Z Darwin do Perth

08.02.2019r. piątek – dzień 35. Darwin > Pine Creek > Katherine – 360km

Po dwóch dniach pobytu w Darwin opuszczamy główne miasto „Ziemia Arnhema”, położonej na północnych rubieżach kontynentu australijskiego, na półwyspie pomiędzy Morzem Timor, Morzem Arafura i Zatoką Karpentaria. Obecnie w porze deszczowej mało dostępny, monsunowe deszcze pozalewały większość dróg, szczególnie tych położonych w wizytówce tego regionu jakim jest Kakadu National Park.

Po opuszczeniu naszego lokum, które mieściło się 10km na północ od miasta, raz jeszcze jedziemy do ścisłego, maleńkiego centrum tego portowego miasta, objeżdżając jedną po drugiej ulokowane równolegle do morskiego brzegu główne ulice. Właściwie cała zabudowa została ponownie stworzona po przejściu Cyklonu Tracy, który w Wigilię roku 1974 zniszczył prawie całkowicie to miasto. Na koniec objazdu docieramy na niewielki cypel „East Point”, gdzie ulokowano muzeum militarne „Darwin Military Museum” (czynne od 10.00, wstęp 30AUD od os.). Znajduje się wśród betonowych stanowisk i innych umocnień, które były jedną z najbardziej ufortyfikowanych części Australii w czasie II Wojny Światowej. Posiada dużą ekspozycję militarii australijskich, amerykańskich i alianckich sił zbrojnych, w tym przedmioty z marynarki wojennej, wojsk lądowych i lotnictwa. Podczas wojny Darwin został zbombardowany 64 razy w ciągu prawie dwóch lat, a największe dwa pierwsze naloty odbyły się 19 lutego 1942 r. W nalotach wzięło udział 188 samolotów z czterech lotniskowców oraz 54 bombowce startujące z baz lądowych. Zarówno lotniskowce, jak i załogi samolotów, uczestniczyły wcześniej w ataku na amerykańską bazę „Pearl Harbor” na Hawajach. Podobnie jak w tamtym przypadku, australijski port był nieprzygotowany do obrony, a sygnały ostrzegawcze zostały zlekceważone. Japońscy lotnicy odnieśli taktyczny sukces, zatapiając dziesięć jednostek pływających, w tym amerykański niszczyciel i kilka dużych statków, oraz powodując spore zniszczenia w mieście i obiektach w jego pobliżu, a także znaczące straty osobowe. Naloty te były największym atakiem, jaki kiedykolwiek obce państwo przeprowadziło na terytorium Australii i jest często nazywane „Australijskim Pearl Harbor”. Oficjalne dane mówią, że zginęło około 243 osób, inne źródła podają liczbę znacznie wyższą, nawet do 1000, a tablica pamiątkowa na Esplanadzie z widokiem na port mówi, że zginęło 292 osób. W szczytowym okresie walk w 1943r. w Darwin i okolicach znajdowało się ponad 110 000 pracowników sił zbrojnych. Stąd generał Douglas MacArthur rozpoczął kampanię mającą na celu wyzwolenie Manili i odzyskanie Filipin z okupacji japońskiej.

Ponieważ mamy wielki niedosyt dotyczący pooglądania słonowodnych krokodyli, 12 km za Darwin podjeżdżamy stworzonej na wzór naturalnego środowiska, farmy krokodyli „Crocodylus Park” (wstęp wraz z rejsem po kanale 55AUD od os.). W parku, jak to w parku, nie tylko można zobaczyć krokodyle, dla przyciągnięcia większej ilości turystów, zostało stworzone również mini zoo, gdzie naleźć można zwierzaki nie tylko z Australii ale również z innych rejonów świata. Nas jednak najbardziej interesują krokodyle różańcowe. Australijski słonowodny krokodyl to największy drapieżnik na świecie, potrafi ważyć nawet 1000kg i mierzyć do 7m. Żywią się głownie małymi gadami, rybami, żółwiami, ptakami etc… potrafią jednak również pożreć krowę, dzika świnie, konia, a i człowiekiem nie pogardzą o czym świadczą statystyki takich zdarzeń. To zdecydowanie największy i najbardziej niebezpieczny tutejszy drapieżniki. Są olbrzymie, agresywne, maja silny instynkt terytorialny i jest ich mnóstwo na obszarze Ziemi Arnhema, W parku na szczęście wszystkie są za ogrodzeniem, w basenach i sadzawkach, można wiec bezpiecznie przyglądać im się z bliska. Nazwa “słonowodny” jest troszkę myląca ponieważ te zwierzaczki równie chętnie zamieszkują rzeki i bagna daleko w środku lądu. Dlatego należny mieć się na baczności gdy przebywa się w pobliżu rzek, jezior lub na plaży. Są uznawane za jedne z bardziej inteligentnych zwierząt drapieżnych. Potrafią się dość dobrze przystosowywać i zapamiętywać sytuacje. Jeśli w danym miejscu nad rzeka pojawi się wędkarz dwa razy w przeciągu krótkiego czasu, za trzecim razem możne go spotkać niespodzianka… zgadnijcie sami jaka…

Dziś w Australii żyje około 150tys krokodyli. Mieszkańcy północnych rejonów żartują ze krokodyli jest tu więcej niż ludzi. Tak wesoło krokodyle jednak zawsze tutaj nie miały, do lat 70-tych, populacja krokodyli drastycznie spadała na skutek intensywnych polowań. W tm czasie rząd Australii objął krokodyle ochroną i rozpoczął program odbudowy ich populacji. Wtedy zaczęto zakładać m.in. farmy krokodyli, które zaspokajają popyt na skory i mięso. Przy zakupie biletów otrzymaliśmy ulotkę o możliwości zakupu mięsa z przepisami na przygotowanie potraw z krokodyla.

Na farmie jak to na farmie, rozród jest pod kontrola. Gdy samica złoży jaja, wysyła się śmiałka żeby je wykopał i przeniósł do inkubatora. Od momentu wyklucia małe krokodylki przebywają w swoich grupach wiekowych. Podobnie jak ludzie, najpierw jest przedszkole, a potem następne klasy, czyli kolejne baseny. Najciekawszą częścią zwiedzania i zapoznawania się z tymi wielkimi gadami był rejs po kanale, gdzie krokodyle żyją w naturalnych warunkach. Tu też poznajemy ich agresywny charakter i zdolności do szybkiego ataku, połączonego z wyskokiem z wody na kilka metrów w górę. Zachęcane są do tych wyczynów zakąskami z kurczaka, a robienie fotek jest mocno ograniczone wyobraźnią, aby następnym kąskiem nie był ręka fotografa… Pobyt w tym miejscu był super alternatywą, na brak możliwości zobaczenia podobnych obrazów z Kakadu N.P. i pływania po Adelaide River.

Wczesnym popołudniem opuszczamy „Crocodylus Park” i definitywnie opuszczamy Darwin, kierując się na południe w stronę miejscowości Katherine, skąd przybyliśmy 3dni temu, tym razem jedziemy główną drogą No.1 „Stuart Highway”. Na trasie dopada nas monsunowa burza z którą walczymy na odcinku ponad 100km. Jest ciemno jak w nocy, pioruny walą ze wszystkich stron, a deszcz to nie ulewa, tylko ściana wody, która grubą warstwą pokrywa jezdnię i momentalnie zapełnia rowy i obniżenia terenu. Przed Pine Creek na szczęście wyjeżdżamy z okowów burzy i możemy zwiedzić to maleńkie miasteczko, będące obecnie swoistym skansenem. Można tu zwiedzić „Miners Park”, czyli pozostałości po kopalni złota i okresie prosperity tej osady końcem XIXw. oraz „Railway Station”, gdzie na starym dworcu kolejowym urządzono ekspozycję sprzętu z pierwszą lokomotywą jaką sprowadzono do Australii.

Sprawdziliśmy też, czy nietoperze „Fly Fox”, które widzieliśmy tu w tak wielkiej ilości cztery dni temu, to stali „mieszkańcy” tej okolicy, co okazało się prawdą, całe stada skrzeczały, wisząc w koronach wielkich drzew. Po następnych 95km docieramy do Katherine, a na nocleg zajeżdżamy do „Boab Caravan Park” (po negocjacji 35AUD), gdzie w przyjemnej aurze po przejściu burzy urządzamy nasze obozowisko. Oczywiście ukoronowaniem dzisiejszego ciekawego dnia były wyśmienite steki i australijskie wino.

19-02-08-map

09.02.2019r. sobota – dzień 36. Katherine > Timber Creek > granica North Territory – West Australia > Kununurra > Warmun > Ord River > Halls Creek – 910km

Po bardzo przyjemnej i niezbyt gorącej nocy ruszamy rankiem drogą No.1 nazwaną „Victoria Highway” z naszego obozowiska na zachód w kierunku Australii Zachodniej, a właściwie jej północnej części, regionu Kimberly, najgorętszej część West Australii, graniczącej od zachodu z Oceanem Indyjskim, od północy z Morzem Timora, a od południa z Wielką Pustynią Piaszczystą. Pond 40.000 lat temu to właśnie tutaj pojawili się pierwsi Aborygeni i oni też najliczniej w chwili obecnej zamieszkują te terytoria, stanowiąc prawie 50% populacji tego najmniej zamieszkałego obszaru w całej Australii. Pierwsze 200km, do rzeki Victoria River gdzie ulokowany jest pierwszy ślad istnienia człowieka, czyli „Victoria River Roadhous”, mała stacja paliw z barem, to zaskakująco zielony rejon, gdzie droga wije się w pagórkowatym, można by rzec malowniczym terenie. Po dotarciu do Judbarra – Gregory National Park, wjeżdżamy w regularne góry, gdzie przemieszamy się szerokimi kanonami, wąwozami i pokonujemy kilka niewielkich przełęczy. Pierwszy raz od wyjechania z Brisbane doświadczamy w tym kraju takich widoków.

Większość położonych niżej terenów pozalewana wodą, choć dzisiaj kryształowa pogoda, widać, że regularnie w obecnym okresie nawiedzają te tereny monsunowe opady. Na 290km od Katherine, docieramy do pierwszej osady Timber Creek, gdzie uzupełniamy paliwo.

Pokonujemy następne kilometry North Territory, aby na 500km dotrzeć do granicy stanowej z Australią Zachodnią. O dziwo to nie jest jedynie orientacyjny punkt wtereni, to również budynek graniczny i punkt kontroli fitosanitarnej. Nasz pojazd idzie do regularnej kontroli, przede wszystkim pod względem przewożonych produktów. Wszystkie owoce i warzywa do śmietnika, zabrali nam również miód. Na szczęście nie dokopali się do steków i paru innych drobiazgów, które udało się przemycić. Owoce i pomidory zjedliśmy naprędce, miód niestety przepadł, byłoby zbyt wiele słodkości gdyby skonsumować naraz cały słoik australijskiego miodu „manuka”. Tak głośno myślimy, że z pewnością ten sam miód spotkamy w pierwszym sklepie w West Australii i niezbyt rozumiemy sens tej dziwnej, prewencyjnej działalności.

Po następnych 50km docieramy do miasteczka Kununurra, pierwszej miejscowości w WA. Powstało pod koniec lat 50-tych XX wieku, za sprawą programu inwestycji w dziedzinie gospodarki wodnej, którego częścią było m.in. wybudowanie obok miasta tamy i powstanie największego sztucznego zbiornika wodnego w Australii, jeziora Argyle. Nazwa miasta stanowi przetworzoną przez białych osadników wersję aborygeńskiego słowa gunanurang, oznaczającego w języku miriwoong “wielką rzekę”. Aborygeni do dziś stanowią większość mieszkańców miasta. W bezpośrednim sąsiedztwie Kununurry znajduje się „Mirama National Park” i wąwóz Hidden Valley gdzie można podziwiać ciekawe formacje skalne. Jest to jedno z ciekawszych miejsc „East Kimberley” oraz znaczące miejsce rytualne dla lokalnych mieszkańców, społeczności Miriuwung.

Po zwiedzeniu okolic ponownie uzupełniamy paliwo, zaciągamy informacji o przejezdności drogi do Broome, leżącej już nad Oceanem Indyjskim i ruszamy dalej na trasę. Naszym pierwotnym zamiarem było pozostanie na nocleg w Kununurra, jednak po zmianie czasu (West Australi -2h od Queensland) okazało się, że jest dopiero 15.00, więc jedziemy dalej. Jest zbyt gorąco aby o tej porze pozostać gdzieś na kempingu.

Od wjazdu na teren Australii Zachodniej droga o No.1 zmieniła nazwę na „Great Northern Highway” i taką to nosi, aż do stolicy tego stanu, Perth położonej 3300km dalej. Teoretycznie mamy do dyspozycji dwie wersje przejazdu przez tereny Kimberley i dotarcie do Broome. Jedna to właśnie wymieniona wcześniej trasa, druga to bardziej ciekawa droga „Gibb River Road”, 660-kilometrowy nieutwardzony szlak przez dzikie serce tego regionu i jedna z głównych jego atrakcji, prowadząca do Derby na zachodnim wybrzeżu. Niestety do maja jest ona zamknięta i dopiero po zejściu wody i obeschnięciu, w porze suchej jest udostępniona do przejazdu. Siłą rzeczy nie mamy żadnego wyboru i możemy się jedynie cieszyć, że „Great Northern Highway” jest otwarta, gdyż bywa i tak, że ta również jest zamknięta i to na długi okres.

Jedziemy więc dalej i pokonujemy ogromne przestrzenie. Zmieniła się nam prędkość maksymalna w tym stanie i wynosi jedynie 110km/h. Dla nas nie robi to specjalnej różnicy, gdyż nasza Toyota z domkiem na plecach po przekroczeniu tej prędkości „żłopie paliwo jak smok”, a tak mieścimy się w 12l/100km. Tu małe wtrącenie odnośnie ceny oleju napędowego i ogólnie paliw. Ceny w północnych rejonach są zdecydowanie inne jak w dużych ośrodkach miejskich na południu gdzie płaciliśmy 1,3 AUD za litr i dochodzą, lub nawet przekraczają 2,0 AUD, jak było w okolicy Uluru. Obecnie na trasie oscylują w granicy 1,6 ÷ 1,8 AUD za litr.

Na trasie jadąc wyżynnymi terenami minęliśmy Warmun, gdzie ulokowało się wiele aborygeńskich „Comunity”, następnie skromną osadę Ord River, które to obie niezbyt zachęcały do pozostania na nocleg. Już po zmroku meandrując pomiędzy stadkami bydła dotarliśmy do większej miejscowości Halls Creek, gdzie pozostaliśmy na nocleg w „Halls Creek Caravan Park”, pokonując tego dnia 910km. Przyszedł wreszcie czas na odpoczynek, ale jak tu odpoczywać, kiedy wokół gorąc (40ºC), a obok w tawernie głośna muzyka country na żywo, gdzie o dziwo klientelą są wyłącznie Aborygeni. W takiej to atmosferze przyszło nam spędzać dzisiejszy wieczór, a później noc.

19-02-09-map

10.02.2019r. niedziela – dzień 37. Halls Creek > Fitzroy Crossing > Broome – 740km

Po koszmarnej nocy, skatowani gorącem (w części mieszkalnej mamy jedynie wentylator) szybko opuszczamy teren kempingu aby nieco się schłodzić pracującą klimatyzacją wewnątrz kabiny naszej Toyoty. Pomni dzisiejszej sytuacji postanowiliśmy, że na czas panujących w tym rejonie opałów musimy wynajmować skromne lokum, lecz z klimatyzacją. Tak więc od razu, jeszcze rano zarezerwowaliśmy nocleg w takiej wersji w nadoceanicznym Broome, która jest celem dzisiejszego przejazdu. Pierwszą miejscowością na trasie dzisiejszego przejazdu jest oddalona do Halls Creek o 300km osada Fitzroy Crossing. Okazuje się, że wokół rozlokowanych jest wiele aborygeńskich „Comunity”, które to utworzył dla tej grupy społecznej australijski rząd. Pierwszy raz zetknęliśmy się z takim nieładem panującym w miasteczku. Wszędzie rozlokowały się pod drzewami grupy Aborygenów, ulice i wszystko wokół, to jeden wielki śmietnik, nawet sprzedawcy na stacji paliw odizolowani byli od kupujących kratami. Tankujemy i czym prędzej opuszczamy to dziwne miejsce. Dalej to wielkie australijskie „nic”, krzaki, krzaczki, kępki traw, jedne zielone, drugie wyschnięte, a trzecie po przejściu pożarów i kilometry asfaltowej wstęgi jezdni, której widok ucieka przed nami gdzieś na horyzoncie. Po drodze w okolicy mostu na rzece Fitzroy River, 170km przed Broome napotykamy na jedyną stację paliw „Willare Bridge Roadhouse & Caravan Park”.

Już przed 17.00 docieramy do portowego miasteczka Broome, uzupełniamy zapasy w miejscowym supermarkecie i meldujemy się w naszym zarezerwowanym lokum „Kimberley Club YHA” (66AUD pok 2os. z klimą, wspólna łazienka). Co nas dziwi… choć to kraj nie muzułmański, to zakaz picia własnego alkoholu, a co śmieszy… to, że za wynajem łyżki, czy garnka trzeba pozostawić kaucję.

Mając jeszcze sporo wlanego czasu tego dnia najpierw objeżdżamy niewielki skrawek miasta mianujący się „China Town”, lecz chyba każdy Chińczyk powinien obrazić się na tę nazwę, gdyż my nie znaleźliśmy ani jednego charakterystycznego obiektu, który by o tym świadczył. Ale wróćmy do historii tego miejsca. Pierwszym białym człowiekiem, który postawił nogę na tej ziemi był w 1699r. angielski korsarz William Dampier, nękający hiszpańskie żaglowce. Musiało upłynąć następne 200lat aby odkryć skarby jakie znajdują się w tutejszych wodach. Odkrycie perłopławów rozpętało w latach 80-tych XIXw prawdziwe szaleństwo w tej kwestii, a miasteczku nadano zwę Broome na cześć Frederica Broome’a, ówczesnego gubernatora Australii Zachodniej. W 1910r miasto stało się światową stolicą pereł, stąd pochodziło 80% perłowych muszli służących w owym czasie do produkcji guzików. Miasto stało ruchliwym, hałaśliwym wielojęzycznym ośrodkiem zamieszkałym przez wielonarodowościową mozaiką etniczną. Bum minął w latach 30-tych XXw, kiedy na szeroką skalę do produkcji guzików wszedł plastik. Obecnie 10tys. miasteczko żyje z turystyki i stało się bazą turystyczną do wypadów w odległe zakątki regionu Kimberley. Nadal poławia się, a obecnie hoduje perłopławy i handluje w tym miejscu perłami. Chyba tylko dlatego, na pamiątkę dawnej świetności, China Town nosi tę nazwę, gdyż tu znajdują się najokazalsze sklepy jubilerskie oferujące te precjoza.

Pod wieczór jedziemy na słynna plażę „Cable Beach”, której nazwa wzięła się od przechodzącego wzdłuż jej brzegów podmorskiego kabla telegraficznego, położonego w 1899r. pomiędzy indonezyjską wyspą Jawa a Broome i która to linia połączyła Australię Zachodnią i jej stolicę Perth z Londynem i światem.

Okazuje się, że plaża jest otwarta dla wjazdu pojazdów z napędem 4×4, z czego oczywiście korzystamy. To naprawdę pierwsze miejsce, gdzie nie przesadzono z opisem, 22km długości biała plaża snuje się kilkuset metrową wstęgą wzdłuż turkusowej wody Oceanu Indyjskiego. Rozkoszujemy się widokiem i atmosferą jaka tu panuje. Wreszcie możemy w tym miejscu nieco odpocząć.

19-02-10-map

11.02.2019r. poniedziałek – dzień 38. Broome > Sandfire Roadhouse > Graed Sandy Desert > Pardoo Roudhaus > Port Hedland – 650km

Tej nocy odrobiliśmy zaległości „spaniowe”, a nocleg w klimatyzowanym pomieszczeniu dał nadspodziewaną ulgę. Rano jeszcze raz objeżdżamy niewielkie miasteczko, łącznie ze „słynnym” China Town i jedziemy do oddalonego o parę kilometrów na północ portu, a później do położonego nieco dalej Gantheaume Point położonego na terenie„Yawuru Conservation Park”, tuż obok latarni morskiej. Najciekawsze są skały okalające morski cypel, w odcieniach czerwieni i pomarańczu tworzą fantastyczny krajobraz w połączeniu z kolorami otaczającego go oceanu.

Nasyciwszy zmysły ruszamy na południe wzdłuż brzegu w kierunku Port Hedland. Mamy przed sobą do pokonania 650km płaskiej przestrzeni będącej pn-zach. granicą wielkiej piaszczystej pustyni „Great Sandy Desert”. I cóż możemy powiedzieć i napisać o tym przejeździe… dopadł nas sygnalizowany wcześniej przez Australijczyków tzw. „terror dystansu”. To wielkie przestrzenie, które musimy pokonać i nigdzie po drodze nie można się zatrzymać na dłużej niż na sikanie. Skwar, wszędobylskie muchy i wielkie, wielkie… „nic”. Nasze hasło; „…nuda… jest zbyt nudna… aby się nudzić…” o mały włos byłoby pokonane… Droga ciągnie się jak prosta wstęga, aż po horyzont i jeszcze dalej… Nawet jedna ze stacji paliw, która ulokowana jest na trasie nosi nazwę „Sandfire Roadhouse”, płonący piasek.

Pod wieczór docieramy do portowego miasta Port Hedland, które jest jednym z największych portów przeładunkowych rudy żelaza na świecie. Panuje tu ekstremalny klimat, co kilka lat nawiedzają ten region cyklony, które niszczą wszystko na swej drodze. Czerwony pył rudy żelaza zwiewany z hałd i jadących pociągów drogowych wgryza się wszędzie, gdzie tylko się da. Cała okolica pokryta jest grubą jego warstwą, a unosząca się zawiesina powietrzna ma rudawy odcień. Oczywiście miasto nie oferuje nic turyście, co oczywiście nie zwalnia nas od rzucenia okiem na główny port załadunkowy tego minerału. Ogromne statki prosto z z taśmociągów napełniane są rudą. To tutaj można spotkać najdłuższy pociąg na świecie – 8 lokomotyw, ponad 7km długości i tylko jeden maszynista. Trasę z kopalni rudy żelaza w Newman do Port Hedland pokonuje w 10 godzin.

Na wjeździe do portu przy stacji BP ulokowało się małe muzeum z mało ciekawymi eksponatami i to tyle. Wszędzie mnóstwo pick-upów z górnikami i wielkie pociągi drogowe składające się nawet z pięciu przyczep. Nocleg zarezerwowaliśmy na szczęście w „rekreacyjnej” części miasta położonej 10km od centrum i portu, na terenie „Discovery Parks”. Mamy do dyspozycji bungalow z węzłem sanitarnym i klimatyzacją (89 AUD).

19-02-11-map

12.02.2019r. wtorek – dzień 39. Port Hedland > Roebourne > Nanutarra Roadhouse > Exmouth – 820km

Dzisiejszy dzień rozpoczynamy nieco wcześniej, świadomie postanowiliśmy jednym ciągiem przebyć dzisiaj dystans dzielący nas od Exmouth, gdyż tak naprawdę nie mamy innej alternatywy, po prostu na trasie nie ma żadnej miejscowości, poza miejscowościami górniczymi i kopalniami. Kolejny dzień kiedy dopada nas „terror dystansu”. Jedyna atrakcja na trasie to byłe więzienie w starej górniczej osadzie Roebourne. Wokół i w solidnych kamiennych jego murach ulokowano muzeum oraz ośrodek kulturalny dla społeczności aborygeńskiej, gdzie miejscowe malarki wykonują swe dzieła. Za zgodą kierownika obiektu dane było nam podglądnąć ich pracę i oglądnąć powstające tu dzieła.

Podczas tankowania na jednej z nielicznych stacji paliw „Nanutarra Roadhouse” mieliśmy spotkanie z pierwszym motocyklistą jakiego spotkaliśmy na trasie od wyjazdu z Darwin. Zawzięty facet, harleyowiec, w upale sięgającym 45ºC przemieszcza się tutejszym latem wokół australijskiego piekła, z Darwin przez Alice Springs, Adelajdę, Perth do Darwin. Mamy wielki podziw dla takiego wyczynu znając z autopsji podobne motocyklowe przejazdy w Uzbekistanie przez pustynie „Kyzył Kum”. Mamy dzisiaj również sposobność przebijać sie poprzez wieli pożar buszu, którego skutki tak często widzieliśmy na trasie przejazdu po terytorium Australii. Dla nas wydaje się to być tragicznym zdarzeniem, jednak w miejscowym ekosystemie, to jeden z cyklów rodzącego się na nowo życia i stały fragment miejscowego krajobrazu. Tylko, pożar i wielka temperatura otwiera nasiona niektórych roślin, które na nowo nawiezionej poprzez spalenie ziemi znajdują warunki do zapoczątkowanie nowego ich życia. Pod wieczór, jeszcze przed zapadnięciem zmroku docieramy do Exmouth. Przeciętna prędkość przejazdu wyszła 100km/h, a na trasie utrzymywałem cały czas prędkość z GPS-a 110km/h. Jak widać krótkie chwile na siusiu nieco obniżyły średnią.

Lokujemy się na nocleg „Ningaloo Lodge” (110 AUD). Na szczęście dotarliśmy na miejsce na 10min przed zamknięciem supermarketu, więc na obiado-kolację będą ponownie steki. Skoro jesteśmy przy sklepie, to przedstawimy tutejsze ceny. Najciekawszą mają jabłka 7,90AUD, jakieś 20zł kg. Zaraz mamy przed oczami te nasze, piekne i smaczne, a nie zebrane z drzew wtym roku, których tyle widzieliśmy podczas jesiennych przejazdów po „sadowniczej” Polsce. Właściwie co do cen można poza małymi wyjątkami przyjąć następująca zasadę, że te widoczne na półkach w nominale przypominają nasze, krajowe, tylko należy zastosować przelicznik ok. x 3 i już mamy właściwą cenę. Wyjątki to paliwo, którego cena nawet przemnożona przez ten przelicznik jest sporo niższa od tej w Polsce, mięso wołowe w super gatunku jest również tańsze, natomiast wszystkie warzywa i owoce nie mieszczą się w żadnych kryteriach – winogrona 7.90, banany 4,90, pomidory 5,00 itp.

19-02-12-map

13.02.2019r. środa – dzień 40. Exmouth > Interpretation Centre (Aquarium) > Naval Communication Station Harold E. Holt > Bundegi Beach > Vlaming Head Lighthouse > Ningaloo Coast > Coral Bay > Zwrotnik Koziorożca > Carnarvon – 430km

Wreszcie mamy pierwszy dzień, gdzie możemy co nieco pozwiedzać i zaplanować takie czynności. Jednak najciekawsze w tym miasteczku jest obcowanie ze strusiami Emu. Tak zadomowiły się w tym miejscu, że praktycznie stały się równorzędnymi mieszkańcami. Jeden z dużych osobników dotarł do naszego motelu i zapukał do recepcji. Mimo, że te wielkie ptaki są bardzo wścibskie i szukają smacznych kąsków, to nie wykazują żadnej agresji. Można się wręcz z nimi podroczyć. Przemieszczając się po mieście napotykamy na wiele grup i pojedyncze osobniki. Do tej pory napotkane na trasie na widok auta i ludzi pośpiesznie uciekały.

Ponieważ jesteśmy w pasie nadoceanicznym, tuż obok Rafay Ningaloo, największej barierowej rafy koralowej Australii rozpostartej na odcinku 260km, postanawiamy odwiedzić miejscowe „Interpretation Centre”, gdzie mieści się wielkie akwarium (wstęp 19AUD od os.). Zbiornik o pojemności 55tys. litrów jest domem dla szerokiego zakresu życia morskiego lokalnego środowiska rafy z ponad 100 gatunkami ryb, dziesięcioma bezkręgowcami (takimi jak małże i rozgwiazdy) i trzydziestu różnymi koralowcami, które można tu zobaczyć, tak jak w naturalnym środowisku żyją. Poza tym znajduje się tu ciekawa ekspozycja dotycząca zwierząt lądowych zamieszkujących te tereny.

Wróćmy jednak do miasta i istoty jego zaistnienia w tym miejscu. W okresie „Zimnej Wojny”, w 1967r. Zostało wybudowane przy ściśle tajnej stacji radiowej „Naval Communication Station Harold E. Holt”, utrzymującej łączność z atomowymi okrętami amerykańskiej marynarki wojennej i okrętów Royal Australian Navy patrolującymi Ocean Indyjski. Ciekawostką w tej sprawie jest postać Harolda Holta, uwczesnego premiera Australii, który podpisywał akt dzierżawy tych terenów pod amerykańską bazę, a który zaginął trzy miesiące później podczas pływania i został uznany za zmarłego. Na jego cześć dniu 20 września 1968 r. stacja została oficjalnie przemianowana na Stację Komunikacji Marynarki USA Harolda E. Holta. W latach 80-tych bazę zamknięto, ale 13 olbrzymich anten, nadajników długofalowych pozostało. Postanawiamy tam dotrzeć i zobaczyć to cudo. Wielkie anteny ulokowane są na samym końcu półwyspu 14km od miasta. Najwyższa, Wieża Zero o wysokości 387 m, przez wiele lat była najwyższą sztuczną budowlą na półkuli południowej. Następnych sześć, każda o wysokości 364 metrów, umieszczone są w sześciokącie wokół Wieży Zero, a pozostałe sześć wież, każda o wysokości 304 metrów, również rozlokowane w sześciokącie umieszczone są w większym odstępie wokół centralnego punktu. Najlepiej wszystko widać z przyległej plaży „Bundegi Beach”, gdzie będąc w tym miejscu żarzyliśmy przy okazji morskiej kąpieli. Podjeżdżamy jeszcze w stronę „Vlaming Head Lighthouse”, gdzie z punktu widokowego ulokowanego obok latarni morskiej rozpościera się panoramiczny widok na „Ningaloo Coast” i cały półwysep objęty obszarem parku narodowego „Ningaloo National Park”, wpisanego w 2011r. na światową listę UNESCO.

Wybrzeże Ningaloo to miejsce ostrego i spektakularnego kontrastu pomiędzy bujną i kolorową scenerią pod powierzchnią Oceanu Indyjskiego w parku morskim Ningaloo i surowej, jałowej ziemi Parku Narodowego Cape Range, a główną atrakcją jest to, że plaże znajdują się w pobliżu rozległej rafy koralowej. Po objechaniu głównych miejsc półwyspu przemieszczamy się 160km na południe do następnego ciekawego miejsca oceanicznego wybrzeża „Ningaloo Coast”, do zatoki „Coral Bay” położonej na pd. krańcu rafy. Przepiękne plaże powodują, że pozostajemy to kilka godzin, pławiąc się w ciepłych wodach zatoki. Kolory nie do opisania, wokół wydmy, pod nogami bielusieńki piasek, krystalicznie czysta woda w oceanie i te jej kolory… turkus, błękit, szmaragd… , a nad nami błękit nieba skąpany w słońcu.

Profilaktycznie, pomni upałów zarezerwowaliśmy jeszcze na dzisiejszą noc lokum z klimatyzacją w miejscowości Carnarvon, 240km dalej na południe. Teraz żałujemy tej decyzji, gdyż tu radykalnie zmieniły się temperatury, które spadły o ok. 10ºC w dół, a przy zatoce znajduje się przyjemny kemping. No cóż nie przewidzieliśmy takiej sytuacji, musimy opuścić ten piękny teren i jechać dalej na nocleg do Carnarvon. Na trasie mijamy już po raz czwarty w tej podróży Zwrotnik Koziorożca, teraz już cały czas nasza trasa przejazdu będzie wiodła na południe od niego, co myślimy zaowocuje niższymi temperaturami. Na miejscu jesteśmy o zmroku i lokujemy się „Coral Coast Tourist Park”, gdzie mammy wynajętą kabinę mieszkalną (99 AUD). Wieczór jest tak przyjemny, że po raz pierwszy spędzamy go relaksując się na zewnątrz. Od jutra ponownie rozpoczynamy kempingowe wersje noclegownia.

19-02-13-map

14.02.2019r. czwartek – dzień 41. Carnarvon > Pelican Point Reserve > One Mile Jetty Museum > plantacja mango i banany > Carnarvon Space and Technology Museum > Hamelin Pool Stromatolites > Shell Beach Conservation Park > Denham > Monkey Mia Dolphin Resort – 400km

Dzień rozpoczynamy od objazdu niewielkiego miasta Carnarvon ulokowanego u ujścia rzeki Gascoyne River do oceanu. Docieramy na niewielu półwysep po drugiej stronie małej zatoki Pelican Point Reserve, ale najciekawszym miejscem jest stary port i powstałe w tym miejscu w jego zabudowaniach muzeum „One Mile Jetty Museum”. Wyjątkowością tego miejsca jest to, że namorzynowy, podmokły teren okalający miasto w latach kiedy go zakładano uniemożliwiał wybudowanie konwencjonalnego portu. Wybudowano więc w 1910r. długie na jedną milę drewniane molo, po którym transportowano towary na statki zacumowane daleko w oceanie. Najpierw towary przewożono na wielkich wozach, później położono torowisko, a za napęd służyła mała lokomotywa. Wszystko to można zobaczyć rozlokowane wokół muzeum. Niestety po 110latch pomost jest na tyle zniszczony przez „ząb czasu”, że obecnie nie można po nim spacerować i czeka na środki aby go odrestaurować. Wyjeżdżamy z miasta które jest owocową stolicą Australii Zachodniej, całe obszary przyległe do rzeki Gascoyne River zajęte są przez wielkie uprawy bananów, wielu odmian Mango i granatów. Na farmy można podjechać i na świeżo zakupić owoce.

Na wyjeździe z mista czeka jeszcze na nas jedna atrakcja, jaką jest „Carnarvon Space and Technology Museum”. W latach sześćdziesiątych XX wieku NASA zbudowała tu stację radionamiernika dla obsługi programów kosmicznych Gemini i Apollo. Stacja została zamknięta w połowie lat siedemdziesiątych, a później wykorzystując historię stworzono tu muzeum astronautyki. Można nawet odbyć symulowany lot w kapsule „Apollo”. Ponieważ nasz polazd wypożyczony jest w firmie „Apollo”, mamy więc podwójny powód aby odbyć taki lot.

Dopiero w południe opuszczamy rejon miasta Carnarvon i kierujemy się dalej na południe w rejon zatoki „ Shark Bay”. Zatoka Rekina, to stosunkowo płytka zatoka Oceanu Indyjskiego, wcinająca się w wybrzeże w miejscu najbardziej wysuniętym na zachód tego kontynentu. Naszym dzisiejszym celem jest dotarcie do najdalej na zachód wysuniętego miasta Australli, Denham i plaża Monkey Mia. W 1991 roku zatoka została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po zjeździe z głównej drogi na zach. w stronę zatoki odwiedzamy ciekawe miejsce ulokowane na południowych jej brzegach, jakim jest „Hamelin Pool Stromatolites”. Lazur wody i skaliste wybrzeże są przyjemne dla oka, jednak znaczenie tego miejsca wynika z obecności stromatolitów, tworów związanych z procesem życiowym sinic, liczącym 3,5mld lat i należących do najstarszych śladów życia na Ziemi. To właśnie ich obecności zatoka zawdzięcza miejsce na światowej liście UNESCO. Aby ułatwić zwiedzenie tego miejsca wybudowano specjalne trapy i pomosty z których można podziwiać te dziwne formacje.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej docieramy do następnego ciekawego miejsca, jakim jest „Shell Beach”, fragment wybrzeża zbudowany z niezliczonej ilości białych muszelek, które miejscami zalegają na głębokość 15m. Pod wieczór docieramy do Denham, uzupełniamy szybko zapasy i jedziemy jeszcze następne 25km na drugą stronę półwyspu do plaży „Monkey Mia”, aby na terenie „Monkey Mia Dolphin Resort” pozostać na nocleg na tamtejszym polu kempingowym.

Ośrodek przepięknie przygotowany na przyjęcie turystów, świetna organizacja zakwaterowania, a wszystko pachnie świeżością (46AUD). Ponadto po upalnym dniu mamy tu orzeźwiającą aurę, można by rzec, że jest nieco zimnawo. Relaks w takim miejscu to prawdziwa przyjemność, a i wreszcie nasz pojazd jest 100% przydatny do takiej formy kempingowania.

19-02-14-mapa

15.02.2019r. piątek – dzień 42. Monkey Mia (delfiny na żywo) > Denham > Ocean Park – Aquarium (rekiny) > Kalbarri National Park > Kalbarri – 430km

Powodem dla którego znajdujemy się w tym miejscu nie jest specyficzne, wybrzeże, nie plaża, tylko delfiny. Monkey Mia to jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie żyjące na swobodzie delfiny butlonose podpływają do stojących na brzegu ludzi. Prawie codziennie między godziną 7:45 a 12:00 na plażę przypływa pięć samic z małymi i są karmione przez strażników z Departamentu ds. Parków i Dzikiej Przyrody, a przy których mogą asystować turyści. Delfiny przypływają na plażę od lat 60. XX wieku, kiedy rybacy zaczęli karmić je odpadkami z połowów. Przyjaźń człowieka z tymi ssakami, spowodowała, że stadko delfinów regularnie przypływało do plażowiczów i pozwalało się głaskać. Dopiero później uczyniono z tego miejsca wielki biznes turystyczny. Od 1984 roku delfiny z Monkey Mia są przedmiotem nieprzerwanych obserwacji i badań biologów z wielu krajów i są to najdłużej prowadzone nieprzerwanie badania delfinów butlonosych na świecie.

Postanowiliśmy wstać wcześnie rano aby przyjrzeć się jak wygląda to naprawdę. Tego poranka przypłynęło ich około dziesięciu. Niesamowite było to, że delfiny niezrażone obecnością turystów przebywających na plaży podpływały do nas, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Baraszkują przy brzegu, czasem wręcz pozują do zdjęć, obserwując to co dzieje się na plaży. Przebywamy z nimi ponad godzinę, a cały spektakl wręcz nie ma końca. Jednego czego pilnują strażnicy, to aby w tym czasie kiedy przypłynęły nie wchodzić do wody.

Zaspokoiwszy doznania związane z przebywaniem wśród delfinów, zwijamy obozowisko i ruszamy dalej na trasę. Powracając do Denham, odwiedzamy pobliskie laguny, zaglądamy nad morski brzeg, objeżdżamy kameralne miasteczko, a następnie ruszamy dalej na południe w kierunku głównego szlaku.

Kilkanaście kilometrów za miastem podjeżdżamy jeszcze do „Ocean Park – Aquarium”. Jak mogłoby być, aby być nad „Shark Bay”, a nie widzieć rekina na żywo. Właśnie to miejsce umożliwia taką obserwację, jak i wszelkich innych stworzeń morskich żyjących w jej wodach; ryb, żółwi, węży morskich, płaszczek itp. (wstęp 25AUD od os.). Zwiedzanie z przewodnikiem jest tak zorganizowane, że dołącza się do grupy zwiedzających w bądź jakim momencie i opuszcza po odbyciu całego cyklu pokazów w miejscu gdzie się rozpoczęło. Nie ma więc niepotrzebnej straty czasu na czekanie na oprowadzanie. Oczywiście przewodnicy swą australijska wymową są mało zrozumiali i trudno wyłapać z przekazu wszystkie szczegóły, jednak najważniejsze było zobaczenie na żywo wielkich rekinów. Przygotowany jest do tego wielki basen, gdzie chodząc po trapach można je z bliska obserwować. Ciekawy jest spektakl karmienia, kiedy można zobaczyć wielkie szczęki najeżone zębami. Całość zwiedzania zajmuje około godziny.

Dojeżdżamy do głównej trasy No.1 i kontynuujemy jazdę na południe. Po następnych 180km ponownie zbaczamy na zachód z głównej trasy, aby dotrzeć do miejscowości Kalbarri, położonej w centrum parku narodowego noszącego te samą nazwę „Kalbarri National Park”. Na tym kończymy dzisiejszy przejazd i znajdujemy miejsce kempingowe na terenie „Murchison Caravan Park” (37AUD). Jutro zajmiemy się zwiedzaniem parku, a dzisiaj oddajemy się uczcie kulinarnej. Ponownie steki i wino, trudno już nam sobie wyobrazić inny scenariusz kempingowych wieczorów…

19-02-15-mapa

16.02.2019r. sobota – dzień 43. Kalbarri > Kalbarri National Park – Nature’s Window > Kalbarri N.P. – Island Rock, Natural Bridge > Port Gregory – Pink Lake > Nortthampton- Chiverton House Museum > Geraldton > Dongara – 350km

Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na zwiedzenie rozległego „Kalbarri National Park”. Jest to zdecydowanie jedno z piękniejszych miejsc w Australii, a łatwy dostęp sprawia, że jest to najczęściej odwiedzany park na Zachodnim Wybrzeżu. W miejscowym centrum informacji turystycznej otrzymujemy odpowiednie mapy i wskazówki co do zwiedzenia najciekawszych miejsc, wykupujemy bilet wstępu na pojazd, 13AUD i jedziemy w jego obszar, najpierw w część, którą stanowią kaniony, wąwozy i urwiska wyrzeźbione przez rzekę Murchison. Ten zakątek parku pełen jest tras trekkingowych, platform widokowych oraz ścieżek, które w mniej lub bardziej męczący sposób pozwalają odkryć wszystkie wspaniałości tego miejsca. Docieramy do końca drogi, a następnie ze względu na temperaturę wybieramy niezbyt długą trasę trekingową prowadzącą do platformy widokowej „Natural Window”. Przed wejściem na teren parku ostrzega nas kila znaków, że gorąco zabija i że każdy z nas powinien mieć przy sobie 3 litry wody. Dalej już naturalną ścieżką docieramy do sztandarowej formacji skalnej parku, będącej naturalnym skalnym oknem.

Powracając z tej części parku zaznajamiamy się z nowo poznaną w tym rejonie roślinnością. Dalszą część parku znajdująca się nad oceanem i obejmuje nadmorskie klify „Costal Cliff”. Ta nadmorska część parku zrobiła na nas nie mniejsze wrażenie. Na trasie wzdłuż brzegu ulokowano tarasy widokowe zawieszone nad przepaściami. Miejsca szczególnie warte uwagi to „Natural Bridge” i „Island Rock”.

Opuszczamy rejon „Kalbarri National Park” i kierujemy się dalej na południe wzdłuż brzegu oceanu do miejscowości Port Gregory. Tuż przed wjazdem do miasteczka czeka na nas nie lada atrakcja w postaci „Pink Lake”, różowego jeziora. Byłem kiedyś w Senegalu nad różowym jeziorem, jednak tutejszy kolor o niebo przebija tamtejsze widoki. Tak do końca nie wiemy czemu woda tego akwenu zawdzięcza swój kolor, z pewnością jest to specyficzny roztwór soli, jednak do końca nie jesteśmy przekonani w tej sprawie.

Po objechaniu małej osady Port Gregory, która tak naprawdę nie ma nic więcej do zaoferowania powracamy do głównego szlaku w kameralnej miejscowości Nortthampton, będącej niegdyś centrum rolniczego regionu, angielskich osadników. Do dzisiaj pozostało wiele pamiątek z tamtego okresu, które można pooglądać w miejscowym „Chiverton House Museum”. Najbardziej zaciekawiły mnie dwa traktory z lat 20-tych ubiegłego wieku, produkcji amerykańskiej firmy Case, napędzane ślinikami benzynowymi. Firma ta rozpoczęła swą działalność już w 1842r produkując traktory z napędem parowym i trwa w swej działalności po dzień dzisiejszy.

Dalej to szybki przejazd prze niezbyt ciekawe miasto Geraldton, gdzie w sobotni wieczór znaleźć otwarty supermarket i dalszy przejazd do nadoceanicznej miejscowości Dongara. Taka mało ciekawa mieścina, a mamy problem ze znalezieniem kempingu w przyzwoitej cenie. Na jednym z takich pół zażądano 50AUD za stanowisko kempingowe. Jednak na drugim końcu plaży znajdujemy odpowiednie lokum w „Dongara Holiday Park” (36AUD).

19-02-16-mapa

17.02.2019r. niedziela – dzień 44. Dongara > Leeman > Green Head > Jurien Bay > Cervantes > Nambung National Park – Pinnacles Desert > Perth – 380km

Dzisiejszy przejazd to pokonanie ostatniego odcinka trasy dzielącej Darwin od Perth. Poruszamy się wzdłuż oceanicznego brzegu zaglądając do kolejnych, małych kurortowych miejscowości; Leeman, Green Head, Jurien Bay, Cervantes. Wszystkie piękne, uporządkowane, trapy, tarasy widokowe, wybetonowane ścieżki spacerowe… wspaniale, tylko brak jednego… brak życia… Pusto, cicho jedynymi turystami jesteśmy my. Przecież w tym miejscu to pełnia sezonu i australijskie lato… Z zachwytem wspominamy pobyt w naszych nadmorskich miejscowościach w okresie letnim, gdzie wszystko tętni życiem, tu tego nigdzie nie spotkamy, to nie ta kultura i nie te zwyczaje… Czyli morał taki, że dobrobyt i precyzyjne uporządkowanie nie koniecznie służy człowiekowi w jego beztroskim bycie.

Jadąc dalej na południe, kilkanaście kilometrów za miejscowością Cervantes, zbaczamy 7km z głównej drogi No.1 na wschód i podjeżdżamy od do parku narodowego „Nambung National Park”. Płacimy 13AUD za wjazd naszego auta i objeżdżamy ten niezwykły obszar. Dlaczego niezwykły? Gdyż widzimy wokół tysiące wapiennych stożków o nieregularnych kształtach wyrastających z drobnego, żółtego piasku. Pinakle rozrzucone po całej pustyni osiągają wysokość od kilku centymetrów aż do 5 metrów (Pinnacle – to angielskie słowo oznaczające wierzchołek lub wieżyczkę). Są to pozostałości po drzewach, które kiedyś porastały cały ten teren. Legenda Aborygenów głosi, że każdy z tych stożków to wróg plemion zamieniony przez Bogów w kamienny postument. Pustynia „Pinnacles Desert” jest jednym z najbardziej niesamowitych miejsc w Australii Zachodniej. Wędrując dookoła tych niezwykłych formacji można przenieść się do innego, magicznego świata w zaledwie kilka sekund i poczuć się jak na innej planecie. Po wyznaczonej części pustyni można poruszać się pieszo lub samochodem. Czterokilometrowa, nieutwardzona droga ciągnie się dookoła formacji dostarczając niezapomnianych widoków. Liczne zatoczki umożliwiają bezpieczne zaparkowanie samochodu oraz dostęp do punktów widokowych.

Tu kończymy dzisiejsze zwiedzanie i przemieszamy się następne 190km do stolicy Australii Zachodniej, Perth. Jeszcze po drodze uzupełnienie naszego prowiantu i przed wieczorem meldujemy się w zarezerwowanym wcześniej lokum, miejscowym odpowiedniku kwatery prywatnej „Homestay Mimi’s House”, które wynajęliśmy na następne trzy dni pobytu, położonego na peryferiach miasta. Jest to prywatny dom starszego małżeństwa, które przybyło niegdyś w te strony z Seszeli. Mamy wszystko co potrzeba i to za rozsądną cenę 63AUD za każdy dzień pobytu. Wreszcie będzie czas na uzupełnienie naszych wiadomości, odsapnięcie od jazdy, małą przepierkę i zwiedzenie Perth. Patrzymy na licznik od wyjazdu z Brisbane przebyliśmy 12250km, a od wyjazdu z Polski po Nowej Zelandii i Australii łącznie ponad 17tys. km. Aż sami nie możemy uwierzyć w te liczby, przecież to jedynie 44 dni podroży…

19-02-17-mapa

18.02.2019r. poniedziałek – dzień 45. Perth – dzień odpoczynku i pisania relacji

19.02.2019r. wtorek – dzień 46. Perth – zwiedzanie miasta

Po wczorajszej labie przyszedł dziś czas na odwiedzenie Perth. Piszemy tak dlatego, iż mieszkamy 15km od centrum stolicy Australii Zachodniej. Właścicielka posesji zaopatrzyła nas w mapę, przekazała instrukcje jak dojechać do miasta miejskim autobusem i jak z niego powrócić. Postępując wg tych wskazówek, już po pół godzinie wysiadamy z autobusu w samym centrum Perth. Miasto ulokowało się nad rzeką Swan, 20km przed jej ujściem do Oceanu Indyjskiego. Centrum miasta i większość przedmieści położone jest na piaszczystym i stosunkowo płaskim terenie. Założone zostało w 1829 r. i nazwane na cześć miasta w Szkocji o tej samej nazwie. W 1856 królowa Wiktoria nadała Perth prawa miejskie. Silny rozwój nastąpił po odkryciu w pobliżu miasta złóż złota na przełomie XIX i XX w. Populacja zwiększyła się z ok. 8 tys. w 1891 do 27,5 tys. w 1901. Do rozwoju miasta przyczyniło się także zbudowanie portu w Fremantle przy ujściu rzeki oraz doprowadzenie transkontynentalnej linii kolejowej z Adelaide w 1917. Jest czwartym miastem Australii pod względem populacji i zamieszkuje je prawi 2 mln mieszkańców.

O Perth mówi się, że jest to najbardziej słoneczna stanowa stolica Australii, jak również najbardziej odosobnioną metropolią świata. Od najbliższego dużego miasta, Adelajdy dzieli je 2845 km. Do Sydney jest stąd dalej niż do Dżakarty. Rozległe miasto posiada wiele terenów zielonych, piękne parki, niesamowite plaże i nie jest tak głośne i „napakowane” turystami i życiem nocnym jak np. Sydney czy Melbourne. Owszem, napotkacie tu również na drapacze chmur i zgiełk w centrum miasta, ale bardzo łatwo można od niego uciec, gdyż kilka ulic dalej przypomina peryferia. Większość ciekawych miejsc i atrakcji w centrum zwiedzić można na piechotę w parę godzin. To, co Perth ma do zaoferowania zupełnie za darmo w samym centrum to: Elizabeth Quay, London Court (klimatyczna brytyjska uliczka), kilka kościołów, dzielnica Northbridge z m.in. malutkim China Town, King’s Park z ogrodem botanicznym i inne pomniejsze parki. Właściwie całe centrum z przyległymi uliczkami obeszliśmy i to dokładnie w trzy godziny, wcale się nie śpiesząc. Czy to miasto nam się spodobało? Chyba niezbyt, co prawda panuje tu wielki spokój, brak wielkiego tumultu i gwaru, ale nie czujemy tu życia… jedynie w porze lanczu wyległa cała masa pracowników biurowych i zaległa wszystkie fastfoody. Jedyne co nas zachwysiło, to wkomponowanie pozostałości starej zabudowy w nowoczesną architekturę. Przed przyjazdem do centrum zakładaliśmy, że pozostaniemy tu do wieczora, jednak już wczesnym popołudniem powracamy do naszej bazy położonej w dzielnicy Wattle Grove.

Zakończyliśmy przejazd drugiego odcinka objazdu Australii z Darwin do Perth. Z 4200km które pokazywała mapa Google zrobiło się 5500km. Co do rozkładu dniowego to przejechaliśmy ten etap zgodnie z założonym wcześniej planem.

Jutro rozpoczynamy następny odcinek przejazdu, południową częścią kontynentu, a który będzie miał swój finał w Adelajdzie. Teoretycznie do pokonanie mamy odległość ok. 3300km, jak wyjdzie okaże się po dotarciu do celu.

australia-cz-1-2-trasa

Poniżej pokazujemy trasę, którą pokonaliśmy w trakcie pierwszej i drugiej części przejazdu po kontynencie australijskim, poprzez rejon Queensland, North Territory i Australię Zachodnią (zaznaczona pomiędzy czerwonymi strzałkami)

Od Brisbane, przez > Rockhampton > Townsville > Mount Isa > Tennant Creek > Alice Springs > Urulu > Katherine > Jabiru > Darwin > Katherine > Kununurra > Halls Creek > Fitzroy Crossing > Broome > Port Hedland > Exmouth > Carnarvon > Denham > Kalbarri > Geraldton > po Perth – 12250km.

Na fioletowo zaznaczona jest planowana trasa, na czerwono zaznaczone są te odcinki, które dołożyliśmy w tych etapach po korekcie naszej podróży, a na biało te które pominęliśmy i uległy zmianie, ze względu na pogodę, warunki drogowe i zakazy dotyczące pewnych dróg wydane przez wypożyczalnię pojazdu.

<<<< POPRZEDNIA ——– NASTĘPNA >>>>