05.01.2019r. sobota – dzień „0”

Naszą następną podróż rozpoczęliśmy już dzień wcześniej przejazdem pociągiem „Sobieski” z Pszczyny do Warszawy. Na dworcu czekała na nas Ala, koleżanka drugiej części wspólnego przejazdu po Indochinach, czyli naszej ostatniej, jesiennej wyprawy. Powodem wcześniejszego przyjazdu do stolicy było spotkanie, które wspólnie zaaranżowaliśmy będąc w Kambodży, a miało dotyczyć przyjacielskiej biesiady wszystkich uczestników wyjazdu prowadzonego przez Andrzeja, przewodnika biura podróży Horyzonty. Ala zrobiła w związku z tym rezerwację w klubie „Lolek”, gdzie i my o 18.00 przybyliśmy. Miało nas być kilkunastu, przybyło zaledwie osiem osób. Najpierw wielki deklaracje, później okazuje się, że wychodzi z takich „umawianek” wielka lipa. Na szczęście nasza solidna grupa, my, Ala i Luśka byliśmy w komplecie tworząc trzon tego spotkania. Tym co przybyli, jak wcześniej deklarowaliśmy przekazaliśmy po książce z naszej kolekcji objazdu świata. Przed północą impreza już w małym gronie przeniosła się do mieszkania Ali, gdzie dyskusje o podróżach trwały do trzeciej nad ranem. Na szczęście w niedzielę lot dopiero o 13.30.

06./07.01.2019r. niedziela / poniedziałek – dzień 1./2.

Po wspólnym śniadaniu o 11.00 pożegnaliśmy się na lotnisku z Alą i Lusią i w tym miejscu, tak naprawdę rozpoczynamy naszą następną wyprawę, tym razem do Nowej Zelandii i Australii. Wa-wa 13:25 > Dubaj 22:05, 7 sty 2019 (pon.) 02:00 Dubaj > 8 sty 2019 (wt.) 05:35 Auckland, N. Zeland. W Denpasar, na indonezyjskiej wyspie Bali mieliśmy jeszcze międzylądowanie, gdzie czas oczekiwania wyniósł dwie godziny.

08.01.2019r. wtorek – dzień 3. Auckland > Morinsville > Otorohanga (Kiwi House) > Tongaporutu (The Three Sisters) > New Plymouth – 400 km

Suma-summarum w tej lotniczej drodze byliśmy ponad 32godziny, a ekonomiczna klasa nie gwarantuje przyjemnego noclegowania…, a były w tym dwie pełne noce. Na szczęście lot był spokojny i bez żadnych dodatkowych przygód z przesunięciem czasowym 12godz, o 5.20, miejscowego czasu, nad ranem wylądowaliśmy w Auckland. Procedury lotniskowe tego kraju, są bardzo rygorystyczne, pod względem różnych nasionek i produktów naturalnych, więc wypisywanie kwitków, deklaracji i samej kontroli zajęły prawie dwie godziny. Zastanawia nas jedynie dlaczego tak rygorystycznie traktują tu wwożony miód, kara 10tys.NZ$???

Ponieważ rezerwację wypożyczenia auta dokonywałem wspólnie z zakupem biletów lotniczych, pojazd możemy odebrać zaraz po wylądowaniu. Okazało się jednak, że firma wypożyczająca „Drive NZ”, znajduje się kilka km. poza lotniskiem. Po skomunikowaniu się telefonicznie, podjeżdża po nas kierowca i dowozi do firmy. Jednak odbiór auta nie był do końca tak idylliczny, gdyż o porannej porze nie było tak naprawdę z kim pogadać o stanie technicznym, wyposażeniu i mankamentach wypożyczanego pojazdu. Dano nam tylko kluczyli do ręki i to wszystko. Toyota Yaris, choć nowa, to mocno poobijana, nie zatankowana i brudna, nie mamy żądnego protokołu odbioru auta. Jesteśmy mocno uczuleni na takie dziwne sytuacje, gdyż przy zdawaniu auta można wszystko wmówić klientowi, że uszkodzenia powstały podczas naszej eksploatacji. Daleko odbiór auta z firmie „Drive NZ” odbiega od przyjętych standardów. W końcu niekompetentny przedstawiciel właściciela auta zaproponował, aby wykonać własne zdjęcia uszkodzonych elementów i je opisać, aby przy zdawaniu nie mieć problemów. Inna alternatywa, to czekać do 9.00 na właściciela firmy. Robimy jak proponują, nie czekamy i przed ósmą ruszamy na trasę. Dzisiejszy przejazd po nieprzespanych dwóch nocach jest nieco ekstremalny, tym bardziej, że nocleg mamy 400km dalej w New Plymouth. Na szczęście mamy wspaniałą, klarowną pogodę, 23ºC i pełnia słońca. Soczyste, zielone krajobrazy urzekają, a zmęczenie podróżą mija.

Nie nastawialiśmy się dzisiaj na jakieś turystyczno-zwiedzające sytuacje, raczej będziemy podziwiać widoki które będą zdarzać się na trasie. Pierwszą atrakcją, która szczególnie Wiolę zainteresowała, było pierwsze spotkanie z ptaszkiem Kiwi, symbolem Nowej Zelandii. W „Otorohanga Kiwi Park & Native Bird Park” mogliśmy podziwiać tego nocnego nielota. Ponieważ chcieliśmy zobaczyć jedynie tego dziwnego ptaszka obsługa parku bez biletu wpuściła nas do specjalnego budynku, gdzie w półmroku można było go podglądać w stworzonym sztucznie środowisku, na wzór tego w jakim przebywa w naturze. Chyba każdy, kto przyjeżdża do tego kraju zastanawia się, gdzie może zobaczyć kiwi na żywo. Rzeczywistość niestety nie jest taka różowa… Ptak Kiwi jest zagrożony wyginięciem, a spotkanie go w naturze dodatkowo utrudnia fakt, że żeruje on w nocy. Nawet większość rodowitych Nowozelandczyków, choć to ich symbol narodowy nigdy w życiu go nie widziała… Jeszcze w latach 80-tych w kraju mieszkało kilka milionów Kiwi. Obecnie populację szacuje się na 70 000 osobników i bez pomocy ośrodków hodowlanych cały gatunek wymarłby w ciągu dwóch pokoleń. Co się stało? Ptak Kiwi padł ofiarą bezmyślności człowieka, który dla zysku sprowadził tu w 1987 roku oposy. Ich futro miało być doskonałym dodatkiem do wełny owczej. Niestety, drapieżniki te nie mały tu żadnych naturalnych wrogów i ich populacja gwałtownie wzrosła (do 70 milionów!). Ich ofiarą padły nowozelandzkie ptaki, przede wszystkim Kiwi, które jako nieloty nie mogły przed nimi uciec. Szczególnie narażone były wykluwające się pisklęta, gdyż cały proces wychodzenia z jajka zajmuje nawet około tygodnia, a wykluwający się pisklak wydaje dosyć donośne dźwięki. Tak więc opos może łatwo zlokalizować swój kolejny obiad… O skali problemu niech świadczy fakt, że jadąc samochodem co raz widzimy te sympatyczne zwierzaki rozjechane na drodze! Niestety, również psy są dużym zagrożeniem dla kiwi. W naturze jedynie 5% piskląt kiwi ma szansę na przeżycie, jednak przy pomocy człowieka ich szanse zwiększają się aż do 65%. Nowozelandzki Departament Ochrony monitoruje samce kiwi, które wysiadują jaja i w odpowiednim momencie przenosi je do inkubatorów w centrach ochrony na terenie całej Nowej Zelandii. Tam są „wysiadywane”, a ptaki po osiągnięciu odpowiedniej wagi wypuszczane na wolność.

Kilkukrotnie zatrzymujemy się na morskim brzegu, a najciekawszym miejscem było w okolicy miejscowości Tongaporutu, dojść podczas odpływu do specyficznych skał wystających z wody na wys. 25m, nazywanych „The Three Sisters” (trzy siostry).

Przed 18.00 docieramy do miejscowości New Plymouth położonej na brzegu Pacyfiku u podnóża wulkanu Taranaki. Jeszcze w kraju zarezerwowaliśmy tu nasz dzisiejszy nocleg w YHA Sunflower Lodge (74NZD za 2os. Pokój).

Kurs wymiany dolara nowozelandzkiego (NZD)

1dolar nowozelandzki (NZD) = 2,68zł

1 € = 1,67 NZD

1USD = 1,40 NZD

19-01-08-n-z-map_

09.01.2019r. środa -dzień 4. New Plymouth > Paraparaumu > Wellington – 400km

Po tak długim przejeździe z Polski do Nowej Zelandii, niezwykle przyjemnie wreszcie wyprostować się w wygodnym łóżku, ale nie doznalibyśmy takiej przyjemności, gdyby właśnie nie to totalne zmęczenie. Na szczęście rano jak nowo narodzeni po 10godz. snu ponownie z animuszem patrzymy na budzący się dzień. A jest na co patrzeć, gdyż przed nami w całej okazałości stoi dumnie wulkan Taranaki. Prosto z naszego zakwaterowania jedziemy na trasę „Pukeiti Scenic Route”, aby podziwiać ten cud natury Mt.Teranaki ( 2518m.n.p.m). Jest to, można by rzec, wzorzec typowego wulkanu, wyrastający z poziomu morza. Najpierw, od brzegu wznosi się lekko nad jego poziom rozległymi, zielonymi łąkami, następnie po ok. 20km pnie się do góry tworząc idealny stożek szczytu wulkanicznego. Przez następne 100km objeżdżamy ten wzorcowy z wyglądu wulkan z jego ośnieżonymi zboczami w górnych partiach kaldery. Dalej to przejazd brzegiem oceanu w kierunku stolicy, Wellington. Po drodze kilka razy zbaczamy na pobliskie plaże, z czarnym, połyskującym i mieniącym się w słońcu piskiem. Nocleg zarezerwowawszy w „The Thorndon Hotel” (74NZD pok. 2os.).

Wellington to stolica Nowej Zelandii, trzecie pod względem wielkości i liczby ludności miasto w tym państwie (ok.200tys.). Położona na Wyspie Północnej, w pobliżu geograficznego środka Nowej Zelandii. Nazwa miasta upamiętnia Arthura Wellesleya, zwycięzcę bitwy pod Waterloo i pochodzi od jego tytułu, pierwszego księcia Wellington, zaś sam tytuł dotyczy angielskiego miasta Wellington usytuowanego w brytyjskim hrabstwie Somerset. Za pierwszych mieszkańców obszarów zajmowanych współcześnie przez Wellington uznaje się polinezyjskie plemiona Kupe i Ngahue, które dotarły w pobliże obecnego miasta pod koniec X wieku. Zaawansowane osadnictwo rozpoczęło się od przybycia na wyspę statku Tory 20 września 1839 roku wraz z kilkudziesięcioma członkami New Zealand Company, organizacji zajmującej się kolonizacją Nowej Zelandii. Następnych 150 osadników przybyło w te okolice dopiero na początku 1840 roku. Pierwsi osadnicy stworzyli w pobliżu rzeki Hutt. osadę Petone, przez pewien czas zwaną Britannia. Ekspansja osadnictwa była powolna, ograniczały ją górzyste tereny wewnątrz wyspy.

Stolicą Nowej Zelandii Wellington stał się w 1865 roku, a wcześniejszą, funkcjonującą od 1841r. było Auckland.

19-01-09-n-z-map_

10.01.2019r. czwartek – dzień 5. Wellington > prom > Picton > Havelock > Nelson – 210km

Już o 7.30 meldujemy się w porcie promowym przed wypłynięciem na południową wyspę do Picton. Prom wypływa o 9.00, jednak załadunek sporej ilości aut osobowych i ciężarówek zajmuje sporo czasu. Pogoda niespecjalna, mocno wieje i pochmurnie, można by rzec nawet posępnie. Leciwy prom, o kiepskim standardzie odległość 92km dzielących obie nowozelandzkie wyspy pokonał w trzy godz.

Fajne widoki rozpoczęły się dopiero kiedy wpłynęliśmy w fiord prowadzący do portu w Picton. Szybkie wyokrętowanie i ruszamy w drogę po pd. wyspie. Kierujemy się pn. stroną na zachód w kierunku Havelock, światowej stolicy muszli, konkretnie chodzi o ich wersję konsumpcyjną w postaci wielkich jak ucho ludzkie muli. Oczywiście najwspanialsza była tu obiadowa uczta w dziewięciu odsłonach smakowych, w jednej z knajpek o wyłącznej specjalizacji w tym temacie „The Mussel Pot”.

Dalsza trasa zaprowadziła nas do nadmorskiego kurortu Nelson, który w czasach osadnictwa, jako osada rzemieślnicza, wyróżniał się zamiłowaniem mieszkańców do kultury i sztuki, za co był wykluczony, jako miasto z typowo farmerskiego regionu hodowców bydła.

Zakwaterowanie mamy w „Bouncing Lamb Backpackers”, tuż przy plaży dal surferów i kajtowców. Ponieważ dotarliśmy tu dość wcześnie mamy jeszcze czas na zwiedzenie miasta. Poza ciekawą zabudową w stylu wiktoriańskim, ciekawostką była wystawa przystrojonych choinek w miejscowej katedrze.

19-01-10-n-z-map_

11.01.2019r. piątek – dzień 6. Nelson > Westport > Tauranga Bay (seal colony) > Punakaiki (Pancake Rocks) > Hokitika > Ross – 420km

Kolejna noc przestawiania zegara wewnętrznego naszych organizmów. Na szczęście poszliśmy wczoraj spać dość wcześnie, gdyż już po piątej rano jesteśmy jak skowronki gotowi rozpocząć następny dzień. Wyjeżdżamy więc dzisiaj wcześnie na trasę, kierując się na zachód do portowej miejscowości Westport. Droga prowadzi malowniczą trasa przez góry.

Już koło południa docieramy do tego zaściankowego miasteczka. Jedna główna ulica, na jej końcu mieści się mały port. Podjeżdżamy jeszcze do samego ujścia kanału portowego, gdzie ciekawie mieszają się dwie wodne tonie, ta od morza i ta od lądu, do tego bardzo mocno wieje. Zawrazamy i jedziemy kilkanaście kilometrów za miasto na zachód do Cape Foulwind. Tu najpierw podziwiamy widoki spod latarni morskiej, a później kilka kilometrów dalej w Tauranga Bay podchodzimy do kolonii fok ulokowanej na skałach tej małej zatoki. W tym miejscu musimy nadmienić, że wszystkie te miejsca są świetnie oznakowane, przygotowane parkingi przy których znajdują się toalety.

Wracamy do głównej trasy i jedziemy dalej na południe w kierunku Greymouth. Po drodze zaglądamy do historycznej kopalni złota założonej w 1866r. „Mitchels Guuy Goldmine”, a później docieramy w okolice małej osady Punakaiki, gdzie ulokowane są na oceanicznym brzegu specyficzne skały o ciekawej nazwie „Pancake Rocks”. I rzeczywiście skały te wyglądają jak stosy naleśników. Ponadto morskie fale wyżłobiły jaskinie, groty i przepusty, które dodatkowo nadają temu miejscu niezwykłości. Miejsce jest znakomicie przygotowane pod turystów, jest duży parking, toalety i kafejka a wygodna alejka prowadzi przez około pół godzinki przez labirynt wystających z morza skał. Naleśnikowe skały swą nazwę zawdzięczają warstwowej strukturze a odwiedzać je najlepiej przy przypływie i wzburzonym morzu a to ze względu na tzw. blowholes, czyli takie morskie gejzery, gdzie woda wpychana przez fale do skalnych kominów wypryskuje w górę z wielkim rykiem na kilkanaście metrów.

Na koniec dzisiejszej trasy zaglądamy jeszcze do kameralnej miejscowości Hokitika, a dzisiejszą bazę noclegową mamy 37km dalej na południe w dawnej osadzie poszukiwaczy złota, miejscowości Ross. Tu zarezerwowaliśmy jeszcze w kraju pokój w „Ross Motels”. Ponieważ baza noclegowa w tym rejonie jest bardzo skromna to cena noclegu nad wyraz wygórowana 130NZD.

19-01-11-n-z-map_

12.01.2019r. sobota – dzień 7. Ross > Franz Josef Glacier > Fox Glacier > Knights Point (UNESCO) > Haast > Lake Wanaka > Lake Hawea > Wanaka – 420km

Ruszamy tuż po ósmej na trasę, ale najpierw objeżdżamy „historyczne” (1867r. – nasza Chałupa jest o cztery lata starsza), górnicze miasteczko, które zostało złożone w tamtym okresie przez poszukiwaczy złota. Obecnie kilka budynków z tego okresu jest chlubą tej osady.

Pogoda wspaniała, na trasie prowadzącej na zachód, wzdłuż pn. brzegu podziwiamy wspaniałe widoki, gdzie w oddali widnieją ośnieżone szczyty gór. Po 130km docieramy do małej osady, obecnie kurortu Franz Josef, aby tuż za misteczkiem zboczyć kilka km w kierunku lodowca „Franz Josef Glacier” Na cztery km od czoła lodowca usytuowany jest parking, tu pozostawiamy naszą Toyotę i dalej urządziliśmy sobie prawie trzy godzinny treking w jego kierunku. Nagrodą po marszu była kawka we własnym wykonaniu.

Przejeżdżamy dalej na zachód tylko 35km i tuż za miejscowością Fox Glacier zbaczamy z trasy pod następny lodowiec „Fox Glacier. Tu nasza piesza wędróka zakończyła się jedynie godzinnym marszem do tarasu widokowego, nie mamy na tyle czasu aby zaliczyć następny parogodzinny treking.

Dalsza trasa prowadzi wzdłuż morskiego brzegu, gdzie co chwilę mocno wkraczamy w ląd pokonując kolejne nadmorskie pasma gór i podziwiając widoki na malownicze jeziora. Nad jednym z nich „Lake Paringa” urządziliśmy sobie lunch. Kilka kilometrów za Lake Moeraki docieramy ponownie do oceanu, gdzie na „Knights Point”, z wysokiego brzegu podziwiamy wspaniałe widoki na otwartą przestrzeń szmaragdowej, morskiej toni z której wyrastają ostre skały. Obszar ten wraz z Parkiem Narodowym którego centrum jest położona 25km dalej na zach. osada Haast zostały wpisane na światową listę UNESCO. Najbardziej zaskakuje roślinność i jej bujność w zakresie oceanicznego brzegu Morza Tasmańskiego. Poszczególne sekcje poszycia, krzewów i drzew układają się w zielone ściany, tworzące jakby naturalne zbocza – można się oszukać, myśląc że to kilkunastometrowy wał ziemny porośnięty różnorodnymi krzaczkami, w rzeczywistości tworzy go roślinność, a teren jest całkowicie płaski.

Teraz droga całkowicie odbija od oceanicznego brzegu i przez przełęcz Haast Pas 564m.n.p.m kierujemy się na południe poprzez pasma górskie w kierunku miejscowości Wanaka. Malownicza trasa po zjeździe do Makasora, prowadzi najpierw wzdłuż brzegu jeziora „Lake Wanaka”, a później wzdłuż „Lake Hawea”. Przed 19.00 docieramy do kurortu Wanaka, który tutejszą zimą zamienia się w centrum narciarskie. Dzisiaj całkowite przeciwieństwo temperaturowe, gdyż odnotowujemy 27ºC. Licząca ok. 8 000 mieszkańców Wanaka położona jest u brzegu ogromnego jeziora. Otoczona jest soczyście zielonymi łąkami i potężnymi górami, których ośnieżone wierzchołki można dostrzec z każdego punktu miasteczka. Wzdłuż jeziora i w górach wytyczono dziesiątki kilometrów szlaków trekkingowych i rowerowych. Wystarczy kilka minut jazdy autem, by dotrzeć na narciarski stok. Ulice miasta są szerokie, czyste i bardzo spokojne. Nocleg zarezerwowaliśmy wcześniej, jeszcze w kraju w „Holly’s Backpackers” (pokój 2os. ze wspólną łazienką 74NZD).

19-01-12-n-z-map_

13.01.2019r. niedziela – dzień 8. Wanaka > Bluff > Invercargill – 300km

Jeszcze wczoraj, na wjeździe do miasta zlokalizowaliśmy ciekawe miejsce, jakim jest „Puzzling World”. Od ponad czterdziestu pięciu lat miejsce to miesza się z ludzkimi rozumowaniem, bez względu na wiek, narodowość czy doświadczenie. Dzięki mieszance dziwacznych budynków, iluzji i słynnego na całym świecie Wielkiego Labiryntu, tak zaprojektowano te atrakcję, aby zbić z tropu twój mózg i rzucić wyzwanie twojemu postrzeganiu rzeczywistości. Postanowiliśmy sprawdzić tę dziwną atrakcję i rzeczywiście warto było. Najciekawszy był finał, gdzie wchodząc do toalety, najpierw robisz krok w tył i wycofujesz się myśląc że coś nie tak, a zaskoczony dopiero później kojarzysz w jakim jesteś tu świecie.

Niestety po blisko dwugodzinnym pobycie w świecie iluzji pogoda lekko się załamała i dopadł nas deszcz i chłód. Na trasie prowadzącej na południe od Wanaka, zwanej „Alpine Scenic Route” odnotowaliśmy jedynie 9ºC. Droga usłana jest wieloma atrakcjami i ciekawostkami, dla nas zaskoczeniem był „biustonoszowy płot”. Dalsza jazda na południe w kierunku Bluff, przebiegała w mniej lub bardziej ulewnym deszczu. Dopiero na samym południowym krańcu wyspy przestało lać i na „Stirling Point” można było zrobić pamiątkowe fotki. Najpierw kilka km. wcześniej minęliśmy Bluff, najbardziej na południe wysunięte miasto na Wyspie Południowej, ze słynnym, majowym festiwalem ostryg. Smakosze twierdzą, iż rosnące powoli w zimnych i czystych wodach cieśniny Foveaux ostrygi, są najdelikatniejsze na świecie… zdajemy się na ich opinię, gdyż w tym temacie nie jesteśmy znawcami… Jedziemy do samego końca, do Stirling Point, tu kończy się droga, dalej się już nie da. Oczywiście obowiązkowa fotka przy słynnym drogowskazie. Inną atrakcję stanowi rzeźba w formie łańcucha, „Giant Anchor Chain”, którego jeden koniec znika w oceanie tu, na wyspie południowej. Drugi znajduje się naturalnie po drugiej stronie cieśniny Foveaux Strait, na wyspie „Stewart Island” (to mało znana trzecia wyspa Nowej Zelandii), symbolizując związek i nierozerwalność.

Wracamy 27km do miejscowości Invercargill, gdzie mamy zarezerwowany nocleg w „Ibis Styles”. Invercargill to handlowe centrum regionu oraz jedno z najbardziej wysuniętych na południe zamieszkanych miejsc na świecie. Ponieważ jest wcześnie mamy czas na spacer po tym spokojnym, jakby zaściankowym mieście.

19-01-13-n-z-map_

14.01.2019r. poniedziałek – dzień 9. Invercargill > Orepuki > Te Anau > Zatoka Milforda > Te Anau – 420km

Ruszamy na trasę już przed ósmą. Pierwotnie zakładaliśmy, że finałem dzisiejszej podroży będzie Zatoka Milforda, ale po wczorajszym wywiadzie okazało się, że miejsc noclegowych na terenie „Fiordland National Park” o tej porze roku brak… Musimy więc dziś dotrzeć do Zatoki Milforda i z niej powrócić do oddalonego o 120km Te Anau, gdzie udało się wczoraj zarezerwować miejsce poprzez booking.com w jakimś bungalowie i to za sumę 120NZD, ponad 300zł… no cóż, to tutejsza pełnia sezonu.

Pogoda dzisiejszego poranka nadal nie rozpieszcza, jedynie 13ºC, wieje i co raz popaduje. Natomiast rekompensują te niewygody atmosferyczne, wspaniałe widoki i stan nowozelandzkich dróg. Pierwsze 180km pokonujemy w 2,5h i już o jedenastej, tuż za miejscowością Te Anau wjeżdżamy do „Fiordland National Park”. To największy park narodowy spośród 14 parków narodowych Nowej Zelandii, położony w południowo-zachodniej części Wyspy Południowej. Najważniejszym elementem krajobrazu, są fiordy, niegdyś dawne doliny rzeczne o stromych zboczach, przekształcone przez lodowiec, dzisiaj wypełnione wodą morską. Najsłynniejszym fiordem jest Fiord Milforda mający swój początek w Zatoce Milforda, którego długość wynosi 19 km. Chociaż fiordy kojarzą się przede wszystkim z Norwegią, można je znaleźć również po drugiej stronie globu… Przez długi czas pozostawała białą plamą na mapie. James Cook, który jako pierwszy eksplorował wybrzeże Nowej Zelandii bał się do niego wpłynąć. Widział co prawda wąski przesmyk pomiędzy górami, jednak z obawy przed zmiennym wiatrem potencjalnie uniemożliwiającym wypłynięcie, zdecydował się na ominięcie fiordu. Tak naprawdę, eksploracja Milford Sound na dobre rozpoczęła się dopiero w XX wieku. Niezwykle malowniczy fiord szybko zyskał miano „jednego z 8 cudów świata”, a tym samym najpopularniejszej atrakcji turystycznej w Nowej Zelandii.

Sama droga do Milford Sound jest przepiękna. Krajobraz przechodzi od szerokich łąk, poprzez polodowcowe jeziora, a w końcu zmienia się w surowe górskie szczyty, gdzieniegdzie jeszcze o tej porze roku z pozostałościami śniegu. Na trasie podziwiamy wiele spektakularnych wodospadów. Tak naprawdę co 15 minut trzeba się zatrzymać, wysiąść i cyknąć kolejną magiczną fotkę do naszej kolekcji… Wszystkie miejsca są szczegółowo oznaczone, a pomiędzy odwiedzanymi ciekawostkami przygotowano bezpieczne ścieżki, przejścia, kładki i widokowe tarasy. Na 18km przed celem napotykamy na Tunel Homer. Tak naprawdę jego otwarcie w 1953r. otworzyło drogę lądową do Zatoka Milforda. Prace budowy tunelu rozpoczęto w 1935 r., początkowo zaczynając od pięciu mężczyzn używających kilofów i taczek. Musieli oni mieszkać w namiotach w górzystym terenie, gdzie przez pół roku nie było kontaktu ze światem. Postępy były powolne, a trudne warunki, w tym pęknięcia w skale, które doprowadzały wodę z topniejącego śniegu do tunelu zatrzymały budowę. W końcu zbudowano małą elektrownię, która napędzana było wodą z pobliskiej rzeki i zainstalowano pompy aby wypompować 40 000 litrów wody napływającej na godzinę. Prace przerwała również II wojna światowa, a następnie wielka lawina, która zeszła w 1945 r. i zniszczyła wschodni wjazd do tunelu. Tak wiec dopiero w 1953r. tunel o długości 1200m otwarł dostęp lądowy do tego pięknego rejonu świata. Zatoka znajduje się w parku narodowym Fiordland, który wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Bardzo ciężko tu o dobrą pogodę, bo w ciągu roku jest tu ok. 182 dni deszczu, i rocznie spada go ok. 681cm. Nam udało się na szczęście zobaczyć Fiordy Milford Sound w słoneczny dzień. Przy samym fiordzie spędzamy ponad dwie godziny, a następnie ta samą drogą powracamy do Te Anau gdzie w „Lakefront Backpackers” gdzie mamy wynajęty bungalow.

19-01-14-n-z-map_

15.01.2019r. wtorek – dzień 10. Zatoka Milforda > Dunedin – 410km

Miejsce było tak przyjemne, że dziś nieco przyspaliśmy i dopiero o 10.00 ruszyliśmy na trasę. Pogoda pochmurna i zimno tylko 15ºC. Dzisiejszy przejazd do Dunedin to pofałdowany, farmerski teren, beż specjalnych krajobrazów, właściwie pokonanie przestrzeni wnętrza Południowej Wyspy od zach. na wschód. Już o 14.00 dotarliśmy do miasta i ulokowaliśmy się w Stafford Gables Hostel, gdzie wczoraj zarezerwowaliśmy przez booking.com dzisiejsze lokum.

Dunedin, portowe miasto położone jest na wschodnim wybrzeżu Wyspy Południowej, nad Zatoką Otago i liczy obecnie około 120 tys. mieszkańców. Jego historia sięga XVIII wieku, kiedy to na brzeg zawitał James Cook. Dopiero w połowie XIX wieku przybyli tu pierwsi osadnicy ze Szkocji, nadając tej miejscowości obecną nazwę. Szkockie wpływy są bardzo dobrze widoczne w kulturze regionu do dziś. Największy rozwój przyniosły czasu, kiedy w tym regionie w drugiej połowie XIX w odkryto złoto i przez ponad ćwierć wieku trwała wielka „gorączka złota”, podobna do tej z pogranicza Kanady i Alaski.

Zaraz po zakwaterowaniu ruszamy w miasto. Przede wszystkim warto tu zobaczyć wiktoriańską zabudowę, która zachowała się w najstarszych częściach miasta, w tym wiele kościołów. Ale najwspanialszą budowlą jest bryła dworca kolejowego. Na pierwszy rzut oka przypomina wystawny pałac z pięknym ogrodem. Stanowi prawdziwy cud architektury, którego autorem jest George Troup. Otwarty w 1906 roku zachwyca nie tylko zdobną fasadą, ale także wspaniałymi wnętrzami, które przypominają sale balowe. Obecnie utworzono w jego pomieszczeniach galerię i muzeum sportu, oczywiście rugby, która to dyscyplina jest narodowym sportem Nowej Zelandii.

Następnym miejscem które postanowiliśmy odwiedzić był browar. Co prawda nie uczestniczyliśmy w jego zwiedzaniu, gdyż nie było o tym czasie wejść, ale załapaliśmy się na degustację ośmiu gatunków piwa które są tu oferowane. Wszystko to miało miejsce zabytkowych, przepięknych wnętrzach pubu przyległego do browaru. W mieście znajduje się również najbardziej stroma ulica świata i pierwszy uniwersytet założony w tym państwie, do którego uczęszcza obecnie prawie 20tys. studentów.

19-01-15-n-z-map_

16.01.2019r. środa -dzień 11. Dunedin > Półwysep Otakou > Oamaru > Christchurch – 430km

Dzisiejsze do południa przeznaczyliśmy na objazd „Pennisula Otago”. Po drodze najpierw podjeżdżamy do zamku w Larnach. Nawet gdyby architektura Zamku Larnach nie była aż tak ujmująca, а zamkowy ogród nie różniłby się różnorodnością bujnie kwitnącej flory, to obiekt ten mimo wszystko i tak konkurencji żadnej by nie miał. A to dlatego, iż budynek ten, wzniesiony pod koniec XIX wieku w pobliżu miasta Dunedin w charakterze rezydencji rodzinnej, jest jedynym zamkiem w Nowej Zelandii… Historia zamku związana jest z bankierem i politykiem Williamem Jamesem Mudie Larnach, na życzenie którego w 1871 roku rozpoczęła się budowa rezydencji przeznaczonej dla jego rodziny. Przodkowie Larnacha, pochodzącego z australijskiego stanu Nowa Południowa Walia, byli wychodźcami ze Szkocji, dlatego też nic dziwnego, iż do budowy rodzinnego zamku William Larnach wybrał okolice miasta Dunedin, które pozyskało pochlebny przydomek „nowozelandzkiego Edynburga”. Ponadto usytuowana jest na wierzchołku wzgórza, z piękną panoramą wokół, jakby wyjętą ze szkockich krajobrazów. Obecnie rezydencja Larnacha otrzymała drugie życie dzięki rodzinie Barker, która poprzez nieustanny trud i troskę przywróciła tej zapomnianej budowli dawny blask i przeobraziła ją nie tylko w popularny obiekt turystyczny. Wytworna architektura, antykwaryczne wnętrza, cudowny ogród i wspaniałe widoki na wybrzeże są przyczyną nieustannego zainteresowania zamkiem, który do tego funkcjonuje również jako hotel. Bankiety, ceremonie ślubne i konferencje odbywają się za jego murami przez okrągły rok. Nie można również nie wspomnieć i o zamkowym ogrodzie, który osiągnął swój największy rozkwit właśnie za czasów rodziny Barker. W wyniku nieustannej opieki Margaret Barker, która jest nie tylko restauratorką budynków, ale i zapaloną ogrodniczką, zamkowy ogród przeobraził się w cały zespół parków tematycznych. Fundusz ogrodów Nowej Zelandii zasłużenie docenił trud Margaret Barker i uznał ogród Zamku Larnach za obiekt o znaczeniu międzynarodowym.

Dalej kontynuujemy objazd Półwyspu Otago, aż po sam przylądek, gdzie można wybrać się w dalszą drogę statkiem w poszukiwaniu albatrosów i pingwinów.

Wracamy do Dunedin, aby dokończyć wczorajsze zwiedzanie miasta. Na wyjeździe w kierunku północnym docieramy do jego najbardziej rozpoznawalnego miejsca, jakim jest Baldwin Street. To najbardziej stroma ulica świata o nachyleniu do 38%. Jej długość długości wynosi 359 metrów, a różnica poziomów między jednym końca drugim wynosi prawie 70 metrów.

Dalej wzdłuż brzegów morza przesuwamy się na północ, aby przed miejscowością Oamaru zjechać na plażę pod specyficzne głazy. Skały o nazwie „Moeraki Boulders”, togrupa dużych, kulistych konkrecji występujących na plaży Koehoke. Zabarwione na szaro, leżą na brzegu morza, czasem pojedynczo, a czasem w grupach. Wywołana przez fale erozja występującego na wybrzeżu mułowca regularnie uwalnia nowe kule.

Według legend osiadłych tu Maorysów, głazy są resztkami koszy na węgorze, tykw i batatów, które zostały wyrzucone na brzeg z wraku legendarnego statku Araiteuru. Według tych legend klify wchodzące w morze z Shag Point to skamieniały kadłub statku, a położony w pobliżu cypel, to ciało jego kapitana. W 1848 r. Wzmianki o głazach pojawiły się w relacjach władz kolonialnych już w 1850 roku, a w późniejszych czasach stały się atrakcją turystyczną.

Po następnych kilkudziesięciu kilometrach docieramy do portowego miasta Oamaru. Tu spędzamy kilka godzin, aby nacieszyć się atmosferą tego miejsca. To najciekawsze miasto w całej Nowej Zelandii, a zawdzięcza to pomysłowości artystycznej jego mieszkańców. Galerie, kultywacja tradycji i kultury historycznej, dbałość o harmonijny wygląd, to wszystko sprawia, że czujemy się tu jakby przesunięci w inny świat. Każdy budynek, to fragment historii, skansen lub muzeum. Podajemy się temu nurtowi i odwiedzamy kilka z zaprezentowanych tu wystaw, które przygotowali jego mieszkańcy dla gości odwiedzających to miejsce. Jak na warunki nowozelandzkie, ceny wstępów bardzo przystępne, wszędzie wchodzimy za 10NZD.

Pod wiecór docieramy do Christchurche, gdzie mamy zarezerwowany nocleg w „Comfy House with Breakfast”, jak się później okazało u sympatycznej pary Argentyńczyków z Buenos Aires, którzy w Nowej Zelandii mieszkają od pięciu lat

19-01-16-n-z-map_

17.01.2019r. czwartek – dzień 12. Christchurch (zwiedzanie miasta) > Półwysep Banks > Akaroa > Christchurch- 210km

Dzisiejszy dzień rozpoczynamy od zwiedzenia centrum Christchurch, miasta, które tak mocno ucierpiało w wyniku niedawnego trzęsienia ziemi. W wyniku wstrząsu zginęło 185 ludzi… a miało to miejsce 22 lutego 2011 roku. Myśleliśmy, że po 8 latach od najsilniejszego wstrząsu, centrum będzie już nieźle odbudowane i nie zauważymy wielu śladów po wydarzeniu. Nie do końca tak wygląda, w dalszym ciągu ścisłe centrum to plac budowy, rozkopane ulice, znaki ostrzegawcze i dziesiątki dźwigów. Co ciekawe, przywrócenie miasta do normalnego stanu zajmie jeszcze kilka lat. Spacerujemy po mieście podziwiamy ciekawe murale, które powstały na pustych ścianach po wyburzeniach.

Na koniec spaceru dotarliśmy do Canterbury Museum. Było to jedno z lepszych muzeów w jakim kiedykolwiek byliśmy i do tego za darmo! Można się tu przejść starą uliczką ze sklepami, salonami urody, fotografem, rzeźnikiem itp. i wejść do niektórych z nich, gdzie normalnie na półkach i za gablotkami są towary, a za ladą stoją sprzedawcy, oczywiście w postaci manekinów. Dzieci pod nadzorem rodziców mogą sobie usiąść na oldschoolowy rower i zrobić zdjęcie, co uczyniliśmy… Poznamy tu historię ludzi z Canterbury, jak pływają canoe, jak siedzą przed szałasem, pieką rybę lub polują na zwierzęta. Wszystkie ludziki i rekwizyty pełnowymiarowych rozmiarów, zresztą jak wszystko co w muzeum się znajduje. Zapoznamy się z życiem Maorysów przed kolonizacją oraz wzornictwem Nowej Zelandii, od nakryć głowy po buty plus wystrój wnętrz. Znajdziemy tu mnóstwo wypchanych zwierząt, które można spotkać w Nowej Zelandii – od kiwi nielota po wielkie albatrosy. Poznamy historię nowozelandzkiego sportu żużlowego. Osobnym działem jest podwój Antarktydy i wszystko to co z tym tematem jest związane.

W południe ruszamy na trasę po przyległym do miasta po wschodniej stronie półwyspie „Banks Peninsula”. Jest to obszar o fantastycznym, wręcz bajecznym kształcie. Przez Banks idą dwie drogi – główna, przechodząca przez jego środek i odbijająca od niej mniej więcej w połowie, „droga dla turystów” wiodąca serpentynami i bardziej widowiskowymi miejscami, żeby ponownie połączyć się w miasteczku Akaroa, małej, portowej miejscowość na końcu półwyspu. To dla niej ciągną tu turyści nie tylko z Christchurch. Na trasie odbijamy kilka km w bok aby przy zatoce „Barry’s Bay” odwiedzić „Ftench farm Winery and Restaurand”, gdzie testujemy trzy gatunki win produkowanych przez tą winnicę.

Natomiast Akaroa była niegdyś francuskim miasteczkiem, co widoczne jest dalej po francuskiej zabudowie miasta oraz flagach i napisach na witrynach sklepów. Mało kto mówi tu jeszcze po francusku, gdyż Francuzi z czasem zasymilowali się z Nowozelandczykami. Przemaszerowaliśmy urokliwymi uliczkami tego miasteczka, aż do jego końca, do angielskiej części Akaroy, pod latarnię morską. Z miasteczka wypływają też rejsy komercyjne, nastawione głównie na pokazywanie turystom delfinów, które często spotkać można w zatoce.

Wracamy do Chrischurche dopiero późnym popołudniem, oczywiście szukając zawsze innego wariantu przejazdu. Nocleg zarezerwowaliśmy dzisiaj rano przez booking.com ponownie Chrischurche w „Sandy Feet Accommodation”. I tym razem mamy dziwne zakwaterowanie u pani przybyłej z polinezyjskiej wyspy Tonga. Choć nieco oddalone od centrum, jednak przy tak niskiej cenie jak na N.Zeland, zakwaterowanie tak świetne i czyste że dajemy ocenę 10… (Cena ok. 167 zł = 65 NZD Adres: 148 Palmers road New Brighton, 8063 Christchurch).

19-01-17-n-z-map_

18.01.2019r. piątek – dzień 13. Chrischurche > Kaikoura > Picton – 360km

Opuszczamy wspaniałe lokum po dziewiątej i jedziemy dalej na północ w kierunku Kaikoura. Po drodze 50km od Christchurche w małej osadzie Waipara podjeżdżamy do winiarni „Waipara Hills Winery”. Tym razem jesteśmy w prawdziwej nowozelandzkiej winnicy. Pozwoliliśmy sobie na degustację tutejszych win, a gatunków jest całkiem sporo: Riesling, Pinot Noir Rosé, Pinot Noir, Pinot Gris, Riesling, Chardonnay i Sauvignon Blanc, te dwa ostatnie najbardziej lubimy, a tu są wyjątkowo smaczne. Pani obsługująca degustację wyjaśniła nam , na czym polega sukces tutejszych win. Okazuje się, że wtym rejonie słońce podczas tutejszego lata wybitnie intensywnie operuje, gdzie w połączeniu z długą, suchą i chłodną jesienią pomaga produkować unikalne, skoncentrowane Rieslingi i Pinot Gris, ich regionalne specjały. Sezon Waipara Valley jest szczególnie długi, gdyż rozwój pączków rozpoczyna się we już we wrześniu, a zbiory trwają do połowy maja. Ponadto średnio w tym okresie każdego dnia jest siedem godzin słonecznych. Mocno podyskutowaliśmy na temat tutejszej produkcji win, a w szczególności ich wysokich cen na rynku nowozelandzkim. Okazuje się, że dobre odmiany tych win można kupić u nas o wiele taniej iż tu na miejscu w Nowej Zelandii. Dlaczego tak jest, niestety pani nie była w stanie wytłumaczyć?

Po południu docieramy do Kaikoura. Do niedawna było to najbardziej popularne miejsce na Wyspie Południowej (jeśli nie w całej Nowej Zelandii) do podglądania delfinów i wielorybów w ich naturalnym środowisku. Rejsy odbywają się nadal, ale ich liczba została bardzo ograniczona. Winne temu jest trzęsienie z końca 2016 roku, które poważnie zdemolowało okolicę, w tym drogę z Christchurch do Kaikoury. Prace nad odbudową drogi numer 1 pomiędzy oboma miastami są nadal w toku, na trasie wielokrotnie stoimy w korkach przed jednokierunkowymi przepustami.

Nie korzystamy z dogodności helikoptera, samolotu, czy statku, podglądamy te zwierzaki z brzegu, jemy świetną „fiszch and chips” w miejscowej smażalni i ruszamy dalej w kierunku Picton. Cały czas jedziemy widokową trasą wzdłuż brzegu Pacyfiku, gdzie po jednej stronie góry, a po drugiej turkusowe morze.

Pod wieczór docieramy na kemping „Park and Park Motels” (75NZD), gdzie urządziliśmy sobie jagnięcą ucztę w postaci steków zakupionych wcześniej w supermarkecie – smakowały wybornie…

Jutro o 10.45 mamy prom i powracamy na Północną Wyspę.

19-01-18-n-z-map_

19.01.2019r. sobota – dzień 14. Picton > powrót promem na Pn.Wyspę > Wellington – 100km

Po dziesięciu dniach zwiedzania Pd. Wyspy wracamy promem o 10:45 na Pn. Wyspę. Na miejscu jesteśmy przed 14.00 i od razu kwaterujemy się w „Lodge in the City” (62,10 NZD), które to lokum zarezerwowaliśmy wczoraj przez booking.com. Pogoda na szczęście w miarę przyjemna, choć wieje niemiłosiernie. My od razu biegniemy w miasto, aby je szczegółowo zwiedzić. A jest tego zwiedzania całkiem sporo. Wellington ma trochę pecha, bo sporo osób na świecie zapytane o stolicę Nowej Zelandii odpowie: „chyba Auckland?”. No i wtopa. Na zwiedzanie Wellington powinniśmy wygospodarować zdecydowanie więcej czasu podczas podróży po Nowej Zelandii i to nie tylko dlatego, że stąd odpływają promy na Wyspę Południową ale cóż mamy go tylko tyle ile mamy i musimy dać radę. Istnieje jakaś niepisana zasada, że przy planowaniu podróży do jakiegoś kraju stolicę powinno i należy zwiedzić.

Wellington nie jest dużym miastem, a większość atrakcji zgromadzona jest w jego centrum. Zwiedzanie zaczęliśmy od nabrzeża, które jest atrakcją samą w sobie. Przy nadbrzeżu znajduje się super ciekawe muzeum Te Papa z bogatymi zbiorami dorobku materialnego Maorysów i pierwszych osadników. Miejsce to dostarczyło nam sporo wiedzy o ich historii i kulturze. Znajduje się tu też ciekawa galeria z wirtualnymi dziełami sztuki, w które odbiorca może się wkomponować. Dodatkowo w muzeum znajdujemy polski akcent, wystawa poświęcona historii dzieci z Pahiatua, czyli sierot, które po II wojnie światowej trafiły do Nowej Zelandii z Persji. Po przejściu nabrzeża niegdysiejszego portu, ciekawie skomponowanego architektonicznie przeszliśmy pod dolną stację kolejki „Cabel Car”, aby tą 100-letnią kolejką szynowo-linową dostać się do punktu widokowego na wzgórzu. Drogę w dół pokonaliśmy pieszo, spacerując wśród pięknych roślin, poprzez rozległy ogród botaniczny umiejscowiony na zboczu wzgórza.

Wellington nie ma urokliwego starego miasta, gdyż starszego ponad 150lat nie ma tu w ogóle, ale ma za to parlament zwany „Beehive” w kształcie… pszczelego ula, pod który docieramy po wyjściu z ogrodów. Nie wiadomo, jaka idea przyświecała architektowi. Może pomysł, że w parlamencie, jak w ulu, panuje rozgardiasz?

Wellington zachwyciło nas swoim położeniem. Często porównywane jest z San Franciszko, gdyż ciągnie się ono bajecznie wzgórzami wzdłuż Cieśniny Cooka, porośnięte kolorowymi, drewnianymi domkami.

Na koniec ciekawostka – w 1893 roku w Wellington nadano prawa wyborcze kobietom, co uczyniło Nową Zelandię pierwszym krajem na świecie, gdzie kobiety mogły głosować!