19.10.2018 piątek – Dzień „0”.

Rozpoczynamy następną wyprawę, a ma to miejsce o 15.45 kiedy to wsiadamy do wagonu pociągu Pendolino i mkniemy do Warszawy. Tu mamy zaległe spotkanie z naszą koleżanką Agą, więc czas szybko mija. Ulokowaliśmy się niedaleko lotniska na Okęciu w hotelu „Polaczki” (169zł ze śniadaniem to świetna oferta bookingowa)

20-21.10.2018 sobota / niedziela – Dzień 1-2. Przelot z Warszawy do Hanoi

Mamy pełny luż, gdyż na lotnisku musimy być dopiero o 10.45. Zamówiona taksówka w 6min za 20 zł dowozi nas na Okęcie. Tu spotykamy się zresztą uczestników wyjazdu do Wietnamu. Tym razem postanowiliśmy pierwszą część podroży odbyć w nieco inny sposób i przyłączyliśmy się do wyprawy organizowanej przez krakowskie biuro „Horyzonty”. Miało nas być tylko 9 osób, lecz w ostatecznym rachunku lecimy w 14. Jak wynika z pierwszego kontaktu wszyscy to zapaleni, kwalifikowani podróżnicy z całej Polski. O czasie lecimy- Warszawa 12:45 – Moskwa 15:40, 20.10.2018 Moskwa 19:10 – Hanoi 08:25 (przylot do Hanoi przypadł już w dniu następnym 21.10.2018). Po przylocie przejazd do dzielnicy Old Quarter, położonej w okolicy jeziora Hoan Kiem i zakwaterowanie w hotelu w starej części stolicy Wietnamu. Wieczorem spacer po dzielnicy pełnej sklepów, restauracji i pierwsze zetknięcie się z kulturą i kulinariami wietnamskimi. Tu też możemy się wreszcie dowiedzieć, dlaczego Jezioro Hoan Kiem (Zwróconego Miecza) położone w samym sercu stolicy Wietnamu nazywane bywa również „Jeziorem Żółwia”. Każdego dnia tłumy Wietnamczyków wypatrują w jego toń i szukają śladów żółwia, który jest dla nich świętością. Traktują go z taką samą czułością, jak traktuje się członka rodziny, mówią o nim „czcigodny prawnuczek”. Wierzą, że gad ma ponad 100 lat i jest wcieleniem legendarnego przodka, który w XV w., podczas chińskiej okupacji, wyłonił się z jeziora, by generałowi Le Loi wręczyć magiczny miecz. Ten za jego pomocą wypędził z kraju Chińczyków. A gdy ogłosił się cesarzem Le Thai To, ponownie przybył nad jezioro. Wówczas boski żółw zażądał zwrotu miecza, by w kraju zawsze panował pokój.

W Old Quarter mieści się również katedra katolicka, nieco przypominająca tę w Notre Dame i wiele innych pięknych świątyń, z czego najsłynniejsza z nich – Den Ngoc Son (nefrytowej góry) – leży na niewielkiej wysepce na Jeziorze Hoan Kiem (Jezioro Zwróconego Miecza). Prowadzi do niej charakterystyczny czerwony most o poetyckiej nazwie: Most Wschodzącego Słońca. Poświęcona jest duchom gleby, medycyny, literatury i generałowi Tran Hung Dao, pogromcy Mongołów. W niej też znajduje się żółw olbrzym, ale wypchany. Niemal pół wieku temu znaleziono go martwego w jeziorze i jak ogłoszono, żył co najmniej 400 lat. Na tym samym jeziorze położona jest jeszcze jedna niezwykła budowla, zwana Wieżą Żółwia (Tháp Rùa).

Choć mocno zmęczeni długą podróżą, wieczór spędzamy na ukulturalnieniu, uczestnicząc spektaklu w Miejskim Teatrze Lalek na Wodzie (Mua Roi Thang Long). Przedstawienia lalkowe to fascynująca dziedzina sztuki, ale zapewniamy, że w Azji poznacie ich jeszcze bardziej intrygujące oblicze. Scena pełna wody, aktorzy zanurzeni w niej po pas, niesamowite historie zaczerpnięte z wietnamskich legend i tradycyjna wietnamska muzyka na żywo w tle – tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć! Rzeźbione głównie z figowca kukiełki, malowane w jaskrawe kolory, występują na wietnamskiej scenie od tysiąca lat. Kiedyś we wsiach w delcie Rzeki Czerwonej na północy kraju, najczęściej na mokrych polach ryżowych, a dziś w teatrach. Sceną jest basen, a za rozwieszonymi bambusowymi matami chowają się artyści. Oni ożywiają lalki, które odgrywają scenki z życia Wietnamczyków pracujących na roli, pływających łódkami po jeziorach i rzekach wijących się między polami i łąkami. Są też smoki, feniksy, bawoły i oczywiście żółw.

Informacje praktyczne

* Północ i południe kraju różnią się pogodowo, a od kwietnia do listopada jest pora deszczowa. Najlepiej więc jechać wczesną wiosną albo jesienią. Latem temp. dochodzi do 40°C, jest bardzo wilgotno i nieznośnie, a zimą temp. na północy waha się od 10 do 13°C, a w górach spada nawet poniżej zera. Na południu cały rok jest upalny.

* Wiza jest potrzebna. Można ją wyrobić w Ambasadzie Socjalistycznej Republiki Wietnamu przy ul. Resorowej 36 w Warszawie, www.vietnamembassy-poland.org . Cena miesięcznej wizy jednokrotnej to 250 zł, wielokrotnego wjazdu – 300 zł. Można także za 80 zł wyrobić przez internet promesę wizową, np. na stronie www.szybka-wiza.pl , i wizę otrzymać na lotnisku w Wietnamie.

* Walutą jest dong wietnamski; Jeden dong wietnamski dzieli się na 10 hao. Chińskie słowa „tóng qián”, od których wzięła się nazwa waluty, można tłumaczyć jako „pieniądze” lub „pożyczka”.

  • Kurs wymiany donga wietnamskiego

  • 1 USD – 23 114,70 VND

  • 1 EUR – 26 876,93 VND

  • 1 PLN – 6 211,24 VND – tak dla ułatwienia – 10tys dongów to około 1,60zł

* Po Hanoi najbezpieczniej i tanio poruszać się taksówkami. Można też skorzystać z mototaksówek, jednak ruch na ulicach miasta jest tak duży, że jazda dwukołowcem może być niebezpieczna. Są też autobusy, bilet kosztuje ok. 50 gr.

* Hosteli i hoteli jest niezliczona ilość. Najwięcej noclegowni jest w Starej Dzielnicy.

* Najlepiej jadać w ulicznych budkach. Najwięcej jest ich w Starej Dzielnicy, wybieramy te, w których na małych stołeczkach siedzi najwięcej ludzi. Na pewno zjemy pyszną zupę pho (najlepiej smakuje z wołowiną i makaronem), za którą zapłacimy ok. 7 zł. Wietnam słynie też z ryb i owoców morza. Dobre są też naleśniki banh xeo i oczywiście nem, czyli sajgonki.

22.10.2018 poniedziałek Dzień 3. Przejazd nad Zatokę Halong, rejs statkiem pośród skalistych wysp

Po śniadaniu wyjazd w kierunku Zatoki Halong. Pokonanie autobusem przestrzeni 175km trawa ponad cztery godz z około półgodzinnym postojem w supermarkecie przygotowanym specjalnie dla turystów. Można w nim było kupić absolutnie wszystko, po cenach znacznie wyższych niż na wietnamskich ulicznych straganach. Po dopełnieniu wszelkich formalności i zaokrętowaniu się na pokład, odbywany rejs wśród setek wysp tej niezwykłej zatoki (Unseso). Zatoka Ha Long to jedno z najbardziej charakterystycznych, jeśli nie najbardziej znane, miejsce kojarzące się z Wietnamem. Ha Long to około 2 000 wysp wystających z wody na wysokość około 50-100 metrów. Widok robi niesamowite wrażenie. Miejsce to słynie z fantastycznych krajobrazów, niezliczona ilość wysp wapiennych porośniętych dżunglą, które wynurzają się z tafli wody, a ich pionowe ściany osiągają wysokość kilkudziesięciu metrów.

Jak wszędzie w podobnych miejscach i tu krąży stara legenda: w dawnych czasach kiedy ludy zamieszkujące Wietnam musiały walczyć z najeźdźcami Bogowie przyszli z pomocą i wysłali w ten region smoki. To właśnie one według niej stworzyły naturalną formę obrony tego regionu, a jak do tego doszło? Smoki wypluwały perły, które w zetknięciu z wodą zamieniały się w skały, co utrudniało przedarcie się łupieżcom. Smoki podobno jeszcze można spotkać w okolicy, my widzieliśmy tylko namalowane na łódkach.

Jeszcze tego dnia po smakowitym lanczu odwiedzimy malowniczą jaskinię na jednej z wysp będących na naszej trasie płynięcia. Ponieważ dopiero następnego dnia kończy się nasz rejs, tę noc spędzamy w przyjemnej kajucie, a cały statek jest wyłącznie do dyspozycji naszej grupy. Łódka składała się z 3 pokładów: najniższy z kajutami, środkowy z kuchnią i jadalnią oraz najwyższy z tarasem. Kajuty są stosunkowo małe ale mają okna oraz łazienki z prysznicem ze słodką wodą.

18-10-22-23_map

23.10.2018 wtorek – dzień 4. Dalszy ciąg rejsu po Zatoce Halong i powrót do Hanoi

Rano jeszcze krótki rejs po Zatoce Halong. Podpływamy do pływającej wioski, gdzie prowadzi się hodowlę specjalnych odmian małż z których pozyskuje się perły. Specyficzna technika pozwala oszukać naturę i po umieszczeniu sztucznego zarodka, po kilku latach mamy wyhodowane sztucznie perły. Technikę, lub można by powiedzieć technologię pozyskano niegdyś od Japończyków, którzy w długiej historii Wietnamu często odwiedzali te strony. Po zapoznaniu się z całym procesem pozyskiwania pereł powrót do portu, skąd tą samą drogą jak tu przybyliśmy, powróciliśmy do Hanoi. Jeszcze trochę o jedzeniu i kulinariach. Od momentu wejścia do momentu zejścia z pokładu jedzenie jest podawane regularnie: lunch, kolacja, śniadanie, lunch. Jedzenie jest wyśmienite, smaczne, różnorodne i obfite. Obsługa niezwykle uprzejma. Cena jedzenia jest już wliczona w opłatę za całą wycieczkę, jednak wszelkiego rodzaju napoje już nie. Można się oczywiście samemu zaopatrzyć w nie przed rejsem, jednak dobrze widzianym zwyczajem jest zamawianie napojów u załogi, gduż za konsumpcję własnego alkoholu należy wnieść stosowną opłatę.

Wycieczka po zatoce Ha Long jest przede wszystkim odpoczynkiem. W trakcie rejsu można się nieźle zrelaksować, a widoki są nie z tej ziemi. Jeszcze do niedawna w Ha Long mieszkało kilka tysięcy osób. Niestety większość z nich pochodzi ze starego pokolenia, które o ochronie przyrody najwyraźniej nigdy nie słyszało. Przewodniki o tym nie wspominają, ale Wietnamczycy bardzo zaśmiecają swoje środowisko. Objawia się to głównie przez wyrzucanie śmieci do wody. Wietnamski rząd próbował wyedukować mieszkańców zatoki, by przestali zanieczyszczać środowisko, jednak bezskutecznie. Skończyło się na przymusowym przesiedleniu mieszkańców na ląd, co spotkało się z olbrzymim protestem. Obecnie w zatoce mieszka około 300 osób. Żyją oni przeważnie na różnego rodzaju barkach zacumowanych na stałe na wodzie.

Najważniejsza w trakcie rejsu jest pogoda, my pierwszego dnia mieliśmy tylko trochę słońca, a później bardzo pochmurne niebo i od czasu do czasu deszcz. Z informacji, które mamy większość dni w Ha Long to jednak „szarówka”, a piękne zdjęcie, które można podziwiać na folderach to łut szczęścia. Czy warto zatem odwiedzić to miejsce? Oczywiście, że tak, to na pewno jedno z najładniejszych miejsc na Ziemi w którym byliśmy, nie wyobrażam sobie być w Wietnamie i nie zobaczyć zatoki Ha Long.

Wieczór spędzamy na włóczeniu się po starym mieście, nie zapominając o wietnamskich specjałach. Warto spróbować w tym miejscu zupę pho – miejscowy przysmak, podobno najlepszą można zjeść właśnie tu, w maleńkich knajpkach ulokowanych w budynkach w stylu kolonialnym, jakie zostały w spadku po Francuzach. Następną osobliwością tego miejsca i całego Wietnamu jest wietnamska kawa, parzona w specjalnym metalowym filtrze. Ma niepowtarzalny smak, który, jak wyjaśnia nam sprzedawca, nie jest jedynie efektem jej parzenia. Tajemnica tkwi ponoć w maśle dodawanym podczas palenia kawy. Na ziarenkach powstaje wówczas karmelowa otoczka i to ona nadaje ten czekoladowy posmak, który zostaje na ustach. W upalny dzień, z dodatkiem kostek lodu i skondensowanego mleka, taki napój smakuje wybornie. Jest wiele powodów, by przyjechać do Hanoi. Ale dwa są szczególnie istotne, żółw, który przynosi szczęście i kawa, której smaku nie zapomnimy do końca życia.

24.10.2018 środa – dzień 5. Zwiedzanie Hanoi i przejazd autobusem sypialnym do Hue

Po śniadaniu uskuteczniamy całodniowe zwiedzanie stolicy Wietnamu, Hanoi. Leży w północnej części kraju, nad Rzeką Czerwoną i liczy ponad 7 mln mieszkańców. Słynie ze wspaniałej, zabytkowej architektury kolonialnej (pamiętającej rządy Francuzów), licznych buddyjskich świątyń oraz malowniczych jezior i wąskich, gwarnych uliczek pełnych sklepów z ręcznie robionymi produktami. Najstarszą częścią miasta i jego sercem jest Stare Miasto, czyli tzw. Old Quarter, gdzie jesteśmy zakwaterowani, na który składa się kilkadziesiąt ulic położonych w okolicy Jeziora Hoan Kiem. Zabytkowe budowle, wąskie uliczki wypełnione sklepikami i warsztatami tworzą niepowtarzalny klimat tego miejsca. To stąd najlepiej rozpocząć wycieczkę po mieście.

Dzisiejsze zwiedzanie rozpoczynamy od mauzoleum najbardziej uwielbianego przez naród przywódcy politycznego – Ho Chi Minha, czyli monumentalny grobowiec bohatera narodowego Wietnamu. To nie tylko szansa na przejmującą wizytę przy trumnie najsłynniejszego wietnamskiego polityka, ale także – a raczej przede wszystkim – możliwość zetknięcia się z ważną częścią wietnamskiej historii, kultury i mentalności.

„Założyć długie spodnie, a najlepiej też koszulę z długim rękawem. Nie śmiać się, nie rozmawiać, nie machać rękami, nie trzymać ich w kieszeni”. Po śmierci (1969 r.) chciał być skremowany, ale jego ostatniej woli nie uszanowano. Leży więc w szklanej trumnie, wystawiony na widok publiczny, w ogromnym masywnym budynku z kamienia pochodzącego z Gór Marmurowych pod Danangiem, na zachodnim brzegu rzeki Han. Nieboszczyka pilnują żołnierze w białych mundurach i w białych wypolerowanych butach. Nie ma mowy, by ktoś ze zwiedzających zboczył z wyznaczonej ścieżki. Kompleks znajduję się na słynnym Placu Ba Dinh, gdzie 2 września 1945 roku Ho Chi Minh odczytał Deklarację Niepodległości Wietnamu (wzorowanej na Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki). „Kompleks”, bo oprócz mauzoleum mieści się tu także Dom Ho Chi Minha (słynny drewniany domek na palach z charakterystycznymi, zielonymi roletami), żółty Dom nr 54 z wystawą samochodów „Wujka Ho” oraz wybudowany na początku XX wieku Pałac Prezydencki, będący dawniej siedzibą Generalnego Gubernatora Indochin Francuskich. Cały obchód kończymy przy Pagodzie na Jednym Filarze, która przypomina unoszący się na wodzie kwiat lotosu.

Następnie przechodzimy przez dzielnicę ambasad do Świątyni Literatury wniesionej na cześć chińskiego filozofa Konfucjusza. Zacienione dziedzińce, bramy, sadzawki, studnia Niebiańskiej Jasności, spokój, zieleń i cisza. W tym miejscu – na pierwszym w Wietnamie uniwersytecie założonym w 1076 r. – przez ponad siedem wieków kształcono urzędników państwowych. Uczelnię kończyli z tytułem doktora tylko najzdolniejsi (przez 700 lat jedynie tysiąc osób). Ich nazwiska są wyryte na kamiennych tablicach. Do dziś zachowały się 82 kamienne stele. Świątynia ożywa podczas święta Tet (wietnamskiego Nowego Roku przypadającego zazwyczaj na koniec stycznia albo początek lutego). Wtedy można m.in. zagrać w „żywe” szachy – wcielają się w nie mieszkańcy Hanoi – i posłuchać poezji.

Długo niezapomnianą pozostanie zapewne także wizyta w muzeum-więzieniu Hoa Lo, zwanym także hanojskim „Hiltonem”. Na własne oczy zobaczymy tu tragiczne warunki, w jakich przebywali wietnamscy więźniowie polityczni w latach 80. XIX w., a także jeńcy amerykańcy w czasie wojny wietnamskiej (zwanej tu: amerykańską).

Ważnym punktem na trasie zwiedzania Hanoi jest XI-wieczna Cytadela Cesarska wraz z dobudowaną w 1812 r., mierzącą 41 m (licząc razem z flagą) Wieżą Flagową. Jest to historyczny obiekt, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miejsce to przez kilka wieków było siedzibą władców i centrum politycznym ówczesnego Wietnamu, a przez osiem stuleci stolicą kraju. Cytadela to rozległy, 18-hektarowy obszar, którego część udostępniona jest do zwiedzania.

Wieczorem po kolacji wyjeżdżamy nocnym autobusem sypialnym w kierunku Hue. Specjalnie przygotowane wnętrze zapewnia przyzwoity standard podróżowania na dwóch poziomach w pozycji leżącej. Zaprawieni odpowiednią ilością „kropelek” udaliśmy się w objęcia morfeusza.

18-10-24_map

25.10.2018 czwartek – dzień 6. Cytadela w Hue i podróż do Hoi An

Nocą pokonaliśmy słynna strefę demilitaryzacyjną, czyli dawną granicę pomiędzy Wietnamem Północnym i Południowym, po czym wczesnym rankiem dotarliśmy do Hue, miasta położonego w środkowym Wietnamie, oddalonym od Morza Południowochińskiego ok. 11 km. Do 1945 roku funkcjonowało ono jako stolica. W czasie wojny wietnamskiej miasto było wielokrotnie niszczone – znajdowało się na linii demarkacyjnej. Po wojnie miasto odbudowano. Przyczynił się do tego między innymi polski architekt i konserwator zabytków Kazimierz Kwiatkowski, który kierował pracami konserwatorskimi w Wietnamie. Po śniadaniu odwiedzimy największą atrakcję tego miasta, czyli cytadelę, największą tego rodzaju budowlę obronną w Wietnamie.

Cesarska Cytadela to samodzielna, dominująca nad miastem twierdza, której celem była ochrona przed najazdem wroga. Została wybudowana przez dynastię Nguyen. Cały kompleks składający się z wielu budynków, wpisany został w 1993 roku na listę Światowego Dziedzictwa Narodowego UNESCO. Zajmuje 5 kilometrów kwadratowych i otoczona jest wysokimi na 6 metrów murami. Robi niezwykłe wrażenie! W centrum kompleksu ulokowane jest Cesarskie Miasto, również za fosą i murami. Dostać się do niego można przez 4 bramy. Wchodzimy przez Bramę Południową , przy której są kasy. Bilet kosztuje 150 000 VND od osoby. Przed nami duży plac, na którym odbywały się parady i procesje. Cesarz oglądał je z balkonu. Po cytadeli spacerujemy ok. 2 godzin. To ogromna przestrzeń warta zobaczenia. Makiety i film przedstawiający jak cesarskie miasto wyglądało w przeszłości, pozwala wyobrazić sobie jakie to było bogactwo. Wewnątrz potężnych murów znajduje się ciekawa zabudowa pałacowa.

Wczesnym popołudniem opuściliśmy Hue, by dotrzeć na nocleg do położonego o dalsze 5godz jazdy sypialnym autobusem Hoi An i odpocząć po trudach podróży. Jeszcze tego dnia, już po zmroku udaliśmy się do starej części miasta położonego w ujściu rzeki Thu Bon. Port został założony prawdopodobnie pod koniec I tysiąclecia p.n.e. przez żeglarzy austronezyjskich zasiedlających wówczas wschodnie wybrzeża Indochin i z czasem stał się największym portem kontrolującego tę część morskiego szlaku jedwabnego. Port jest położony i był ściśle związany ze Świętymi Ziemiami Amarawati – ośrodkami państwowości Czamów, położonymi w górze rzeki. Po zajęciu Amarawati przez Wietnamczyków port odgrywał nadal główną rolę w życiu gospodarczym kraju, aż do czasów kolonialnych, kiedy ustąpił pierwszeństwa Da Nang.

Hoi An ma obecnie kilka oblicz. Swoje najbardziej kolorowe ukazuje zaraz po zapadnięciu zmroku. Wtedy to jak za dotknięciem magicznej różdżki zapalają się tysiące różnokolorowych lampionów. Wiszą dosłownie wszędzie, na domach, budynkach, drzewach, ponad ulicami. Przechadzając się wolno ulicami ponownie zaczniesz odkrywać to miasto. To dzięki lampionom zwrócić uwagę na rzeczy i miejsca, które w ciągu dnia niczym się nie wyróżniały, a w nocy wyglądają jak z bajki.

Noc to również czas, gdy dwie ulice miasta zostają zamknięte dla ruchu kołowego i zamieniają się w Nocny Market. Podobnie jak na innych targach w tej części Azji to dobre miejsce, by kupić pamiątki lub spróbować ulicznego jedzenia. Tym jednak co wyróżnia ten targ od innych jest kilka stoisk, na których można kupić lampiony. Widać je z daleka i turyści jak ćmy kierują swoje kroki w ich stronę. Z daleka mienią się one różnymi kolorami i wydaje się, że różnią się tylko tym. Podchodząc bliżej mamy okazję zobaczyć, że jednak każdy jest inny. Mają różne kształty, ornamenty, czasem doczepione frędzle. Stały się one symbolem miasta i obecnie trudno wyobrazić sobie Hoi An bez lampionów. Brakuje Ci szczęścia? uważasz, że masz go za mało? W Hoi An mają na to sposób. Odzyskać swoje szczęście możesz już za 1$, gdyż tyle kosztuje zakup oraz puszczenie zapalonego lampionu na rzekę. Najlepiej poczekać z tym do zmroku, gdyż wtedy puszczone lampiony robią największe wrażenie. Nawet jeśli nie wierzysz w takie rzeczy to warto przyjść wieczorem nad rzekę i zobaczyć jak inni to robią. Na pewno wierzą w to młode pary, które w tym czasie nad rzeką biorą udział w sesjach ślubnych. Zdjęcia z zapalonymi lampionami oraz jak puszczają je na wodę, to obowiązkowy punkt każdej sesji. Tradycyjne stroje, światła świec, piękne plenery i woda w której to wszystko się odbija powodują, że miasto staje się najbardziej romantycznym miastem w Wietnamie. Oczywiście my również wynajęliśmy łódkę i puściliśmy lampiony na wodę.

18-10-25-26_map

26.10.2018 piątek – dzień 7. Wizyta w zabytkowej części Hoi An i wycieczka rowerowa na plażę

Hoi An okres świetności ma już dawno za sobą. W porze deszczowej często jest zalewane przez wzbierającą rzekę. Jednak tradycyjna, ciasna zabudowa, wąskie uliczki, galerie sztuki i klimatyczne kafejki tworzą niepowtarzalny nastrój i atmosferę tego miejsca. Niegdyś wraz z dynamicznym rozwojem osiedlali się tutaj kupcy z Japonii, Chin oraz krajów europejskich. Do dnia dzisiejszego na starym mieście można zobaczyć zabytki, które są pozostałością ich obecności i wpływu na rozwój miasta. Dzisiejszego dnia zwiedzimy starą część miasta m.in. kryty most japoński, ewenement architektoniczny na skalę światową (Japanese Covered Bridge), zbudowany przez przybyszy z Japonii. Jest to symbol miasta, a jednocześnie jedyny na świecie kryty most ze świątynią buddyjską w środku. Wejścia do środka „pilnują” z jednej strony dwa posągi małp, natomiast z drugiej psów. Chronią one niewielką świątynię pełną dymu z kadzidełek oraz darów od wiernych.

Zwiedzimy również świątynie buddyjskie oraz tradycyjny dom kupiecki Tan Ky (Old House of Tan Ky). W ramach biletu, który umożliwia wejście na teren Starego Miasta można zobaczyć 5 atrakcji. To od Ciebie zależy, co to będzie, a jest z czego wybierać. Oprócz Mostu Japońskiego koniecznie należy zobaczyć jeden z zabytkowych domów, które od kilkuset lat stoją nad brzegiem rzeki. Gro z nich zostało zamienionych na przytulne restauracje lub piękne sklepiki, kilka jednak zachowało swoje oryginalne przeznaczenie. Najciekawszym z nich jest dom Tan Ky. Wchodząc tu zostaniesz powitany filiżanką herbaty, a przewodnik opowie historię domu oraz rodziny, która od 7 poleń go zamieszkuje. W środku łatwo zauważyć mix stylu wietnamskiego, chińskiego i japońskiego. Ponure, ciemne, ale ciekawe wnętrza, masywne drewniane meble, zdjęcia członków rodziny i bibeloty, a to wszystko rozmieszczone zgodne z filozofią yin i yang..

W latach 90 XX w. władze miasta postanowiły pozbyć się starych, zagrzybionych budynków w centrum i w ich miejsce wybudować bloki mieszkalne. Projektowi sprzeciwił się Kazimierz Kwiatkowski kierujący pracami konserwatorskimi w pobliskim Mỹ Sơn. Za namową Kwiatkowskiego centrum odrestaurowano i przystosowano do ruchu turystycznego. W 1999 roku miasto za sprawą polskiego architekta zostało wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. W uznaniu zasług, mieszkańcy wystawili mu z własnych składek pomnik. Kazimierz Kwiatkowski, architekt z Lublina dostał w Wietnamie dwa przezwiska: „człowiek z dżungli” i „Znachor”. To pierwsze dlatego, że na początku mieszkał w bambusowym szałasie, a zespół zabytkowych świątyń, w których pracował, otaczał las. Ze Znachorem była nieco inna historia. Niedługo po polskiej premierze w Wietnamie pokazywany był film „Znachor” z 1982 roku, z Jerzym Bińczyckim w roli głównej (do którego był bardzo podobny), tak więc dostał przezwisko “Znachor”. Obecnie Hoi An jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Indochinach. Według przewodnika Lonely Planet jest to jednocześnie jedno z najbardziej urokliwych i przyjaznych turystom miejsc w regionie.

Oczywiście nie możliwością jest aby nie odwiedzić również hali targowej i wielkiego bazaru rozłożonego tuż przy nabrzeżu. Znajdziemy tu wszystko, od możliwości skosztowania smakołyków, poprzez warzywa, owoce, mięsa, na owocach morza kończąc.

W południe wypożyczymy rowery, aby odbyć wycieczkę po okolicy. Najpierw dotarliśmy do plaży An Bang i oddaliśmy się czystemu relaksowi. Plaża położona zaledwie kilka kilometrów od Hoi An uważana jest nie tylko za najpiękniejszą w Środkowym Wietnamie, ale również jedną z najpiękniejszych w kraju. Czysta i cieplutka woda morza Południowochińskiego, drobniutki biały piasek i dobra infrastruktura powodują, że czujemy się jak w raju, leżąc na leżaku pod krytym liśćmi palmowymi parasolem i popijając zimne napoje.

Przed zmrokiem jadąc wąskimi dróżkami przez tradycyjne, wietnamskie wioski ulokowane pośród stawów, powróciliśmy do Hoi An. Panują tu idealne warunki dla rowerzystów, a widoki powodują, że człowiek co chwilę musi się zatrzymać, by zrobić zdjęcie. Niczym nie zakłócana cisza i spokój umożliwia delektowanie się odgłosami wydawanymi przez ptaki, cykady i żaby. Warto również wjechać w ścieżki pomiędzy małymi domkami i zobaczyć ogrody pełne zieleniny, która w dużych ilościach ląduje później na talerzu.

Dzień kończymy masażem i ucztą w typowej stołówce wietnamskiej, położonej opodal naszego hotelu.

27.10.2018 sobota – dzień 8. Kompleks My Son, powrót łodzią do Hoi An i nocny przejazd do Nha Trang

Rano jedziemy na krótką wycieczkę do pobliskiego My Son. Zaledwie 37 km od miasta jest położone najbardziej tajemnicze miejsce w Wietnamie, kompleks świątyń hinduistycznych, ulokowanych w cichej dolinie u stóp gór porośniętych dżunglą. Ich powstanie datuje się na IV wiek naszej ery i prawdopodobnie było używane aż do XV wieku. Po zajęciu Amarawati przez Wietnamczyków w 1471 r. sanktuarium podupadło i zostało z czasem wchłonięte przez dżunglę. Ponownie dla świata zostało odkryte w 1898 r. przez francuskich archeologów. W czasie wojny Wietnamskiej w dolinie My Son założyli swoją kwaterę partyzanci Wietkongu. Najwyższą 28-metrową wieżę świątyni wykorzystywali jako maszt radiostacji. W sierpniu 1969 r. amerykańskie B-52 wykonały nalot dywanowy na sanktuarium, niszcząc i uszkadzając wiele budowli. Z najstarszej świątyni, zbudowanej w VII w. przez Sambhuvarmana, pozostał jedynie stos potłuczonych cegieł. Bombardowanie wywołało powszechny protest, w wyniku którego dolina została wyłączona z akcji amerykańskiego lotnictwa. Po wojnie rząd wietnamski postanowił odrestaurować sanktuarium. Teren oczyszczono z niewypałów i rozminowano. W czasie prac zginęło dziewięć osób, a jedenaście zostało rannych. W 1981 r. wykonania prac konserwatorskich podjął się zespół polskich konserwatorów z lubelskich Pracowni Konserwacji Zabytków pod kierownictwem Kazimierza Kwiatkowskiego. Obecnie dolina została uporządkowana i zbudowane niewielkie muzeum, To co obecnie widzimy jest efektem działań wojennych, które miały miejsce w latach 60-tych XX wieku. Pozostałości wciąż robią wrażenie, będąc tu jednak należy otworzyć się na dodatkowe doznania. Wystarczy chwila sam na sam z ruinami i ich otoczeniem, by poczuć tajemniczą moc, którą to miejsce emituje. Ruiny i dżungla stanową żywy organizm, który od wielu wieków żyje w symbiozie. Do Hoi An powróciliśmy statkiem wzdłuż rzeki Thu Bon, odwiedzając po drodze wioskę lokalnych rzemieślników.

Wieczorem nastąpił wyjazd nocnym autobusem w kierunku Nha Trang.

18-10-27_map

28.10.2018 niedziela – dzień 9. Przejazd do Dalat w górach. Ogrody botaniczne

Wcześnie rano, bo już o 5.00 dotarliśmy do nadmorskiej miejscowości Nha Trang. Śnadanie kupujemy w przydrożnym straganie i po siódmej jedziemy dalej w kierunku górskiego kurortu Dalat. Pniemy się mocno w góry, przejazd autobusem niespełna 140km zajął prawie pięć godzin. Dalat śmiało można nazwać najprzyjemniejszym miastem w Wietnamie – na pewno jeśli chodzi o pogodę. Ta położona na północ od Sajgonu, wietnamska stolica zakochanych oraz „miasto kwiatów”, jak nazywają ją inni, charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami przez wszystkie miesiące w roku. Po wizycie w upalnych, nadmorskich rejonach, gdyż zazwyczaj stąd przybywają podróżni, jest to prawdziwe wybawienie dla przegrzanego organizmu. Wśród Polaków, odwiedzających to miejsce, mówi się, że to trochę Paryż, a trochę Zakopane. Dlaczego? Paryż, bo powstało pod koniec XIX wieku, jako uzdrowisko dla francuskich żołnierzy, poza tym to ulubione miejsce Wietnamczyków na podróż poślubną. Zakopane, bo położone jest 1500 m n.p.m. i wielu mieszkańców tego kraju przyjeżdża tu, żeby odetchnąć od wszechobecnego zgiełku i upału. Temperatury są tu niższe niż w innych częściach Wietnamu. Lokalni mieszkańcy mają łagodne usposobienie i można liczyć na ciepłe przyjęcie z ich strony, najważniejsze, że nie grozi nam natręctwo sprzedawców znane nam z poprzednio odwiedzonych wietnamskich miast.

Jeszcze tego dnia odbyliśmy popołudniowy spacer do ogrodów botanicznych „Vuoh Hoathanh Pho Dalat”, przechadzając się wzdłuż malowniczego jeziora Xuan Huong. Da Lat jest obecnie ogromnie popularnym miastem wśród turystów krajowych. Wokół centralnie zlokalizowanego jeziora zawsze można spotkać wietnamskie pary spacerujące lub szalejące na tandemowych rowerach. Miasto to także centrum kultury „kawowej”, uliczne kafejki znajdziemy niemal na każdym rogu, a w regionie zlokalizowanych jest wiele plantacji kawy. Nie mniej popularnym napojem jest wino, tutejszy klimat sprzyja uprawie poszczególnych szczepów winorośli. Miasto zawdzięcza swoje powstanie Francuzom, którzy szukając ucieczki od tropikalnych temperatur wietnamskich nizin, założyli tutaj na początku XX w górski kurort. Wcześniej w okolicy znajdowały się jedynie niewielkie wioski górskich mniejszości etnicznych. Plany urbanistyczne zostały nakreślone przez znanego francuskiego architekta tamtych czasów, Ernesta Herbarda. Czasy największego rozkwitu przypadły na lata 40., kiedy miasto stało się prawdziwą letniskową stolicą Indochin. W latach 1939 – 45 swoje urzędy ulokowała tutaj większość kolonialnej administracji i miasto funkcjonowało przez pewien czas jako oficjalna stolica Indochin. Region Da Lat nie ucierpiał szczególnie podczas wojny amerykańsko-wietnamskiej, jedyne działania zbrojne w okolicy miały miejsce podczas ofensywy w Tet w 1968r. Zakończyły się one pozostawieniem kontroli nad miastem aż do zakończenia konfliktu w rękach sił południowowietnamskich. Przez kolejne dekady miasto w dalszym ciągu rozwijało się jako popularny ośrodek wypoczynkowy i tak jest aż do dziś, a turystyka jest głównym czynnikiem napędzającym miejscową gospodarkę.

18-10-28-29_map

29.10.2018 poniedziałek – dzień 10. Zwiedzanie okolic Dalat na motocyklu

Górskie wzgórza w okolicy Dalat to wietnamskie centrum upraw owoców, warzyw, kawy i kwiatów. Dziś mamy nie lada atrakcja, całodniową wycieczkę po okolicy na motorach, niestety jedynie w roli pasażera. Jeszce do wczoraj miałem nadzieję, że będzie możliwość samemu dosiadać jakiegoś motorka (125cm²), ale organizator odmówił zasłaniając się zakresem naszego ubezpieczenia. Po okolicy obwozi nas zorganizowana grupa starszych motocyklistów z klubu „Wietnam Easy Riders”. Na trasie przejazdu odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc. Najpierw Świątynię Smoka z wielkimi rzeźbami bóstw, następnie farmę kwiatów, które uprawia się głównie na eksport.

Mało kto jednak wie, że Wietnam jest drugim, największym eksporterem kawy na świecie, a kraj ten jest prawdziwym rajem dla wszystkich miłośników tegoż trunku. Kawa w Wietnamie pojawiła się w XIX wieku za sprawą francuskich kolonistów i od tamtej pory plantacje jak i przemysł kawowy w tym kraju stale się rozwijają. Dostaniemy tu kawę podaną na „milion” sposobów, a każda będzie wyśmienita! To właśnie wzgórza w okolicy Dalat pokryte są przez niezliczone plantacje kawy, my odwiedzimy jedną z nich, gdzie produkowana jet ta najdroższa „kopi luwak”. Najpierw wchodzimy między krzewy, a później podglądamy drzemiące za dnia cywety (luwak, łaskun palmowy). Zakładamy, że proces pozyskiwania ziaren jest Wam znany, ale gdyby nie – cywety zjadają dojrzałe owoce kawowca (choć lubią też banany), a następnie wydalają. Sprytny gatunek ludzki obiera ziarenka kawy z cyweciego gówienka i sprzedaje jako coś ekstra, za ekstra cenę. Czym różni się „kopi luwak” od zwykłej kawy i skąd taka jej wysoka cena? Odpowiedź powyżej… Dopiero po strawieniu i wydaleniu ziaren przez łaskuna, są one zbierane, dokładnie myte, suszone, a następnie palone i mielone. Mimo iż proces pozyskiwania ziaren brzmi dość odpychająco, to kawa „kopi luwak” uważana jest przez smakoszy za prawdziwy rarytas. Napój jest gęsty, o lekkim czekoladowym aromacie i bez charakterystycznej dla większości kaw goryczki.

Zajrzeliśmy też na farmę jedwabników, gdzie z dojrzałych kokonów pozyskuje się jedwab w sposób maszynowy. Przyglądamy się całemu procesowi, od jajek, przez larwy, po kokon, aż do momentu pozyskania jedwabnej nici na maszynach, które pamiętają kolonizatorów. Ponownie wskakujemy na motocykle i ruszamy dalej by zobaczyć okazały wodospad. Tuż obok znajduje się kolejny obowiązkowy punkt programu, pagoda ze słynnym wesołym Buddą i bóstwa o wielu dłoniach. To taki lokalny buddyzm – wesoły, kolorowy, trochę kiczowaty i mieszający wszystko ze wszystkim.

W powrotnej drodze zajrzeliśmy jeszcze do prymitywnej gorzelni, gdzie wytwarza się miejscową wódkę ryżową, oraz na farmę świerszczy, które po usmażeniu traktuje się jak chrupką przekąskę do piwa, była próba, smakują bardzo ciekawie.

Z jakiegoś powodu uszczęśliwia nas ta dzisiejsza wycieczka, może przez to wrażenie wolności, jakie zawsze mam daje motocykl, czy przez piękno tej okolicy, ale czujemy wielkie zadowolenie. Jak do tej pory to nasz najfajniejszy dzień w Wietnamie. Wracamy cali w skowronkach, a nasi motocykliści podrzucają nas pod ostatnią atrakcję dnia, czyli punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Da Lat, kompleks „Crazy House”, uznany za jeden z dziesięciu najbardziej zwariowanych hoteli świata. To podobno wietnamska odpowiedź na dzieła Gaudiego. Budowla jest połączeniem drzewa i pałacu. We wnętrzach nie ma ani jednej prostej ściany, za to jest tu mnóstwo krętych schodów, mostków i tuneli. Od samego spaceru po wąskich ścieżkach umieszczonych na wysokości szczytów dachu, może zakręcić się w głowie.

Dzisiejszy objazd motocyklowy kończymy na dworcu kolejowym, a wieczór spędzamy popijając miejsowe wido Dalat, na odreagowaniu wrwżeń minionego dnia.

30.10.2018 wtorek – dzień 11. Podróż do Mui Ne, odpoczynek nad morzem

Rano przejazd do nadmorskiego kurortu Mui Ne. Przejazd zajął nam prawie pięć godzin. Po zakwaterowaniu w hotelu „Delight Hotel” mamy czas wolny na całkowity relaks, na spacer po piaszczystej plaży wśród palm kokosowych. Ciągną się na przestrzeni16 km, to główna wizytówka Mui Ne. Zaliczane są do najbardziej dziewiczych plaż w całym Wietnamie. Zapewniają niczym niezmącony spokój z dala od gwaru i hałasu wielkich kosmopolitycznych wietnamskich miast. Morze jest tu cudownie ciepłe, choć momentami może być niebezpieczne z powodu mocnego wiatru, dużych fal i silnych przypływów. Wiatr pojawia się zwykle około południa i cichnie dopiero późnym popołudniem. Jedynym minusem wietnamskich plaż, o którym z przykrością musimy napisać, jest to, że są one niestety zanieczyszczone tym, co przyniosło morze i zostawili mieszkańcy oraz turyści.

Wieczorem istna uczta dla miłośników owoców morza, na promenadzie można zjeść świeżo złowioną rybę, kalmara, żabę, węża lub skorupiaka, wszystko to przyrządzone na poczekaniu, a produkty prosto z morza.

18-10-30_map

31.10.2018 środa – dzień 12. Bajeczny potok, wioska rybacka i relaks na plaży

Rano po śniadaniu wyruszamy na wycieczkę rowerową po okolicy, słynącej z niesamowitych, nadmorskich widoków, wiosek rybackich i piaszczystych wydm.

Najpierw podjeżdżamy ok 5km na północ, aby przy moście pozostawić rowery i przespacerować się piaszczystym dnem strumyka, wzdłuż doliny Bajecznego Potoku, płynącego wśród wielokolorowych skał. Fairy Stream to mały strumyk, który wije się w czerwonym wąwozie między lasami bambusowymi, kamieniami i wydmami. W niektórych momentach krajobraz wąwozu przypomina miniaturową wersję Wielkiego Kanionu. W przeważającej części woda w rzeczce sięga wysokości kostki, więc komfortowo wąwóz można eksplorować boso. Na jego końcu znajduje się mały wodospad. Cały spacer w obie strony zajął nam ok.1,5h. Wejście do wąwozu wymaga zakup biletu (15000dong)! Następnie odwiedzimy tradycyjną rybacką wioskę z niezliczoną ilością różnokolorowych kutrów. Wietnamska wioska Mui Ne położona na wybrzeżu morza Południowochińskiego oznacza nic innego jak „przylądek schronienia”, a jej nazwa wywodzi się od słów: „Mui”- przylądek oraz słowa „Ne”- chować się. W zamierzchłych czasach rybacy, którzy szukali kryjówki przed szalejącymi w regionie niebezpiecznymi tajfunami, osiedlili się w tutejszej zatoce i założyli osadę, która miała im zapewnić przeżycie. Przy wjeździe do wioski rozpościera się niesamowity widok na rozległe wybrzeże porośnięte kołyszącymi się na wietrze palmami i niezwykle kolorowe statki rybackie zacumowane w zatoce. Portowa plaża to idealne miejsce do zakupu lokalnych „owoców morza” oraz obserwacji codziennego życia mieszkańców wioski. Szczególną uwagę przyciągają tu typowe dla Wietnamu okrągłe łódki rybackie – wiosłowanie na takiej łodzi to wielka sztuka! Ostatnich dwadzieścia lat rozwoju przekształciły tę niegdyś senną wioskę rybacką w popularny, wczasowy kurort, który może poszczycić się wieloma atrakcjami.

Nasza rowerowa wycieczka niestety, przekształciła się w ekstremalną walkę z wypożyczonym sprzętem. Zużyte i zardzewiałe rowery już na początku odmówiły posłuszeństwa, w moim przerzutka wkręciła się w sztrych i konieczna była wymiana roweru. Po 15 km udało się jednak dotrzeć na skraj kurortu, gdzie rozciągają się potężne wydmy. Charakteryzują się żółto-różowym piaskiem, uformowanym w łagodne zbocza przypominające swoim kształtem i fakturą miniaturkę pustyń Bliskiego Wschodu. Nieco zmordowani upałem i walką z kiepskim sprzętem urządziliśmy sobie prawdziwą ucztę z owoców morza w nabrzeżnej tawernie i po 15.00 powróciliśmy do hotelu. Dalszą część dnia przeznaczamy na odpoczynek. Nocleg w hotelu.

Dalszą część dnia przeznaczamy na odpoczynek, a wieczorem najpierw uczta z udziałem „owoców morza” z langustą w roli głównej, a później zabawa w pobliskim pubie „Joe’s”, w taktach Halloweengowego święta.

01.11.2018 czwartek – dzień 13. Plażowanie a po południu przejazd do Ho Chi Minh City

Przedpołudnie mamy wolne, więc wreszcie mamy nieco czasu aby uporać się z relacją, gdyż do tej pory nigdy go nie było w nadmiarze. Po południu wyjazd autobusem do największej metropolii Wietnamu – Ho Chi Minh City, która wcześniej nosiła nazwę Sajgon.

Po dotarciu do celu mamy jeszce czas aby po zmierzchu powłóczyć się po zakamarkach miasta.

18-11-01_map

02.11.2018 piątek – dzień 14. Zwiedzanie największych atrakcji turystycznych w Ho Chi Minh City

Od rana zapoznajemy się z najciekawszymi zakątkami miasta Ho Chi Minh City. W tym miejscu trochę historii. W 1975 roku zakończyła się wojna wietnamska, w której po przeciwnych stronach walczyły komunistyczna Demokratyczna Republika Wietnamu (Wietnam Północny), wspierana głównie przez Związek Radziecki i Republika Wietnamu wspierana przez Stany Zjednoczone. Powstało wtedy jedno państwo, Socjalistyczna Republika Wietnamu. Sajgon dostał wtedy nową nazwę, Ho Chi Minh City od imienia wodza Komunistycznej Partii Indochin i prezydenta Demokratycznej Republiki Wietnamu. Choć podobizna “wujka Ho” widoczna jest na dziesiątkach bilbordów i portretów, mieszkańcy miasta do dziś używają starej nazwy Sajgon. Kto pamięta oskarowe “Indochiny” z Catherine Deneuve? Akcja filmu toczy się w czasach, gdy Sajgon był kolonialną stolicą francuskich Indochin. W jednej ze scen bohaterowie piją kawę w luksusowym hotelu „Continental Saigon”. Jego secesyjna architektura i kolonialny wystrój idealnie wpisują się w dekadencki styl śródmieścia.

Zwiedzanie rozpoczynamy od świątyń mniejszości religijnych Wietnamu. Najpierw zwiedzamy świątynię hinduistyczną, następnie centralny meczet, a później katedrę chrześcijańska. Na trasie przechodząc przez starą dzielnicę kolonialną oglądamy monumentalny budynek Teatru Miejskiego oraz Hotel de Ville, najbardziej reprezentacyjny budynek w mieście. Prawdziwą wizytówką kolonialnych tradycji miasta jest zbudowany przez Francuzów, piękny gmach Poczty Głównej, w którego przestronnym holu do dziś poczuć można atmosferę indochińskiej metropolii, a o Azji przypomina jedynie gorący i duszny wiatr, niosący mieszaninę upojnych zapachów. Tak pachnie Sajgon.

Zwiedzimy również Pałac Reunifikacji. Położona w centrum miasta i otoczona ogrodem budowla stoi na miejscu dawnej rezydencji francuskiego gubernatora z drugiej połowy XIX wieku. Obecny budynek Pałacu Zjednoczenia ukończono w 1966 roku. W pałacowym ogrodzie stoją dwa czołgi; te same, które 30 kwietnia 1975 roku obaliły żeliwną bramę pałacu, rozpoczynając ostateczny szturm na siedzibę rządu Wietnamu Południowego. Kapitulacja Sajgonu i aresztowanie ostatniego przywódcy Wietnamu Południowego, generała Dương Văn Minha oznaczała ostateczne zwycięstwo komunistycznego Północnego Wietnamu i zjednoczenie kraju.

W pobliżu pałacu stoi, znany z setek zdjęć, budynek dawnej ambasady amerykańskiej. W ostatnich godzinach przed zajęciem Sajgonu przez wojska Północnego Wietnamu ewakuowali się stąd żołnierze, pracownicy cywilni oraz urzędnicy amerykańscy i Południowego Wietnamu. W czasie dziewiętnastogodzinnej operacji, w której udział wzięło 81 śmigłowców, amerykańskie lotnictwo ewakuowało 1373 Amerykanów oraz 5595 Wietnamczyków, z czego ponad dwa tysiące podjętych zostało z terenu i dachu ambasady. Był to ostatni epizod trwającej od szesnastu lat wojny, która zakończyła się zwycięstwem komunistycznego Północnego Wietnamu.

Przechodząc dalej kolonialną częścią dawnego Sajgonu, docieramy pod najsłynniejsze liceum im. Mari Curie Skłodowskiej aby na koniec dotrzeć pod Muzeum Wojny, ukazujące historię i tragedię konfliktu wietnamsko – amerykańskiego. Wietnam nieodmiennie kojarzy się ze zdjęciami sprzed pięćdziesięciu laty, kiedy toczył się tam jeden z najkrwawszych konfliktów południowej Azji. Wojna wietnamska zmieniła cały świat, właśnie wtedy narodził się ruch hippisowski i powstała muzyka, której wykonawcy stali się ikonami kultury. Wilgotny upał ze zdwojoną siłą wyciska dzisiaj z nas życiową energię. Jak, do diabła, można było w takich warunkach bawić się wojnę?…  Tak beznadziejnie okrutną… Niech te obrazy spowodują chwilę zadumy…

Oczywiście jak zwylke docieramy również pod słynną halę targową, gdzie można zjeśc specjały kuchni wietnamskiej oraz kupić wszystko co oferuje Sajgon. Jest gwarno, ciasno, a mieszanina zapachów pobudza nasze nozdrza.

Obecnie w wielkiej aglomeracji Ho Chi Minh City mieszka prawie 11 milionów ludzi, z których większość spędza dzień na ulicy. Upał sprawia, że domy i mieszkania służą jedynie do snu, handel, usługi i spotkania towarzyskie odbywają się głównie pod gołym niebem. Fryzjer? Proszę bardzo, możemy ostrzyc się na trawniku. Pedicure? Dlaczego nie robić tego koło poczty? Chodniki są zajęte przez tysiące kramików, przydrożnych barów, punktów sprzedaży i naprawy wszystkiego, co tylko może być potrzebne. W księgarni natykam się na dwie dziewczyny (sprzedawczynie, może klientki?), które jak gdyby nigdy nic śpią na ziemi pomiędzy regałami. Niektóre sklepy i restauracje są również miejscem zabawy, odpoczynku i snu dzieci, których rodzice pracują do później nocy. Na chodnikach urządza się towarzyskie imprezy, a ich uczestnicy siedząc w kucki do późna w nocy, bawią się, jedzą i piją. Nikomu też nie przychodzi do głowy, by widzieć w tym cokolwiek niestosownego. Tak po prostu jest i już. Największa aglomeracja Wietnamu bez przerwy tętni życiem,a dostojne, secesyjne budowle nadają miastu jednoznaczny styl dawnej, kolonialnej metropolii. To można zobaczyć tylko w Wietnamie. Wzdłuż ulic ciągną się linie elektrycznych w dość oryginalnych konfiguracjach. Wyglądają jak koszmarny sen szalonego elektryka. Liczące czasem po kilkaset przewodów wiązki zwieszają się ze słupów niczym rozczochrane brody, tworząc ponad ulicami gigantyczną pajęczynę drutów. Kilometry splątanych do niemożliwości przewodów elektrycznych, zasilają tysiące świecących przez całą dobę, nie wiadomo co oświetlających, energooszczędnych żarówek. Jak to wszystko działa w lepkim od wilgoci powietrzu, pozostaje tajemnicą ich twórców. Najważniejsze jednak, że działa. Sami Wietnamczycy zdają sobie zresztą sprawę z osobliwości tego rozwiązania i sprzedają nawet koszulki z obrazkami skłębionych kabli. Jeśli nie można czegoś zmienić, trzeba to zaakceptować albo uczynić z tego dodatkowy walor. Dzisiejszy Wietnam nie przypomina już tego sprzed lat, jest zupełnie innym państwem. Jest tu wesoło, kolorowo, bardzo smacznie i niezwykle egzotycznie.

Dla Europejczyka wielkie miasta Wietnamu są prawdziwym wyzwaniem. Szokiem natomiast jest organizacja ruchu ulicznego. Na pierwszy rzut oka setki tysięcy pojazdów, od małych motocykli przez wszechobecne skutery najróżniejszych marek po luksusowe suwy i ciężarówki, niczym lawa, bez żadnego porządku, przelewają się przez ulice miasta. Nikt nie respektuje tu sygnalizacji świetlnej, obowiązującego kierunku ruchu, czy nawet przejść dla pieszych. Powody są dwa. Po pierwsze, każdy Wietnamczyk od dziecka słyszy, że kolor czerwony to kolor socjalizmu, zwycięstwa i partii, a te nie zatrzymują się przed przeciwnościami losu, lecz pokonują przebojem wszelkie pojawiające się na ich drodze przeszkody. Nikt więc nie respektuje takiej błahostki jak czerwone światło na przejściu. Po drugie, Wietnamczycy nie znają poczucia strachu – wierzą, że skoro nie pokonali ich Mongołowie, Chińczycy, Francuzi ani nawet Amerykanie, nie pokona ich nikt, cóż znaczy więc jadący w ich stronę samochód. Wydawać się może, że na ulicy obowiązuje prawo silniejszego, ale to tylko nasza, europejska logika. Kiedy chce się przejść przez ulicę, po której płynie nieprzerwana rzeka pojazdów, wystarczy zapomnieć o strachu, zamknąć oczy i przejść nie zatrzymując się pod żadnym pozorem. Pędzące pojazdy jakimś niezrozumiałym cudem potrafią ominąć piechura. I tu dają znać o sobie zakorzenione w wietnamskim prawie zwyczaje. Jeżeli dojdzie do jakiegoś wypadku, winę ponosi ten, kto jest… większy i silniejszy. Gdy samochód potrąci kierowcę skutera, winny będzie zawsze samochód. Kierowca skutera poniesie za to winę w przypadku kraksy z rowerzystą lub pieszym. W ten prosty sposób w Wietnamie… niemal nie ma wypadków. Każdy, kto kieruje potencjalnie niebezpiecznym dla innych pojazdem, po prostu musi uważać. Cała frustracja kierowców idzie dosłownie… w gwizdek, a klaksony, które Wietnamczycy mają w swoich pojazdach, są chyba jedne z najgłośniejszych na świecie.W Wietnamie nie ma czasu na asymilację. Turysta od razu wpada w objęcia, nie tylko nieprawdopodobnych zasad ruchu drogowego, ale i odmiennych zwyczajów oraz totalnie innego myślenia. Również kuchnia niewiele ma wspólnego z tym, co wyobrażamy sobie, jedząc w Polsce w “wietnamskiej restauracji”. Największą atrakcją miasta są małe, lokalne knajpki. Zjeść można w nich niemal wszystko, co oferuje egzotyczna kuchnia Wietnamu. Wszędzie można napić się jednego z najpopularniejszych gatunków lokalnego piwa „Saigon”. Warto również spróbować kawy. Przygotowuje się w ją specjalnym „zaparzaczu”, który stoi na szklance ze słodkim, skondensowanym mlekiem. Kiedy kawa skapnie do naczynia, albo wypija się zawartośc na gorąco, albo całość wlewa się do wysokiej szklanki pełnej pokruszonego lodu i używa jako orzeźwiającego napoju. I choć Ho Chi Minh City kusi przez całą dobę, to najbardziej klimatycznie jest tutaj wieczorami, w jednej z ulicznych knajpek. Centrum Ho Chi Minh City pomału jednak upodabnia się do wielkich miast azjatyckich, a stara architektura ustępuje stopniowo miejsca nowoczesnym biurowcom. W tym miejscu wypada jeszcze wspomnieć o jednej z charakterystyczych rzeczy, typowej dla dużych miast Wietnamu, to domy tunelowe, niewiarygodnie wąskie i głębokie w poziomie, licząc od frontu. Kamienice wyglądające jak pudełka czekoladek ustawione pionowo, jedna przy drugiej. To z oszczędności. Najdroższa jest ziemia przy ulicy, więc od frontu trzeba wykorzystać jak najmniej miejsca.

03.11.2018 – sobota – dzień 15. Delta Mekongu: gaje palmowe, łodzie, kanały, lokalne wioski

Dzisiaj przyszedł czas pożegnania, po dwóch tygodniach podrózy rozstajemy się z naszymi kompanami wspólnej włóczęgi poprzez Wietnam. W Sajgonie dołączyła do pozostałej naszej piątki nowa grupa, która dotarła tu wczoraj. Ruszamy na dalszy podbój półwyspu indochińskiego, a zaczynamy przejazdem przez Deltę Mekongu. Kolejne dwa dni spędzimy wśród miast, wiosek oraz kanałów w jednej z największych delt na świecie. Będziemy mieli okazje pływać statkami, łodziami silnikowymi oraz wiosłowymi po licznych kanałach wśród upraw ryżu, gajów palmowych i lokalnych wiosek. Dzisiejszego dnia jedziemy najpierw autokarem nad jedną z odnóg rzeki do portowego miasta My Tho. Tu najpierw zwiedzamy hinduistyczną świątynię z trzema postaciami Buddy, stojącą, leżącą i szczęśliwego Buddy, a następnie popłyniemy łodzią, aby przyjrzeć się z bliska domom na palach oraz plantacjom owoców nad jej brzegami. Odwiedzimy płynąc łodziamy poprzez palmowe zarośla wioskę rybacką, wytwórnię cukierków kokosowych oraz wódki ryżowej, a następnie już wielką motorową łodzią po wodach Mekongu przemieszczamy się na lunch, który namy zarezerwowany na Żółwiej Wyspie w jednym z pomelowych sadów.

Delta Mekongu to rzecz jasna nie tylko romantyczne wycieczki długimi czółnami – trzeba mieć świadomość, że jest to odwieczne miejsce życia i pracy milionów ludzi. Mekong jest najdłuższą rzeką Półwyspu Indochińskiego. Jego źródła zlokalizowane są na Wyżynie Tybetańskiej, a ujście do Morza Południowochińskiego na terenie Kambodży i Wietnamu. Znaleźć się w miejscu, gdzie „Rzeka Dziewięciu Smoków” kończy swój bieg i obserwować codzienne życie mieszkańców tego obszaru to niezapomniane przeżycie.

Późnym popołudniem po przepłynięciu do My Tho, ponownie wsiadamy do autokaru i po trzech godzinach jazdy docieramy do stolicy wietnamskiej delty, do 1,5mln miasta Can Tho. Tu mamy zarezerwowany nocleg w hotelu „Huynh Lac Hotel”.

18-11-03_map

04.11.2018 niedziela – dzień 16. Pływający targ i rezerwat ptaków Tra Su

Rano zaraz po wczesnym śniadaniu, już o 6.300 maszerujemy do nabrzeżnej przystani, gdzie wsiadamy na łódź i odbywamy rejs po rzece Bassac (jednej z odnóg Mekongu). Naszym głównym celem jest dopłynięcie do położonego 10km od miasta pływającego targu w miejscowości Cai Rang. Sprzedaje się tu wszelkiego rodzaju warzywa i owoce w ilościach hurtowych w tym jedne z najlepszych ananasów w całej Azji. Na trasie podglądamy życie toczące się na wodzie i brzegach tej wielkiej rzeki. Wszędzie mnóstwo wszelakiego sprzętu pływającego, od małych łupinek po wielkie barki załadowane piachem, tak, że wydaje się, że przy małej fali woda przedostanie się przez burty i zatoną. Wzdłuż brzegu rozłożyły się różne warsztaty i przetwórnie, a pomiędzy nimi małe domki i siedliska ludzkie, gdzie głównym budulcem jest drewno i blacha falista. Niestety nierozłącznym elementem tej egzotycznej mieszaniny architektonicznej, są śmieci, tak w wodzie jak i na brzegu.

Następnie przepłynęliśmy do lokalnej, przydomowej fabryki, gdzie wyrabia się ręcznie makaron ryżowy. Podglądamy cały proces technologiczny jego produkcji, aby na koniec podegustować jego smaki. Dalsza część rejsu doprowadziła nas do nabrzeżnych ogrodów, gdzie głównym uprawianym tu owocem jest Jack Frukt, wielki żółtawy owoc o powierzchni przypominające owoce kasztana, mocno kolczasty. Stamtąd na rowerach przejechaliśmy do następnej osobliwości tego miejsca, jakim jest dziwnie rozrośnięte drzewo. Niegdyś powalone poprzez gałęzie, które się ukorzeniło rozrosło się w poziomie na wielkim obszarze. Oczywiście zawsze w takich wypadkach szuka się świętości takich miejsc, więc pomiędzy konarami ulokowano skromną kapliczkę, a tuż obok, w małym budynku ołtarz, wyglądający do złudzenia podobnie jak buddyjski, jednak Buddę zastąpiło popiersie Cho Chi Mina, czyli „Wujka Po”.

Wracamy rzeką do Can Tho i po obiedzie wsiadamy do autobusu, aby przemieścić się w kierunku granicy z Kambodżą. Na koniec dnia podjechaliśmy jeszcze do rezerwatu ptaków „Sao Mai Tra Su”. Pływając łodzią po zarośniętych kanałach wśród lilii i rzęs wodnych, podglądaliśmy różne gatunki ptactwa wodnego.

Pod wieczór, już po zmroku dotarliśmy położonej niedaleko granicy z Kambodżą małej miejscowości Chau Doc gdzie w hotelu „Hai Chau Hotel” zakwaterowaliśmy się na nocleg.

18-11-04_map

Dzisiaj kończy się nasza przygoda z Wietnamem, jutro rano szybką łodzią płyniemy do granicy z Kambodżą.