzony o bycie jej głównym organizatorem i autorem książek promujących rebelię. W wyniku procesu sądowego został skazany na śmierć i napisał ostatni wiersz „Mi ultimo adios” („Ostatnie pożegnanie”). Grupa strzelców wykonała egzekucję, a jego śmierć, to po dziś dzień symbol walki o niepodległość i narodzin wolnego filipińskiego narodu.

To, co nas tutaj również sprowadziło, to informacja turystyczna, która mieści się w obrębie murów fortu. Ponieważ musimy przygotować objazd wyspy Luzon po jej północnych terenach, zwracamy się do miłej kobiety z obsługi, o pomoc w tym temacie. Przyjmuje od nas szablon trasy i zaleca nam przyjść po zwiedzeniu starówki, z pewnością będzie miała już dla nas jakieś propozycje.

Patrząc na rozciągającą się aż po horyzont panoramę miasta, z licznymi wieżowcami, trudno uwierzyć iż kiedyś, ograniczało się ono do niewielkiego obszaru otoczonego murami obronnymi, dziś stanowiącego zabytkową dzielnicę o nazwie „Intramuros”(z łaciny: w obrębie murów), leżącą tuż przy przecinającej całe miasto rzece Pasig. Niezbyt rozległy rejon łatwo można obejść na piechotę lub wynająć „kalesę” (tradycyjny konny zaprzęg) i objechać nią miasto. Nam wygodniej pieszo, gdyż zdecydowanie łatwiej jest wykonywać dobre zdjęcia. Prawdziwą ozdobą tej części Manili jest katedra „Manila Cathedral”, wybudowana w 1951r. na miejscu zniszczonej w czasie II wojny światowej poprzedniczki.

Drugim kościołem, wizytówką „Intramuros” jest „San Agustin Church&Museum”, najstarszy, kamienny, barokowy kościół na Filipinach, który nie podzielił losu katedry i przetrwał czas wojennej zawieruchy. W 1993r. wpisany został na listę UNESCO. W zabudowaniach klasztornych mieści się bardzo ciekawe muzeum (wstęp 200piso od os.), obrazujące katolicką stronę kolonizowania tych terenów.

Naprzeciwko kościoła, mieści się „Casa Manila”, dom- muzeum przedstawiający styl życia w czasach hiszpańskiej kolonizacji. To imponujący budynek z kamienia i drewna, który jest kopią tradycyjnego domu z 1850r. Dzisiejsza „Kasa Manila” to pomysł Imeldy Marcos, a zbudowana została w latach 80-tych. Oprócz muzeum (wstęp 75piso od os.), mieści się tu również restauracja „Barbara’s Heritage Restaurant”, gdzie w kolonialnych pomieszczeniach mamy okazję zjeść obiad i wypić piwo „Red Horse”.

Nie ominęliśmy również dzielnicy slamsów. I choć wyglądają cudacznie, wszystko jakieś takie prowizorycznie sklecone i obwieszone praniem, to zamieszkujący je lokatorzy, są przyjaźnie uśmiechnięci. Te osobliwe „budowle” przypominają kupę desek i blach, poplątanych i poukładanych w piętrową piramidę, jednak przy użyciu farby, nadano temu miejscu bardziej wdzięczny wymiar… nawet gdy na pierwszy plan wysuwają się wszechobecne druciane ornamenty. No cóż, mieszkający tu ludzie, w jakiś sposób dokonali autoryzacji swego losu.

Spacerując uliczkami, można poczuć się niemal jak w Ameryce Południowej. Wszystko za sprawą kolonialnej zabudowy, pamiątki po Hiszpanach, którzy w XVIw. stawiając mury obronne, dali początek dzielnicy i samemu miastu. W 1999r. „Starówka” miasta została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO, jako najlepiej zachowany przykład hiszpańskiego miasta kolonialnego w Azji. Po obejściu „Starówki” powracamy do fortu, do informacji turystycznej i czekamy na wieści dotyczące naszej dalszej podróży. Temat został podjęty, wieczorem zgłosi się do nas przedstawiciel lokalnego biura podroży i przedstawi ofertę.

Nasz hotel znajduje się 2km od starego centrum, w dzielnicy o nazwie „Metro Manila”, gdzie trudno odnaleźć granice połączonych w jedno miast-dzielnic. Tym co je scala, są kursujące po gigantycznym obszarze Manili „jeepneye”… wizytówka Filipin. Obok taksówek i trycykli to główny, całodobowy i docierający w każdy zakątek miasta środek transportu. „Jeepneye” stanowią pamiątkę po Amerykanach. Od schyłku XIXw. po koniec II wojny światowej, kraj znajdował się bowiem w strefie wpływów Stanów Zjednoczonych. Opuszczający Filipiny Amerykanie, zostawili po sobie stare wojskowe ciężarówki. Pomysłowi mieszkańcy Filipin, przekształcili je w niezwykle barwny i efektowny, choć niezbyt wygodny (ale za to bardzo tani) środek transportu. „Szyty na miarę” (klient decyduje jak ma wyglądać produkt finalny) i pomalowany zwykle w motywy religijne, muzyczne lub filmowe… twórcza pasja zadała szyku… to absolutny symbol Filipin. Po dziś dzień, właśnie takie wymyślne konstrukcje, są produkowane w małych warsztatach, z podzespołów starych ciężarówek sprowadzanych z Japonii.

I jeszcze ciekawostka… podobnie jak nie ma dwóch takich samych linii papilarnych u ludzi, nie znajdziecie dwóch takich samych „Jeepneyów”. W Manili mają zaledwie kilka wspólnych cech, jak chociażby to, że ich kolory oznaczają linie po jakich kursują, natomiast dodatki odzwierciedlają gusta i pasje właściciela, a opisy typu „Jesus is Lord”, „Jesus Christ Superstar”, czy „Guadalupe – Angelo” pokazują, kogo na swojego patrona wybrał kierowca, komu ufa i zawierza życie i powodzenie, większość oddaje kult Matki Boskiej z Gwadelupy oraz obowiązkowo, dopisane jest imię kierowcy np. Angelo. Nierzadko, na autach można znaleźć odnośniki do stron Pisma Świętego, które określają jakie jest religijne motto życiowe kierowcy.

Wracamy do hotelu „OYO 229 G Place” i jeszcze tego wieczoru, ustalamy z poleconym biurem turystycznym („Areo Global”, sprawy biurowe: Maan tel: +639065603387 e-mail: mnl.areoglobal.ph@gmail.com kierowca: Endriu: +639278668763 e-mail: www.kuyaneopango@gmail.co), plan i szczegóły naszego przejazdu po północnych terenach wyspy Luzon. Objazd wytyczoną przez nas trasą, będzie trwał sześć dni i obejmował dystans ok. 2000km. Uzgadniamy cenę przejazdu na 40tys. Piso (800 $USD) – bus Toyota Hiace + kierowca, który będzie zarazem naszym przewodnikiem. Za wstępy, noclegi i wyżywienie płacimy sami. Jutro o 8.00 wyjeżdżamy w trasę.

2 luty – niedziela – dzień 29.

Manila > Capas > Santa Juliana > wulkan „Mount Pinatubo” > San Fernando > Candon - 400km

Rano, bus z kierowcą podjeżdża o czasie i ruszamy w drogę, kierowcą jest sympatyczny Filipińczyk o imieniu Andrew. Z Manili, jedziemy w stronę Capas i dalej z Capas do Santa Juliana, małej sennej wioski, leżącej u stóp wulkanu „Mount Pinatubo”.

Tu tak naprawdę kończy się droga. Płacimy za wjazd 2.250piso, zmieniamy pojazd na starą, terenową Toyotę Land Cruiser 4×4 i jedziemy w kierunku stratowulkanu „Mount Pinatubo” o wys. 1.485m n.p.m. Gigantyczny jego wybuch, miał miejsce początku lat 90-tych, trwał tydzień i był tak silny, że pył wulkaniczny sięgał 40km w górę. Wulkan stracił swój wierzchołek i tym samym, swoją dotychczasową wysokość (wcześniej było to 1.745m n.p.m.). Początkowo przemieszczamy się dnem szerokiej doliny, którą co rusz przecina koryto rzeki. Po drodze podziwiamy księżycowy krajobraz, a wszędzie w powietrzu unosi się pył wulkaniczny. Można zabrać ze sobą cienką chustkę dla ochrony twarzy przed pyłem, rzecz jasna zaproponował ją nam przewodnik. Później wyboistą, górską drogą w zmierzamy w kierunku krateru, do miejsca zwanego „parkingiem”. Od tego momentu, już tylko pieszo można iść do wulkanu.

Nie decydujemy się na trekking, jest zbyt późno na taką wyprawę, to marsz około siedmiu kilometrów w jedną stronę. Mimo iż „posiwieliśmy” od wulkanicznego pyłu, to niepospolite miejsca, emocje i zdarzenia… odsłoniła na ten czas, ujarzmiona moc srogiej góry.

Tą samą drogą powracamy do St. Juliana, po drodze zajeżdżamy jeszcze nad małe jeziorko, przy którym zaglądamy do skromnej zagrody, podpatrzeć jak żyją tutaj rodziny. Przesiadamy się do busa i jedziemy dalej na północ, zachodnim brzegiem wyspy Luzon, w kierunku San Fernando. Po drodze testujemy lokalne wina, ale nie decydujemy się na zakup, gdyż zwyczajnie były mizerne. Woleliśmy nabyć winogron, tylko po to, aby sprzedawczyniom nie było przykro, gdyż bardzo chętnie przybliżyły nam ich działalność. Do Candon docieramy już po zmierzchu.

Nocleg w Candon w hotelu „Aloha Nui Hotel” (1.600piso)

02-02-20-map

3 luty – poniedziałek – dzień 30.

Candon > Santa Maria > Vigan > Batac > Paoay > Laoag City > Pasuquin - 200km

Najpierw w miejscowości Candon, gdzie nocowaliśmy podjeżdżamy pod kościół „Saint John de Sahagun Parish Church”. Jeden z pierwszych kościołów wybudowanych w tym regionie przez Hiszpanów, z ciekawą fasadą frontową – 1695r. Czterokondygnacyjna ośmioboczna dzwonnica kościoła, ma na przemian otwarte i ślepe otwory okienne, balustradę, a zwieńczona jest dzwonnicą..Barokowa budowla jamnik, gdzie wewnętrzna przestrzeń do ołtarza, wygląda jak pas startowy, ponad 100m długości.

Następnie podjeżdżamy do małego miasteczka Santa Maria, gdzie mieści się następny katolicki kościół z hiszpańskich czasów kolonizacyjnych. Barokowy „Church of Nuestra Seniora de la Asuncion” został wzniesiony w 1765r. na wzgórzu dominującym nad miasteczkiem i okala go mur obronny. Ta imponująca struktura kościoła, to pamiątka po misjonarzach, którzy poświęcili się szerzeniu wiary chrześcijańskiej w tym regionie. Długi, prostokątny, jednonawowy budynek ma około 99m dł. i 22,7m szer. Wschodnia i zachodnia strona zewnętrznych ścian, jest wzmocniona trzynastoma ogromnymi prostokątnymi przyporami, z których każda, jest typową dla architektury barokowej i ma chronić w razie trzęsienia ziemi. Niestety sklepienie dachu uległo zniszczeniu i obecnie nakrywa go blaszany dach, podparty na drewnianej konstrukcji. Budowla w 1993r. została wpisana na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Filipiny są azjatyckim ewenementem religijnym, zdecydowana większość mieszkańców kraju to katolicy. Jest to efekt podboju tych ziem przez Hiszpanów, którzy sprawowali tu władzę przez ponad 300lat.

Dalej na dzisiejszej trasie docieramy do „Historic Town of Vigan”… miasta muzeum. Vigan uniknął bombardowania podczas II wojny światowej, dzięki czemu możemy podziwiać oryginalną architekturę z czasów kolonialnych. W 1999r. starówka miasta została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO, jako najlepiej zachowany przykład hiszpańskiego miasta kolonialnego w Azji. Do centrum miasta nie mają wstępu pojazdy zmotoryzowane, jeżdżą tam tylko „kalesy”, jednokonne, czteroosobowe bryczki.

Wynajmujemy bryczkę (150piso/h) i objeżdżamy miasto, jedziemy również do oddalonego od centrum kościoła „Saint Augustine Church”, powszechnie znany jako „Bantay Church” i dzwonnicy „Bantay Bell Tower”. Kościół został założony w 1590r. i jest jednym z najstarszych w regionie Ilocos . Dzwonnica jest też punktem widokowym, ale szczerze mówiąc, widok jest mało spektakularny. Zaglądamy do domów i cóż tam nowego? W oknach zamiast szyb… muszle „capiz”… skorupy specjalnego gatunku ostryg, od lat wykorzystywane są przy produkcji elementów dekoracyjnych takich jak abażury, żyrandole i ww okna. Okazało się, że muszle są twardsze od szkła i bardziej odporne na warunki atmosferyczne, toteż w domach okresu kolonialnego, znalazły zastosowanie jako element drzwi przesuwanych i kratkowanych okien. Wąskie uliczki z niską zabudową, przywodzą na myśl kolonialne miasteczka Ameryki Południowej. Katedra „Saint Paul Cathedral” z 1790r. w hiszpańskim stylu, położona przy głównym placu, jeszcze to wrażenie potęguje. A do tego stukot końskich kopyt i wolno toczących się po bruku kół bryczki, sprawia iż podczas pobytu w tym filipińskim miasteczku, nie raz zadajemy sobie pytanie czy to na pewno Azja?… czy może teleportowano nas właśnie do Ameryki Łacińskiej?

Na trasie przejazdu bryczką po zakamarkach Vigan, docieramy również do lokalnej garncarni. Jako pierwsi założyli je Chińczycy, korzystając z dostępności w okolicy tego plastycznego materiału. Garncarnie funkcjonują w mieście do dzisiaj. Długi na 50m ceglany piec z 1823r. przypominający nieco smoka, nadal wypala setki garnków i dzbanków, wyrabia się m.in. „burnay” specjalne dzbany używane w trakcie fermentacji lokalnego wina z trzciny cukrowej zwanego „basi” i pasty rybnej „bagoong”. Drugą część zwiedzania odbywamy już pieszo, gdyż spacer po zabytkowym centrum, to prawdziwa przyjemność. Szczególnie uliczka „Calle Crisologo”, o kolonialnej zabudowie, gdzie ściera się spatynowana przez czas, estetyka hiszpańska i chińska, wzdłuż której ciągną się stragany z miejscowym rękodziełem i pamiątkami. W niektórych zabytkowych domach z przepięknymi podłogami i przesuwanymi drzwiami ozdobionymi muszlami „capiz”, mieszczą się hotele i muzea. Prócz „kales”, mnóstwo tutaj „tricycli”, czyli kolorowych „motowynalazków”. Kolonialna perełka Azji, a właściwie jej zabytkowe centrum, w 1999r. zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wizyta w Vigan, byłaby nieco niekompletna, bez wypróbowania przynajmniej niektórych specjałów regionu. „Empanada” dostępna jest praktycznie wszędzie i powstaje z cienkiego ciasta, w które zawija się np. zieloną papaję, fasolę monggo, marchew, jajko, nadzienie mięsne, po czym wszystko to smaży się na głębokim tłuszczu.

Kolejnym miejscem do którego dotarliśmy była miejscowość Batac, a nasze zainteresowanie wzbudziła rezydencja byłego prezydenta Filipin, Ferdinanda E.Marcosa (wstęp 50piso od os.). Pod nazwą „Ferdinand E. Marcos Presidential Center”, urządzono małe muzeum, które przedstawia pamiątki po zmarłym, od jego kariery w siłach zbrojnych po prezydenturę, którą objął w 1965r. To bardzo kontrowersyjna postać, zapytany o zdanie nasz kierowca Andrew, na temat dyktatora wypowiada się w samych superlatywach. Krótka historia… Po sfałszowanych wyborach, to właśnie od tej chwili Filipiny stały się prywatnym „folwarkiem” wielkiego Marcosa na ponad dwie dekady. Prezydent działał jednak na dwóch frontach… rozpoczął misję odnowy państwa, stawiając na nogi rolnictwo, przemysł oraz reformując system edukacji. Równocześnie gromadził ogromny majątek, który wg kalkulacji, mógł opiewać na kwotę od 15 do 35 miliardów dolarów. Przeciwnicy Marcosa znaleźli dla niego doskonały przydomek „Złodziej Wszech Czasów”. Prezydent obsadził najważniejsze stanowiska w administracji, gospodarce i armii swoimi krewnymi oraz zaufanymi przyjaciółmi. Z każdym rokiem liczba przeciwników Marcosa znacząco rosła. Uaktywniły się osoby związane z lewicową, liberalną i muzułmańską opozycją. Bojąc się przewrotu, prezydent we wrześniu 1972r. wprowadził stan wyjątkowy (trwający do 1981r.). Rozwiązano parlament, uchwalono nową konstytucję, a prezydent otrzymał wręcz nieograniczoną władzę. Od tej chwili Marcos stał się dyktatorem, który mógł decydować o wszystkim i za wszystkich. Na Filipinach zlikwidowano partie polityczne oraz zniesiono niezależność mediów. Około 60tys. przeciwników Marcosa trafiło do więzień. Był to czas tortur, prześladowań i morderstw, których obawiali się nawet zwykli biedni obywatele. Przełomem, który rozpoczął proces upadku reżimu Marcosa, było zabójstwo uwielbianego przez naród opozycjonisty Benigno Aquino. Kolejne sfałszowane wyniki rozpisanych wyborów i Marcos z jednej strony zwycięża, a z drugiej staje w obliczu klęski, armia odwraca się od niego, a na ulice wychodzą dwa miliony Filipińczyków, by na potężnym nabożeństwie różańcowym, domagać się ustąpienia „ukochanego władcy” i pragnąc dokonać pokojowej rewolucji ludowej. W tej sytuacji, dyktator próbuje jeszcze ogłosić stan wyjątkowy, ale jest to już jego łabędzi śpiew. W trakcie przemówienia, rebelianci przejmują rozgłośnię radiową, a następnego dnia (25 lutego 1986r.) Corazon Aquino zostaje zaprzysiężona na nowego prezydenta Filipin. Do przejęcia władzy szykują się również komuniści. Filipiny stają w obliczu wojny domowej. Wówczas wykazuje się sprytem kardynał Jaime Sin, który powstrzymuje komunistyczne bojówki przed zabiciem Marcosa i skłania amerykańskiego prezydenta Reagana, do udzielenia dyktatorowi azylu w USA. W ciągu trzydziestu minut, amerykańskie helikoptery przetransportowały Marcosa do bazy Clark, a stamtąd na Hawaje. Tak oto gniew obala reżimy!Filipiny za czasów rządów Marcosa, to kraj ogromnych kontrastów. Rozkwit gospodarki i sukcesy w sektorze budowlanym, a na przeciwległym biegunie… korupcja, prześladowania opozycji, morderstwa polityczne. Przez 21 lat rządów, Marcos zapracował na miano jednego z najbardziej kontrowersyjnych polityków. Przez jednych uważany był za wizjonera, przez drugich, za opętanego despotę. Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za oszustwa i zbrodnie z czasów swoich rządów. Zmarł 28 września 1989r. Na początku lat 90-tych, filipińskie władze zawarły porozumienie z rodziną Marcosa, na podstawie którego ciało dyktatora mogło powrócić do kraju. Zabalsamowane zwłoki Marcosa, zostały sprowadzone do rodzinnego miasta Batac w 1993r. i wystawione w jego domu. Umieszczone w szklanej trumnie ciało prezydenta, stało się atrakcją turystyczną i miejscem pielgrzymek jego zwolenników. W sierpniu 2016r. sąd najwyższy w Manili wydał zgodę, aby Ferdinand Marcos został pochowany na „Cmentarzu Bohaterów” w stolicy kraju. Za decyzją było dziewięciu sędziów, przeciwko – pięciu.

Ciekawostka… przykład zażyłości filipińskiego władcy i amerykańskich przyjaciół stanowi historia z końca lat 70-tych. Kiedy to Francis Ford Coppola realizował swój kultowy obraz „Czas apokalipsy”, jako filmowy Wietnam i Kambodża… posłużyły mu właśnie Filipiny. Marcos jako oddany przyjaciel Stanów Zjednoczonych, użyczył ekipie filmowej helikopterów, sprzętu wojskowego oraz oddelegował do pomocy żołnierzy, którzy mieli pomagać przy realizacji projektu.

Przesiadamy się do naszego busa i przejeżdżamy do Paoay, pod kościół „San Augustin Church”. To następna budowla wpisany na listę UNESCO znajdująca się w tym rejonie. Jest wzorcowym przykładem barokowego stylu kościelnej architektury na Filipinach. Długą, prostokątną budowlę, wzdłuż bocznych ścian podpiera czternaście monstrualnie wielkich przypór. Obok frontowej fasady usytuowano wieżę dzwonową. Kościół obecnie jest w trakcie remontu, ale i tak udało się nam zaglądnąć w jego zakamarki. To chyba najciekawszy ze wszystkich kościołów które widzieliśmy w tym regionie, tym bardziej, że otoczenie i przyległa zabudowa, potęguje atmosferę starego, kolonialnego miasteczka.

Następnie podjeżdżamy jeszcze około 10km dalej, nad jezioro „Paoay Lake”, gdzie mieści się następne muzeum związane z Marcosem, to rezydencja „Malacanang of the North” (wstęp 30piso od os.). Została zbudowana przez Filipiński Urząd Turystyki w 1977r. z okazji jego 60-tych urodzin. W czasie prezydentury służyła jako oficjalna rezydencja dla niego i jego rodziny. Obecnie, córka Marcosa odnowiła nieruchomość, która stała się jedną z atrakcji turystycznych. W pokojach urządzono stosowne wystawy, dotyczące jego prezydentury. Trzeba przyznać, że lokalizacja budynku została wybitnie przemyślana, wokół pustka, a z tarasu rozciąga się wspaniały widok na jezioro i otaczające go lasy.

Dzisiejszym hitem okazał się być obwoźny deser „taho”, sprzedawcę słychać z daleka, jego zaśpiew „tahooooooo”, oznacza dwa wiadra… w jednym ma jedwabiste tofu (w formie puddingu), w drugim perłowe kuleczki sago podobne do tapioki, całość lokowana jest w plastikowym kubeczku i polewana płynnym syropem z brązowego cukru. Niektórzy mówią, że „panna cotta” z Filipin, to po prostu dodające energii śniadanie.

Na nocleg zajeżdżamy 30 km dalej do Pasuquin, gdzie w hotelu „Century Gardens Hotel” wynajmujemy pokój – 1.600piso pokój 2os.

03-02-20-map

4 luty – wtorek – dzień 31.

Pasuquin > Burgos („Cape Bojeador Lighthouse”) > Pagudpud („Blue Lagoon”, „Saud White Beach”) > Bangui („Windmills”) > Bugros („White Rock Formation”) > Vigan > Santa Maria > Cervantes > Sagada – 450km

Rano, przy przepięknej pogodzie, wyjeżdżamy z Pasuquin i jedziemy dalej na północ wyspy Luzon, jej zachodnim wybrzeżem. Pierwszym interesującym miejscem na trasie, okazało się być wzgórze w okolicy Burgos, gdzie ulokowano starą latarnię morską „Cape Bojeador Lighthouse”. Aby dotrzeć na szczyt, wynajmujemy„tricycla” za 100piso (7,5zł). Wstęp na teren latarni 20piso od os. Ze wzgórza roztacza się panoramiczny widok na okalające latarnię wybrzeże. Dalej przemieszczamy się następne 40km na północ, do kurortowej miejscowości Pagudpud. Położona jest wzdłuż „Blue Lagoon”, jednej z najwspanialszych lagun tej wyspy. Postanawiamy pozostać tutaj na kilka godzin. Nie mamy co prawda ochoty na plażowanie, ale mamy za to sporo czasu, aby całą tę wypoczynkową miejscowość obejść plażą, wraz z przyległą laguną. Koniec zatoki wieńczą spore skały, wyrastające z morskiej, błękitnej toni. Wszyscy przygotowani są na przyjazd turystów, lecz tymczasem jesteśmy tylko my i wielki spokój.

To był najdalej na północ wysunięty punkt naszej trasy po wyspie Luzon. W drodze powrotnej, zajeżdżamy jeszcze na kolejną ciekawą plażę „Saud White Beach”, gdzie szeroka zatoka sięga z obu stron horyzontu, a my jesteśmy jedynymi odwiedzającymi ten naturalny zakątek. Specyfiką Bangui, kolejnego miejsca po drodze, są wielkie wiatraki „Windmills”, które wyrastają wprost na plaży, wyłapując każdy podmuch wiatru od oceanu.

Jadąc dalej, tym razem już na południe, na wysokości Burgos, podjeżdżamy do morskiego brzegu, w rejon ciekawych formacji skalnych „White Rock Formation”. Warto zrealizować krótki trekking wzdłuż brzegu, zastanawiając się w tym czasie nad siłami przyrody, które poprzez erozję i moc morskich fal, nadały ogromnym skałom fantazyjne kształty. I do tego ta niezwykła kolorystyka, od bieli po różne odcienie szarości. Dla tych, którzy nie zechcą spacerować, czekają do wypożyczenia małe filipińskie koniki.

Następnie, trzeba nam jeszcze nieco powrócić tą samą trasą którą tu wczoraj przybyliśmy, aby dopiero na wysokości miasteczka Santa Maria, odbić w głąb wyspy na płd.-wsch. Dalej, krętymi i nieco wąskimi dróżkami, przez najwyższe pasma górskie wyspy Luzon, przebijamy się do miejscowości Sagada. Pokonujemy bardzo malowniczą trasę, prowadzącą serpentynami przez góry „Cordillera Central Mountain” pokrywające północną część wyspy Luzon. Tu czekają na nas wspaniałe widoki, wysokie góry, głębokie doliny rzek oraz wioski przylepione do stromych stoków. Niestety, część trasy pokonujemy już w ciemnościach, a po przyjeździe do Sagady, z marszu kwaterujemy się w odpowiedniku naszego pensjonatu „Sagada Homestay”- 1.200piso pokój 2os.

04-02-20-map

5 luty – środa – dzień 32.

Sagada > Banaue – 150km

Po śniadaniu, poznajemy ciekawe miejsca w okolicy górskiej miejscowości Sagada, położonej 1500m n.p.m. W przeszłości Sagada była jedynie górską wioską, gdzie mieszkańcy zajmowali się rolnictwem, z upływem lat, z przypływem turystów, mieszkańcy zmienili swoje domy w guesthouse’y, restauracje i sklepy z pamiątkami. Dziś nazywana bywa „filipińskim Shangri-la”… utopijną krainą z powieści „Zaginiony horyzont”. Zaczynamy zwiedzanie, najpierw obowiązkowo rejestrujemy się w biurze turystycznym i płacimy po 50piso od os. i już za kilka chwil, podjeżdżamy pod anglikański kościół św. Marii „Church of Saint Mary the Virgin”. Wielkie kamienne bryły i witraże okienne do dziś robią wrażenie. Budowla wzniesiona w 1904r. przez amerykańskich misjonarzy.

Po wynajęciu przewodnika (obligatoryjne 600piso) i uiszczeniu opłaty w budce 10piso od os. pokonujemy trasę do „Echo Valley”, na dno „Doliny Echa”. Trasa biegnie najpierw przez anglikański cmentarz, gdzie wprawne oko dopatrzy się różnic, niby to cmentarz chrześcijański, lecz panują tu zupełnie inne zwyczaje. Przewodnik opowiada, że w ciągu roku nikt nie odwiedza grobów, nie dba o nie, nie przynosi kwiatów, nie pali zniczy. Nawet teraz, kiedy przechodzimy przez cmentarz, to przewodnik parokrotnie idzie po małych grobach. Dopiero 1 listopada po południu, przybywają tu rodziny pochowanych osób. Mają ze sobą pełne reklamówki jedzenia i picia, ciepłe ubrania, a dodatkowo drewno na ognisko. Przed grobami rozpalają zwyczajne ognisko i palą je przez całą noc. W międzyczasie rozmawiają, jedzą i piją. W taki sposób ten jeden dzień w roku chcą oddać cześć zmarłemu. Siedzą całą noc aż do rana, po czym wracają do swoich domów. Przybędą tu ponownie za rok. Stroma ścieżka kieruje nas na skraj wzgórza, tam staję na kamieniu i krzyczę słowo „echo”…” po czym „echo” mi odpowiada… i tak zabawa może trwać w nieskończoność, to stąd wzięła się ww. nazwa doliny. Później skalnym trawersem i stromymi schodami, a następnie dnem doliny wypełnionej bujną roślinnością m.in. pięknymi paprociami, zmierzamy do celu. Po drugiej stronie, na pionowej skalnej ścianie, ukazują się nam wiszące trumny „Hanging Coffins”. Dokładnie nie wiadomo, kiedy lud Igorot, zamieszkujący filipińską wyspę Luzon, rozpoczął składać zwłoki do drewnianych trumien i podwieszać je na pionowym zboczu góry. Analizując podania ustne, zapisy, wyryte znaki na skałach, szczątki trumien oraz kości znalezione w jaskiniach, naukowcy uważają, że ten rodzaj pochówku, może być praktykowany nawet od 2 tys. lat. Tradycja nakazywała, aby trumnę przed śmiercią przygotowała osoba, która do tej trumny będzie złożona. Z tego względu każdy… kto ukończył 40-y rok życia!… zobligowany był do przygotowania dla siebie miejsca doczesnego spoczynku. Trumny dłubano z jednego kawałka drewna lub zbijano z desek. Jeżeli jednak osoba zmarła nagle lub nie mogła o własnych siłach przygotować trumny, mógł to uczynić ktoś z najbliższej rodziny.

Po śmierci ciało zawijane było w koce, a tenże „kokon”obwiązywany był sprężystymi liśćmi rattanu. Podczas ceremonii żałobnej każdy z uczestników miał prawo do dotknięcia zwłok. Wierzono, że dzięki temu możliwe było przejście zdolności zmarłego na osobę dotykającą. Niesienie zwłok do miejsca spoczynku było swego rodzaju zaszczytem, dlatego podczas dość długiej trasy, osoby niosące trumnę, bardzo często się zmieniały. Po dotarciu na miejsce, ciało umieszczane było w trumnie z podkurczonymi nogami, co symbolizowało filozofię zamknięcia się cyklu życiowego. Lud Igorot wierzył, że świat należy opuścić w tej samej pozycji w jakiej się urodziło, czyli w pozycji embrionalnej. Po złożeniu ciała do trumny i zabiciu lub przywiązaniu jej wieka, przy pomocy drabin lub innych konstrukcji, trumnę podciągano i przymocowywano na klifie. W zależności od możliwości, trumny były przywiązywane linami do wystających elementów góry, przybijane lub nakładane na długie, wystające, metalowe mocowania. Czasami obok trumny podwieszano również krzesło… nie, nie dla odwiedzających!… to samo krzesło, na którym za życia zasiadali lub po śmierci, na kilka chwil posadzono zwłoki zmarłego. Dlaczego nie chowano zmarłych pod ziemią? Powszechnie uważa się, że umieszczanie trumny na zboczu klifu, miało przybliżyć zmarłego do nieba i gwarantować szybkie połączenie jego duszy z duszami przodków. Ale są i inne wersje… zwyczajnie, ze względów bezpieczeństwa, ciała zmarłych nie były narażone na działanie wody, ataki dzikich psów, czy łowców głów szukających trofeów.

No cóż, patrzymy na ten osobliwy widok i jak jest podane, to ostatnią taką trumnę w „dolinie Echa” złożono w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. I tak oto dwa tysiące lat chrześcijaństwa, wdrażanego na tych ziemiach od pięciu wieków, ostatecznie pokonało dwa tysiące lat miejscowej tradycji i Igoroci, pierwotni mieszkańcy tej krainy, ostatecznie zaczęli grzebać swych zmarłych w ziemi. Nieopodal na skalnym klifie wiszą kolejne trumny, można je podziwiać z urwiska, po drugiej stronie doliny.

Następnie przemieszczamy się nieco dalej, do jaskini „Lumiang Burial Cave”, w której w ciągu 500 lat, spoczęło około 500 trumien. Ludzie wierzyli, że właśnie takie umieszczenie trumien, z dostępem do dziennego światła, sprowadzi ochronę przez złymi duchami. Wiele z nich ozdobionych jest wzorem jaszczurki… symbolu długiego życia i płodności. Zejście do jaskini wymaga jednak nieco zachodu. Najpierw należy wynająć przewodnika (600piso), który z odpowiednim sprzętem oświetleniowym (lampa benzynowa), sprowadza nas w czeluści jaskini. W czasie kiedy my przyglądaliśmy się trumnom, przewodnik odpalił lampę i poinformował nas co to będzie dalej. Najpierw przeciśniemy się przez wąską szczelinę, potem mały zjazd na linie, będzie na tyle wąsko, że ubranie może trafić szlag, jak będziecie nieuważni, to trochę się poobdzieracie, w dolnych partiach płynie rzeka, więc trzeba być przygotowanym na skąpanie się, trzeba będzie przekroczyć trochę stromych kamieni, wspiąć się po linie najlepiej na boso, być może przeczołgać po mokrych stopniach, a ponieważ jaskinie są połączone… niepostrzeżenie znajdziecie się w jaskini „Sumaguing Cave”, gdzie zobaczycie przepiękne i olbrzymie stalaktyty i stalagmity. Po kilku godzinach, zostaje nam tylko wyjść „Jaskinią Sumaguing” i… podziękować mi za prawdziwą przygodę. Ale wróćmy do tu i teraz, stoimy, patrzymy na trumny i choć w zamiarze mieliśmy przejść te dwie jaskinie… to jakoś tak ostygliśmy i nijak nasze ubranie nie nadawało się na tego typu eskapadę. Odpuszczamy, przewodnik zgasił lampę… rzecz skończona, wracamy wejściem. No cóż… speleologia, to nie nasza forma hobby.

Kolejno jedziemy do wioski Fidelisan, a po drodze zaglądamy do warsztatu tkackiego „Sagada Weaving”. Produkuje się tutaj torby, torebki i plecaki. Po dotarciu na krawędź rozległej doliny, wynajmujemy przewodniczkę (obligatoryjnie 500piso) i uskuteczniamy trekking do wodospadu „Bomod-Ok Falls”.

Aby tam dotrzeć, trzeba nam pokonać odległość 2km i różnicę poziomów wynoszącą 600m, która przekłada się na pokonanie 4tys. schodów, najpierw do wodospadu w dół, a później w górę. Na trasie marszu, znajduje się najstarsza w rejonie Sagady, wioska Fidelisan. Zabudowa to ledwie trzymające się kupy domy z blachy falistej, drewna i kamienia. Dookoła tarasy ryżowe, kwiaty, a nawet krzaki kawowca. Marsz w obie strony zajął nam prawie trzy godziny. W drodze powrotnej podjeżdżamy do warsztatu garncarskiego „Sagada Pottery”, gdzie do tej pory, w naturalny sposób wytwarza się wiele ceramicznych cudaczności.

Po południu opuszczamy Sagadę i podążamy górską drogą w stronę Banaue. Tym razem także czekają na nas piękne widoki na okoliczne szczyty górskie. Przed dojazdem do Banaue, zatrzymujemy się na punkcie widokowym „Bay-Yo”- Rice Terraces Viewpoint. Rozpościera się stąd śliczny widok na tarasowo ułożone pola ryżowe w głębokiej dolinie, a oprócz fantastycznej panoramy… równie fantastyczny„ostatni wojownik” tych terenów… lokalny „last warrior”.

Na przełęczy, na lokalnym bazarze, nasz kierowca Andrew, zaprosił nas na tutejszy przysmak… „balut”. De facto jest produktem nabiałowo-(jajeczno)-mięsnym i ma postać gotowanego jajka kaczego, wewnątrz którego znajduje się w pełni uformowany zarodek ptaka. Jak wygląda proces powstawania „baluta”? Zapłodnione wcześniej jajo kacze, przechowywane jest na słońcu, po to by utrzymało ono ciepło ok. 40 – 42,5 ºC. Po dziewięciu dniach „leżakowania” w cieple, jaja są sprawdzane pod specjalnym światłem na obecność embriona. Po kolejnych 8 dniach, są gotowe do spożycia, jednak okres inkubacji „baluta” zależy od upodobań kulinarnych konsumentów. Na Filipinach uważa się, że idealny „balut” to jajo z 17-dniowym zarodkiem, bo wówczas jest on już wystarczająco dojrzały… ale nie widać jeszcze dzióbka, piór czy kości. Mimo środków łagodnej perswazji ze strony Andrew, byśmy jednak spróbowali rzeczonego rarytasu, on w tym czasie się nim delektował, polewając winegretem… hm… nie taki „balut” straszny jak go malują?… dorzućmy dodatkową motywację, czyli zaliczenie tej potrawy do szacownego grona afrodyzjaków… eh… nie sposób było poskromić odrazę.

Nocleg w Banaue w „Homestay Ekolife”- 1.200piso pokój 2os.

6 luty – czwartek – dzień 33.

Banaue > Batad (wioska i tarasy ryżowe) > Solano > Aritao > Baguio - 200km

Całą noc padało, dzień szczerzy się szarością, deszczowe chmury przykryły szczyty okolicznych wzniesień, zupełnie przysłaniając przesiąknięte krajobrazy. Gdy wiatr trochę przewieje chmury, to mimo wszystko, coś jednak czasem widać, raz jest to atak blachy falistej i własnowolnej architektury, innym razem, gdzieś w oddali, na samym dnie, widać soczystą zieleń pól ryżowych. To pejzaż, po który tu przyjechaliśmy, póki co spowity mgłą . Kiedy deszcz rytmicznie uderza o dach pokryty falistą blachą, my czekamy na zamówione wczoraj na godzinę 8.00 śniadanie. Okazało się, że ktoś zapomniał go przygotować, mało tego… nawet nie otworzył restauracyjki. No cóż, zjeżdżamy do centrum miejscowości, deszcz najpewniej wycieczył już wszystko co miał, bo przestało padać. Obchodzimy małe centrum handlowe Banaue i małej knajpce jemy śniadanie. Następnie jedziemy krętą, górską drogą w kierunku wioski Batad. Po dotarciu do końca drogi, obligatoryjnie musimy wynająć przewodnika za 800piso i stromą ścieżką przez dżunglę, schodzimy w dół do „Batad Rice Terraces”. Tarasy mają ok. 2000 lat. Tak przynajmniej oceniło UNESCO. Oczywiście dokładny wiek jest trudny do odgadnięcia, głównie dlatego, że tarasy wciąż się zmieniają. Co roku muszą być umacniane, gdyż inaczej by nie przetrwały. Idziemy! Po około 20minutach marszu slalomem, docieramy na viewpoint, gdzie można zakupić coś do picia, po rzecz jasna podwójnej cenie. Z drewnianego tarasu doskonale widać zabudowę malutkiej wioski, na którą składa się kilkadziesiąt małych, głownie drewnianych domów, położonych pośród tarasów ryżowych. Jedynym, bezwzględnie barwnym elementem krajobrazu… jest szkoła, którą mijamy schodząc w dół. Nie ma tu chodników, nie ma ulic, nie ma tradycyjnych ciągów komunikacyjnych. Wszystkie ścieżki po których się przemieszczamy, to krawędzie pól ryżowych. Czasami niektóre arterie są wzmocnione czymś na kształt betonu, lecz najczęściej jest to po prostu klepisko z gliny, szerokości jednej osoby. Czasem trzeba wejść i zejść po po drabince lub kamiennych schodkach. Ci co mają problemy z utrzymaniem równowagi, mogą się czasem poczuć nieswojo. Tym bardziej, że różnica poziomów pomiędzy niektórymi tarasami potrafi mieć 2÷3 metrów, więc jest gdzie spadać.

To esencja regionu skupiona w jednym miejscu, jeden wielki amfiteatr pól ryżowych, prawie idealny w swoim kształcie, rozpostarty w rozległej dolinie, a jego panoramiczny widok, kończy się gdzieś na horyzoncie. Chodząc pomiędzy tarasami zmieniamy, swoją wysokość i perspektywę patrzenia na okolice. Podziwiamy miejscowych, jak wiele wysiłku wymaga uprawa ryżu, człowiek dokonał tytanicznej pracy, aby w takim miejscu i w taki sposób uprawiać ryż. Imponujące tarasy dokładnie i bez wyjątków, pokrywają szczelnie zbocze okazałej góry.

Ciut o lokalnych zwyczajach…

Jak się okazuje w tych rejonach, to najstarsze dziecko dziedziczy wszystkie tarasy ryżowe po swoich rodzicach. Jeśli jest się drugim dzieckiem, można nie rozpaczać i zostać przewodnikiem, co zapewnia dużo lepszy byt. Właściwie dużo ludzi porzuca swoje pola ryżowe i wyrusza do miast w poszukiwaniu innej pracy. Co ciekawe, osoby, które opuszczają swoje wioski i wyjeżdżają za granicę, przed śmiercią chcą jednak wrócić. Jest tak dlatego, że zgodnie z lokalną tradycją, pięć lat po śmierci, wydobywa się zwłoki, a kości poleruje i zabiera do domu. Ci ludzie chcą, aby ich też to spotkało i aby nie zostali zapomniani. Zgodnie z inną tradycją… za żonę należy „zapłacić” w świniach. W dobrym guście jest, aby świnie były trzy i to dorodne.

W okolicach Banaue są jeszcze ludzie, którzy czczą boga ryżu „bulol” (pozostałość sprzed okresu przed przybyciem amerykańskich misjonarzy na początku XXw.), jednak nie pozostało ich zbyt wielu. Wg Ifugao, bóg ryżu ma kształt człowieka, najczęściej w pozycji siedzącej. Drewniane, ręcznie wykonane figurki można jeszcze spotkać w domach i spichlerzach. Gdy umrą czciciele, ta tradycja umrze razem z nimi. Młode pokolenia nie kultywują starych zwyczajów. A jak wyglądają takie obrzędy? W ofierze składa się świnię, a drewniana figurka boga ryżu jest maczana w jej krwi. Następnie figurkę umieszcza się w magazynie, w którym składowany jest ryż. Ludzie wierzą… że pomnaża to zbiory.

Dla niepalących jest środek zastępczy „moma”, na który składają się zielone liście, betel nut, lime, czyli biały proszek, który powstaje po spaleniu muszelki ślimaka (mowa o ślimaku z tarasów ryżowych, którego się zjada, a muszelkę właśnie spala) i tytoń. A ponieważ na Filipinach nie można zażywać narkotyków… doskonale żuje się „moma”.

Następnie mozolny i długi przejazd do Baguio. Jazda po wąskich, górskich drogach, zajmuje sporo czasu, przeciętna na trasie spada nawet do 30km/h. Nie dość, że wąskie i kręte, to niejednokrotnie zasypane kamieniami, dziurawe i połamane. Do miasta docieramy już po zmroku. Nocleg znaleźliśmy w hotelu „Villa Silviana”- 2.000piso za pokój ze śniadaniem.

05-06-02-20-map

7 luty – piątek – dzień 34.

Baguio > Manila – 410km

Rano, uskuteczniamy spacer po najbliższej okolicy naszego hotelu. Znajdujemy się samym sercu letniej stolicy „Capital of Summer” u wrót gór „Cordillera”. Tuż obok, na wzgórzu dominującym nad miastem, znajduje się oficjalna letnia rezydencja prezydentów Filipin i niewielki park porośnięty sosnami, będącymi symbolem tego miasta. Na początku XXw. amerykański gubernator Luke E.Wright zlecił słynnemu architektowi Danielowi H. Burnhamowi zaprojektowanie kurortu, w którym mogliby odpoczywać od gorącego klimatu Manili amerykańscy żołnierze, urzędnicy i ich rodziny. W 1905r. powstał plan miasta-ogrodu, mającego liczyć 25 do 30tys. mieszkańców. Oficjalne ogłoszenie Baguio miastem odbyło się 1 września 1909 r. Rozwój miasta przyspieszyło odkrycie w pobliżu złota i rud miedzi. Do 1937 roku władzę w mieście mieli Amerykanie, później stopniowo przejmowali ją Filipińczycy, pierwsze całkowicie wolne wybory władz miasta odbyły się dopiero w 1957 roku. Baguio, położone jest na wys. ok. 1.500 m n.p.m., co powoduje, że średnie temperatury są tu o ok. 8 ºC niższe niż w Manili. Panują tu idealne warunki klimatyczne, szczególnie w okresie tutejszego lata, przez co miasto jest nazywane „Letnią stolicą Filipin” (do 1976r. było nią oficjalnie).

Obecnie to ponad 350tys. Miasto, dusi się w ulicznych korkach, zgiełku, smrodzie spalin i jedynie w wyższych partiach, można liczyć na odrobinę spokoju. Odwiedziliśmy lokalne miejsce kultury i tradycji „Tam Awan Village” (60piso od os.). Niby to ma być „Ogród na niebie”, niby zrekonstruowana wioska, niby prezentacja sztuk plemiennych… generalnie wypada marnie. Sumarycznie, miasto jako całość wywarło na nas niepozytywne wrażenie, które niejednokrotnie równało się z zadziwieniem… jak można mieszkać w tak zasmrodzonym i zatłoczonym miejscu?… i jak można obecnie nazywać to miejsce kurortem? Jedyne co spektakularne, to widoki na „porośnięte” kolorowymi domami wzgórza, które w niektórych miejscach przypominają te z Valparaiso w Chile. Usytuowane na stromych zboczach, barwne konstrukcje w pszczółki, kwiatuszki i truskawki, objuczone praniem, omotane drutami… z góry „patrzą” na równie kolorowe „jeepney’e”. Ponieważ wjechaliśmy do Baguio od strony gór, to dopiero na wyjeździe, miasto żegna nas monumentem ogromnej głowy lwa „Lion’s Head”, który wita wszystkich przyjeżdżających od strony Manili. Dlaczego lew?… i dlaczego tak ogromny?… chodzi o lokalny „Lion’s Club” którego symbolem jest lew.

Ostatnia część naszego przejazdu po wyspie Luzon, to powrót do Manili. Na szczęście nasz kierowca Andrew, znajduje zawsze jakieś sekretne drogi i jeszcze nie oddaną do oficjalnego ruchu górską drogą, szybciutko dotarliśmy do autostrady i dalej po czterech godzinach jazdy, do Manili. Normalnie zajmuje to czasem ok. 8h.

07-02-20-map

Łącznie sześciodniowa trasa po wyspie Luzon wyniosła 2.050km. Obsługiwała ją firma „Areo Global”, sprawy biurowe: Maan tel: +639065603387 e-mail: mnl.areoglobal.ph@gmail.com kierowca: Andrew: +639278668763 e-mail: www.kuyaneopango@gmail.com .Poprzez ww. biuro wykupiliśmy też następne loty na i pomiędzy wyspami, na Bohol i z Cebu na Palawan oraz pobyty w hotelach na tych wyspach. W sumie zapłaciliśmy 923 $USD za dwa przeloty i sześć hotelowych noclegów. Dziś nocleg w hotelu „Red Planet”- 2.200piso pokój 2 os. i pożegnanie z naszym kierowcą, przewodnikiem i kolegą- Andrew.

filipiny-trasa

8 luty – sobota – dzień 35.

Manila > Tagbilaran na wyspie Bohol > Panglao > „Alona Beach” – zwiedzanie wyspy - 30km

Z powodu notorycznych, pokaźnych korków ulicznych, już przed 10.00 jedziemy na lotnisko, chociaż lot na wyspę Bohol mamy dopiero o 14.40. Jest to niewyobrażalne, ale pokonanie kilkunastu km w tym mieście, może czasem zająć nawet 4h. Na szczęście dzisiaj sobota, jest nieco luźniej i już po 1,5h jesteśmy na miejscu. Wylatujemy z lokalnego lotniska w Manili do Tagbilaran, największego miasta na wyspie Bohol. Po wylądowaniu (lot 1h 10 min.), hotelowym transportem przedostajemy się na sąsiednią, małą wyspę Panglao i docieramy do słynnej plaży „Alona Beach”. Zakwaterowani jesteśmy w hotelu „Alona Kew White Beach Resort”.

A tu co?… pełny relaks w tempie turystycznej małej osady i kurortowej atmosfery. Wreszcie można zażyć kulinarnej części podróżniczego życia, które tak uwielbiamy. Nie tylko historia, religie, kultura i krajobrazy… wreszcie coś dla podniebienia i poszerzenia turystycznych zapachów i smaków. Wszystko to realizujemy w jednej z nadmorskich restauracji, ulokowanych bezpośrednio przy plaży z widokiem na „pająki”… tradycyjne filipińskie łódki „banca”.

Dzisiaj degustowaliśmy ogromne krewetki, tuńczyka i kalmary oraz warzywa z grilla, do tego piwo „Red Horse”, a wszystko to serwował(a) nam „bakla” (to z biologicznego punktu widzenia mężczyźni, którzy czują się kobietami). I to właśnie przedstawiciel „trzeciej płci”, ubrany jak kobieta, z właściwymi manierami i szminką na ustach… obsługiwał nas tego wieczora.

9 luty – niedziela – dzień 36.

Panglao – „Alona Beach” > Corella „Bohol Enchanted Zoological and Botanical Garden” > „Chocolate Hills” > Panglao - 130km

Bohol to jedna z większych wysp archipelagu „Visayas”, położonego pomiędzy głównymi wyspami Filipin – Luzonem i Mindanao. To jedna z trzech dużych jednostek podziału administracyjnego na Filipinach. Naszym głównym celem dzisiejszego dnia, jest dotarcie do tarsierów (wyraków upiornych) i zobaczenie „Wzgórz Czekoladowych”, ale jak się później okazało, Bohol to miejsce, gdzie do odkrycia było znacznie więcej. Wynajętym autem wraz z kierowcą ( 8h. 2tys. piso -150zł ), zwiedzimy istotne i najpiękniejsze miejsca na wyspie. Najpierw w Baclayon odwiedzamy miejsce, gdzie umiejscowiony jest pomnik upamiętniający „Pakt Krwi”, zawarty w 1569r. pomiędzy hiszpańskim najeźdźcą Mauricio Legazpi, a filipińskim wodzem Datu Sikatuną, który to zapoczątkował okres dominacji hiszpańskiej na terenie Filipin. Legazpi był po Magellanie i de Villalobos, trzecim hiszpańskim konkwistadorem na Filipinach i pierwszym, któremu udało się założyć tu kolonię. To on założył Manilę, a jego imię nosi wiele miejscowości i ulic na Filipinach. Nieopodal, w tej samej miejscowości, wizytujemy zabytkowy kościół „Baclayon Church”, wybudowany niedługo po przybyciu przez pierwszych misjonarzy, którzy dotarli tu w 1595r.. W 1717r. Baclayon stało się parafią, wtedy też ruszyła budowa nowego kościoła. Budulcem były koralowe bloki, wydobywane z morza przez 200 robotników, dzielone i układane jeden na drugim, a spajane milionami jajek. Budynek, który widzimy dziś, został ukończony w 1727r.. W podziemiach kościoła znajduje się loch, do którego wtrącano tubylców, którzy nie przestrzegali zasad kościoła katolickiego. Obok kościoła znajduje się stary klasztor, w którym mieści się niewielkie muzeum z relikwiami, zabytkami i innymi antykami, pochodzącymi nawet z XVI w. Niestety jak wiele innych kościołów, w tym ww. jeden z najstarszych na Boholu, nie miał szczęścia, duża część dachu zawaliła się w czasie trzęsienia ziemi, dziś pokryty jest nowym, blaszanym, kompletnie nie pasującym do całości. Na trasie zaglądamy do „Bohol Lemur Butterfly Park” (wstęp 70piso od os.). Lemury, motyle, weże i ptaki, to przyjemny przystanek i do tego można zbadać… gdzie jest teraz kurczak, którego połknął wąż! Dalej jedziemy drogą wzdłuż rzeki „Loboc River”. Można tu wynająć łódź „banca” lub wykupić rejs statkiem-pływającą restauracją „Loboc Floating Restaurant”, która serwuje lokalne specjały i posiłki kuchni filipińskiej, do których przygrywał będzie lokalny zespół na żywo. Podczas rejsu podziwiać można bujną roślinność na obu jej brzegach. Nie korzystamy z tej niekoniecznie wyjątkowej atrakcji i podziwiamy rzekę od strony drogi. Na trasie przejeżdżamy przez „Bilar Man-Made Forest”, gęsty sztuczny las mahoniowy… „pierwszy i jedyny las posadzony przez człowieka na Filipinach”, czyli tysiące drzew zasadzonych przez mieszkańców Boholu wzdłuż drogi.

W okolicy miejscowości Corella w „Bohol Enchanted Zoological and Botanical Garden” (wstęp 100piso od os.), podziwiamy specyficzne brązowe zwierzątka o wielkich oczach, przypominające wyglądem małpki lub „misie” (a niektórym zapewne przywodzą na myśl Yodę z „Gwiezdnych Wojen” lub gremliny). To ssaki naczelne z rodziny wyrakowatych… wyrak upiorny, tarsier… ja nazwałabym go „basedowek”… ma taki wytrzeszcz oczu, jak przy chorobie Gravesa-Basedowa. Pisma podają, że jeżeli człowiek miałby mieć zachowane takie same proporcje wielkości oczu do reszty ciała jak tarsier, to musiałby mieć je powiększone 150 razy! Te jedne z najmniejszych drapieżnych małpiatek o wyłupiastych oczach, nieproporcjonalnych do wielkości głowy, aczkolwiek świetnie widzących w nocy, posiadają dość czujne uszy, ale braki w węchu, a krótka i bardzo zwrotna szyja, umożliwia obrót głowy o 180º, rekompensując nieruchome gałki oczne. Górne kończyny ma zakończone palcami, które na końcach mają charakterystyczne zgrubienia i wyglądają niczym łapki zielonej rzekotki drzewnej. Dolne kończyny są znów nieproporcjonalnie duże i pozwalają im wykonywać bardzo duże skoki… podobno dochodzące nawet do ok. 6m, co biorąc pod uwagę wielkość tarsierów, jest niesamowitym wynikiem. Charakterystyczny jest też bardzo długi szczurzy ogon. Na wyspie można je również wyszukać w naturalnym środowisku, jednak ze względu na miniaturowe rozmiary, trudno je dostrzec w buszu, a co dopiero zrobić im zdjęcie. Tu na terenie ośrodka mamy pewność, że je zobaczymy. O dziwo, śpią sobie spokojnie na drzewach, na zupełnie otwartym terenie, obowiązują tu jednakże ścisłe reguły jak zachowanie ciszy i nieużywanie lamp błyskowych. Wyraki to zwierzęta bardzo wrażliwe, nie znoszą zbyt jasnych i głośnych miejsc, gdzie nie mogłyby zasnąć w dzień. Lokują się w cieniu liści, przyczepione do gałązek malutkimi łapkami. Prowadzą nocny, nadrzewny tryb życia. Są przede wszystkim owadożerne… chwytają owady, skacząc na nie. Ale nie gardzą też ptakami, wężami, jaszczurkami i nietoperzami. Tak oto prezentuje się tarsier… niekwestionowana wizytówka wyspy Bohol.

Następnie przemieszczamy się do centralnej części wyspy Bohol, w kierunku „Czekoladowych Wzgórz”. To kompleks około 1.770 wapiennych pagórków o wys. 40-120m w kształcie prawie idealnych stożków, wznoszących się tuż obok miejscowości Carmen (wstęp 50piso od os.). Na taras widokowy należy wejść po dość stromych schodkach. A na górze rozczarowanie;-) Mimo zachęcającej, a wręcz smacznej nazwy, wzgórza nie maja nic wspólnego z kakaowcem, ani czekoladą. Miały tylko sprawiać wrażenie kopców zastygłej czekolady, jednak dziś są zielone… czyli jakie?… też pyszne… „Kiwiowe Wzgórza”. Swoją nazwę zawdzięczają trawie, która w porze suchej, zmienia swój kolor na brązowy. Jest wiele teorii starających się wyjaśnić y te unikalne na skalę światową ukształtowania. Nic jednak bardziej nie rozpala naszej wyobraźni jak miejscowew legendy o olbrzymach, walkach, księżniczkach i miłości. Wg jednej z nich, dawno… dawno temu żyły dwa olbrzymy, które walcząc ze sobą, obrzucały się skałami, kamieniami i piaskiem tak długo, że w końcu się zmęczyły i… mamy to, co teraz widzimy, co rzecz jasna wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wracamy na kolację na plaży, lecz ciut zmieniamy repertuar, u „bakla” (a jest ich wielu), zamawiamy krewetki w sosie, beef i warzywa z grilla oraz stały punkt programu… piwo „Red Horse”. Po kolacji Wojtek idzie do wody, a ja oddaję się w ręce masażystki i „wyplataczki” warkoczyków.

08-09-02-20-map

10 luty – poniedziałek – dzień 37.

Alona Beach – Panglao > przystań promowa w Tagbilaran > prom na wyspę Cebu > Cebu – 30km

Rano przejeżdżamy do portu w Tagbilaram, skąd odpływamy promem do miasta Cebu. Padający deszcz skutecznie przeszkadza w przeprawie. Po dwóch godzinach nudnej podroży przybijamy do portu w Cebu. Taxi i po chwili jesteśmy w miejscu zakwaterowania, w hotelu Elizabeth. Przy wejściu kontrola temperatury, to obowiązkowe standardy związane z „koronawirusem”.

Pogoda zdecydowanie się poprawia, idziemy w miasto. Na trasie dzisiejszego marszu oprócz podpatrywania życia mieszkańców, odwiedzamy najstarszy zachowany dom na Filipinach, gdzie tuż obok znajduje się wymowny monument upamiętniający przybycie tu kolonizatorów hiszpańskich z Magelanem na czele. W imię wiary nawracano, a tak naprawdę narzucano miejscowej ludności praktyki religii katolickiej, które popadły na podatny grunt, gdyż obecnie Filipiny to jeden z najbardziej katolickich krajów, a miasto Cebu ze swoją Bazyliką Minore del Santo Nino, to odpowiednik naszej Częstochowy. Aby odwiedzić figurkę „Santo Nino”, przedstawiającą „Dzieciątko Jezus” przywiezioną w owym czasie przez Hiszpanów, pielgrzymują tu wierni z całego kraju.

Oczywiście udajemy się również pod Krzyż Magellana usytuowany tuż przy Bazylice Minore del Santo Nino. Wielki żeglarz i podróżnik będąc w trakcie wyprawy wokół świata 7 kwietnia 1521r. dotarł do wyspy Cebu. Zorganizował tam postój, polecając jednocześnie nawracanie miejscowej ludności na chrześcijaństwo. W zaledwie kilka dni prawie wszyscy przywódcy wysp otaczających Cebu przyjęli chrzest i zgodzili się podpisać traktat z Hiszpanami. Po niespełna tygodniu Magellan otrzymał wiadomość, że Lapu-Lapu, przywódca Mactanu, zbuntował się i odmawia dostarczania towarów przeznaczonych dla Hiszpanów. Statki hiszpańskie udały się w kierunku cieśniny pomiędzy Cebu a Mactanem, aby poskromić krnąbrnego władcę. Potyczka z ludźmi Lapu-Lapu rozegrała się 27 kwietnia 1521 r., podczas której Magellan poniósł śmierć wraz z częścią swych towarzyszy.

Zginął, usiłując wejść w głąb lądu by szerzyć chrześcijaństwo. Jego ciała nigdy nie odzyskano, ale oznaczono miejsce jego śmierci. Po dziś dzień w mieście Cebu znajduje się kaplica Krzyża Świętego, w której umieszczono pierwszy, drewniany krzyż jaki przywiózł na archipelag podróżnik. Miejsce to jest jednym z najważniejszych i najświętszych dla Filipińczyków i otoczone jest szczególną czcią. Za swego rodzaju chrzest Filipin przyjmuje się datę 31marca 1521 r., kiedy to na wyspie Limasawa odprawiono pierwszą mszę.

Dzisiaj oglądamy jedynie jego replikę krzyża. Najbardziej prawdopodobną wersją jest to, że po odpłynięciu Magellana został użyty na opał przez rdzennych mieszkańców.

11 luty – wtorek – dzień 38.

Cebu – zwiedzanie kolonialnego miasta Cebu

Ranek przywitał nas słoneczną pogoda, a wg wczorajszych prognoz miało dzisiaj cały dzień padać. Nie zamówiliśmy w związku z tym rejsu łodzią po wyspach, tylko dokończyliśmy zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy od XVI-wiecznego Fortu San Pedro. Historia tego najstarszego fortu, trójkątnej twierdzy na Filipinach z 1565 roku, mocno przeplatała się w zawierusze dziejów tego państwa. Niegdyś był centrum hiszpańskiej osady, zbudowano go z polecenia Miguela Lopez de Legaspi. Później służył przez krótki czas jako miejsce zakwaterowania amerykańskich żołnierzy i jako szkoła dla mieszkańców Cebu. Podczas II wojny światowej służył jako koszary japońskiej armii. Później przez pewien czas w ogrodach znajdowało się zoo, a aktualnie fort jest muzeum narodowym.

Następnym miejscem które odwiedziliśmy dzisiaj był historyczny dom „Casa Gorordo”. Pięknie odrestaurowana XVII-wieczna posiadłość ukazuje w doskonały sposób warunki życia tutejszych elit. Niegdyś dom zamieszkały był przez pierwszego katolickiego biskupa Filipin. W jego wnętrzach można zobaczyć meble, porcelanę i ubrania z epoki oraz historyczne fotografie miasta Cebu.

10-11-02-20-map

12 luty – środa – dzień 39.

Cebu > Puerto Princessa – przelot na wyspę Palawan

Po wczesnym i szybkim śniadaniu już przed siódmą meldujemy się na lotnisku w Cebu. O 9.20 czeka nas krótki przelot (1 godz. 15 min.) na cudowną wyspę Palawan, gdzie spędzimy kolejne 6 dni. Prosto z lotniska udamy się do lokalnego biura turystycznego „David Travel & Tours”, aby przygotować cały nasz sześciodniowy pobyt. Wyspa w 2013 i w 2017r zdobyła tytuł „World’s Best Island” w rankingu międzynarodowego magazynu „Travel & Leisure” i od lat stale znajduje się w pierwszej piątce najpiękniejszych wysp świata. Ta duża i różnorodna wyspa oferuje wszystko to co najpiękniejsze na Filipinach, jest jednym z tych miejsc na Ziemi, które trzeba koniecznie zobaczyć.

Pracownica biura wszystkie miejsca, które zadeklarowaliśmy odwiedzić, sprawnie ujęła w całość, oferując odpowiednie wycieczki i transport po wyspie. Okazało się, że te sześć dni, to minimalny czas w którym jesteśmy w stanie zrealizować zaplanowany plan zwiedzania. Transport po rozległym terenie wyspy zabiera sporo z tego czasu. Za cały pakiet usług, bez zakwaterowania płacimy 15.100piso, to ok. 300USD.

Następnie zakwaterowanie w Porto Princesa w hotelu Fleuris i idziemy w miasto.

Stolica wyspy, nie robi specjalnego wrażenia, można wręcz stwierdzić brzydkie i obskurne miasto. Nadmorski bulwar to jakieś nieporozumienie, bez ładu i składu, wszystko zniszczone, połamane latarnie… tragedia. Zaskakują jedynie nowe formy konstrukcyjne trycykli. Tu przybierają formę trójkołowych limuzyn. Ich właściciele upiększają swe pojazdy w nieprawdopodobny sposób, montują atrapy uznawanych marek i dokładają przeróżną gamę wszelakich bajerów… Trycykl to blaszana konstrukcja przyspawana do starego, klekoczącego motocykla japońskiej produkcji. I choć to konstrukcja, która jest klasycznym motocyklem z bocznym wózkiem, to nijak nie przypomina takowego pojazdu. Jest to najbardziej rozpowszechniony i zarazem najtańszy sposób poruszania się po miastach na Palawanie. Ktokolwiek zdecyduje się na podróż na wyspę to na pewno, czy tego chce czy nie, to i tak wyląduje w trzęsącym trycyklu.

13 luty – czwartek – dzień 40.

Porto Princesa > Honda Bay > Porto Princesa – island hopping

Tego dnia wyjeżdżamy nas pierwszy „island hopping” (podróżowanie morzem z wyspy na wyspę). Najpierw dojazd do portu busem, a później wynajętą łodzią przemieszczamy się po wyspach w zatoce Honda Bay. Obsługa bardzo sprawna, po drodze wypożyczamy sprzęt do nurkowania. Z vana przesiadamy się na dziesięcioosobową łódź i już o 9.00 wyruszamy na szerokie wody, płyniemy na pierwszą wyspę Luli. Wśród atrakcji mamy zapewnione nurkowanie oraz odwiedzenie kilku wysp. Jeśli chodzi o nurkowanie to zostajemy wyrzuceni w miejscu, gdzie pod wodą czekają na nas ławice kolorowych rybek i koralowce. Czasu jest wystarczająco, żeby sobie popływać i w spokoju pooglądać to co mamy pod stopami. Więcej atrakcji prezentuje następne wyspa, Starfish Island. Oprócz wielokolorowych rybek co raz napotykamy na ryby w kształcie rozgwiazdy, zapewne stąd nazwa wyspy…

Na kolejnej wyspie, Cowrie zaserwowano nam lancz, o dziwo podano nawet krewetki i tuńczyka. Tu pozostawiono nam najwięcej czasu na plażowanie kąpiele i snoorkeling. Cała klientela łodzi liczyła zaledwie dziewięć osób. Mieliśmy fajne towarzystwo, płynęły z nami trzy sympatyczne Czeszki z Pragi. Atmosfera wspaniała i cała wycieczka bardzo udana. O czwartej kończymy pływanie w porcie, a przed piątą meldujemy się ponownie w naszym hotelu. Podsumowując, island hopping w Honda Bay wydał nam się doskonałym rozwiązaniem dla każdego, kto planuje zostać w Puerto Princessa na dłużej niż jeden dzień. Miasto samo w sobie nie ma zbyt wiele do zaoferowania więc island hopping może okazać się przyjemną odskocznią.

Późnym wieczorem poznajemy życie miasta, najpierw dowiedzmy bazar, a później idąc wzdłuż zatoki, wstępujemy na kolację do jednej z wielu restauracji znajdujących się przy bulwarze i oferujących świeże owoce morza.

14 luty – piątek – dzień 41.

Port Princesa > Sabang > Port Barton – Przepłynięcie podziemną rzeką przez jaskinie, przejazd do Port Barton - 230km

Po śniadaniu przejazd busem do Sabang. Tam wsiądziemy na typowe filipińskie łodzie banca, mają smukłe kadłuby z bambusowymi pływakami po obu burtach, które nadają im wygląd wielkiego pająka wodnego. Dopływamy po 15min na zamkniętą plażę, gdzie następnymi łodziami płyniemy podziemną rzeką przez system korytarzy jaskiniowych ozdobionych ciekawymi formami naciekowymi.

Jest to jedna z największych tego typu atrakcji na świecie. Podziemna rzeka w Parku Narodowym Puerto Princesa Subterranean River w 1999 r. została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a od 2011 r. należy do jednego z 7 nowych cudów świata. Odcinek otwarty dla turystów liczy sobie 1,5 km długości. W trakcie ok 40 min rejsu podziwiać można m.in. liczne stalaktyty narastające od stropu oraz skamieliny liczące 20 mln lat. Mimo iż dotarcie na miejsce zajmuje dużo czasu (van+łódka łącznie ok 3 godz) i atrakcja nie należy do najtańszych (1900piso od os.) to warto wyciszyć się w tym szczególnym, w skali świata, miejscu.

Po południu udajemy się nieco na północ wyspy Palawan do Port Barton. Ta miejscowość będzie naszą bazą wypadową na okoliczne wyspy, laguny i rafy koralowe. Dotarcie na miejsce zajmuje nam prawie cztery godziny, ale transport zorganizowany przez naszego agenta, jest perfekcyjny, wszędzie na trasie gdzie mamy przesiadki sprawna obsługa i pełna informacja o dalszym transporcie.

Nocleg w Port Barton: Hotel Oasis Adres: Roxas Street, Port Barton, 5309 San Vicente, Filipiny, Tel: +63 927 037 9078 GPS: N 010° 24.801, E 119° 10.787

12-14-02-20-map

15 luty – sobota – dzień 42.

Port Barton – island hopping – łodzią wśród bajecznych zatok w okolicach Port Barton i zatoce Pagdanan Bay.

Po intensywnej podroży w pierwszej części wyprawy wreszcie mamy więcej czasu na relaks, jest więc i czas na kolejny island hopping na Palawanie. Port Barton to malutka, leżąca jakby na uboczu mieścina. Panuje tu sielankowa, niczym niezakłócona atmosfera i za takie miejsca kochamy Palawan. Island Hopping jest jedną z głównych atrakcji tego miejsca. Koniecznie trzeba wybrać się na wycieczkę łodzią po to, żeby odwiedzić kilka wysepek, ponurkować wśród kolorowej rafy i zrelaksować się na różnorodnych plażach.

Teraz wyobraź sobie rybackie miasteczko do którego dostać można się wyłącznie przez zakurzoną drogę przez środek dżungli, gdzie nie ma tłumu turystów a lokalni uśmiechają się przyjaźnie do każdego. To właśnie w takich miasteczkach całkowicie zapominamy o naszych codziennych problemach i zaczynamy żyć tamtejszym życiem.

Tutejszy island hopping oferuje m.in. plaże z białym piaskiem i intensywnej turkusowej wodzie – German Beach, miejsce do nurkowania – Lagoon Reef oraz Exotic Island na której mamy lunch. Przygotowuje go na miejscu obsługa łodzi… elegancko, obficie i smacznie.

[Nie odnaleziono galerii]

Na trasie naszego rejsu mamy wielokrotnie możliwość założenia maski z fajką i zaglądnięcia pod powierzchnię wody by znów nacieszyć się widokiem falujących koralowców i ławic różnokolorowych rybek.

16 luty – niedziela – dzień 43.

Port Barton > El Nido – plażowanie – przejazd - 180km

Rano długi spacer po wiosce Port Barton, do obu krańców rozległej zatoki. Co jest takiego niezwykłego w tym miejscu? Dlaczego powinieneś odwiedzić miasto do którego relatywnie ciężko się dostać i które znajduje się pośrodku niczego? Właśnie po to… Port Barton, to cisza i spokój, tak po prostu… Nie ma tam tłumu urlopowiczów a miejsce ma bardzo naturalny klimat. Jeszcze dwa lata temu prowadził tu jedynie bity trakt przez góry, a gdy polało kilka dni, można było tu dotrzeć jedynie autami typu 4×4.

O 1.00 podjeżdża po nas tricycle i zawozi na przystanek busów, skąd przemieszczamy się dalej na północ, do następnej sztandarowej miejscowości wyspy Palawan, a mianowicie El Nido. Cztery godziny jazdy po krętych drogach przez góry pokrywające całą północną część wyspy. Na szczęście drogi są puste i już przed piątą jesteśmy na miejscu. Zakwaterowanie mamy zarezerwowane wcześniej przez booking.com w centrum turystycznego El Nido, Inngo Tourist Inn. Adres: Hama Street, Masagana, Palawan, 5313 El Nido, Filipiny. Telefon: +63 905 791 2429 Współrzędne GPS: N 011° 10.962, E 119° 23.546.

Mamy jeszcze na tyle dużo czasu, że obchodzimy miasto wzdłuż i w szerz. Widok na zatokę okoloną ogromnymi, pionowymi skałami przepiękny, natomiast kurortowe miasteczko przedstawia bardzo opłakany widok. Wszystko bez ładu i składu, ni jak się ma do opisów czytanych w przewodnikach…? jesteśmy mocno rozczarowani… mamy nadzieję, że jutro obraz wspaniałych wysp, zatok i lagun zmieni nasze pierwsze złe odczucia.

15-16-02-20-map

17 luty – poniedziałek – dzień 44.

El Nido – island hopping – rejs wśród raf koralowych, laguny, plaże, kajaki, nurkowanie i pełen relaks

Słynny archipelag Bacuit to dziesiątki małych wysepek rozsianych po zatoce o takiej samej nazwie. To tu powstają te piękne, pocztówkowe zdjęcia, z których słyną Filipiny, plaże z białym piaskiem, krystaliczna woda, wysokie klify oraz ukryte laguny i jaskinie. Cały dzień spędzamy na łodzi pływając pomiędzy wyspami archipelagu Bacuit. Odwiedzimy miejsca kojarzące się z wypoczynkiem w rajskiej scenerii. Wpływamy na błękitne laguny o krystalicznie czystej, turkusowej wodzie schowane między stromymi skałami.

Jak się okazuje, pływanie jest przewidziane już od samego początku. Aby wejść na pokład należy dojść do łodzi, tu po raz pierwszy niezbędne okazują się nieprzemakalne torby, do których wkładamy wszystkie gadżety i ubrania, by brodząc w wodzie po pas, a ci niżsi po szyję, dobrnąć do drabinki przymocowanej do burty.

Na jednej z nich w „Big Lagoon” wypożyczamy kajak i wpływamy w bajkowy, kolorowy świat rozlokowany pomiędzy dwiema wyspami. Meandrujemy pomiędzy skałami, wpływamy do jaskiń i kolorowych zatoczek. Przy następnej wyspie Shimizu Island penetrujemy rafy z maska i fajką, unosząc się na falach i obserwując podwodne życie w przybrzeżnych płytkich wodach… bajeczne koralowce i kolorowe rybki. W takich warunkach człowiek ma wrażenie jakby pływał w wielkim akwarium.

Na łodzi jemy świeży lunch przygotowany przez załogę łodzi. Okazał się jednym z lepszych, jakie kiedykolwiek jedliśmy na tego typu wycieczce, stół ledwo pomieścił przygotowane dania: grillowany tuńczyk, krewetki, wieprzowina, smażone warzywa, gotowane mule i duszone bakłażany, sałatki ze świeżych warzyw, makaron, ryż i na deser owoce… wszystko naprawdę pyszne.

Zaglądamy na bezludne wyspy i do malowniczych zatok. Odwiedzimy piękne laguny z lazurową wodą, plaże z białym piaskiem i cudowne miejsca do nurkowania. Dzisiejszy island hopping zajmuje nam ok 7 godzin.

Po powrocie do El Nido, wieczorem przy miejskiej plaży, gdzie znajduje się wiele restauracji i barów, możemy posmakować owoców morza. Tym razem zasmakowały nam krewetki i kalmary, panierowane i pieczone na maśle. El Nido po zmroku przedstawia lepsze wrażenie jak wczorajszego dnia, a wspomnienie dzisiejszego rejsu, całkowicie przyćmiło pierwsze niekorzystne wrażenie.

18 luty – wtorek – dzień 45.

El Nido > Port Princesa – 270km > przelot do Manili

Dzień transportowy. Rano bierzemy trycykla i z naszego hotelu jedziemy do terminala busów, mamy na 8.00 wykupiony transport z El Nido do stolicy Palawanu, Porto Princesa (500piso od os. zapłacone wcześniej w pakiecie). Krętą trasę z dwoma postojami na „siku” pokonujemy w pięć godzin, tak że na lotnisku jesteśmy parę minut po 13.00.

20-02-18-map

Podczas „czekingu” do samolotu, który miał odlecieć dopiero o 16.45. uprzejma pani proponuje nam zamianę na wcześniejszy lot, na którą ochoczo się zgadzamy. Tym razem lecimy liniami – Cebu Pacific Air (potężna firma obsługująca loty na Pacyfiku) – czas przelotu 1h 10min. Nauczeni doświadczeniem na lotnisku od razu idziemy na oficjalny postój taksówek i czekamy w kolejce na kontrolowaną obsługę. Inna forma zawsze powoduje próby oszustwa ze strony przewoźnika. Po 10min jedziemy do hotelu. I tu słowo jedziemy jest skromnym nadużyciem, gdyż raczej stoimy… Pokonanie kilkunastu kilometrów zajęło prawie dwie godziny, a oficjalna cena tego przewozu wystukała jedynie 315piso (24zł).

Nocleg zarezerwowaliśmy wcześniej przez Booking.com, w hotelu, w którym stacjonowaliśmy wcześniej, zaraz po przylocie na Filipiny: OYO 229 G Place Address: 2127 Legarda Street Quiapo, tel: +63 2 271 1818, GPS: N 014° 35.992, E 120° 59.430 (pok.2os. 940piso – 83zł za noc – polecamy).

19 luty – środa – dzień 46.

Manila – zwiedzanie miasta.

Dzisiejszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzenie ciekawych, a czasem nawet intrygujących miejsc w stolicy Filipin, tych, których nie udało się odwiedzić podczas pierwszego pobytu w tym mieście, zaraz po przylocie do tego kraju. Ponieważ nasz hotel znajduje się blisko starego centrum Manili zaczynamy od zwiedzenia Quiapo Church z figurą czarnego Jezusa. Później przechodzimy do starego centrum biznesowego, którego historia sięga XVIw, mieszczącego się przy Escolta Street. Do końca lat sześciokątnych pełniło tę funkcję, kiedy to nowo powstająca dzielnica Makati przejęła tę funkcję.

Następnie wynajmujemy tricycla i odwiedzimy wyjątkowy cmentarz chiński, znajdujący się w samym centrum tętniącej życiem Manili. Cmentarz chiński jest przeogromny, przez prawie dwie godziny obeszliśmy może ćwierć kwater. Prawdziwe miasto w mieście. Położona na cichym, spokojnym wzgórzu nekropolia wcale nie wyglądała jak typowy cmentarz. Swoją drogą, miejsce to było o wiele bardziej ciche i czyste, niż pozostała część Manili, a patrząc na brudne budki w slumsach w innych częściach miasta, moglibysmy się pokusić o stwierdzenie, że te grobowce prezentują się o wiele przyjemniej. Może zabrzmi to okrutnie ale przestałam się dziwić, że ludzie na takim cmentarzu mogliby zamieszkać. Oczywiście, bardzo współczuję osobom, które muszą się zdecydować na taki dramatyczny krok, ale patrząc na podejście właścicieli grobowców do „spokoju na cmentarzu” i warunkach w kryptach wydaje się, że jest to lepsze rozwiązanie niż zatłoczone dzielnice biedy. Jednak tu nie mieszkają ludzie, mieszkają na cmentarzy komunalnym położonym nieco dalej. To jest ochrona i właściwie poza starym dziadkiem, który chciał nas oprowadzić po terenie za horrendalnie wysokie pieniądze, nie spotkaliśmy nikogo. Większość grobowców zaopatrzona jest w aneks kuchenny, rodzina przybywa tu aby wspólnie za zmarłym spędzać czas, jak również spożywać posiłki. Nawet się zbytnio nie dziwimy, bo teren cmentarza w zatłoczonej i huczącej Manili, to enklawa ciszy i spokoju. Dziwne miejsce, nigdzie w świecie nie widzieliśmy podobnego, może jedynie Cementerio de la Recoleta w Buenos Aires, ale tam urzędują koty, a nie ludzie.

Nieco dalej znajduje się publiczny Nord Cementery, gdzie schronienie znaleźli tu zmarli oraz ubodzy mieszkańcy miasta. Cmentarz Północny jest największą i jedną z najstarszych nekropolii metropolii Manilskiej. Stanowi własność władz miejskich Manili. Na cmentarzu pochowanych jest ponad milion osób, wśród nich byli prezydenci, artyści i gwiazdy filmowe. Żyje tu również około 3000 rodzin. Ich głównym źródłem utrzymania jest opieka nad grobami. To wersja oficjalna, jak jest naprawdę nie jesteśmy w stanie do końca określić. Zacznijmy od tego, że już przy wejściu mamy kłopot ze strażnikami, stanowczo nie pozwalają nam wejść na piechotę i nie pozwalaja robic zdjęć. Musimy poruszać się po terenie cmentarza trycyklem. Jedno co zaobserwowaliśmy, życie na cmentarzu mieszkających tu ludzi wygląda tak samo jak życie na każdym normalnym osiedlu, pozdrawianie sąsiadów, dbanie o swój dobytek, sprzątanie „podwórka” i wykonywanie innych „prac domowych”, z ta różnicą że tu role domu spełnia grobowiec. Na terenie są nawet małe sklepiki, a plac zabaw dla dzieci jest pomiędzy grobami. To było niezwykłe zderzenie naszej polskiej kultury, w której cmentarze są miejscami nabożnej czci, gdzie się nie biega i nawet mówi przyciszonym głosem, a kultury Filipin, gdzie, ze względu na panującą biedę i rozmach w budowaniu grobowców, cmentarze przez biedotę zostały zaadaptowane na mieszkania z całkiem niezłym skutkiem.

Kolejnym trycyklem, tym razem z napędem elektrycznym przemieszczamy się do dzielnicy Intraduros i odwiedzamy National Museum of Philipines. Zaprojektowane początkowo jako biblioteka i wybudowane ostatecznie w 1921 roku, zawiera eksponaty z wielu dziedzin kultury. Rozlokowane na trzech pietrach prezentuje również wiele nowoczesnych wystaw obrazów, rzeźb i innych, czasem intrygujących dzieł sztuki. Wstęp bezpłatny, warto zaglądnąć, ale zdecydowanie polecamy jednak to przyklasztorne w San Agustin Church.

Kolejnym miejscem, które znalazło się na trasie dzisiejszego przejazdu, to bulwar Roxas, ciągnącym się brzegiem zatoki Manila Bay, aż do nowoczesnej, zabudowanej wieżowcami dzielnicy, Makati. Aby było ciekawiej wynajmujemy na tę okoliczność bryczkę calesa. Teraz pozostało nam popatrzeć jeszcze na dzisiejsze biznesowe centrum stolicy. Jak bardzo kontrastuje z pozostałymi częściami tej wielkiej metropolii. Dzielnica Makati to zupełnie odmienny obraz Manili. Znajdują się tu błyszczące wieżowce pełne zagranicznych przedstawicielstw i siedzib ogromnych korporacji, banki i towarzystwa ubezpieczeniowe. To tutaj przepływa 90 % filipińskiego biznesu, a ludzie zdają się nie wiedzieć nic o biedzie, z którą sąsiadują. Ten kontrast pomiędzy finansową elitą, a resztą społeczeństwa wręcz przygnębia. Dzisiejszy dzień pokazał jak bardzo różni się życie poszczególnych mieszkańców i jak wielkie kontrasty i dysonanse dotyczą tego miasta. Jeśli słowo „szok” mogłoby określić ten stan, to zapewne go dzisiaj niejednokrotnie doświadczaliśmy.

Manilę, stolicę Filipin trudno pokochać i ciężko ominąć podczas podróży po kraju. Szokująca kontrastami, przeludniona, i zakorkowana do granic możliwości metropolia nie zasypia nigdy, grzęznąc w gigantycznym korku. Miasto ma też opinię niebezpiecznego, wspominane często w kontekście napaści i kradzieży. Czy wobec tego, faktycznie nie warto poświęcać czasu na Manilę? Co w sytuacji, gdy pozbawieni jesteśmy możliwości ominięcia stolicy lub szybkiej ucieczki z miasta? Czy ten hałaśliwy i brudny moloch, ma jednak swoje jaśniejsze strony? W stolicy Filipin spędziliśmy w sumie pełne dwa dni. Nie spotkała nas tam żadna nieprzyjemna sytuacja związana z bezpieczeństwem. Staraliśmy się co prawda pamiętać o podstawowych regułach z nim związanych, nie afiszując się z drogim sprzętem, omijając szemrane dzielnice i poruszając się po mieście bezpiecznymi środkami transportu. W praktyce nie zawsze byliśmy jednak, aż tak ostrożni. Może mieliśmy po prostu dużo szczęścia, może zadziałało przestrzeganie wspomnianych zasad, tak czy inaczej nie mamy powodów by Manilą straszyć. I mimo, że o niebo lepiej czuliśmy się na głębokiej prowincji, w górach, małych miasteczkach czy pod palmami na plaży, stolicy Filipin nie wspominamy źle. Jej kolonialny, a zarazem azjatycki charakter okazał się bowiem całkiem ciekawym miksem. Nie spotkawszy się z żadnym aktem agresji, możemy na podstawie naszych doświadczeń stwierdzić, że Filipińczycy to niezwykle przyjazny naród. Choć znaczna część społeczeństwa żyje w totalnym ubóstwie, to nie tracą optymizmu i pogody ducha. Łączą ich niezwykle silne więzy rodzinne, co da się łatwo zauważyć w trakcie całej wyprawy.

filipiny-trasa

20 luty – czwartek – dzień 47.

Przelot z Manili do Doha w Katarze

O 9.00 opuszczamy nasz hotel sieci OYO i jedziemy na międzynarodowe lotnisko Ninoy Aquino w Manili. O 13.00 mamy lot z Manila > Doha liniami Philippine Airlines (Lot: 684, czas przelotu: 10 h 30 min. Cena za dwa bilety: 3300zł). W kolejce do odprawy jesteśmy zszokowani jej długością i tym, że odprawiają się same Filipinki, wszystkie to młode kobiety. W samolocie, który załadowany do pełna przewozi 364pasażerów, my we dwoje jesteśmy jedynymi białymi i jedynymi turystami, którzy lecą do Kataru. Jak przypuszczaliśmy, a później potwierdziliśmy, wszystkie te kobiety lecą do pracy. Czas oddaje nam na trasie lotu 5godz. i już o 18:30 lądujemy w Doha na Hamad International Airport. Odprawa od ręki, wizę przystawiają bezpłatnie. Jeszcze na lotnisku załatwiamy wycieczkę po mieście na jutrzejszy dzień – Ariyan Limousine www.ariyanlimousine.com . Oferta zawiera transport z lotniska do naszego hotelu, czterogodzinny przejazd po najciekawszych miejscach Doha i transfer z hotelu na lotnisko w dniu wylotu. Cena łączna 120USD. Takim to sposobem szybciutko znajdujemy się w hotelu, który wcześniej zarezerwowaliśmy na kolejne dwa dni poprzez booing.com: The Town Hotel Doha, Adres: Musheireb 4 – Najm Street, Doha, Katar, Tel: +974 4410 7100. Cena za dwie noce 370 rial katarskich – QAR (1 rial katarski = 1,05 zł, 1 $USD = 3,64 rial katarski QAR).

<<<< POPRZEDNIA ——– NASTĘPNA >>>>