05.11.2018 poniedziałek – dzień 17. Wioska etniczna, rejs łodzią do Phnom Penh, zwiedzanie buddyjskich świątyń i spacer promenadą nad Mekongiem

Ponownie wczesna pobudka i już o 6.30, po śniadaniu idziemy nad jedną z odnóg Mekongu. Tu wsiadamy na małe łodzie i płyniemy do dwóch wiosek lokalnej mniejszości etnicznej trudniącej się rybołówstwem i rzemiosłem. Następnie przesiadka na rzece i szybką łodzią firmy „Hanghau Speed Boad” popłyniemy w górę Mekongu. Po 15km docieramy do posterunków granicznych Wietnamu i Kambodży. Odprawy w obu przystaniach przebiegają bardzo sprawnie, po stronie kambodżańskiej, najpierw błyskawicznie wystawiają nam wizy (35$USA od os.), a później szybka odprawa paszportowa.

Po przekroczeniu granicy rzecznej dopływamy wczesnym popołudniem do stolicy Kambodży – Phnom Penh. Tu kwaterujemy się w „Okay Guest House”. Po krótkim odpoczynku i lekkim obiedzie udaliśmy się „tuk tukami” do Wat Phnom, jednej z najstarszych świątyń buddyjskich w mieście położonej na niewielkim wzgórzu. To właśnie jej stolica Kambodży zawdzięcza swoją nazwę. Według legendy ponad sześciu wieków temu na brzegu rzeki Sap, Kambodżanka Penh znalazła cztery figury Buddy. Była majętną kobietą, więc kazała na pobliskim wzniesieniu zbudować świątynię, w której zostały one umieszczone. Chociaż wzgórze ma jedynie 27 metrów wysokości, jest ono najwyższym punktem w okolicy, a nazwa Phnom Penh znaczy właśnie „Wzgórze Penh”. Słodki zapach kadzidełek mieszający się z zapachem kwiatów, sprzedawcy ptaszków, których uwolnienie przynosi szczęście, duża ilość wiernych, tworzą klimat tej świątyni.

Do hotelu wracamy poprzez następny kompleks świątynny Wat Ounalom. Nie jest zbyt duży i znajduje się w centrum miasta. Choć powstał w 1443 roku, ma charakter nazbyt nowoczesnej bryły i na nas osobiście nie zrobił większego wrażenia. Wstęp jest wolny, więc można go obejrzeć, gdy jest się w pobliżu. Będąc w nim warto zwrócić uwagę na dawne wizerunki Buddy, które znajdują się w środku oraz stupę, kryjącą podobno włos z brwi Buddy.

Ostatnim odwiedzonym miejscem był wielki bazar znajdujący się w centrum miasta. Dalej wzdłuż promenady nad szerokim Mekongiem, pełnej lokalnych restauracji i kawiarni powróciliśmy do naszego hotelu. W tym mieście idealnymi środkami transportu są tuk-tuki, tanie, w miarę szybkie i idealne na zatłoczone ulice.

  • Kurs wymiany riela kambodżańskiego

  • 1 USD – 4 000 KHR ($USA honorowane są na równi z rielem)

  • 1 EUR – 4 743,41 KHR

  • 1 PLN – 1 096,20 KHR

18-11-05_map

06.11.2018 wtorek – dzień 18. Zwiedzanie ciekawych miejsc w Phnom Penh i okolicy

Dzisiejszy dzień i zwiedzanie Phnom Penh rozpoczynamy względnie późno, gdyż dopiero o 9.00, przejazdem pod Pałac Królewski. Jest on w miarę nowy, gdyż został wybudowany w drugiej połowie XIX wieku, w okresie, gdy Kambodża była pod panowaniem Francuzów. Posągi Buddy witają na wejściu, a tuż za wejściem stoi olbrzymi pawilon Chan Chaya, który kiedyś służył do przyjmowania defilad i w którym odbywały się pokazy tradycyjnego tańca khmerskiego. Najwięcej turystów można spotkać w Królewskim Budynku Sali Tronowej. To właśnie w nim odbywają się koronacje i inne ważne uroczystości państwowe. Wnętrze jest pięknie udekorowane malowidłami ściennymi, ukazującymi sceny z Ramajany. Niestety nie można we wnętrzach robić zdjęć. Cały teren, jest bardzo dobrze utrzymany i zdecydowanie wart zobaczenia. Bez pośpiechu oglądamy Skarbiec Królewski, Królewską Salę Bankietową oraz Pawilon Napoleona III. Wszystko wygląda jakby dopiero co zostało odrestaurowane.

Bilet wstępu do Pałacu upoważnia również do zobaczenia XIX-wiecznej Srebrnej Pagody, z którą sąsiaduje siedziba króla. Jest ona najświętszym i zapewne najcenniejszym miejscem w Kambodży. Podłoga Pagody wyłożona jest ponad 5000 srebrnych płytek, z których każda ma ponad 1 kg. W sumie, jak łatwo policzyć, znajduje się w niej ponad 5 ton srebra. Wewnątrz mieści się również święty symbol narodowy, wykonany z kryształu, Szmaragdowy Budda. Nie można również przeoczyć większego posągu Buddy, wykonanego z 90 kg złota i inkrustowanego 9584 diamentami. Aż żal, że w Pagodzie nie można robić zdjęć. W środku kryje się ponad 5 ton srebra, 90 kg złota i 9584 diamentów. Wokół Pagody wybudowano jeszcze dwie stupy oraz kilka mniejszych świątyń. Tego dnia poznajemy również tragiczne dzieje tego niewielkiego państwa.

Na koniec odkrywania Phnom Penh odwiedziliśmy przemieszczając się motorikszami dwa miejsca ściśle związane ze sobą. Zanim jednak o nich napiszemy, wpierw kilka słów wprowadzenia. Lata największego terroru i rządów Khmerów przypadają w okresie 1975 – 1979. Aż trudno uwierzyć w to, co działo się w Kambodży w tym okresie. Oto kilka przykładów. 17 kwietnia 1975 roku, po zajęciu przez Czerwonych Khmerów ponad dwumilionowego Phnom Penh nakazali oni wszystkim mieszkańcom w ciągu 24 godzin opuścić swoje domy. Pretekstem miały być planowane naloty wojsk amerykańskich. W rzeczywistości był to początek tzw. Roku Zerowego, w ramach którego zamknięto szkoły, szpitale i fabryki, zlikwidowano banki i walutę, zdelegalizowano religię i zlikwidowano własność prywatną. Ludność miast wyrzucono siłą na tereny wiejskie do tzw. kolektywnych gospodarstw rolnych, które były obozami pracy przymusowej. Czerwoni Khmerzy zmienili nawet język eliminując słowa wyróżniające jednostkę albo nadawali słowom nowe znaczenia. Przykładowo zamiast „ja” należało mówić „my”, dzieci do rodziców mówiły „wujku”, „ciociu, a do innych dorosłych „matko” albo „ojcze”. Przykładów absurdalnych działań i praw było bardzo dużo, dlatego osobom zainteresowanym sugeruję dodatkową lekturę. Nie wiadomo dokładnie, ile osób zamordowano lub zmarło z głodu i chorób w ciągu niespełna czterech lat rządów Khmerów. Szacuje się, że było to około 2 milionów z 7 milionowej populacji. Rządy skończyły się 7 stycznia 1979 roku, gdy armia wietnamska i siły opozycji kambodżańskiej wkroczyły do Phnom Penh.

Miejsca związane z ludobójstwem przeprowadzonym przez Pol Pota i Czerwonych Khmerów robią na każdym piorunujące wrażenie. My rozpoczęliśmy od Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng, położonego na południe od centrum miasta. Obecne muzeum przed rządami Khmerów było szkołą średnią, którą przemieniono w miejsce nieludzkich tortur oraz Więzienie Bezpieczeństwa 21 (S-21). Chodząc po piętrach poszczególnych budynków człowiek stara sobie wyobrazić, co przeżywali ludzie tam osadzeni. Pomagają w tym np. umieszczone na ścianach czarno-białe zdjęcia wyprostowanych kobiet i mężczyzn. Nie widać tego na zdjęciach, ale mieli takie pozy z uwagi na związane z tyłu ręce. Kilka dni po dotarciu do więzienia zostawali oni poddawani wymyślnemu systemowi tortur. Był on tak okrutny, że więźniowie przyznawali się do wszystkich przestępstw, o które zostali oskarżeni. Po przyznaniu się i spisaniu zeznań ofiary były mordowane, początkowo na terenie więzienia, a następnie, gdy brakło miejsca do grzebania na oddalonych o 17 km od Phnom Penh Polach Śmierci Choeung Ek. W muzeum oprócz zdjęć można zobaczyć narzędzia tortu, różnej wielkości cele i łóżka, do których byli przypinani więźniowie. Ocenia się, że do więzienia trafiło w sumie około 17 tysięcy osób, z których przeżyło tylko dwanaście.

Kilkanaście kilometrów od Phnom Penh znajdują się najbardziej znane pola śmierci – Choeung Ek. To jedno z miejsc, gdzie zabijano i zakopywano ofiary, zazwyczaj w masowych grobach ofiary. Egzekucje często przeprowadzano przy użyciu młotów, siekier, łopat i zaostrzonych kijów bambusowych. Czasem gardła ofiar podrzynano chropowatymi liśćmi palmy cukrowej lub duszono, używając do tego plastikowych worków na śmieci. Wśród ofiar były również noworodki, których główki rozbijano o pnie drzew.

Obecnie znajduje się tam buddyjskie miejsce upamiętnienia terroru. Wędrując po niedużym terenie i zatrzymując się przy tabliczkach z numerkami, można odsłuchać w audio przewodniku, co w danym miejscu było lub ukrywa się pod ziemią. Tabliczki stoją w szczerym polu, czasem pod jakimś drzewem. W centrum Choeung Ek znajduje się wysoka stupa wypełniona czaszkami.

Będąc w tych dwóch miejscach przypominam sobie cytat z „Medalionów” Zofii Nałkowskiej „Ludzie ludziom zgotowali ten los” i zastanawiamy się, jak to jest możliwe, że do tej pory nie rozliczono się ze zbrodniarzami? Do dnia dzisiejszego tylko kilku osobom postawiono zarzuty, reszta żyje spokojnie przez nikogo nie niepokojona, a spora część z nich znajduje się nadal przy władzy. Te dwa miejsca są przerażające, ale uważamy, że należy je zobaczyć. Podobnie jak Auschwitz nie można pozwolić, by zapomniano o tym, co się wydarzyło.

Wracając tuk-tukiem do centrum obserwuję zatłoczone ulice, wypełnione po brzegi głównie tuk-tukami i skuterami. Rozmyślam o tym, co widziałem i zastanawiam się, czy poleciłbym przyjazd do Phnom Penh? Odpowiedź może być tylko jedna, zdecydowanie tak. Należy przyjechać do Phnom Penh, by zobaczyć atrakcje takie jak Pałac Królewski czy Wat Phnom, ale również zaznajomić się z tragicznymi wydarzeniami, które miały miejsce czterdzieści lat temu.

Tego dnia nie zapomnieliśmy również o odwiedzeniu wielkiego bazaru, a przed zachodem słońca wyruszyliśmy na rejs statkiem spacerowym wzdłuż nabrzeża Mekongu. Miło, kolorowo, zimne piwo Angkor i podziwianie oświetlonego miasta od strony rzeki.

07.11.2018 środa – dzień 19. Przejazd do Siem Reap, pływające wioski na jeziorze Tonle Sap

Rano dojeżdżamy do głównego dworca w Phnom Penh, a stamtąd o 7.00 przemieszczamy się autobusem, prawie 300km do miejscowości Siem Reap, bazy wypadowej do kompleksu świątyń Angkoru. Większość osób przyjeżdża do Siem Reap zobaczyć ruiny Imperium Angkoru, warto zobaczyć również tzw. floating villages, czyli pływające wioski na jeziorze Tonle Sap. Po zakwaterowaniu w Gest Hausie Victoria i szybkim obiedzie, od razu udajemy się hotelowym busem do przystani nad jezioro Tonle Sap. Tu wsiadamy na archaiczną łódź motorową i płyniemy do wiosek ulokowanych na jeziorze. Niewątpliwie jest to jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, gdyż cała wioska Kampong Phlug i jej społeczność, to ludzie żyjący na wodzie.

W domkach na palach, czasem opierających się na beczkach lub fragmentach łodzi. Tam pracują, żyją, chowają dzieci, chodzą do szkoły. Niektóre domki są bardzo proste i sprawiają wrażenie prowizorycznych, biednych, inne wręcz zachwycają kolorami, chociaż i tak pewnie żadne z nas nie dałoby rady tam zamieszkać… Świat, który tam widzimy jest niesamowity. Tak strasznie różni się od naszego, że skłania do refleksji, do zatrzymania się na chwilę. Biedne domki, bez zbędnych wygód, golusieńkie dzieciaczki pomagające przy pracy lub podróżujące łodzią przez środek jeziora. Życie na malutkiej powierzchni, na wodzie, gdzie każde „wyjście” z domu wymaga wiosłowania i przemieszczania się na łodzi. I przede wszystkim te dzieciaki… i nasze myślenie, a jaka kaszka, a jaki fotelik, a przodem, tyłem, czy bokiem, a wózek jaki, a może jaglanka i organiczne soczki? Patrzysz wokół i próbujesz sobie wyobrazić, jak odnaleźliby się ludzie z Kampong Phlug w naszym świecie, bo my w ich raczej byśmy rady nie dali… Z całą masą naszych gadżetów. Gdy podpłyniemy bliżej widać, jak wygląda codzienność mieszkańców, ktoś pracuje, ktoś myje włosy, niektórzy przysypiają w hamakach, w innych domach słychać głośny odgłos zabawy. Dzieci bawią się na „ganku” nad samą wodą, pomagają rodzicom przy pracy, pływają łódkami. A w wioskach toczy się normalne życie, znajdziemy tu sklepy, świątynię, szkołę, i nawet… kościół! Zawieziono nas oczywiście również do sklepu z pamiątkami, ale nawet nam to nie przeszkadzało, można tam zobaczyć niewielki zbiornik, klatkę z krokodylami i wężem wodnym.

Wieczorem udaliśmy się na pokaz tradycyjnych tańców khmerskich, połączony z wystawną kolacją w formie bufetu.

08.11.2018 czwartek – dzień 20. Zwiedzanie najważniejszych świątyń w kompleksie Angkor

Tego dnia już o 4.30 jedziemy do świątyń Angkor, jednego z największych i najbardziej znanych kompleksów świątynnych na świecie. Jest to pozostałość ogromnego państwa-miasta, będącego niegdyś stolicą królestwa Khmerów. Ruszamy jeszcze przed świtem, aby móc podziwiać wschód słońca nad największą ze świątyń, Angkor Wat. Po bufetowym śniadaniu, z widokiem na monumentalna świątynię idziemy na jej obchód. Angkor Wat zbudowano za rządów Surjawarmana II, który panował w latach 1113-1150 i jak podejrzewają naukowcy, powstał on jako pośmiertna świątynia dla fundatora, który został najprawdopodobniej pochowany na jej terenie. „Angkor”, to khmerski wyraz oznaczający miasto, „Wat” to świątynia. Miasto Świątynia, Miasto Świątyń… tak można na polski przetłumaczyć nazwę. I coś w tym jest, bo wtedy, kiedy kompleks przeżywał swoją świetność czyli od IX do XV wieku, było to największe miasto świata i liczyło około miliona osób. Wyobrażacie sobie ten ogrom? Dla zobrazowania powiem, że w tym samym czasie Paryż miał populację około 250 tysięcy ludzi, a nasz rodzimy Kraków, to niemalże wioska, zamieszkała przez 20 tysięcy mieszkańców. Mało porównań? To wyjmijcie banknot 20-sto złotowy. Zobaczycie na nim rotundę, czyli kościół św. Mikołaja w Cieszynie, jeden z najstarszych polskich zabytków (blisko tego miejsca mieszkamy). Tak, ten kościół powstał mniej więcej w tym samym czasie, w którym Khmerowie budowali Angkor Wat i resztę świątyń kompleksu.

Angkor Wat to, nie tylko kompleks ogromnych świątyń położonych na sporym terenie. Khmerscy budowniczowie myśleli o wszystkim, także o zaopatrzeniu w wodę. By zachowywać ją na ciężkie czasy pory suchej gromadzili ją w ogromnych basenach, które zostały wykopane w ramach budowy miasta. Te wszystkie kamienne cuda, przetrwały kilkaset lat, do naszych czasów. A zbudowanie świątyni Angkor Wat nie było proste. Wystarczy tylko spojrzeć na jej wymiary – prostokąt 1300 na 1500 metrów, cały kompleks otacza fosa szerokaGłówna świątynia ma 215 metrów szerokości i 187 długości, a jej najwyższa wieża (symbolizująca mityczną górę Meru) ma 65 metrów. Te wymiary muszą robić wrażenie swym ogromem. Co ciekawe, kompleks powstawał około 30-35 lat. Nietrudno zatem sobie wyobrazić, jak wielkie było to przedsięwzięcie, gdzie wszystkie roboty trzeba było robić ręcznie, a największą pomocą w budowie i transporcie materiałów mogły służyć słonie. Przy budowaniu Angkor Wat pracowało około 50 tysięcy robotników, a rzeźby i płaskorzeźby tworzyło kilka tysięcy artystów-rzemieślników. Takiego wyczynu mogło dokonać tylko bardzo bogate i bardzo silne państwo. Myślę, że jeśli ktoś chciałby w dzisiejszych czasach zbudować taką świątynię, to sam przetarg trwałby kilka lat, nie wspominając o budowie. Chociaż z drugiej strony, teraz nie ma żadnego na tyle bogatego i silnego państwa, by móc sobie pozwolić na zbudowanie tak monumentalnej budowli. Angkor Wat był pierwszy i zapoczątkował tradycję zgodnie z którą każdy z khmerskich władców miał obowiązek wznieść jedną monumentalną świątynię. Dzięki temu dziś na pewno nie będziemy narzekali na nudę, zwiedzając świątynie Angkoru.

Zwiedzanie Angkor Wat, to nie jest łatwa sprawa. Po tym, jak mija pierwszy zachwyt, zauważa się rzesze ludzi, którzy wlewają się do świątyni przez most na fosie. Nie ma się czemu dziwić, każdego roku Siem Reap odwiedza prawie trzy miliony turystów i każdy z nich chce przynajmniej przez dzień, zwiedzać kompleks Angkor, a Angkor Wat jest najbardziej znaną świątynią, symbolem nie tylko tych świątyń, ale całej Kambodży. Ta liczba zrobi jeszcze większe wrażenie, jeśli uwzględnimy to, że większość odwiedzających przyjeżdża w porze suchej. Mamy zatem gwarancję, że w najmniej sprzyjających okolicznościach będzie nam towarzyszyło kilka tysięcy innych turystów. Brzmi przerażająco? Każdego dnia przez groblę na fosie do Angkoru przechodzi kilka do kilkunastu tysięcy turystów. Nie pozostaje zrobić nic innego, jak tylko pójść w ich kierunku i zobaczyć z bliska to, czym zachwycają się wszyscy. Bo kiedy wejdziemy do środka, na pierwszy poziom, zarówno jeśli pójdziemy w prawo jak i w lewo przed nami na ścianie zobaczymy cudowne płaskorzeźby, okalające całą budowlę. Kilkaset metrów misternie wykutych w kamieniu płaskorzeźb. Stworzone są z dbałością o każdy detal, żołnierze dzierżą broń, słonie dźwigają dowódców, łuki napięte są do strzału, a królowie wiodą wojska do bitwy. Są tu również demony i bóstwa wraz z Wisznu ubijają morze, aby wydobyć z niego eliksir nieśmiertelności. Pod koniec możemy obejrzeć sceny tortur przedstawione w nader rzeczywisty sposób. Jak widać okrucieństwo człowieka względem człowieka nic się nie zmienia i w toku ewolucji ludzkość tylko doskonaliła metody zabijania i zadawania bólu wrogom. Przechadzamy się po wszystkich zakamarkach, bo kolejne rzeźby i płaskorzeźby znów zwracają uwagę, podobnie jak bardzo charakterystyczne dla stylu khmerskiego okna z rzeźbionymi walcami, zabezpieczającymi przed niechcianymi gośćmi z zewnątrz. Dawni Khmerzy myśleli o wszystkim, bo dzięki takiemu rozwiązaniu zapewniali sobie przewiew wewnątrz budynku. A każdy powiew wiatru w tak wilgotnym klimacie jest na wagę złota. I wreszcie jest ostatnie piętro, to z którego widać całą okolicę, zarówno cały kompleks Angkor Wat, jak też i morze zieleni dookoła.

Po zwiedzeniu kompleksu przejechaliśmy poprzez monumentalną bramę na teren dawnego miasta Angkor Thom. Tutaj na uwagę zasługuje przede wszystkim świątynia Bayon i zdobiące ją wielkie płaskorzeźby ludzkich twarzy. Nieopodal znajduje się słynny Taras Słoni. Po obiedzie dotarliśmy na teren ogromnej, mistycznej świątyni Ta Phrom, znanej z ogromnych korzeni drzew „pożerających” mury budowli.

Nie opisujemy pozostałych świątyń, aby nie zamęczać szczegółami, ale największe wrażenie robi przemieszczanie się po zakamarkach świątyni Ta Phrom. Kto kojarzy piękną Angelinę Jolie, w obcisłym kostiumie z dwoma wielkimi pistoletami, biegającą po świątyni, która jest porośnięta przez wielkie, magiczne drzewa? Pewnie nie jeden z nas? Agresywna ekspansja przyrody sukcesywnie i nieśpiesznie niszczy to miejsce. Potężne konary drzew kapokowych wtargnęły do wnętrz Ta Prohm i z biegiem lat stały się jej integralną częścią. Do tego stopnia wkomponowały się w jej mury, że nie sposób je w chwili obecnej usunąć, bez uszczerbku na budowlach. Właśnie te ogromne drzewa i plątanina ich konarów, niczym macek oplatających ściany świątyni, przyciąga rok rocznie tłumy turystów. Każdy chce zobaczyć jak to wygląda w rzeczywistości, jak prezentują się kamienne mury rozpychane przez drzewa. Matka Natura ustala tu reguły i widoczny na pierwszy rzut oka nieład i chaos konarów pokrywający budowle, ma swój standard, swój plan.

Tak naprawdę nikt nie wie do końca, dlaczego upadło imperium Khmerów, imperium które w kilka lat zdolne było budować świątynie tak ogromne, że nawet potężna natura nie była w stanie zniszczyć ich przez kilkaset lat. Są teorie twierdzące, że to z powodu braku wody imperium osłabło i upadło pod naporem Tajów (ówczesny Syjam), którzy w XV wieku najechali Angkor. Ale jakakolwiek by to była przyczyna, faktem jest, że w XV wieku ośrodek politycznej ciężkości przeniósł się w okolice Phnom Penh, czyli dalej od granicy z państwem Tajów, którzy ówcześnie budowali swą silną władzę w Ayutthay i blisko obecnego Bangkoku. Dawne centrum państwa Khmerów powoli pustoszało. Nie zarosło całkowicie dżunglą tak, jak to się przyjęło mówić w Europie, ale przyroda powoli wdzierała się do kompleksu. I taki zarośnięty Angkor Wat zobaczył w XIX wieku francuski podróżnik Henri Mouhot, który przywrócił światu pamięć o wielkim kompleksie świątynnym, położonym w głębokiej dżungli egzotycznej Azji.

Długi dzień zwiedzania kończymy kolacją w przyulicznym straganie gastronomicznym, gdzie wszystko świeże i przygotowywane jest bezpośrednio przy nas.

09.11.2018 piątek – dzień 21. Banteay Srei, perła architektury oraz kąpiel w wodospadzie Kbal Spean

Dziś udaliśmy się do nieco bardziej oddalonych świątyń khmerskich. Po 1,5h jeździe na północ od Siem Riep dotarlismy w pobliże świątyni Kbal Spean. Dotarcie do nie to 40min marsz pod górę krętą, miejscami stromą ścieżką przez dżunglę. Jest to miejsce kultu boga Sziwa. Podziwiać tu można liczne płaskorzeźby wykute wprost w korycie niezbyt, jak na tę porę roku wartkiego potoku. Poniżej przy niewielkim wodospadzie był czas na relaks i kąpiel, a raczej schłodzenie ciała w chłodnej wodzie spływającej z gór.

Drugim ciekawym miejscem w dniu dzisiejszym było zwiedzenie hinduistycznej świątyni Banteay Srei, którą śmiało nazwać można perłą architektoniczną Angkoru. Pisma podają, że jej nazwę tłumaczy się jako “Cytadelę kobiet”. Została wybudowana w X w. przez jednego z poddanych królowi Rajendravarman II o imieniu Yajnavaraha. Świątynia jest niewielkich rozmiarów, lecz nie o metry kwadratowe tu chodzi. Każda ściana, każda budowla pokryta jest misternej roboty ornamentami. Reliefy są tak pieczołowicie wyrzeźbione w oryginalnym czerwonym piaskowcu, że musiało to trwać wieki. Gdzie nie spojrzeć tam setki, tysiące drobnych ornamentów, przepiękne i doskonale zachowane płaskorzeźby, tam magiczny kolor czerwonego piaskowca, który jest tak delikatny, że aż dziw, że do dnia dzisiejszego to wszystko zostało zachowane. Całość, pomimo swoich filigranowych rozmiarów, robi ogromne wrażenie.

W drodze powrotnej do Siem Reap zatrzymaliśmy się jeszcze w przydrożnych wioskach i przy muzeum min. Ciekawostką jest, że stworzył je człowiek, który własnymi rękami rozminowuje miny w kambodżańskiej dżungli i który w ten sposób odkupuje własne grzechy, starając się odgonić koszmary z przeszłości. Bo te same ręce wcześniej te miny zastawiały, skazując tysiące albo i miliony ludzi na ból i cierpienie. Aki Ra miał wtedy zaledwie 10 lat, kiedy Czerwoni Khmerzy zrobili z niego żołnierza. Był drobnym dzieckiem, i ledwo był w stanie utrzymać karabin, przez co jego starsi koledzy mieli spory powód do śmiechu. Jego rodzice zostali zabici przez Khmerów gdy miał 5 lat, a podczas wojny normalnym widokiem dla niego była śmierć bliskich i przyjaciół. Gdy był żołnierzem, do jego obowiązków należało zaminowywanie Kambodży ale wtedy nie zdawał sobie sprawy jak wielki ból one powodują. Od dziecka jedyne co znał, to wojna, więc dojrzewał myśląc że te wszystkie okrutne obrazy to norma. Dopiero po zakończeniu wojny zdał sobie sprawę jak bardzo przyczynił się do ludzkiej krzywdy. Dlatego postanowił zrobić dla odmiany coś dobrego, znalazł zatrudnienie jako saper. Po zdobyciu wiedzy i doświadczenia, zajął się rozminowaniem na własną rękę. Miny które znajdywał w wioskach rozbrajał za pomocą noża, kombinerek i kijka, i tak rozbrojone zabierał do swojego domu. Po pewnym czasie jego postać była znana nie tylko miejscowym, ale również turystom. Aki zaczął pobierać opłaty za wejście do domu i zobaczenie kolekcji, co w konsekwencji pozwoliło mu na otworzenie muzeum. Muzeum znajduje się w okolicy Siem Reap (ok. 25 km od centrum) i posiada bogatą, interaktywną galerię.

Można nie tylko dowiedzieć się czegoś więcej o wojnie wietnamskiej, czerwonych Khmerach, ale też o tym jak działa muzeum i jak obecnie prowadzi sie akcję rozminowania. Zobaczyć można na własne oczy miny które Aki osobiście rozminował. A rozminował ich około 50,000! Pieniądze z biletów przeznaczane są na wypłaty pracowników muzeum, budowy szkół, pracę saperską, oraz na wsparcie mieszkających w muzeum dzieci. Miejsce jest dość przygnębiające, bo słucha się i czyta o ludzkiej tragedii, ale daje też nadzieję, że istnieją ludzie dla których nie istnieją rzeczy niemożliwe i którzy sprawiają że świat staje się lepszy i bezpieczniejszy.

18-11-08-09_map

Po kolacji nastąpił wyjazd nocnym autobusem do Sihanoukville. Nocleg w autobusie sypialnym, komfortowe warunki, szerokie łózka. Pokonanie przestrzeni 550km zajęło całą noc.

18-11-09-10_map

10-11.11.2018 sobota/niedziela – dzień 22-23. Wypoczynek nad morzem w Sihanoukville

Rankiem dotarliśmy na wybrzeże Zatoki Tajskiej do słynnej miejscowości wypoczynkowej Sihanoukville. Historia portowego Sihanoukville sięga połowy XX wieku. Powstało, by można było czerpać korzyści z położenia kraju nad Zatoką Tajlandzką. Rychło miasto stało się dla turystów popularną odskocznią na piękne pobliskie plaże i wyspy. Wraz z rozkwitem turystyki w Kambodży coraz częściej o plażach i wyspach w pobliżu Sihanoukville mówi się, drugie Koh Samui albo Phuket, jawnie nawiązując do walorów sławnych tajskich rajów turystycznych. Okazuje się jednak, że obecnie to jeden wielki plac budowy. Z tym szybkim rozwojem turystyki w Sihanouville niestety wiążą się dość duże problemy z prawem do ziemi. W latach 60 kiedy zaczęto budować hotele, wiele osób miało prawo do ziemi, potem w latach 70 gdy rządzili Czerwoni Khmerzy, ludność została przepędzona. Sihanoukville w zasadzie się wyludniła. Po roku 1985 z powrotem zaczęli wracać mieszkańcy, ale nowe władze zaczęły się przymierzać do sprzedaży ziemi obcym inwestorom za olbrzymie łapówki. Tym sposobem wiele osób straciło swoje ziemie, w zasadzie bez możliwości odszkodowania. Tym czasem różnego rodzaju „inwestorzy” z Chin, Tajlandii czy Rosji wywindowali ceny ziemi, postawili swoje bary, hotele i knajpy zatrudniając w nich Khmerów. Całe przyległe wybrzeże, gdzie jesteśmy obecnie, wykupione zostało przez Chińczyków, wokół jak „grzyby po deszczu” wyrastają hotele i kasyna. Nie tak wyobrażaliśmy sobie ten rekomendowany, nadmorski kurort…

Dodatkowo mamy również pierwszą „wtopę”, zarezerwowany wcześniej hotel w ostatniej chwili wycofał się ze swych usług. Zastępcza wersja okazała się „wielką porażką”, co prawda nowe bungalowy, jednak położone pomiędzy śmietnikiem, a placem budowy i do tego 1,5km od plaży. Szukamy więc innej wersji pobytu i po dłuższej penetracji udaje się znaleźć cudowne miejsce, pozostałą jeszcze przy życiu, małą enklawę, przy najpiękniejszej plaży Otres, w postaci, kameralnego ośrodka Papa Pippo (www.papapippo.com ). Kilka domków trzcinowych ulokowanych na plaży. Jest cudownie… Wreszcie można się tu w pełni zrelaksować na piaszczystych plażach. Przy samej plaży mamy do dyspozycji wiele restauracji i barów. Spędzimy tu dwa pełne dni i dwie noce. Następnego dnia odbywamy rejs łodzią po okolicznych wyspach z rafami koralowymi. Zatrzymamy się przy trzech: Koh Chanloh, Bamboo Island oraz na Koh Tres. Jest czas aby popływać z maską i fajką (snorkeling) i zobaczyć kolorową rafę koralową z bogactwem flory i fauny. Na ostatniej z tych wysp jest czas na dłuższą przerwę, plażowanie i lancz. Po południu przypływamy na stały ląd i dalszy ciąg plażowania, a później piękny zachód słońca i drinki na plaży w miejscu naszego zakwaterowania.

12.11.2018 poniedziałek – dzień 24. Przejazd z Sihanoukville do Bangkoku

Rano jeszcze kąpiel w ciepłym morzu Zatoki Tajskiej, a później całodzienny przejazd z Sihanoukville przez Koh Kong i Trat do Bangkoku. Nasz przejazd autobusowy podzielony jest na dwa etapy, pierwszy autokar wiezie nas do granicy z Tajlandią, gdzie po odprawie przesiadamy się do busów, które dowiozą nas do stolicy Tajlandii. Kambodżański przejazd dostarczył sporo wrażeń, gdyż najpierw uderzył w nas smród w autobusie, gdzieś o woni zepsutego mięsa z nutą rozkładającej się ryby, a później nasz kierowca usypiał na trasie i konieczna była szybka reakcja, aby nie wylądować gdzieś poza trasą. Przerwa i zaserwowany przez nas red-bul nieco pomogły i szczęśliwie dotarliśmy do granicy tajsko-kambodżańskiej. Odprawa po kambodżańskiej stronie w ślimaczym tempie, u Tajów sprawnie i szybko. Cała nasza grupa nie mieści się w jednym busie, więc jedziemy do Bangkoku oddzielnie. Z braku kontaktu z naszym kierowcą („ni w ząb po angielsku”), may nieco problemów aby się odnaleźć w tym wielkim mieście. Po 23.00 docieramy na szczęście do naszego dzisiejszego lokum – New Siem Guest House. Po zakwaterowaniu mamy jeszcze na tyle sił, aby przejść na krótki spacer po dzielnicy Khao San, najsłynniejszej dzielnicy globtroterów w całej Azji. Kolacja w lokalnej restauracji i przed pierwszą ponownie jesteśmy w hotelu. To był bardzo wyczerpujący dzień.

  • Kurs wymiany tajskiego bhata

  • 1 USD – 33,007 THB

  • 1 EUR – 38,93 THB

  • 1 PLN – 9,00 THB 10THB – 1,16zł

18-11-12_map

13.11.2018 wtorek – dzień 25. Zwiedzanie najważniejszych atrakcji Bangkoku

Nasza baza noclegowa mieści się na wyspie Rattanakosin, w niedużej odległości od ulicy Khao San, a to chyba najsłynniejsza ulica w całej Tajlandii. Tu znajdują się ważniejsze atrakcje Bangkoku – Wielki Pałac i Wat Pho. Turyści z całego świata szukają tu noclegów, jedzenia ulicznego i rozrywek. Jest w czym wybierać. Przy Khao San znajduje mnóstwo hosteli, barów, kawiarni, klubów nocnych i salonów masażu. Trzeba jednak liczyć się z wielkim tłokiem i nieco wyższymi cenami.

Dzisiejszego dnia poznajemy uroki i zabytki Bangkoku. To stolica i zarazem największe miasto w Tajlandii. Liczy ponad 6 milionów ludności. Bardzo szybko i dynamicznie się rozwija. Tu mieści się siedziba rodziny królewskiej , rządu i administracji. Największe centrum przemysłowe , finansowe i handlowe kraju. Pełna nazwa brzmi uwaga ! Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, co w języku tajskim oznacza: Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobyte miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce, gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Vishnukarna. Jest to najdłuższa nazwa miasta na świecie, wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa.

Zabudowa Bangkoku jest chaotyczna. Miasto przecinają kanały , które pełnią zarówno funkcje komunikacyjne i mieszkalne. Z tego też powodu nazywa się go czasem „Wenecją Wschodu”, Nie ma ściśle określonego centrum, każda dzielnica ma osobne własne centrum. Środek stanowi wyspa zwana Rattanakosin , ze starym miastem i licznymi atrakcjami. Znajdziemy tu też dzielnice indyjską – Pahurat z licznymi bazarami i chińską Chinatown, przypominająca atmosferą Szanghaj. Tradycja łączy się z nowoczesnością. Widać wpływy Zachodu i jednocześnie dalekowschodnią egzotykę.

Aby dotrzeć do atrakcji jakie oferuje to miasto, najlepiej wykorzystać rzekę Manam i jej kanały. Rzeka stanowi ruchliwą główną oś komunikacyjną miasta. My wykorzystujemy łodzie coś na wzór wodnego tramwaju. Płacimy przed wejściem albo w trakcie rejsu pani w pomarańczowym kubraczku, zatykamy uszy jeśli jesteśmy blisko pana sygnalisty, operującego gwizdkiem, chłoniemy każdy obraz migający nam przed okiem. Nabrzeża pełne drewnianych pali, świat miasta, który jest widoczny tylko z tej perspektywy. Każda przystań to taki mikroświat, przyciągający handlarzy, turystów, wszędzie małe stoiska z jedzeniem. Promy kursują średnio co 10-15 minut. Mają pomarańczową flagę i niebieski dach. To najlepsza opcja przemieszczania się po mieście. A ceny? Śmieszne, poniżej 2 zł.

Pierwszy przystanek, to przystań przy świątyni Wat Arun, symbolu miasta, znana w polskim języku także, jako Świątynia Świtu. Ta wspaniała budowla wznosi się u zachodnich brzegów Menamu (Chao Phraya) i jest jednym z najstarszych zabytków stolicy Tajlandii. Legenda głosi, iż w 1768 roku po upadku Ayutthaya generał Taksin spływając w dół rzeki Chao Praya szukając miejsca na nową stolice ujrzał świątynię o świcie, stąd pochodzi jej nazwa, a w pobliżu jej założył pierwszą osadę Thonburi, która dała początek późniejszemu Bangkokowi. Przez pewnie okres w świątyni spoczywała statuetka Szmaragdowego Buddy, przeniesiona później do Wat Phra Kaew w 1785 roku. Wat Arun to buddyjska świątynia zbudowana jest na kształt prangu, khmerskiej architektury, charakterystyczna kolba kukurydzy głównej iglicy i czterech mniejszych otaczających pozwala łatwo ją rozróżnić. Główny prang mierzy 70 metrów, na który można wejść pochyłymi schodami, skąd rozpościera się piękny widok na rzekę i pobliski Wielki Pałac. Ten układ przedstawia pięć świętych gór, które były domem dla bogów według Khmerów, hinduskiej i buddyjskiej kosmologii. Główny prang reprezentuje górę Meru, centrum wszechświata, pozostałe cztery kierunki świata. Król Rama III zarządził później, aby pokryć kolorową ceramiką i porcelaną w skomplikowane motywy i wzory. Ta niezwykła cecha konstrukcji sprawia, że prang błyszczy w słońcu i daje tej świątyni niepowtarzalny urok.

Następną na trasie zwiedzania była świątynia Wat Pho i Leżący Budda. Powstała w okresie Ajutthaji. Turyści odwiedzają ją głównie ze względu na kolosalny posąg Odpoczywającego Buddy. Mierzy aż 46 m długości i 15 m wysokości.

Kolejnym obiektem na trasie dzisiejszego zwiedzania był Pałac Królewski i świątynia Wat Phra Kaew. Wielki Pałac został wzniesiony w 1782 r. Do połowy XX w. był siedzibą króla Tajlandii. Na terenie kompleksu znajdują się budowle świeckie (pomieszczenia mieszkalne i administracyjne) oraz sakralne. Najważniejszym obiektem świątynnym jest Wat Phra Kaew – świątynia Szmaragdowego Buddy. Można zobaczyć tu wiele przedstawień Buddy, w tym najważniejszą figurę wykonaną z zielonego jadeitu. Posąg uznawany jest za narodowy skarb Tajlandii. Turystów chcących odwiedzić Wielki Pałac w Bangkoku obowiązuje dress code. Trzeba mieć na sobie długie spodnie lub spódnicę i koszulę albo bluzkę z długim rękawem. Wstęp kosztuje 500 THB. To właśnie kwintesencja Bangkoku i miejsce, które zachwyca przepychem i różnorodnością. Najbardziej uciążliwi są Chińczycy, ale to już wiemy, po naszym przejeździe przez to państwo.

Centralnym punktem kompleksu pałacowego jest oczywiście… Pałac Królewski, pełniący swoją rolę do 1925 roku. Najpierw trafiamy do sali recepcyjnej z wystawionym w środku tajskim tronem królewskim, potem właściwy budynek pałacu z dziesiątkami apartamentów królewskich. Całość zwiedzania zajęła nam prawie dwie godziny.

Po południu odbywamy rejs po rzece Manam i przyległym kanale typową pirogą, o napędzie motorowym, by przyjrzeć się z bliska życiu zwykłych Tajów. Wieczorem wizyta w Chinatown, a tam uczta i degustacja dań kuchni chińskiej z owocami morza w roli głównej. Powrót do hotelu wysłużonym tuk-tukiem, z panem kierowcą o słusznym wieku, mało słyszącym i widzącym to nie lada atrakcja.

14.11.2018 środa – dzień 26.  Wodospad Erewan i Most na rzece Kwai

Wcześnie rano wyjechaliśmy na całodniową wycieczkę do Kanchanaburi – 150km na zach. od Bangkoku. Jest niewielką, spokojną miejscowością leżącą w dżungli około trzech godzin jazdy od stolicy, położoną niedaleko Parku Narodowego Erawan, słynącego z pięknego, kaskadowego wodospadu. Przyjeżdża tu obecnie sporo turystów, głównie ze względu na piękne położenie miasta nad rzeką oraz wiele ciekawych miejsc w okolicy. Nasz pobyt w tym miejscu rozpoczynamy od dotarcia na ostatni, siódmy poziom kaskadowych wodospadów N.P. Erawan. Jest gdzie się spinać, 4 km i to w górę. Z każdą kolejną kaskadą jest coraz piękniej a jednocześnie trasa staje się trudniejsza, i z tego powodu do trzeciego poziomu docierają wszyscy. Dalej to w większości turyści. Ostatnie dwa poziomy dają nieco w kość, gdyż, nie dość, że stromo, to przemieszczamy się raz w błocie, raz w wodzie, poprzez rozbudowane korzenie i konary drzew, oraz śliskie głazy i skały ulokowane w strumieniu. Wreszcie docieramy do ostatniego poziomu i wodospadu o nazwie Phu Pha Erawan. Nazwa poziomu siódmego pochodzi od trzygłowego hinduskiego Boga. Każda z głów bóstwa przypomina głowę słonia, a trzy strumienie siódmego wodospadu Erawan przypominają trąby słonia. Ja dostrzegam tylko dwa strumienie, ale to zapewne wynik suchej pory i trzeci strumień po prostu wysechł. Marsz zajął tyle czasu, że zabrakło go nam na kąpiele w nieckach przy wodospadach i to w turkusowej wodzie w towarzystwie całkiem sporych ryb. Miejsce to, przypomina nieco obszar Plitwickich Jezior, tylko, że z pewnością dużo mniej tu Turystów.

Największą atrakcją tego rejonu jest jednak historyczne miejsce, gdzie znajduje się słynny most na rzece Kwai oraz cmentarz jeńców wojennych, którzy budowali tzw Kolej Śmierci z Tajlandii do Birmy. W 1942 roku Kanchanaburi i okolice znalazły się pod kontrolą japońską. Miasto znalazło się na trasie Kolei Śmierci (Kolei Birmańskiej), 415 kilometrowej linii kolejowej biegnącej przez dżunglę z Bangkoku do Rangunu. Plan zbudowania takiej kolei mieli już brytyjscy kolonizatorzy, jednak zrezygnowali z tego pomysłu, bo uznali, że budowa linii kolejowej przez dżunglę będzie zbyt trudna. Japończycy desperacko potrzebowali trasy, którą mogliby dostarczać zapasy aby utrzymać wojska w Birmie. Alternatywna droga morska była dla nich niebezpieczna ze względu na alianckie łodzie podwodne. W czerwcu 1942 roku jednocześnie rozpoczęto budowę w Tajlandii oraz Birmie. Część materiałów, w tym szyny oraz podkłady, pochodziła z kolei malajskiej oraz holenderskiej kolei indonezyjskiej. Około 180 000 przymusowych robotników spośród ludności azjatyckiej oraz 60 000 alianckich jeńców wojennych zostało użytych do pracy przy budowie kolei. 90 000 Azjatów (głównie Indonezyjczyków) oraz 16 000 żołnierzy alianckich zmarło podczas budowy trasy. Najtrudniejszym do wykonania odcinkiem był znajdujący się bardzo blisko Kanchanaburi tzw. Hellfire Pass – Przejście Ognia Piekielnego. Jeńcy byli zmuszani do wykuwania przejścia w litej skale przez 18 godzin dziennie, przy użyciu prymitywnych narzędzi. Odcinek został tak nazwany ponieważ żołnierze pracujący przy świetle pochodni wyglądali, jakby przedstawiali scenę z piekła. Miejsce to i sam Most na Rzece Kwai, rozsławiony został amerykańskim filmem z 1957 roku, choć nie do końca rzetelnie przedstawiającym realia historyczne.

Na wyjeździe z Kanchanaburi znajduje się kilka cmentarzy upamiętniających aliantów, którzy zmarli podczas budowy kolei. Odwiedzamy jeden z nich i wracamy do stolicy. Dzisiejsze atrakcje się jednak nie kończą, gdyż zaraz po powrocie jedziemy do Hotelu Asia Bangkok na kabaretowy pokaz w Calypso Theater, wydaniu ladyboys. Bilety wraz z transportem – 800 Bahtów za osobę, w cenę wliczony drink. Ladyboys w przepięknych strojach, w kolorowej rewiowej scenerii, dali – dały pokaz na „najwyższym”, ale mocno kiczowatym poziomie. Natomiast ukłony dla tajskich chirurgów plastyków i nie tylko plastyków – „cud kobiety”, z daleka najpiękniejsze w całej Tajlandii, aż niedowiary, że można takie cuda stworzyć. Z bliska jednak czar pryska i nie do końca monstrualne „baby”, poprzerabiane z facetów, nam się podobały. Ladyboye przechodzą masę operacji plastycznych, mają zbyt idealne ciała, które są wręcz przerysowane. Ich twarze są zróżnicowane, od totalnie męskich, pryszczatych z lekkim zarostem i długawymi, przetłuszczonymi włosami, aż do bardzo kobiecych, z idealnie lśniącą grzywą jak w reklamie szamponu, do których trzeba się długo wpatrywać, aby dostrzec, że tam w majtkach poniżej może być jeszcze niespodzianka.

Jak więc rozpoznać ladyboya?

Zachowanie – ladyboye to tak naprawdę faceci. Faceci są gotowi na seks w 3 sekundy. Jeśli dostajesz ofertę seksu od nieznajomej dziewczyny na imprezie lub ulicy w pierwszej minucie znajomości, to uwierz mi, to nie jest dziewczyna.

Dłonie i stopy – dziewczyny nie mają dużych stóp i dłoni… Faceci mają duże stopy i dłonie. See where I’m going with this? Jeśli przystawisz swoją stopę do stopy laski i jej stopa jest podobnego rozmiaru, to najprawdopodobniej masz do czynienia z ladyboyem.. Tajskie dziewczyny mają małe dłonie. Ponad to, kolana i ramiona u kobiet i mężczyzn również różnią się rozmiarem.

Wzrost – większość Tajek jest bardzo niska. Ladyboye zawsze wyglądają jak wierze ponad małymi Tajkami. W Tajlandii istnieje taka zasada: „im bardziej jesteś pijany, tym niższa powinna być laska do której zarywasz”.

Make up – Ladyboye zawsze mają dużo za dużo make up’u. Ponad to, zawsze gapią się w lusterka i pudrują miejsca, z który tapeta zdążyła już odpaść, przygrywając walkę z grawitacją.

Operacje plastyczne – idealnie chuda laska z wystający wręcz żebrami, wielkimi cyckami i dużym dupskiem? Nie ma takich rzezy na tym świecie niestety. Implanty w cyckach to już zły znak, aczkolwiek wiele Tajek, prawdziwych dziewczyn, również posiada takie wkładki powiększające. Ladyboye za to, zawsze mają je nienaturalnie, wielkie silikony.

Po tak ciekawym wieczorze przyszedł czas na pożegnanie, jutro rozstajemy się z grupą, a zżyci mocno, poprzez aktywność i wesołość z Alą, Lusią i Asią, aż trudno nam myśleć o rozstaniu. Pożegnalne drinki przeciągły się do drugiej w nocy.

18-11-14_map

15.11.2018 czwartek – dzień 27. Świątynia Złotego Buddy i Złote Wzgórze z panoramą Bangkoku – Ayutthaya

Tego dnia rano wsiadamy do tramwaju wodnego i rzeką Menam płyniemy w kierunku centrum. Po wyjściu z przystani i krótkim marszu poprzez stare dzielnice Bangkoku docieramy pod świątynię Wat Traimit. Słynie ona z posągu Buddy ze szczerego złota. Później miejskim autobusem docieramy pod Złote Wzgórze, gdzie ze świątyni umieszczonej na szczycie, roztacza się panoramiczny widok na miasto. Zwiedzanie stolicy Tajlandii kończymy przy Pomniku Demokracji. Tu też żegnamy się z kompanami nasej ostatniej dwutygodniowej podróży i już sami po wykwaterowaniu z Guest Housu, jedziemy taksówką do centrum miasta gdzie mamy do odbioru wynajęty samochód www.rentalcars.com. Auto odebraliśmy sprawnie i już o 14,30 ruszyliśmy na północ w kierunku Ayutthaya. Wyjazd z Bangkoku, to istny horror, później już nieco lepiej, bo jedynie zatłoczona autostrada i to, aż po sam cel. Po przejechaniu 80km, na miejscu byliśmy przed 16.00 i z marszu wynajęliśmy tuk-tuka, aby objechać ten rozległy kompleks. Poszczególne części parku historycznego są rozrzucone na bardzo rozległym terenie.

Ayutthaya przez ponad 400 lat pełniła rolę stolicy Tajlandii. Od połowy XIV do połowy XVIII wieku władzę sprawowało w niej 33 królów. Każdy kolejny starał się by miasto było jeszcze piękniejsze i bardziej imponujące. Przyjmuje się, że pod koniec XVII wieku Ayutthaya liczyła ponad milion mieszkańców i mieściła ponad 1700 świątyń. Dziś możemy podziwiać tylko niektóre z nich, ale są one doskonałym świadectwem wielkiego rozmachu władców. Kres potędze Ayutthayi położył najazd Birmańczyków w 1767 roku. Pożar strawił miasto, a wiele świątyń i posągów Buddy zostało zbezczeszczonych. Niepoddawane generalnej rekonstrukcji popadły w ruinę. Częstokroć tak zachowane, są dla nas o wiele ciekawsze, niż najbardziej zadbane i najświetniej restaurowane zabytki. Kryją w sobie wiele tajemnic, i z pewnością mają o wiele więcej uroku. Zachwyciły, rozsiane po całym mieście, ceglane budowle, porośnięte trawą i drzewami. Przy zachodzącym słońcu wyglądał niezwykle okazale. Po przyjeździe z zatłoczonego Bangkoku oszołomiło nas czyste powietrze i spokój. Mimo, że to jedno z bardziej popularnych miejsc w Tajlandii, to nie było zbytnio przepełnione turystami. Momentami spacerowaliśmy po starych świątyniach zupełnie sami, może dlatego, że dotarliśmy tu nieco później.

Tuż obok historycznego centrum, wynajęliśmy pokój w Tamarind Guest House (900 bahtów luksusowy pokój). Kolacja na miejscowym night market i wreszcie chwile odpoczynku i relaks po trudach dzisiejszego dnia.

18-11-15_map

16.11.2018 piątek – dzień 28. Ayutthaya > Sukhothai Historical Park > Lampang – 590km

Rano z auta oglądamy jeszcze raz ruiny rozległego miasta, starej stolicy Tajów, Ayutthaya i ruszamy na północ w kierunku Chiang Mai. Ustaliłem tak trasę, aby po drodze dotrzeć do poprzedniej stolicy Tajów, która była niegdyś ulokowana 370km na północ, w Sukhothai. Okazało się dzisiaj, że tajskie drogi są świetnej jakości, więc odległość tę pokonaliśmy w niespełna pięć godzin. Kierowcy jeżdżą bardzo rozważnie, ale szybko. Na całej trasie nie doszło ani raz do wymuszenia, o dziwo nie użyłem nawet raz klaksonu. Jeździ się podobnie jak w południowych krajach Europy, z tym że po lewej stronie. Przed 14.00 jesteśmy w Old Sukhothai.

Obecnie miejsce to objęte jest w ramy Parku Historycznego Sukhothai, wpisane na listę UNESCO. Stare Sukhothai, które było stolicą w latach 1238 – 1438. leży kilkanaście kilometrów od dzisiejszego miasta. Znajdują się tu ruiny świątyń z XIII w. Budowle zostały wzniesione w różnych stylach architektonicznych. Rozpoznać można elementy charakterystyczne m.in. dla stylu khmerskiego i laotańskiego. Często nazywa się je tajskim Angkorem, ale to określenie jednak jest znacznie przesadzone. Angkor jest gigantyczny, czuje się minioną dawno potęgę państwa Khmerów. Sukhothai jest zdecydowanie mniejsze, bardziej parkowe niż monumentalne, trochę przez to bardziej swojskie, relaksacyjne. Nie oznacza to jednak, że nie warto tam pojechać. Warte uwagi są również pokaźnych rozmiarów stupy i posągi Buddy. Koniecznie trzeba też wyjechać poza obręb Parku i zajrzeć do Wat Sri Chum. To słynna na całą Tajlandię świątynia gigantycznego Buddy „zamkniętego” w czterościennym mondopie, datowana na ok. 1370 r.

Wizerunek Buddy ma ponoć ok. 15 m wysokości. Doprawdy, robi wrażenie… Do naszych czasów pozostało tam całkiem dużo ruin najróżniejszych świątyń i posągów Buddy – wszystko to zajmuje powierzchnię wynoszącą około 70 km². Rozległy teren Sukhothai najlepiej zwiedzać rowerem, my zrobiliśmy to pieszo i naszym wypożyczonym autem. Ponadto trafilismy na początek wielkiego, 10-cio dniowego festiwalu lampionów i światła, jest kolorowo, na terenie ruin rozlokowano wiele straganów gastronomicznych i handlowych.

Mamy dzisiaj tak świetny czas, że postanawiamy jeszcze podjechać parę km w kierunku Chiang Mai. Okazało się, że po wyjeździe z miasta skierowaliśmy się w wysokie góry porośnięte dżunglą i z tych paru km zrobiło się aż 230, gdyż po drodze nie było żadnej możliwości wynajęcia przyzwoitego lokum do spania. Siłą rzeczy dotarliśmy do dużego, starego miasta Lampang i tam dopiero po 20.00 wynajęliśmy pokój w Hostelu Old Town. (400bahtów, czysto, klima). Tuż obok hostelu ulokowanego w zabytkowym budynku, mieliśmy okazję zjeść wspaniałą pizzę, ponoć rodem z Nowego Jorku. Może to mało ambitne na warunki wspaniałej tajskiej kuchni, ale weźcie pod uwagę, że ponad miesiąc jesteśmy raczeni azjatyckimi kulinariami. Pizza smakowała wybornie, szczególnie z oliwą przygotowaną po tajsku.

18-11-16_map

17.11.2018 sobota – dzień 29. Lampang – tekowe domy > Elephant Nature Park > Chiang Mai – Wat Phra That Doi Suthep > Chiang Rai – 330km

Od rana zapuszczamy się w zakamarki starego Lampang. Tu nacieszyć oko można małymi sklepikami w zacienionych wnętrzach bardzo starych domów. Można zajrzeć do sklepu ziołowego, do krawca… Zwrócić uwagę na ludzi i rozmarzyć się, by kiedyś na stare lata zachować tyle pogody ducha, ile mają skromni ludzie mieszkający w tym mieście… Można też zakupić jeden z licznych i wszechobecnych portretów ukochanego króla Maha Vajiralongkorna! Lampang warto odwiedzić, aby zobaczyć tradycyjną tajską zabudowę i pobyć w mieście gdzie turystów jest niewielu, poczuć urok tajskiej prowincji. Należy również zajrzeć do spokojnego klasztoru buddyjskiego ulokowanego nad rzeką Wang. Przyległa ulica składa się wyłącznie z domów z teki, które niegdyś zamieszkane były przez birmańskich i chińskich przedsiębiorców. Uroku tego miejsca nie da się opisać, a jedną z dodatkowych atrakcji, są przejażdżki konnymi powozami (znamy cenę 400 bahtów, ale z braku czasu nie skorzystaliśmy). Obecnie jest ich tylko parę i przeważnie stoją one na ulicy, przed hotelami. Przebrani za kowboi woźnicy zabiorą cię małymi powozami gdzie tylko chcesz. Możesz także zamówić sobie godzinną wycieczkę, podczas której zobaczysz najważniejsze świątynie w mieście. My natomiast odwiedzamy jeden z tekowych domów udostępniony do zwiedzania „Baan Sao Nak”. Podziwiamy kunszt budowlany, przestronność i przewiewność wnętrz oraz ich umeblowanie i wystrój. Pochodzący z 19-go wieku budynek ustawiony został na 116 palach i stanowi bardzo unikatowy obiekt, do którego ściągają studenci architektury z całego kraju. Mieści się w nim małe muzeum, wypełnione starociami i antykami. Nie ma tutaj opisów, ani zbyt dużo historii. Jednak miejsce naprawdę godne jest zobaczenia ze względu na szczególny urok i atmosferę panującą w środku. Jak dotąd to właśnie te rejony oddalone od głównych dróg, zrobiły na nas największe wrażenie. Każdy napotkany tekowy dom był niezwykle urokliwym widokiem. Lampang to miejsce, które powinno być na liście osób odwiedzających Krainę Uśmiechu i pragnących zobaczyć coś innego niż tylko oklepane, turystyczne zakątki.

Po śniadaniu, które mamy okazję zjeść w jednej z lokalnych garkuchni, ulokowanej w typowym drewnianym domu, ruszamy w kierunku Chiang Mai. Po około 30km docieramy do „Thai Elephant Conservation Center” – ośrodek opiekujący się ponad 50 słoniami azjatyckimi, ulokowany w pobliskich górach porośniętych dżunglą. Powstał w latach 90. jako ośrodek ratowania słoni. Mamy farta i dosłownie z marszu zakupujemy bilety na show w wykonaniu grupy słoni prowadzonych przez ich opiekunów. Jednym z ciekawych elementów, był pokaz malarskich zdolności słoni. Malunki wykonane były… trąbą! Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że rysowanie trąbą nie jest wrodzoną umiejętnością słoni. Możemy podejrzewać, ile treningu kosztowało im nabycie tej sztuki, ale pomimo tego byliśmy naprawdę zdumieni efektem. Słoniowe obrazy sprzedały się na pniu za 500 BHT każdy. Można tu z bliska przyjrzeć się również kąpieli słoni, odwiedzić ich szpital, oraz wybrać się na wyprawę trekkingową na ich grzbiecie, oczywiście za dodatkową opłatą.

Ruszamy dalej na trasę i po 70km docieramy do miasta Chiang Mai. Auto zostawiamy na parkingu w centrum i transportowymi pick-upami jedziemy do największej atrakcji tego miasta, do Wat Phra That Doi Suthep. Ta buddyjska świątynia znajduje się na wzniesieniu Doi Suthep (1676 m n.p.m.) 15 km od miasta Chiang Mai. Ze szczytu można podziwiać jego panoramę. Historia świątyni sięga XIV w. Legenda głosi, że siedem wieków temu do Chiang Mai dotarł mnich z relikwią Buddy. Początkowo planowano złożyć ją w świątyni Wat Suan Dok, kiedy jednak kość pękła na dwie części, król Nu Naone zdecydował powierzyć sprawę losowi. Relikwię przymocowano do grzbietu białego słonia, którego puszczono wolno. Zwierzę dotarło aż na wzgórze Doi Suthep, gdzie padło martwe. Śmierć słonia została odczytana jako znak i w tym samym miejscu wzniesiono stupę. Przez lata świątynia rozrastała się. Dziś to ogromny kompleks, uznawany za najświętsze miejsce na północy Tajlandii.

Wracamy do miasta i ruszamy dalej na północ w kierunku Chiang Rai. Droga wije się poprzez góry porośnięte gęstą dżunglą. Pokonanie 190km zajmuje nam ponad trzy godziny. Dla informacji dodajemy, że znajdujemy się już na terenie tzw „Złotego Trójkąta”. Tak popularnie określa się jeden z głównych obszarów produkcji opium na terenie Azji. Obejmujące swoim zasięgiem powierzchnię 350 tysięcy kilometrów kwadratowych na górzystych terenach takich krajów, jak Mjanma (Birma), Tajlandia, Laos i Wietnam. W niektórych publikacjach włączona jest również część chińskiej prowincji Junnan.

Po dotarciu do celu wynajmujemy bungalow w ośrodku Pan Kled Villa.

18-11-17-map

18.11.2018 niedziela – dzień 30. Chiang Rai > Wat Rong Khun (The White Temple) > Chiang Khong > granica Tailandia – Laos na Mekongu > Ban Houayxay – 160km

Tak wspaniałego lokum na nocleg dawno nie mieliśmy. Niestety musimy go spiesznie opuścić, gdyż o 10.00 mamy termin odstawienia naszego auta do wypożyczalni Avis, na lotnisku w Chiang Rai. Musimy więc go jeszcze szybko wykorzystać aby odwiedzić oddalone o 15km od miasta, sztandarowe miejsce tego rejonu, jakim jest buddyjska świątynia Wat Rong Khun, zwana również Białą Świątynią, ze względu na kolor materiałów, z jakich została zbudowana. Jest to niezwykle współczesna, wręcz futurystyczna świątynia buddyjska, której biały kolor symbolizuje buddyjską czystość i mądrość nauk Buddy. Budowę rozpoczęto w 1997 r., ale prace nadal trwają i cały kompleks się mocno rozbudowuje. Świątynia jest własnością lokalnego artysty Chalermchaia Kositpipata, który sfinansował jej budowę. Wewnątrz uwagę przyciągają malowidła przedstawiające kultowe postaci popkultury, również fikcyjne. Zobaczymy tu m.in. wizerunki Spidermana czy Batmana. Mimo że nie przedstawia ona żadnej wartości historycznej, to już jest nie lada atrakcja turystyczną. Głównie dlatego, że najzwyczajniej w świecie jest inna niż wszystkie pozostałe świątynie, zadziwia swą ekstrawagancją i odważnie nawiązuje do współczesności. Do tego jest wręcz olśniewająca, szczególnie w blasku porannego słońca, którą dane nam było oglądać.

Po szybkim zwiedzeniu tego niezwykłego miejsca, błyskawiczny przejazd na lotnisko i w 10min. zdajemy bez zastrzeżeń naszą Toyotę Vios, która super wiozła nas na dystansie ponad 1000km. Teraz, już z bagażami na plecach musimy przemieścić się na granicę z Laosem oddaloną o 110km. Z lotniska jedziemy autobusem za 20bahtów od os. na dworzec autobusowy, tam po 10min mamy rozklekotany autobus do granicznej miejscowości po stronie tajskiej, do Chiang Khong. Za bilet płacimy tylko 65bahtów od os. (7,80zł). Po dokładnie dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Bierzemy tuk-tuka i jedziemy za 50bahtów od os. do posterunku granicznego oddalonego o 6km. Tam okazuje się, że z paszportu Wioli wypadła kartka przynależna do tajskiej wizy. Uprzejmi funkcjonariusze wyrobili duplikat w dwie minuty. Po odprawie wewnętrznym, międzygranicznym autobusem (50bahtów od os.) jedziemy poprzez nowy most na rzece Mekong do laotańskiego punktu granicznego. Tam w 15 min wyrabiamy laotańską wizę za 31$ USD i po następnych pięciu minutach jesteśmy odprawieni do Laosu. Liczymy czas – z lotniska wyjechaliśmy o 11.00, a 14.30 jesteśmy już po laotańskiej stronie w miejscowości granicznej Huay Xay. Nie mieliśmy takiej wizji, że uda się przebyć tę trasę, tak szybko i „jak po sznurku”.

Po wyjściu z punktu granicznego, od razu jesteśmy zaproszeni do stanowiska biura turystycznego „Mekong Smile Cruise”, gdzie oferują nam lokum i transport łodziami po Mekongu do Luang Prabang. Wybieramy opcję dwudniową, z atrakcjami i wyżywieniem za 130$USD (10os. szybka łódź). Można również płynąć publicznym transportem za 36$USD, wolną, wielką 100os. łodzią, a podróż też trwa również dwa dni. Startujemy jutro o 9.00. Zakwaterowanie mamy nad samym Mekongiem w Hom Pho Guest House za 135000 kipa (LAK), ok. 60zł (super pokój z klimą). Wreszcie mamy nieco czasu na odpoczynek, popróbowanie laotańskiej kuchni i piwa „Beerlao”. Od razu zamawiamy miejscowy specjał o nazwie larb, czyli pikantną wołowinę, czyste siekane mięso z dużą ilością ziół i przypraw. Nadbrzeżna uliczka małego miasteczka Huay Xsy, na odcinku 500m, po zmroku zamienia się w kameralną, podróżniczą osadę. Spokojnie, kolorowo, pachnąco i smacznie tętni atmosfera tego miejsca. Turystów niezbyt wielu, w większości przybyli tu dzisiejszego dnia, a jutro, jak my odpływają łodziami po rzece Mekong do Luang Prabang.

  • Kurs wymiany kipa laotańskiego

  • 1 USD – 8 550,00 LAK

  • 1 EUR – 9 881,65 LAK

  • 1 PLN – 2 283,64 LAK

18-11-18_map