Z Adelajdy przez Melbourne, Canberrę, Sydney do Brisbane

04.03.2019r. poniedziałek – dzień 59.Adelaida > Glenelg > Victor Harbor > Port Elliot > Goolwa > Hahndorf > Murray Bridge > Kingston – 460km

Na pożegnanie, Aga zrobiła nam niespodziankę i zakupiła produkty, które będąc w Australii koniecznie należy spróbować, przecież należy wiedzieć co uwielbiają Aussies, a są to najbardziej australijskie ciastka „Tim Tam”, pasta- ikona „Vegemite” to nic innego jak ekstrakt z droższy z dodatkiem warzyw, przypraw i witamin, żelki „Jelly beans” i rzecz jasna „Pavlova” rodzaj torcika bezowego udekorowanego bitą śmietaną i świeżymi owocami, polany sosem passionfruit.

Dziękujemy Agnieszce za tak miłą gościnę, ona jedzie do pracy, a my w dalszą drogę. Z Adelajdy, ruszamy na ostatni odcinek naszego objazdu kontynentu australijskiego , najpierw wzdłuż oceanicznego brzegu w kierunku Melbourne, następnie doliną rzeki Murray River, przez „Kosciuszko National Park” do stolicy Camberry i dalej przez Sydney do Brisbane, z którego to wyruszyliśmy ponad pięć tygodni temu.

Ponieważ podczas pobytu w stolicy Australii Południowej, nie zwiedzaliśmy najbliższych okolic miasta, dzisiejszą podróż rozpoczynamy od odwiedzenia tutejszej, słynnej plaży w Glenelg. Położona kilkanaście km od centrum, jest ulubionym miejscem odpoczynku, do której prowadzi specjalna linią tramwajowa. I choć Glenelg czasy świetności ma już za sobą, to rozległa i szeroka plaża, połączona z ciekawie skomponowanym nabrzeżem wzdłuż Jetty Road, robi wrażenie przyjemnego kurortu.

Następnie zjeżdżamy na południe, w kierunku kolejnych ciekawych miejsc położonych już nieco dalej od Adelajdy. Są to trzy małe miasteczka Victor Harbor, Port Elliot i Goolwa, położona przy ujściu do oceanu najdłuższej i największej rzeki Australii, Murray River (2520 km). W porównaniu z Missisipi, czy Amazonką… to zaledwie kilkusetmetrowej szerokości strumyk, ale to właśnie na nim swą historię zapisywały dowodzone z fantazją parowe bocznokołowce transportując tysiące bel wełny. Niegdyś ww miasta, pełniły ważną rolę w obsłudze transportu morskiego i jako pierwsze na kontynencie, połączone zostały publiczną linią kolejową. Zabytkowe pociągi kursują pomiędzy Victor Harbor a Goolwa, do dziś stanowiąc ciekawą atrakcję turystyczną. Obecnie stały się również popularnymi miasteczkami turystycznymi oraz miejscowościami, do których przenosi się wielu adelajdzkich emerytów, by cieszyć się świeżym powietrzem i pięknymi widokami. W Victor Harbor, można pojechać tramwajem konnym, na połączoną z lądem długim molo (jetty) pobliską wyspę, gdzie jako jedno z nielicznych miejsc w Australii, udostępniony jest kontakt z pingwinami i fokami, pod warunkiem, że jest to wczesny poranek lub wieczór. Niestety, dziś poniedziałek i tramwaj nie kursuje, a tak informacyjnie podajemy iż w poniedziałki wszystkie muzea i atrakcje objęte wstępem, są również zamknięte i nie należy planować zwiedzania na ten dzień tygodnia.

Kręcimy się dzisiaj wokół Adelajdy, gdyż powracamy w niedalekie jej okolice, aby odwiedzić reklamowane miasteczko Hahndorf, założone przez niemieckich osadników na początku XIX w. Najstarsza niemiecka osada, a zarazem najważniejsza atrakcja tej okolicy, miała przenieść nas w czasie i przestrzeni, nic takiego się nie wydarzyło, poczuliśmy się jak w przeciętnym, turystycznym miejscu, gdzie ani architektura, ani powszechnie sprzedawane produkty, nie mają nic wspólnego z niemiecką kulturą… największe wzięcie i najwięcej stoisk jest z kowbojskim wyposażeniem i produktami z kangurzych skór. Zaledwie jeden ze sklepów oferował, jakieś atrapy kufli i bawarskich kapeluszy… a tuż obok, nie wiedzieć czemu… stały rosyjskie matrioszki.

Jedziemy dalej, już po trasie prowadzącej w kierunku Melbourne, gdzie w miasteczku Murray Bridge, przekraczamy rzekę Murray River, jednym z najstarszych żelaznych mostów i podjeżdżamy do portu, który w czasach osadnictwa tych terenów, pełnił niezwykle ważną rolę. Rzeka byłą jedyną drogą kontaktu, zaopatrzenia i spływu wyprodukowanych płodów rolnych przez osadników, którzy ulokowali swe farmy wokół tej wielkiej rzeki.

Po objeździe miasta, kierujemy się w stronę oceanicznego brzegu, gdyż postanowiliśmy poprowadzić trasę przejazdu daleko od głównych szlaków prowadzących do stolicy Victorii, Melbourne. Nie przewidzieliśmy jednak, że pierwsze kilometry, prowadzą poprzez rozległy nadmorski pas objęty rezerwatem, tak więc naszą podróż zmuszeni byliśmy zakończyć, dopiero w odległym Kingston, gdzie na wjeździe przywitał nas wielki lobster. To tutaj znaleźliśmy pierwszy kemping, „Kingston Foreshore Caravan Park” i już o zmroku, poprzez rozmowę telefoniczną zostaliśmy zameldowani, a następnego dnia dowiedzieliśmy się, że to przeciętne miejsce kempingowe było paskarsko drogie (43AUD).

19-03-04-map

05.03.2019r. wtorek – dzień 60. Kingston > Robe > Port Macdonnell > granica stanowa Australia Południowa-Victoria > Portland > Port Fairy > Warrnambool – 430km

Dzisiejszy dzień, to nadoceaniczna włóczęga na wschód wzdłuż jego brzegu. Odwiedzamy kolejne miasteczka i małe porty ulokowane na trasie. Najpierw podjeżdżamy do Robe, małego portu, jednego z najstarszych miast w Południowej Australii, założonego przez rząd kolonialny już w 1845r. Po oddaniu dwa lata później do użytku portowego nabrzeża, stało się drugim najbardziej ruchliwym portem Australii Południowej, po Adelajdzie. Transportowano przezeń przede wszystkim owczą wełnę. Jest tutaj miejsce które upamiętnia tysiące Chińczyków, którzy wylądowali tutaj w latach 50-tych XIX w. zmierzając na złotonośne pola Wiktorii, pokonali setki kilometrów przez busz, by w ten sposób uniknąć 10- funtowego podatku, nakładanego na tych , którzy wysiadali w portach samej Wiktorii. Obecnie port obsługuje miejscową flotę kutrów rybackich, nastawioną szczególnie na połów homarów. Niestety, dzisiejsza aura nieco przeszkadza nam w zwiedzaniu.

Jedziemy dalej na płd.-wsch., przemieszczając się w płaskim trenie, poprzez szereg farm hodowlanych. Docieramy do małego, kameralnego portu Port MacDonnell, gdzie w lokalnej smażalni zjedliśmy „shark n’ chips”, po naszemu rekina z frytkami. Za miasteczkiem mijamy granicę stanową Australii Południowej i Wiktorii, kierując się dalej w stronę Portland.

Portland to niegdysiejsza baza wykorzystywana do połowów wielorybów i fok, obecnie port związany z wysyłką wełny i drewna. Obok przystani jachtowej ulokowane jest małe muzeum morskie „Maritime Discovery Centre”, które zwiedzamy (7,5AUD od os.). Przedstawiona jest bogata historia morska regionu i lokalnego przemysłu rybnego, ale też szkielet 14-metrowego kaszalota… w którym można sobie posiedzieć. Tu też spotykamy parę motocyklistów, gdzie jeden z nich dosiada nowego „Urala” w wersji z bocznym wózkiem. Przejechał nim już w tym roku 9tys. km i o dziwo, nie miał na trasie żadnej awarii. Ponoć sprowadzono na australijski rynek 500 sztuk takich maszyn, które znalazły tu nabywców, pomimo wysokiej ceny 19tys. AUD (ok.55tys.zł). Rzeczywiście w porównaniu do znanych nam starych wersji, ten egzemplarz wygląda bardzo korzystnie, a co szczególnie zadziwia, to brak nawet najmniejszych śladów wycieków.

Ostatnim na trasie naszego dzisiejszego przejazdu był Port Fair, obecnie ciekawy turystyczny kurort, gdzie największe zainteresowanie w nas wzbudził mały fort „Battery Hill”, ulokowany przy ujściu rzeki „Moyne River” do oceanu. Wybudowany w 1887r. zaopatrzony został w solidne umocnienia i armaty, aby chronić miasto przed natenczas realnie postrzeganym… zagrożeniem rosyjskimi okrętami wojennymi. Ta wyimaginowana obawa, która nas nie tyle zadziwia, co śmieszy… czy aby Rosja w owych czasach posiadała aż tak potężną flotę?… strach przed bombardowaniem przez rosyjską flotę i możliwa inwazja, spowodowały w owym czasie tak wielkie przerażenie w młodych australijskich koloniach, do tego stopnia… że odbywały się regularne ćwiczenia artyleryjskie. Wcześniej obrona morska była gwarantowana przez Wielką Brytanię. Jednak od czasów wojen napoleońskich na początku XIX w. Zjednoczone Królestwo redukowało swoją marynarkę wojenną „Royal Navy”, a szczególnie mocno politykę tę postrzegano w odległych koloniach, takich jak Australia. W obliczu niebezpieczeństw związanych z rosnącą aktywnością rosyjską na Morzu Czarnym, wykazaną podczas Wojny Krymskiej, wielu australijskich kolonistów uważało, że ochrona morska Australii, powinna być traktowana bardziej priorytetowo.

Pod wieczór zajeżdżamy do dużego, portowego miasta Warrnambool i na miejscowym, małym kempingu „Holiday Village”, wynajmujemy stanowisko (30AUD). Przyjemna aura, Wojtek serwuje krewetki na winie… oj… chyba jestem winna mu wino… za takie smakowinności!

19-03-05-map

06.03.2019r. środa -dzień 61. Warrnambool > „Great Ocean Road” > Port Campbell > „Apollo Bay” > Geelong > Laverton – 360km

Nocą przeszły mocne opady, zrobiło się wręcz zimno, pierwszy raz zmarzliśmy podczas snu. Poranek również nie zapowiada się specjalnie, silnie wiele, a po niebie snują się deszczowe chmury, zza których tylko od czasu do czasu wygląda słońce. W takiej atmosferze objeżdżamy miasto Warrnambool, dawniej rojny port, dziś żyje dzieki turystyce i hodowli bydła w jego okolicach. Na południowym jego krańcu, tuż obok położonej na wzniesieniu latarni morskiej, natrafiliśmy na ciekawe muzeum i skansen kolonialnej, osadniczej zabudowy „Flagstaff Hill Maritime Museum & Village” (wstęp 18AUD od os.). W odtworzonym XIX w. porcie, można zobaczyć kupców- zaopatrzeniowców, wagi portowe, rzemieślników wyrabiających żagle, drukarzy, panie serwujące herbatkę i wiele innych miejsc tego żywego muzeum, z panoramicznym widokiem na zatokę „Lady Bay” i ocean.

W powstałym skansenie historycznym, zajmującym 10ha powierzchni, mieści się 40 budynków, kilka statków i dwie latarnie morskie. To najlepiej oddające atmosferę tamtych czasów, odwiedzane przez nas do tej pory muzeum w Australii. Pogoda na się nieco poprawiła, więc spokojnie możemy przechodzić poprzez kolejne eksponowane zabudowania i zagrody.

Jest tak zajmująco, że dopiero w południe ruszamy w dalszą drogę, a prowadzi nas ona tuż za miastem na „Great Ocean Road” – „Wielka Drogę Oceaniczną”. To jedna z największych krajobrazowych atrakcji Australii i najbardziej popularna trasa turystyczna w kraju. Droga powstawała w latach od 1918 do 1932, jest pomnikiem ku czci żołnierzy walczących w I Wojnie Światowej i była budowana przez wielu jej weteranów w hołdzie ich poległym kolegom. Biegnie na dystansie 240km wzdłuż cieśniny „Bass Strait”, dla nas jadących od Warrnambool kończy się w Torquay, 96km na płd-zach. od Melbourne. Poprzednim razem, czyli 12 lat temu, przemierzałem ją na motocyklu w przeciwną stronę. Na długo pozostaną nam w pamięci piaszczyste plaże, kilometry postrzępionych klifów „spadających” wprost do oceanu, niewielkie kolorowe zatoczki i oszałamiające kolory morza. Na trasie, zajeżdżamy do kolejnych punktów widokowych takich jak „Bay of Islands”, „Bay of Martyrs”, „London Bridge”, „The Arch” i podziwiamy nadmorskie klify, tak zdumiewająco ukształtowane przez naturę i żywioł w przeróżne formy. Zaglądamy do przyjemnego portu Port Campbell na kawę i zmierzamy ku najbardziej spektakularnej atrakcji… „Dwunastu Apostołów”

„Twelve Apostles” tajemnicze ostańce na terenie parku „Port Campbell National Park” to skupisko imponującej wielkości skalnych iglic sterczących z oceanu, położonych blisko siebie i rzeźbionych przez uderzające weń morskie fale. Różnią się kształtem i rozmiarami, ich wysokość dochodzi do kilkudziesięciu metrów. Wbrew nazwie… głazów pozostało zaledwie osiem. Tych efektownych kamiennych figur było więcej, jednak wraz z upływem czasu i procesami erozji naruszającymi podstawę skał, część z nich rozpadła się i zatonęła w morzu… tu widać potęgę żywiołu, jakim jest woda… dziewiąty „apostoł” rozpadł się w lipcu 2005r. tuż po godzinie 9 rano.

Na wysokości Torquay, kończymy przygodę z „Great Ocean Road” i kierujemy się w stronę Melbourne. Jutro, w zamiarze mamy zwiedzić stolicę stanu Wiktoria, lecz pomni problemów z parkowaniem w Adelajdzie, postanawiamy dzisiejszą podróż zakończyć 20 km przed miastem w Laverton, a do miasta dostać się koleją podmiejską. Zatrzymujemy się więc w „Laverton Caravan Park”(30AUD), na obskurnym kempingu, nastawionym raczej na stacjonowanie sezonowych pracowników i ludzi, którzy wykorzystują przejściowo przyczepy do zamieszkania. Czegoś takiego raczej nie widzieliśmy do tej pory, brud, nieporządek, większość wyposażenia stara i połamana, właściwie nie nadająca się do użytku. Czujemy się jakbyśmy zatrzymali się w podmiejskich slamsach.

19-03-06-map

07.03.2019r. czwartek – dzień 62. Laverton > Melbourne (zwiedzanie miasta) > Laverton > Heathcote – 130km

Dzisiejsza noc, była najzimniejszym czasem jaki przeżyliśmy w tej podróży po Australii. Jeszcze kilka dni temu temperatury przekraczały tu w dzień 40ºC, a dzisiaj nad ranem było jedynie 5ºC. We wcześniejszym zamiarze, mieliśmy pozostać na tym kempingu do jutra i przemieścić się do Melbourne koleją, po dzisiejszym pobycie na tym pobojowisku, zmieniliśmy zdanie i podjeżdżamy pod najbliższy dworzec, tam pozostawiamy nasz pojazd z myślą, że po powrocie przemieścimy się gdzieś dalej, na zwyczajowo funkcjonujący kemping. Tak też czynimy, auto pozostawimy na parkingu obok dworca w Leverton i koleją podmiejską jedziemy do Melbourne. Po pół godzinie wysiadamy na dworcu niczym dwór, to efektowny edwardiański gmach z miodowego piaskowca „Flinders Street Station”, w samym centrum miasta, tuż przy rzece „Yarra River”. Wychodzimy ze stacji wprost na „Federation Square”, to dość interesująco skomponowany plac, symbolizujący swoją architekturą i funkcją wartości federacji. Bryły budynków łączą się ze sobą, jednocześnie pozostając otwarte na miejskie widoki… i te futurystyczne fasady. Nowoczesny industrial design „Fed Square” wyróżnia go na tle otoczenia. To centrum sztuki i kultury, gdzie przechodnie przystają obejrzeć mecz, skorzystać z darmowego internetu i zaplanować dzień. Tu też jesteśmy szybciuteńko obsłużeni przez „chodzącą” informację turystyczną… kilka starszych osób rozdających plany miasta i tłumaczących jak najsprawniej go zwiedzić. Niezwykle miłą niespodzianką, jaka spotyka nas w tym miejscu, jest bezpłatna linia tramwajowa nr 35, zabytkowy „City Circle Tram”, który objeżdża wokół centrum, zatrzymując się przy największych atrakcjach.

W przeciwieństwie do innych stolic stanowych Australii, których w większości początki powstania łączyły się z koloniami karnymi, debiut tego miasta był dość intrygujący… handlarz gruntami John Batman z Tasmanii i jego kompan John Pasco’e Fawknera, płacąc kocami, mąką, świecidełkami i toporami, skłonił wypróbowanym sposobem miejscowych Aborygenów, aby mu „sprzedali” połacie ponad 200tys. ha dziewiczej ziemi, na co sporządził legalizujący transakcje dokument. Takim to podstępnym sposobem w 1937r. założono miasto Melbourne. Odkrycie złota w środkowej Wiktorii w latach 50-tych XIXw. zapoczątkowało „gorączkę złota” i Melbourne szybko urosło do największego portowego miasta w regionie. Pierwszego stycznia 1901r. zostało pierwszą stolicą Federacji Australii i pozostało siedzibą rządu do 9 maja 1927r., kiedy otwarto parlament w nowo wybudowanej stolicy Canberra. W latach 80-tych XIXw. było drugim pod względem wielkości miastem Imperium Brytyjskiego i było znane jako „Marvellous Melbourne”, „Wspaniałe Melbourne”. Dzisiaj, miasto posiada największą liczbę budowli epoki wiktoriańskiej na świecie, tuż po Londynie. Ta druga co do wielkości metropolia Australii, lubi udawać bostońskie klimaty, pełne nawiązań do „Starego Świata”… trochę architekturą, ciut stylem życia, a czasem kapryśną, nieprzewidywalną pogodą. Serce australijskich finansów o handlu, jednocześnie pędzi, jak również snuje się w wakacyjnym stylu, bywa zakorkowane i zdenerwowane, ale jest w tym wszystkim zwyczajnie przyjazne i pełne atrakcji. Zwiedzanie miasta rozpoczynamy od obejścia nabrzeży rzeki „Yarra River” świetnie wkomponowanym architektonicznie w scenerię miejską. Następnie, tramwajem docieramy w okolice bazaru królowej Wiktorii „Queen Victoria Market”. Liczyliśmy na okoliczności zbliżone do hali w Adelajdzie, a tutaj co?… w większości handluje się najpospolitszą chińszczyzną i gadżetami z Indonezjii.

W dalszej części spaceru poprzez miasto docieramy do kolejnych interesujących miejsc, parlamentu „Parliament House”, katedry „St. Patricks Catedral”, zdobnego gmachu teatru „Princess Theatre”, synagogi „East Melbourne Hebrew Congregation”, dostojnej anglikańskiej katedry „St. Paul’s Catedral” i starego skarbca przechowującego niegdyś bogactwa ze złotonośnych pól, „Old Treasury Building”. Nie uznaliśmy za nieodzowne, by pójść do „domu” kapitana Jamesa Cooka… a dlaczegóż?… poniewóż ww nigdy tu nie był! To „transplantacja” z Anglii, z hrabstwa Yorkshire w ponad 300 skrzyniach do tego miejsca. Reasumując… patrycjuszowskie oblicze miasta kształtują eleganckie gmachy przy Collins Street, gdzie znajdują się siedziby największych australijskich spółek górniczych i dostojnego Klubu Melbourne. Natomiast staroświecką komunikacyjną solidność podkreślają dzwonki, zadających szyku stylowych tramwajów, obsługujących sieć największą na półkuli południowej. Co do ludzi… duża liczba imigrantów z Europy i Azji, tworzy prawdziwy tygiel kultur, barwną mozaikę etniczną. Stało się to między innymi za sprawą zwiększenia zaludnienia i przyciągnięcia nowych rąk do pracy, gdy ściągnięto do Melbourne wielu imigrantów po 1945r. z takich krajów jak Wielka Brytania, Jugosławia, Holandia, Niemcy, Polska, Grecja i Włochy. Dzisiaj Melbourne jest jednym z największych skupisk ludności greckiej poza Grecją. Lata 70-te i 80-te XX w. to duży napływ ludności z Azji, szczególnie uchodźców z Kambodży i Wietnamu, jak również imigrantów z Indii, Filipin i Malezji. Miasto bulwarów, parków, znakomitych restauracji, niezrównanych lokali muzycznych, kwitnącej sceny artystycznej, imponujących kościołów i banków doby wiktoriańskiej… to nie jest wizerunek nobliwej majętnej matrony… to energiczna żywotna kobieta, potrafiąca cieszyć się życiem.

Wczesnym popołudniem kończymy zwiedzanie stalicy stanu Wiktoria, wracamy kolejką podmiejską do Laverton, gdzie przy dworcu pozostawiliśmy auto. Objeżdżając już naszym pojazdem Melbourne od zachodu, kierujemy się na północ w stronę doliny rzeki Murray River. Dzisiejszą podróż kończymy w miejscowości Heathcote, gdzie pozostajemy na nocleg na terenie „Heathcote Queen Meadow Caravan Park” (29AUD). Są steki, są kangury, jest wino… czyli najbardziej znakomity scenariusz kończącego się dnia.

19-03-07-map

08.03.2019r. piątek – dzień 63. Heathcote > Echuca > Yarrawonga – 280km

Dzień rozpoczynamy do odwiedzenia pobliskiej winiarni „Munari Wines”, gdzie degustujemy wina „Petit’. W tej skromnej winiarni poza degustacją w której wygrało czerwone wino „Petit Verdot”, możemy podpatrzyć początkową fazę produkcji, gdyż jesteśmy tu w porze zbioru winogron. Dziś „Dzień Kobiet”… zamiast goździka i rajstop… dostałam ww wino. Dalej jedziemy na północ do Elmore, potem do Rochester z malowanymi silosami zbożowymi i eleganckim hotelem, a następnie do portowego miasteczka Echuca, położonego nad rzeką „ Murray River”. Założył go zesłaniec Henry Hopwood w 1853r. , uruchamiając najpierw przeprawę promową, a w 1959r. Wybudował hotel „Bridge”. Sprytnie wyznaczył pory kursowania promu, tak by podróżni musieli czekać… kupując w jego pubie napitki. „Gorączka złota” i rozkwitający handel pszenicą, uczynił z osady jeden z największych śródlądowych portów nad tą rzeką, na długim ok. 800 metrowym nabrzeżem zrobionym z drewna eukaliptusowego. Budynki na nabrzeżu umieszczono na wysokości 13 metrów ponad normalnym poziomem rzeki, by je uchronić przed zalaniem podczas częstych wezbrań.

Zabytkowy kompleks wciąż funkcjonuje, a odrestaurowane bocznokołowce pływają w rozmaitej długości rejsy po rzece. Zajrzeliśmy do „Port of Echuca Discovery Centre” i za 14AUD od os. zapoznaliśmy się bliżej z historią australijskiego ekwiwalentu Missisipi. Uruchomiono tu również kilka maszyn parowych, napędzanych parą ze starego kotła, obejrzeliśmy konstrukcję wielopoziomowego, drewnianego nabrzeża i dworzec kolejowy.

Dalszy przejazd prowadził na wschód, wzdłuż doliny rzeki Murray River. W części trasy, jechaliśmy po nieutwardzonych drogach, rolniczymi terenami upraw zbóż, warzyw i owoców. Region ten jest wielkim spichlerzem zaopatrującym w żywność i produkty rolne. Malownicze dróżki meandrują pomiędzy rozległymi farmami.

Ponieważ objechaliśmy już prawie całą Australię, przejechaliśmy tysiące kilometrów poprzez rozległe farmy, przyszedł więc czas , aby napisać co nieco o życiu ludzi na tych nierzadko potężnych farmach. Większość Australijczyków woli miejskie wygody, gdyż „Outback”, to często wysmagana wiatrem, niemal naga ziemia, pustka i uczucie osamotnienia. Nierzadko, najbliższe miasto leży w odległości 400km. Praca jest ciężka, brudna i bywa również niebezpieczna. Agresja nietrzebionych byków, wypadki z udziałem traktorów i motocykli terenowych, jakie zdarzają się podczas spędów, powodują iż jest to zajęcie najbardziej niebezpieczne w tym kraju. Obsługa rozległych farm, naprawa ogrodzeń, trwa od świtu do zmierzchu, a nawet dłużej, gdyż trzeba jeszcze ślęczeć nad księgami rachunkowymi, a one niejednokrotnie jak te papugi skrzeczą… deficyt! Ale jak się kiedyś rozpoczęło tę „walkę” z ujarzmianiem pustkowi, to nadal w niej się trwa. Ponoć te przestrzenie i codzienna jazda autem terenowym, aby doglądać sprawność pomp wiatrowych, przemierzać bezkresy podczas inspekcji ujęć wody i szczelności okalających farmy płotków, daje najwięcej przyjemności, a przede wszystkim swobody. Oczywiście obecnie na wielkich areałach wykorzystuje się do tego celu również helikoptery i samoloty. Farmer musi być samowystarczalny na długi czas, biblijne potopy i zalania terenu, odcinają drogę czasem na wiele tygodni, pożary buszu z huraganową prędkością pustoszące scrub i wieloletnie susze to kolejne kataklizmy niesprzyjające farmerowi. Pomimo nieustannego zagrożenia bankructwem, zazwyczaj nie poddawali się, pomagało im w tym swego rodzaju czarne poczucie humoru, a także cosobotnie posiedzenia w pubie na pustkowiu. Ale dorzućmy coś jeszcze… brak możliwości szybkiej pomocy lekarskiej, wszystko odbywa się na telefon lub przez radio. W domu leży torba z lekarstwami, a czasem jest to skrzynka i w razie konieczności, porada odbywa się przez telefon. Lekarstwa są ponumerowane, a lekarz aplikuje lek podając jedynie numer i dawkę. Farma musi mieć lądowisko i zgromadzone paliwo, aby w razie największej konieczności wysłać pomoc lotniczą. Również nauka dzieci nie wygląda tak, jak w naszej rzeczywistości, lekcje prowadzone są przez radio, a jedynie raz na jakiś czas, uczniowie zbierają się w odległej szkole dla podsumowania tematów i zdania egzaminów. Wiejska Australia, ze swoimi „bojownikami z buszu” najbardziej realistycznie przedstawia się w balladach i opowiadaniach o interiorze poety i prozaika Henrego Lawsona… „Co mi tam”… w brązowy stok znów wbijam wzrok, widzę wielkich, czarnych wron stada, i tera wiem, za górą hen, kolejna mleczna krowa pada, zasiewy wyschły z cicha pęk, w zbiorniku dno mi gliną błysło, lecz z serca ani łza, ni jęk, bo już co mi tam na mnie przyszło…

W takich to okolicznościach, przejechaliśmy większość tego kontynentu i nie mogliśmy czasem uwierzyć, że w tak trudnym terenie da się w ogóle egzystować i prowadzić farmy i hodowle. Jednak świadczyły o tym ogrodzenia ciągnące się setkami kilometrów, już sama myśl, że ktoś kiedyś, na tak potężnych odległościach je postawił, nas przerażała. Jadąc dalej poprzez farmerskie tereny, położone wzdłuż rzeki Murray River, docieramy do Yarrawonga, gdzie wobec rozpoczynającego się weekendu, mamy kłopot ze znalezieniem wolnych stanowisk na kempingach. Znajdujemy go jedynie w „Yarrawonga Holiday Park” (40AUD, początkowo żądano 52AUD). Ilość weekendowych wczasowiczów nieco przytłacza, a tuż obok nas mieści się plac zbaw dla dzieci. Na trasie przed miastem mieliśmy okazję spotkać kilka starych aut typu „custom”, a tu na terenie kempingu ponownie podglądamy interesujące australijskie konstrukcje sprzętu do turystyki, które najczęściej przybierają formę różnorodnych rozkładanych przyczep kempingowych. Oczywiście ciągaczami tego sprzętu są mocne auta terenowe, w większości toyoty. Toyota w postaci Hiluxa i Land Cruisera, to najpopularniejsze użytkowe auta Australii. Użytkownikami samochodów terenowych stali się również Aborygeni, zdobienie przedmiotów i malowanie obrazów, pozwoliło na zakup przeważnie półotwartych toyot, de facto każdy samochód terenowy dla Aborygena jest toyotą. A ponieważ ta popularna marka mogła pomieścić wiele osób, był to dla nich najbardziej atrakcyjny środek transportu… choć czasem gubili pasażerów.

19-03-08-map

09.03.2019r. sobota – dzień 64. Yarrawonga > Chiltern > Wodonga > Albury > granica stanowa Wiktorii i Nowej Południowej Walii > Khancoban > „Kosciuszko National Park” > Tumut > Thredbo Village > Jyndabyne – 390km

Kontynuujemy podróż na wschód, wzdłuż doliny rzeki Murray River. Ponieważ poziom wody zmienia się wraz z porami roku i opadami, dziś mamy okazję podziwiać dolinę zalaną wodą. Wystające konary martwych drzew, przybierają oblicze niezwykle koszmarne. Po dojeździe do drogi B40, jedziemy dalej na wschód przez Corryong do Khancoban, gdzie zaczyna się droga „Kosciuszko Road” wiodąca przez „Kosciuszko National Park”. Droga ta okrąża najwyższą górę Australii o nazwie Mount Kosciuszko o wys. 2228m n.p.m. Wspaniała droga i niezwykle widokowa. Przekraczamy granice stanu Wiktoria i Nowa Południowa Walia.

W Khancoban, przy wjeździe do parku, w informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, że jeśli nie będziemy korzystać z tras turystycznych, nie musimy wykupywać wstępu dla wjazdu auta (29AUD). Jednak gdybyśmy się zdecydowali, musimy w kolejnej miejscowości uiścić ww opłatę. Mamy taki drobny zamysł, aby wjechać kolejką na płaskowyż tuż obok Thredbo Village, na tę chwilę nie znając realiów, decydujemy iż zapłacimy opłatę, jeśli taka wersja będzie realna do wykonania. Na dalszej trasie prowadzącej przez park, pokonujemy najwyższą przełęcz „Dead Horse Gap” o wys. 1582m n.p.m.

Po zjeździe z przełęczy, zatrzymujemy się w narciarskim kurorcie Thredbo Village, który w obecnym tutejszym lecie, opanowali rowerzyści zjazdowi. Okazuje się, że o 16.30 zamykają wyciąg, więc nasza wcześniejsza koncepcja wjazdu kolejką krzesełkową prowadzącą na płaskowyż, całkowicie upada. Ponadto, aby zobaczyć „Górę Kościuszki” należy jeszcze przejść co najmniej godzinnym marszem, do punktu widokowego. To już zupełnie wyklucza nasz wcześniejszy zamysł. Zjeżdżamy więc serpentynami w dół, wyjeżdżamy z parku i w miasteczku Jyndabyne pozostajemy na nocleg, na terenie miejscowego kempingu „Jindabyne Holiday Park” (28AUD). Mamy pole bez prądu, ale możemy zerknąć na festiwal pizzy, posłuchać muzyki na żywo i popatrzeć na jezioro.

19-03-09-map

10.03.2019r. niedziela – dzień 65. Jyndabyne > Adaminaby > „Kosciuszko National Park”> Tumut > „Brindabella National Park” > Australian Capial Territory > Canberra – 380km

Na dzisiejszy dzień wyznaczyliśmy trasę prowadzącą po wschodniej stronie pasma górskiego „Snowy Mountains”, które to w części północnej obejmuje „Kosciuszko National Park”. To jedna z najbardziej malowniczych tras górskich w Australii. W swej początkowej części, prowadzi odkrytymi terenami niegdysiejszych farm. Nie zalesione obszary prowokują panoramicznymi widokami na malownicze doliny i niezbyt wysokie góry. To jednocześnie szlak wykoślawionych martwych lub ledwo trzymających się życia drzew, obrzuconych kamieniami. Po wjeździe do ścisłego parku, sytuacja zmienia się radykalnie i przemieszczamy się w gęstym eukaliptusowym lesie. Po obu stronach drogi, tylko las, las, las… i martwe zwierzęta. Takie to tło przejazdu towarzyszyło nam aż do miejscowości Tumut. Tu rozpoznajemy możliwość przejazdu przez góry, do stolicy Australii, miasta Canberra. Okazuje się, że droga jest otwarta, jednak na długości 60km prowadzi szutrowym szlakiem. Wybieramy tę wersję i ruszamy na trasę. Widać, że w przyszłości będzie to regularnie przejezdna droga, gdyż na przestrzeni pierwszych 40km, choć zupełnie pusta, prowadzi nowo położonym asfaltem. Zauważamy również kompleksowo wycinane lasy eukaliptusowe, a ich miejsce zajmują olbrzymie przestrzenie porośnięte sosnami. Postęp tej zamiany jest tak ogromny, że niejednokrotnie po horyzont, towarzyszą nam widoki rodem z polskich Beskidów.

Nieutwardzony szlak, okazuje się być całkiem dobrze utrzymaną drogą, aczkolwiek bardzo krętą i wąską. Przejazd jest zatem dość wolny, a na trasie mijamy jedynie kilka terenowych aut. Po dojeździe do granicy „Australian Capital Territory”, ponownie wjeżdżamy na asfalt i już szybko docieramy do stolicy.

Canberra zaprojektowana z rozmachem, lecz bez cienia historii. Choć dzień chyli się ku końcowi, jeździmy po mieście, by tylko spojrzeć na jego fragment. Docieramy na „Capital Hill”, gdzie znajduje się siedziba parlamentu „Parliament House”. Biski gmach, którego dach pokryto trawą, by naturalnie wpasował się w otoczenie. Poniżej znajduje się „Old Parliament House”, poprzednia siedziba rządu, gdzie jakoś tak usadowiła się aborygeńska „ambasada” z zapalonym ogniem, rozbitymi namiotami, wołająca o suwerenność… chyba już dość długo jest „czynna”, świadczą o tym podłączenie do prądu i wody oraz wystawione pralki.

Ponieważ jest już dość późno i nieco pochmurnie, dalsze zwiedzanie zostawiamy na jutro. Próbujemy więc znaleźć, gdzieś niezbyt daleko od stolicy jakiś kemping. Po dojeździe do pierwszego, dowiadujemy się iż jutro w poniedziałek jest „Canberra Day” i kempingowy „office” jest zamknięty do wtorku. Szukamy więc następnego, jednak ten „Narrabundah Long Stay Caravan Park”, okazuje się być jedynie dostępny dla miejscowych, którzy wykupują tutaj długie pobyty. Pytamy więc stacjonujących tam mężczyzn, gdzie możemy znaleźć zwyczajowy kemping. Po chwili zakłopotania co do odpowiedzi, proponują abyśmy zatrzymali się na ich terenie, udostępniając nam również podłączenie do prądu. Cóż za spontaniczna gościnność na nas zstąpiła… tak więc, pomiędzy „domkiem” Alana, a Lucasa, rozbijamy obóz i popijając wspólnie piwko okazuje się… że obaj dopiero co poznani mężczyźni są motocyklistami i przygotowują się do jutrzejszej parady… glancując swoje niekoniecznie dwukołowce. Cóż za dziwny zbieg okoliczności, przez przypadek mamy dzisiaj wspaniałe miejsce noclegowe, wgląd do garaży i zaproszenie na likiery.

19-03-10-map

11.03.2019r. poniedziałek – dzień 66. Canberra > Sydney (Spring Farm) – 200km

Dzisiejszy poranek przywitał nas kryształową pogodą. Niespiesznie zbieramy się z naszego dość odmiennego miejsca noclegowego. Ponownie jedziemy do Canberry, aby objechać to niecodzienne miasto. Czujemy się tu bardziej jak w rozległym parku, a nie w mieście, które jest stolicą Australii. Stolicę Canberry zrodził przypadek, zbudowali biurokraci, a o lokalizacji przesądził kompromis. Swe istnienie zawdzięcza odwiecznej kolonialnej rywalizacji. Turyści w Canberze narzekają, że nie mogą trafić do centrum… a dlaczego? Od podstaw założone i zbudowane na pustych terenach, do końca zostało wykonane według konkretnego projektu. Nie znajdziemy tu wielkiego centrum, rynku, czy nawet placu, który spełniałby taką funkcję. Imponuje dbałość z jaką zagospodarowano przestrzeń. Młode, eleganckie, wysportowane, zamożne, przestrzenne z mnóstwem ścieżek rowerowych… przypomina coś w rodzaju podniesionego do wysokiej godności parku. Dzisiejszy świąteczny dzień tego miasta „Canberra Day”, sprawia iż w porannych godzinach, ruch drogowy jest minimalny, możemy spokojnie podziwiać kolejne ulice. Podjeżdżamy pod „Parliament House”, a że jest już od 9.00 udostępniony do zwiedzania, my także wkraczamy w jego progi. A ponieważ nazwa stolicy wywodzi się od aborygeńskiego słowa „kamberra” oznaczającego „miejsce spotkań”, przed wejściem widnieje mozaika „Miejsce spotkań”… dzieło aborygeńskiego twórcy Michaela Nelsona Tjakamarry.

Nowy, monumentalny kompleks wkomponowany w niewielkie wzgórze „Capital Hill”, którego dach pokryto trawą, by naturalnie wpasował się w otoczenie, prezentuje się szykownie. Wewnątrz ozdobiony licznymi dziełami sztuki i rzemiosła, sprawia wrażenie galerii. Nieco zadziwia dobrana kolorystyka głównych sal posiedzeń, parlamentu błękitna, senatu różowa. Zadziwiającym jest fakt iż po parlamencie można swobodnie spacerować, a nawet iść do rządowej kafejki na kawę.

Po opuszczeniu jego murów, objeżdżamy niewielkie sztuczne jezioro „Lake Burley Griffin”, które znajduje się w samym centrum miasta i wokół którego rozmieszczono główne elementy reprezentacyjne stolicy. Najciekawszą jest zapewne niezwykła fontanna „Captain Cook Memorial Water Jet”, która wyrzuca strumień wody na wysokość ok. 140m, gdzie spadająca woda niesiona podmuchem wiatru, układa się w specyficzny wachlarz. Na wysepce „Aspen” znajduje się wieża „Carillon” z 53 strojnymi dzwonami, zademonstrowała swoje możliwości wygrywania kurantów. Na północ od jeziora, umiejscowiono „Australian War Memorial Museum”, muzeum- pomnik wojny. Canberra zadziwia spokojem i sielską atmosferą, w ogóle nie czujemy się tu jak w typowym mieście. Ale opuszczamy go przed 14.00, gdyż o tym czasie rozpoczynają się uroczystości wspomnianej powyżej „Canberra Day”. Kierujemy się w stronę Sydney, ale po drodze zatrzymujemy się jeszcze w miejscowości Goulburn, gdzie podziwiamy historyczną, bardzo ciekawą zabudowę miasta, katedrę, wiele kościołów i interesujących, zabytkowych budynków… nie zapominając o „Big Merino”… potężną owcę merynosową.

Późnym popołudniem docieramy na przedmieścia stolicy Nowej Południowej Wali, do miejscowości Spring Farm, gdzie jesteśmy zaproszeni przez Andrzeja i Basię, kuzynostwo mojego wspólnika, a u których to również gościłem 12lat temu, podczas mojej motocyklowej podróży po tym kraju. Tym razem spotykamy się w innym miejscu zakwaterowania, gdyż tu w Australii, zmiana adresu w życiu tutejszego społeczeństwa, jest czymś zupełnie zwyczajnym. Minęło tyle lat, jest sporo do opowiadania. Gospodarze przyjęli nas niezwykle serdecznie, a Basia dosłownie zasypuje nas smakołykami australijskiej i polskiej kuchni. Mamy spędzić tu dwa dni, jeden zamierzamy poświecić na pisanie relacji, a drugi na wycieczkę do Sydney. Po sprawdzeniu prognozy pogody, okazało się iż zwiedzanie miasta musi odbyć się jutro, gdyż pojutrze ma padać. Musimy więc nieco wcześniej zakończyć biesiadowanie, aby na jutrzejszy dzień zostawić nieco sił… my w miasto, Basia do pracy, a Andrzej jako emeryt, ma już wolne i zapewne pójdzie na spacer.

19-03-11-map

12.03.2019r. wtorek – dzień 67. Sydney – zwiedzanie

Jak najlepiej dostać się do centrum Sydney? Oczywiście kolejką podmiejską. Andrzej podwozi nas na pobliską stację kolejową „Macarthur”, skąd za 8AUD od os. po godzinie jazdy, docieramy do samego centrum na dworzec i zarazem przystań promową „Circular Quay”. Tu dosłownie na „wyciągnięcie ręki” mamy „Harbour Bridge”… zbudowany jako pierwszy, najdłuższy i najszerszy jednoprzęsłowy most świata, powstał w czasach najgłębszego kryzysu gospodarczego w latach 30 XX w. i stał się znakiem nadziei na lepszą przyszłość. To symbol, a zarazem jeden z cudów architektury i inżynierii… żartobliwie nazywany „wieszak na ubrania”. Drugi symbol, stojący na „Bennelong Point”, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków na świecie, atrakcja turystyczną miasta „Opera House”. Jej rozpostarte opalizujące „żagle”, niewątpliwie sygnalizują dostojną zawartość… operę… symbol rodzącej się niezależności kulturalnej. Zatoka to jednak coś więcej, niż rewia jachtów, statków, stateczków, promów, czy jak dziś stojącego przy nabrzeżu majestatycznego wycieczkowca „Carnival Spirit”, to przede wszystkim niezwykle przyjemne miejsce do spacerów. Każde zdjęcie wydaje się być pocztówkowym. Z ławek rozstawionych obok opery rozciąga się widok- mantra, wiec pozostajemy w tej części miasta jeszcze długie chwile, by nasycić złaknione zmysły znakomitym naturalnym portem z galerią kosztownych biurowców i rezydencji.

Początki były mało obiecujące, w 1788r. złożona z 11 statków flota pod dowództwem kapitana Artura Phillipa, wysadziła na brzeg wycieńczonych chorobą morską skazańców (wyłącznie mężczyzn) i ich strażników(marynarskie szumowiny zaprawione w piciu rumu, rozpuście i wymierzaniu chłosty). Wściekłe reakcje Aborygenów próbujących wrzaskiem i kamieniami przegonić intruzów, okazały się by zbyt łagodnymi środkami perswazji. Rozbito namioty, rozlokowano się, po jakimś czasie przybyły kobiety z dziećmi… i dodatkowe racje rumu. Kolonia karna inaugurowała swe istnienie. W trudnych warunkach, dość niemrawo, rozpoczęto wznoszenie fundamentów pod przyszłe miasto Sydney. Przez lata przeobrażeń rozbudowywało się i powiększało wokół jednego z najpiękniejszych naturalnych portów na świecie, zwanego „Port Jackson”. Obecnie, to największe pod względem liczby ludności miasto Australii liczy około 4,7mln mieszkańców. To miejsce w którym znany australijski hedonizm osiąga szczyty, a rekreację i wypoczynek celebruje się niczym wyszukaną sztukę. Miasto przyciąga najbogatszych, najbardziej przedsiębiorczych i wyjątkowo utalentowanych artystycznie ludzi z całego kraju. Nic dziwnego, że nieruchomości osiągają astronomiczne ceny. Każdy chciałby mieszkać w „stolicy obrzeża Pacyfiku”… pod jednym z „najlepszych adresów na Ziemi”.

Z drugiej strony, nikogo nie dziwi tu widok ubranego w garnitur biznesmena na rowerze z plecakiem zamiast skórzanej teczki i umorusanego robotnika jadącego podmiejską kolejką lub zamawiającego danie w pobliskim barze. Może ma na to wpływ klimat jaki panuje w mieście, a może bliskość natury, plaż i oceanu z jednej strony i gór z drugiej. Sydney położone jest bowiem bezpośrednio nad zatoką i od wschodu graniczy z wybrzeżem Pacyfiku, a od zachodu z Górami Błękitnymi.

Rzecz jasna obchodzimy całe centrum. Zaglądamy do katedry „St Mary’s Cathedral”, która jest największym kościołem w całej Australii. Naszą uwagę przyciągnęła wyniosła iglica „The Sydney Tower Eye”, znajdująca się w samym centrum miasta, ulokowana pośród wielu innych wieżowców. Nie da się jej nie zauważyć, to najwyższy budynek w mieście i w ogóle na półkuli południowej. Została zbudowana w 1981r. i mierzy 309 metrów. Ze znajdującej się na wieży platformy widokowej (observation deck), na którą w 45 sekund wjeżdża się windą, można podziwiać panoramę całego miasta. Jest zdecydowanie inna, niż ta widziana z poziomu morza (wstęp poprzedzony ciekawym filmem w technice 3D kosztuje 29AUD od os.). Dzielnica biznesu (Central Business District), to zbieranina przeszklonych wieżowców… takie tam beton, chmury i stal, wyrastające jeden obok drugiego. Odwiedzamy również pięknie wkomponowany w nabrzeżne „Darling Harbour”, kiedyś zrujnowane nabrzeża „tylnych drzwi” miasta, dziś z sukcesem odrestaurowana substancja miejska, z mnóstwem restauracji, kafejek i sklepów. gdzie mamy sposobność zjeść świetną rybkę i napić się australijskiego piwa z beczki „Kosciuszko Pale Ale”… ot miły polski akcent. Sprzedająca piwo barmanka, nie ma zielonego pojęcia, skąd bierze się jego nazwa.

Długim marszem przez centrum powracamy w okolice „Harbour Bridge”, zaglądamy jeszcze do dzielnicy „The Rocks”, uważanej za najstarszą część miasta. Nazwa nawiązuje do piaskowych skał, z których pierwsi skazańcy wycinali złociste bloki, potrzebne do wznoszenia budowli publicznych. Robiąc ostatnie popołudniowe zdjęcia z widokiem na operę, powracamy do przystani „Circular Quay”, gdzie kończymy zwiedzanie i obchód miasta. Po ośmiogodzinnym marszu po centrum Sydney, powracamy kolejką podmiejska do przystanku „Macarthur”, skąd odbiera nas Andrzej, a w domu… Basia ponownie rozpieszcza nas kulinarnie.

13.03.2019r. środa -dzień 68. dzień odpoczynku i pisania relacji

14.03.2019r. czwartek – dzień 69. Sydney > Pacific Hwy > Tyndale – 710km

Nadszedł czas pożegnania z Basią i Andrzejem, dziękujemy im za wspaniałą gościnę, upominki i prowiant na drogę. Dzień przywitał nas ponurą aurą i mocno się ochłodziło. Ruszamy na północ w kierunku Brisbane. Najpierw jednak musimy pokonać rozległą przestrzeń aglomeracji Sydney, co zajęło nam prawie dwie godziny. Ruch niesamowity, po wjeździe na „Pacific Highway”, też nie jest lepiej. Myśleliśmy, że mając do dyspozycji jeszcze trzy dni i jedynie tysiąc km do pokonania, gdzieś uskutecznimy kąpiele w oceanie. Niestety, cały dzień chmury straszą nas deszczem, a sama droga jest dość monotonna, mimo iż biegnie wzdłuż oceanu… tak naprawdę widujemy go jedynie w wąskich zatokach u ujścia rzek. Jazda bez historii, a widoki zwyczajnie kiepskie. Takim to sposobem, jadąc wzdłuż brzegów Pacyfiku, dotarliśmy aż do małej osady Tyndale, położonej nad rzeką South Arm River i na przydrożnym kempingu „Tyndale Roadhouse”, tuż obok zajadu pozostaliśmy na nocleg (35AUD).

19-03-14-map

15.03.2019r. piątek – dzień 70. Tyndale > Byron Bay > „Gold Coast” – 250km

Ranek przywitał nas poranną mgłą, ale już o 10.00 mamy pierwszorzędną aurę. Jest szansa, że zrealizujemy plażowanie, które przecież już od wczoraj zaplanowaliśmy. Podjeżdżamy więc do małego kurortu Byron Bay, ulokowanego jeszcze w Nowej Południowej Wali. Jest to najbardziej na wschód wysunięte miasto i fragment kontynentu australijskiego. W latach 60-tych „zaanektowane” zostało przez alternatywną społeczność, dziś… dzięki przepięknemu położeniu, jest mekką dla bogatych i sławnych, szczególnie z artystycznego i filmowego świata. Na niewielkim, wysokim cyplu ulokowana jest latarnia morska, która góruje nad okolicą. U jej stup, w kameralnej zatoczce, umieściliśmy się na kilka godzin… uprawiając „plażing”. Ze względu na tworzące się fale, miejsce to jest mocno okupowane przez surferów.

Wczesnym popołudniem kończymy plażowanie i przemieszczamy się dalej na północ, w stronę kolejnych kurortów, ulokowanych na słynnym wybrzeżu „Gold Coast”, położonym już w stanie Queensland. Niestety, pogoda w ciągu kilku chwil się załamała, nadeszły burzowe chmury, w momencie słoneczny dzień przeistoczył się w ponury zmierzch. W takim to ołowianym nastroju, przejeżdżamy całe „Złote Wybrzeże” i lokujemy się na północnych jego krańcach w luksusowym kempingu (brak alternatywy) „Main Beach Tourist Park”, gdzie za miejsce kempingowe płacimy aż 57AUD… dzisiaj właśnie rozpoczyna się weekend i ceny idą w górę. Ledwie rozstawiliśmy sprzęty, by przygotować kolację… a tu rozszalała się gwałtowna burza z piorunami… no czegoś czegoś takiego dawno nie doświadczaliśmy. Grzmoty trwające nieustannie kilkanaście minut, a niebo rozświetlone niekończącą się liczbą błyskawic. Po nawałnicy trwającej dwie godziny, ochłodziło się o kilkanaście stopni i równiutko padał sobie deszcz aż do rana. Planowaliśmy ostatnie plażowanie, a w tych okolicznościach, przyszło spędzić popołudnie i wieczór w kabinie naszego powozu.

Jutro kończymy objazd kontynentu australijskiego, do Brisbane pozostało nam zaledwie niecałe 100km i tam zamkniemy tę liczącą 21500km trasę. Tam też przyjdzie czas na podsumowanie tej wyprawy. Tymczasem w „zieloną noc”, pozostało nam wznieść toast… za jakże udany i emocjonujący przejazd.

19-03-15-map

16.03.2019r. sobota – dzień 71. „Gold Coast” > Brisbane – 120km

Całą noc lało jak z cebra, a rano nie jest wiele lepiej. Dopiero około 10.00 regularny deszcz przeszedł w mżawkę, która już nie przeszkodziła nam w morskiej kąpieli i w krótkim spacerze po centrum miasta. „Złote Wybrzeże”, to miejsce uwielbiane przez turystów spragnionych słońca, złocistych plaż, błękitnej wody i wszelkiego rodzaju sportów wodnych. Szerokie, piaszczyste plaże rozciągają się na przestrzeni prawie 60 km. W samym sercu „Gold Coast”, tuż nad oceanicznym brzegiem, ulokowało się wiele luksusowych hoteli i wszelakich miejsc służących jako oprawa rozrywkowo-gastronomiczna, tego tętniącego życiem kurortu. Mrowie barów, restauracji, kafejek i sklepów z pamiątkami i różnymi gadżetami, a w nocy centralny deptak ponoć zamienia się w jedną, wielką imprezownię. Jednak tu i teraz, co to za spacer, jeśli co chwilę leje, a chmury snują się po plaży. Cierpliwości wystarczyło nam jedynie na dwie godziny, takiej zabawy w chowanie aparatów i czyszczenie obiektywów, więc już wczesnym popołudniem wyjeżdżamy z deszczowej wizytówki Queenslandu, aby pokonać ostatni 100km odcinek dzielący nas od Brisbane, gdzie zamykamy australijską pętlę wokół kontynentu i z którego to miasta, 52dni temu wyruszyliśmy na trasę tego objazdu.

Po drodze, odwiedzamy jeszcze dwie wytwórnie przyczep kempingowych i zapoznajemy się szczegółowo z ich konstrukcją i wyposażeniem. Moja opinia brzmi następująco – niespotykanie ciężkie, co najmniej dwukrotnie w stosunku do europejskich odpowiedników, a wyposażenie, za wyjątkiem zewnętrznych, mocno rozbudowanych kuchni z wielkimi lodówkami (sprężarkowe na 12V), bardzo spartańskie. Waga tych przyczep przeraża od 1500kg, tych całkowicie rozkładanych, do bardziej stałych konstrukcji sięgających 2500kg. Wiele elementów jest rozkładanych, szczególnie wysuwane sypialnie i podnoszone dachy, których elementy ruchome są wykonane z brezentu lub materiału na plandeki. Osobiście nie polecałbym takiego sprzętu do turystycznego i kempingowego podróżowania, szczególnie w europejskiej rzeczywistości, gdzie liczy się również ekonomia, a do podróżowania, używa się nie tylko mocnych terenowych aut jako ciągniki. Tu jeszcze nie dba się o ekonomię, no ale kiedy paliwo kosztuje nieco ponad 3zł.

Przed szesnastą docieramy w progi domu Ryśka i Uli, kończy się zatem przygoda z podróżą po Australii i po części Antypodów.

17.03.2019r. niedziela – dzień 72. Brisbane – zdajemy nasz pojazd

Co prawda mamy odstawić wynajęty pojazd dopiero 20marca, jednak nieco przeszkadza na podwórku u naszych gospodarzy. Postanawiamy więc już dzisiaj, zdać wynajętą Toyotę Hilux do firmy „Apollo” mieszczącą się niedaleko lotniska w Brisbane (6km). Adres: „Apollo” / Cheapa, 733A Nudgee Road Northgate, Brisbane, Australia 4013 tel. 1800 777 779, www.cheapacampa.com.au . Jeszcze kilka zdjęć na pożegnanie, gdzie przy okazji pokazujemy wnętrze kabiny mieszkalnej, które było naszym domem w objeździe całej Australii. Na zdjęciach z zewnątrz i od środka wygląda wszystko imponująco, jednak muszę sprostować ten obraz, gdyż to jedynie średniej jakości konstrukcja z laminatu, na wzór niegdysiejszej przyczepy „N 126 Niewiadów”, z bardzo spartańskim wyposażeniem, gdzie wewnątrz surowy laminat pomalowany jest kiepską farbą. Ponadto nieszczelna kabina mieszkalna, po przejeździe szutrowymi drogami wewnątrz była cała w grubej warstwie kurzu. Tak więc grubą kreską należy odciąć konstrukcję zabudowy od pojazdu którym przemieszczaliśmy się i jak zwykle, także tym razem marka Toyota nas nie zawiodła, a wynajęte autko bez żadnej najmniejszej awarii obwiozło nas bezpiecznie wokół australijskiego kontynentu. Jedyny incydent na trasie, to defekt opony w okolicy Alice Springs.

Skoro rozstajemy się z wynajętym pojazdem, przedstawimy ciut statystyki. Pokonaliśmy dystans 21.500km, zużywając 2.433l oleju napędowego, za który zapłaciliśmy 3.648AUD (10.140zł). Średnie spalenie wyniosło 11,37 litra/100km, a średnia jego cena to 1,5AUD (4,16zł). Zakup paliwa na „Outbacku” mocno podniósł jego średnią cenę, gdyż były sytuacje, że płaciliśmy nawet 2AUD za litr. Za wynajem pojazdu na 55dni zapłaciliśmy 5.098AUD, plus całkowite ubezpieczenie obejmujące ogumienie (przydało się) i znoszące kilometrowy limit dzienny (300km – po przekroczeniu 0,40AUD za km), wynoszące 2.675AUD, co dało łączną sumę 7.773AUD (21.600zł). A ponieważ nasza średnia dzienna wyniosła 390km, tak więc ubezpieczenie w 70% pokryte zostało jej zwiększeniem. Biorąc wszystkie te wartości i czynniki pod uwagę, uważam iż to najkorzystniejsza forma podróżowania po Australii. Gdybyśmy byli tu naszym autem, całkowity koszt byłby o 50% wyższy, biorąc pod uwagę transport morski, odprawy, ubezpieczenia, kłopoty, rzecz jasna nie licząc zużycia samochodu.

Formalności przy zdaniu samochodu trwały dosłownie 15minut, zwrócono kaucję w wysokości 250AUD i już w południe, jesteśmy ponownie w domu naszych przyjaciół, Ryśka i Uli.

Niestety pogoda nadal deszczowa, tak więc resztę dnia traktujemy jako organizacyjny. Wydawać by się mogło, że to my przywieźliśmy do Brisbane deszczową aurę, gdyż od kilku miesięcy nie było tu znaczących opadów, a tutejsze lato było niemiłosiernie gorące.

18.03.2019r. poniedziałek – dzień 73. Zwiedzamy Brisbane

Dzisiaj rano przywitała nas przyjazna pogoda. Energicznie sprawdzamy prognozę na następne godziny, widzimy realną szansę, by spróbować zwiedzić Brisbane. Wsiadamy do podmiejskiego autobusu i pilotowani przez Ryśka, jedziemy nad rzekę Brisbane River, aby z tramwaju wodnego, przypatrzeć się stolicy Queenslandu.

Podobnie jak Sydney, Brisbane miało koszmarne początki. W 1824r. nad pobliską Moreton Bay, założono osadę skazańców. Ponieważ Sydney nabrało wystarczająco cywilizowanego oblicza, by zapomnieć o paskudnej przeszłości, przekazało „najcięższe przypadki”, czyli zbrodniarzy, którzy już tu w Australii, zdążyli popełnić kolejne przestępstwa. Pierwsze osiedle skazańców „Redcliffe”, położone na niewielkim cyplu 30km od obecnego centrum, z powodu niewystarczającej ilości wody oraz ataków Aborygenów, zostało opuszczone, a jego mieszkańcy przenieśli się w górę rzeki, w miejsce dzisiejszego centrum. Ponieważ w owym czasie obszary te podlegały zarządowi Nowej Południowej Wali, osadę nazwano Brisbane, na cześć ówczesnego gubernatora, Sir Thomasa Brisbane’a. Po 15 latach kolonia karna została zamknięta, a ziemie oddano w ręce wolnych osadników. W roku 1859, kiedy to Brisbane stało się stolicą niezależnej kolonii Queensland, populacja wzrosła do 6 tysięcy mieszkańców. Miasto od tego momentu spokojnie rozwijało się, przeżywając lepsze i trudniejsze chwile. Szczególnie ożywienie nastąpiło w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zorganizowano w Brisbane dwie wielkie imprezy. Pierwszą były „Igrzyska Państw Wspólnoty Brytyjskiej” w 1982r., drugą zaś „World EXPO ‘88”. Spowodowało to napływ dużego kapitału i sporej liczby ludności, ale również zapoczątkowało to nowy, współczesny wizerunek miasta. Dzisiejsza stolica „Słonecznego Stanu” zalicza się do najchętniej odwiedzanych miast, a stan Queensland, do najczęściej wizytowanych rejonów kontynentu, także przez samych Australijczyków. Wyrosłe z piekła koloni karnej, dziś jest miastem mostów i jednego z najbardziej znanych miejsc przebywania misiów koala „Lone Pine Koala Sanctuary”, który zwiedziliśmy na początku przejazdu po Australii, zaraz po przylocie do Brisbane. Pisząc „misiów”… w tym miejscu należy powiedzieć iż koala nie należy do rodziny niedźwiedzi, lecz torbaczy… które podobnie jak kangury, noszą swoje małe w torbach i nie są tak potulne jakby się wydawało, potrafią boleśnie podrapać.

Miasto widziane od strony rzeki wygląda imponująco, tym bardziej iż meandruje ona wielkimi zakolami przez całe „city”. Dwugodzinny rejs, daje wgląd na większość budowli ulokowanych w centrum i na całym nabrzeżu. W odbiorze scenerii, w jedną stronę pomaga nam słońce, natomiast w drodze powrotnej ołowiane, burzowe chmury. Bezdeszczowa pogoda wytrzymała jedynie do opuszczenia tramwaju wodnego, później rozszalała się burza, ale szczęśliwym trafem, oglądaliśmy ją już zza okien autobusu, którym powróciliśmy do bazy w Kenmore.

19.03.2019r. wtorek – dzień 74. Zwiedzamy Brisbane

Po wczorajszych ulewach ani śladu, rano ponownie jedziemy do centrum Brisbane. Dzisiaj naszym przewodnikiem po mieście jest Ula, Rysiek ma inne zadania specjalne. Tym razem zwiedzamy miasto od strony lądu. Dziś atrakcją specjalną, w ramach cotygodniowych otwartych koncertów, na które bezpłatnie zaprasza tutejszy ratusz „ Brisbane City Hall”, był koncert zespołu młodych, utalentowanych ludzi z Konserwatorium Muzycznego. Ula bywa tu co tydzień i to ona zaproponowała nam, aby przez godzinę posłuchać swingowych rytmów. Było warto, a szacowna sala koncertowa, wypełniona była do ostatniego miejsca.

Jak przystało na stolicę Queensland, Brisbane jest energiczną, tętniącą życiem modną metropolią, z bogatą ofertą kulturalną oraz gastronomią. Pomimo iż miasto przyjęło przyjemny, nowoczesny styl, ciut zgodny z jej rodzeństwem, Sydney i Melbourne… Brisbane obecnie mocniej powraca do swoich aborygeńskich korzeni, które przedstawia w „Muzeum Queensland”. Jednakże Aborygeni i ich historia, jest tylko jedną z wielu części ogólnej historii Brisbane, którą pokrótce przedstawiliśmy wczoraj. Centrum miasta, harmonijnie wkomponowane w meandrującą rzekę, naprawdę zachwyca swą architekturą. W fantastyczny sposób udało się połączyć starą zabudowę z nowocześnie zaprojektowanym „city”. Najciekawiej w tejże kompozycji prezentują się kościoły „Albert Street Uniting Church” oraz „Saint John’s Cathedral”. Ścisłe centrum można obejść w dwie godziny, a spacer po mieście kończymy nad rzeką Brisbane River, obok stylowego budynku Urzędu Celnego „Customs House” z uwidocznionym godłem Australii.

Miasto jest jak najbardziej godne odwiedzenia i idealnie może reprezentować wschodnią, zurbanizowaną część kraju. Tak więc, od niego rozpoczęliśmy zwiedzanie i objazd kontynentu australijskiego i tu też dzisiaj zwiedzanie kończymy. Jutro mamy powrotny lot do kraju. Rozstajemy się z Brisbane i z Australią, przeżyliśmy tu nieprzeciętną przygodę… zbliżając się nieco do poznania ducha i smaku, tej absolutnie odmiennej przestrzeni.

Trasa przejazdu wokół kontynentu australijskiego:

australia-trasa-objazdu

Podsumowanie:

Zakończyliśmy podróż po Australii. Siedzę nad tekstem i zastanawiam się, czego nie ujęliśmy w treści naszych reportaży z podróży? Myślę nad krajem, który to w mniejszej części objechałem na motocyklu 12lat temu, a teraz już całościowo, z rozległym „Outbackiem”. W pierwszej podróży, zaledwie liznąłem temat charakteru tego kontynentu, teraz mogę powiedzieć, że rozwinąłem wiedzę i poznałem większość wyjątkowych i specyficznych cech, których na próżno szukać w innych częściach świata. Przede wszystkim to ogromny kraj. W obszarze Australii, można by zmieścić większość państw europejskich. Na szerokość ma ponad 4tys. km, to tyle co odległość z Moskwy do Londynu. Największe pastwisko „ Anna Creek Station” ma prawie 24tys. km² i jest nieco większe od Izraela… gigant! W Australii znajduje się najdłuższy płot na świecie „Dingo Fence” ma ponad 5.600km długości i jest dwa razy dłuższy niż Mur Chiński. Powstał, żeby odgrodzić płd.-wsch., stosunkowo żyzną część Australii i uchronić stada owiec przed psami dingo. Tu też znajduje się najdłuższa droga świata „Highway 1” o łącznej długości 14.500 km, przebiegająca dookoła Australii, która łączy ze sobą wszystkie kontynentalne stolice australijskich stanów. W większości naszej podróży, przemieszaliśmy się tą trasą, ale nam nieco zwiększył się ten dystans, bo aż do 21.400km… tyle mieliśmy odjazdów w bok. Wielka przestrzeń sprawia iż nieco tu pusto, a czasem nawet nudno. W Australii żyją średnio cztery osoby na km², a populacja liczy zaledwie 25mln mieszkańców, z czego większość żyje na wschodnim wybrzeżu. Dziś, w Sydney, Melbourne i Brisbane mieszka 12mln osób, tyle ile w 1968r. mieszkało w całym kraju. Żyją tu ludzie z całego świta, to jeden z najbardziej wielokulturowych krajów, gdzie ponad jedna czwarta obywateli urodziła się poza Australią. Np. w Melbourne żyje największa populacja Greków mieszkająca poza Grecją. Natomiast brytyjscy więźniowie byli pierwszymi mieszkańcami Australii, a ci dobrze zachowujący się, zostali pierwszymi policjantami w tym kraju. Przywożenie tu skazańców, to był pomysł na kolonizację nowego kontynentu. Mimo wszystko to jednak Aborygeni byli tu pierwsi, których kulturę nieco poznałem dopiero w obecnej podróży, a z którą nie miałem w ogóle kontaktu podczas motocyklowego przejazdu. Żyją tu, na terenie obecnej Australii od jakiś 50tys. lat, a ich kultura, to najstarsza, wciąż istniejąca cywilizacja na świecie. Do dziś nie wiadomo dokładnie, jak dostali się na ten kontynent. Kolonizację Australii przez Brytyjczyków często nazywa się „inwazją”, gdyż po ich przyjeździe, w 1788r., tysiące Aborygenów umarło na nieznane im wcześniej choroby, zwykła grypa była śmiertelna. W pierwszym okresie kolonizacji byli zabijani, tworzono dla nich obozy, gdyż kolonizatorzy uważali tą społeczność za niepotrzebną i szkodliwą. Mówi się np. na Tasmanii, gdzie całkowicie zgładzono ich populację, że można było dostać licencję na zabijanie Aborygenów. Szacuje się, że w 1788r., przed przybyciem Brytyjczyków żyło tu około 700tys. Aborygenów, a po 1920r. zostało niewiele ponad 100tys. Traktowano ich tu jako „element” fauny i flory, aż do lat 60-tych ubiegłego stulecia. Dopiero w 1963r. otrzymali prawa obywatelskie. Przeprosiny za te poczynania przyszły bardzo późno. Dopiero w 2007r., ówczesny premier Australii, Kevin Rudd, przeprosił tę społeczność za zbrodnie „skradzionych pokoleń”. Przede wszystkim dotyczy to dzieci z mieszanych związków, które odbierano rodzicom i oddawano je pod opiekę białym, uzasadniając, iż wtedy będą miały większą szansę na lepszą przyszłość. Aborygeni wciąż domagają się przeprosin i zadośćuczynienia za zbrodnie, a rząd wciąż szuka odpowiednich rozwiązań. To tyle w tym złym kontekście, teraz nieco pozytywniej. Australia była drugim krajem na świecie, który przyznał kobietom prawa wyborcze po Nowej Zelandii, a przed Finlandią. W 1975r. zamknięto australijski parlament, zwolniono wszystkich polityków i zaczęto wszystko od nowa. Czasem wydaje mi się, że powinno się to zrobić nie tylko w Australii. Kangury, których jest na tym kontynencie ponad sześćdziesiąt gatunków, są najbardziej rozpoznawalnym symbolem tego kraju, ale miejscowi farmerzy czasem traktują je jak szkodniki. Kangury i strusie emu nie potrafią chodzić do tyłu, więc są to zwierzęta, które zawsze idą do przodu. Między innymi dlatego znajdują się w australijskim godle narodowym, symbolizując naród idący naprzód, a mieszkańcy chyba jako jedyny naród świata, zjadają zwierzęta ze swojego godła. Mięso kangura można kupić w każdym supermarkecie. Mamy kangurzyce mogę wybrać płeć dziecka w czasie jego rozwoju. Mogą także wstrzymać rozwój ciąży, jeśli warunki środowiskowe nie są w danej chwili najlepsze, czyli taka zwierzęca aborcja… Natomiast misie koala, śpią około osiemnastu godzin dziennie. Nie oznacza to, że są naćpane. Eukaliptus jest po prostu ciężkostrawny. Żyje tu około sto milionów owiec, to cztery razy więcej co ludzi. A jakie jest obecne społeczeństwo australijskie? Niestety, są w większości osobami z problemem otyłości. Zgodnie z tym, co mówią statystki, mało tu stereotypowych, umięśnionych surferów. Ponad 60% Australijczyków ma nadwagę. A’ propos jedzenia, to oczywiście zdecydowana większość mieszkańców tego kraju uwielbia fast-foody. Znany u nas „Burger King”, tutaj zwie się „Hungry Jack’s”. Jeśli jesteśmy przy jedzeniu to słowo „barbie” nie oznacza tylko lalki, Australijczycy uwielbiają skróty, więc „Barbie” znaczy po prostu barbecue, czyli grill. Wielość tutejszych skrótów, daleko odbiega od angielskiego oryginału i czasem wygląda to tak, jakby rozmówca miał kluski w ustach, a do tego mówiąc szybko… staje się niezrozumiałym. Jeszcze o bezpieczeństwie. Pierwsza jedenastka najgroźniejszych węży świata, pochodzi właśnie stąd. Najgroźniejsze pająki świata, też są domeną Australii. Nie zabijają jednak zbyt często, ostatni raz w 2016r., kiedy to dwudziestokilkuletni mężczyzna zmarł po ukąszeniu pająka „redback”, a od poprzedniego takiego przypadku, minęło aż 40 lat. Natomiast w wodzie, nie tylko zagrożeniem są rekiny ludojady i słonowodne krokodyle, największy postrach sieje osa morska (gatunek parzydełkowca), średniej wielkości specyficzna meduza, występująca u północnych wybrzeży Australii. To nie pająki, rekiny, krokodyle, ani węże, to osy morskie zabijają błyskawicznie. Toksyna zawiera substancje atakujące jednocześnie skórę, system nerwowy oraz serce, śmierć może nastąpić po kilku minutach. Groźne są także dziobaki, samiec tego gatunku posiada w łapkach ostry kolec, a w nim silną truciznę, która może zabić nawet małego psa. Sroki też mają w tej materii swój udział, gdyż każdego roku, średnio jedna osoba traci wzrok lub doznaje poważnego uszkodzenia oka, w efekcie ataku tego ptaka zwanego tu „magpie”. Króliki, koty i ropuchy też są zagrożeniem, może nie dla ludzi, lecz dla australijskiego ekosystemu. Sprowadzone tu z Europy, nie mając na miejscu naturalnych wrogów, z powodu braku drapieżników, rozmnożyły się do skali plagi. Dotyczy to również wielbłądów, których w Australii żyje więcej, niż na Saharze. Zostały tu przywiezione przez kolonizatorów, do pomocy przy budowie kolei i sieci telegraficznej, potem wypuszczono je na wolność. Obecnie jest to największa populacja dzikich wielbłądów na świecie. Są uznawane za szkodniki, wychwytywane, a ich mięso eksportuje się do Arabii Saudyjskiej. Na powtórnie oswojonych, w wielu miejscach na „Outbacku” organizuje się przejażdżki. I ponownie pozytywy. Australia ma ponad dziesięć tysięcy plaż, a jeśli chciałoby się zobaczyć każdą, zajęłoby to podobno wiele lat. Powietrze jest bardzo czyste i nie ma tu żadnych czynnych wulkanów, to jedyny taki kontynent na świecie. Napoje alkoholowe sprzedaje się tylko w sklepach z alkoholem, zwanych „bottle shops”. Internet jest tu wciąż bardzo powolny, albo wręcz nie działa, czego niejednokrotnie doświadczaliśmy. Wg danych z 2014r. jest wolniejszy niż w Kazachstanie i na Madagaskarze. Natomiast Australijczycy są bardzo dobrze zorganizowani turystycznie. Właściwie w każdym rejonie spotykaliśmy zmotoryzowanych turystów. Najczęściej podróżowanie się w tym rozległym kraju z przyczepą kempingową, ciągniętą przez auto terenowe. Baza i sieć kempingowa jest bardzo szeroka, właściwie w każdym, nawet małym miasteczku, znajdziemy miejsce do biwakowania. Chyba jest to naród, będący w czołówce jeśli chodzi o taką formę spędzania wolnego czasu. Z pewnością każdy wybierający się do tego kraju zapyta kiedy jechać? Czy jest jakiś sezon na Australię? Odpowiedź nie jest taka oczywista. Australia to gigantyczny kraj. Najlepszy termin na podróż zależy nie tylko od klimatu, ale od indywidualnych preferencji, co do pogody, miejsc, które chcemy odwiedzić, no i oczywiście budżetu… gdyż jest to bardzo drogi kraj i tylko paliwo jest nieco tańsze niż w Europie. My wybraliśmy okres naszej zimy, czyli tutejszego lata, dobry na południowe rejony tego kontynentu, natomiast niespecjalny dla północy, gdyż jest bardzo gorąco i w części występuje okres pory deszczowej. Gorąc przetrzymaliśmy, jednak pora deszczowa zamknęła dla nas wiele interesujących regionów, najlepiej byłoby po tych terenach podróżować w okresie od września do listopada. I na koniec tego, może zbyt obszernego wywodu, tak wielkiego jak Australia, powiem iż ten objazd dał nam sporą lekcję cierpliwości i wytrzymałości. Z perspektywy czasu, nie myślimy już o monotonii, czasem wręcz nudzie, która była nierozłącznym elementem tego przejazdu, ale o tasiemcowych przestrzeniach, których nie doświadczyliśmy w takiej skali nigdy w poprzednich podróżach po naszym globie. Aby to poczuć i zrozumieć, trzeba tu być, mozolnie przejechać całe australijskie odludzie, czyli „outback”, gdyż właśnie poprzez takie doświadczenie, poznaliśmy prawidłowy obraz tego kontynentu. Taka też Australia pozostanie nam w pamięci i taką po zakończonej podróży, najmilej będziemy wspominać. I to by było na tyle…

…Wojtek…

Zastanawiałam się, jak poskładać fragmenty korowodu wzruszeń którego doświadczyłam i zestawić w wielobarwną czcionkę? Jak ubrać w słowa połamane kwiaty (Aborygeni), samotne drzewa (farmerzy), resztki rozbitej tęczy (opale), never- never, the (kraina leżąca gdzieś w „Outbacku”) i… no worries (mentalność Aussie). Pójdę na skróty i napiszę ab origine… od początku.

… krótka historia… jak to Anglik cywilizował Aborygena…

… kiedy James Cook w roku 1770 rzucił kotwicę, za pomocą flagi i mapy potwierdził to, co Europa przeczuwała już od starożytności. Rewolucja przemysłowa w Europie, migracja ludności do miast, wyż demograficzny, prowokowały wzrost przestępczości. Skazańcy polityczni, wywrotowcy, prostytutki, złodzieje i mordercy wysyłani byli do Ameryki, ale kiedy Stany Zjednoczone uzyskały niepodległość, problem przepełnionych więzień w Anglii, stał się szalenie palący. Australia wydawała się być świetnym rozwiązaniem… i tak oto swe powstanie inaugurował „angielski gułag”. Kolonie karne zakładano na zaanektowanej na rzecz korony brytyjskiej ziemi, która nie była terra nullius, czyli ziemią niczyją… należała do tubylców… Aborygenów. Nie zdawali sobie sprawy, że odtąd zostali poddanymi brytyjskiej korony i podlegali jej prawom, co sankcjonowało ich podbój i eksterminację. Nowi przybysze, obserwując niezwykle proste życie materialne i nieskomplikowane narzędzia tubylców, osądzili ich wzory zachowań, zwyczaje, wierzenia, a także inteligencję… jako równie prymitywną. Bliski kontakt z „osadnikami” okazał się tragiczny w skutkach, już w pierwszych latach niektóre plemiona zostały zdziesiątkowane i w konsekwencji uległy zagładzie. Sukcesywne przejmowanie najżyźniejszej ziemi przez przybyszów, a w związku z tym migracje tubylców na ziemie sąsiadów, sprowokowało wiele międzyszczepowych konfliktów. Aborygeni, pozbawieni dostępu do świętych i sekretnych miejsc, zmuszeni byli do ograniczania, bądź zaniechania praktykowania rytuałów, co zdecydowanie zakłóciło ciągłość przekazywania wiedzy i kultury młodszym pokoleniom. Kolejną przyczyną degeneracji tradycyjnego życia nomadów… było przywiezienie chorób i alkoholu z Europy. Wciąż przeganiani, co zasadniczo ograniczało dostęp do żywności, popadali w apatię i desperację, które prowadziły na manowce. Polowali na bydło i owce pasące się na ich terenach, a to pociągało za sobą karne ekspedycje. I tak… raz koloniści zabijali tubylców jako winnych „przestępstwa”, a w odwecie Aborygeni napadali farmerów, mordując całe rodziny. Determinacja brytyjskiego rządu w zasiedleniu tego lądu, doprowadziła do eskalacji brutalnych wydarzeń, w których tubylcy przegrywali w nierównej walce. Aborygeni traktowali kolonistów jak najeźdźców, a ci z kolei, przeświadczeni o swej dziejowej misji… cywilizowali „dzikusów”. Ekspansja postępowała, odkrycie złota i opali, rozwój osadnictwa i górnictwa… kurczył ich świat. Nadzieja na ucywilizowanie Aborygenów na modłę europejską, w efekcie oznaczała ich etniczną i kulturową destrukcję. Zainicjowana polityka segregacji, nazywana „teorią umierającej rasy”, wdrożyła niebywały program… powołane przez rząd organizacje, zabierały siłą aborygeńskie dzieci pochodzące z rodzin mieszanych, których ojcami byli pionierzy i umieszczano je w ochronkach, misjach, bądź oddawano na służbę do bogatych białych rodzin. Wychowywanie wg anglosaskich wzorów i karanie tych, które porozumiewały się w swoim języku, w założeniu miało służyć dzieciom, w rezultacie okazało się być jeszcze jedną barierą w stosunkach pomiędzy tubylcami, a białymi mieszkańcami Australii. Dalszy rozwój wydobycia minerałów i doświadczenia z bronią jądrową, na terenach zamieszkanych przez ostatnie grupy tradycyjnie żyjących nomadów, stał się kolejnym punktem zapalnym, a z jakiej to przyczyny?… ano przed próbą nuklearną, w wyniku absolutnej ignorancji, armia umieściła ostrzeżenia w języku angielskim, informując w ten sposób umiejącą czytać część społeczeństwa o niebezpieczeństwie… o Aborygenach zapomniano! Są też i dobrodziejstwa… w roku 1963 biali mieszkańcy Australii, przyznali tubylcom prawa obywatelskie!… przesuwając ich w hierarchii z poziomu „fauna i flora”… a co za tym idzie… posiedli prawo do głosowania, pobierania zasiłków i… nabywania alkoholu. Rozkład tradycyjnych form życia szczepowego, atrakcyjne dobra w zasięgu ręki, sprowadziły brak inicjatywy… mięso leży w sklepie na półce, nie trzeba już ganiać za kangurami, są słodycze i dużo cukru, więc nie ma potrzeby szukać miodowych mrówek, lecz ten nadużywany przysmak doprowadził do otyłości i cukrzycy, jest tytoń i alkohol… ostatnia z używek powiodła na pokuszenie wielu, co stało się poważnym problemem. Tubylcy zaczęli też używać odzieży, ale rzadko ją piorą, niektórzy ubrali buty i kapelusze, ale nie jest to coś, na czym im szczególnie zależy. Domy otrzymane od rządu, często były dewastowane, ale nie celowo, nie byli przyzwyczajeni do przebywania w zamkniętych pomieszczeniach, toteż wybijali szyby w oknach. Ceremonia rozpalania ognia, to ważny element mitologii i nie sposób go pomijać w życiu codziennym… toteż ognisko rozpalano w domu na podłodze. Natomiast gdy ktoś umarł, kiedyś opuszczali obóz przed szkodliwym, bądź niebezpiecznym duchem, tymczasem do niedawna porzucali rządowy dom lub nawet go podpalali, niszcząc cały dobytek, co bulwersowało białych Australijczyków. Reasumując… destrukcja społeczności Aborygenów, nastąpiła o wiele szybciej niż amerykańskich Indian… prawdopodobnie ze względu na większą przepaść cywilizacyjną. W czasie który minął od przybycia Jamesa Cooka… wiele się wydarzyło… dziś, tylko bardziej zdolni lub przedsiębiorczy Aborygeni, tworzą sztukę, malując historie nawiązujące do tradycyjnych wierzeń, do niedawna wiele z tych wzorów wykonywano wyłącznie na piasku, ciele, skałach i sakralnych przedmiotach. Uzyskane środki, zgodnie z tradycją… idą do niekwestionowanego podziału wśród członków rodziny – klanu… jak to robili przez tysiące lat z upolowanym kangurem… a Australia?… jednym jawi się ziemią obiecaną, rojonym El Dorado, a może nawet rajem na Ziemi… innym zaś przekleństwem, twardym życiem i nierówną walką z żywiołami… a dla Aborygenów?… zawsze będzie ziemią, emanującą energią mitycznych Przodków, setkami mitów i historii oraz tysięcy świętych miejsc… ich ziemią…

… Wiola…

20.03.2019r. Środa-dzień 75. Przelot z Brisbane przez Dubaj do Warszawy

Tym oto sposobem zakończyliśmy również dzisiaj nasz przejazd z Polski do Australii, rozpoczęty 5stycznia 2018r. Miał się odbyć w założeniu naszą Toyotą Hilux 4×4, a trasa miała dokładnie biec w odwrotna stronę z Australii do Polski. Przygotowania do morskiej wysyłki i poczynania w tej kwestii były tak dalekie, że całkowicie umyte i wymalowane podwozie naszego auta lśniło jak nowe z powodu australijskich wymogów ekologicznych. Niestety wiadomość z Ministerstwa Transportu Tajlandii zburzyła całkowicie nasze plany, nie otrzymaliśmy „permitu” na przejazd przez ten kraj dla naszej zmodernizowanej Toyoty w której można spać i kempingować. To spowodowało, że musimy całkowicie zmienić plany, dostosować się do nowej sytuacji i podzielić nasz przejazd na kilka etapów. Pierwszy naszym autem przez Turcję, Iran, Pakistan, Indie do Myanmar (Birmy). Drugi rożnymi środkami transportu przez Wietnam, Kambodżę, Laos, Tajlandię, Malezję do Singapuru. Następny przez Indonezję wynajętym autem. I ostatni, przez Nową Zelandię i Australię, również zrealizowaliśmy wynajętymi pojazdami. Podliczyliśmy te przejazdy i wyszło nam że byliśmy w drodze 231 dni pokonując dystans 57 500km. To był już końcowy fragment rozpoczętej prawie 10lat temu w Buenos Aires podróży wokół Świata. Może jesienią tego roku uda się jeszcze zwiedzić Filipiny, Japonię i wyspy Polinezji, a kiedyś w przyszłości ponownie podejmiemy temat Antarktydy, która z powodu mojego zachorowania na malarię przepadła w 2017roku.

z_polski_do_australii

<<<< POPRZEDNIA