05.01.2018r – piątek

Międzyrzecze Górne > Ujsoły > Glinka > Słowacja > Rużonberg > Bańska Bystrzyca > Zvolenska Svatna > Dolna Strehova > Węgry > Szecseny > Hatvan > Szolnok > Mako – nocleg: Ráday Apartman, 6900 Makó, Ráday utca 41., Węgry (Telefon: +36209884684) – 530km

Malownicza trasa, przede wszystkim w jej odcinku prowadzącym przez Słowację. Można ją z pewnością potraktować bardziej szczegółowo, ale tym razem łączymy przyjemne z pożytecznym i w miarę szybko przemieszczamy się na południowy wschód Europy. Pod wieczór docieramy do celu, którym jest miasteczko Mako, położone tuż przed granicą z Rumunią. Sympatyczni właściciele apartamentu lokują nas w swym przybytku, mocno interesując się trasą naszej wyprawy. Miejsce noclegowe na „szóstkę” naprawdę godne polecenia!

06.01.2018r – sobota

Makó > Węgry > Rumunia > Sânnicolau Mare > Biled > Carpinis > (59B) Deta > (59) Moravita > (57) Oravita > (57B) Plugova > (E70) Drobetta Turnu Severin > (56A) Calafate > (E79), (1) Widiń – nocleg: Vival Hotel (Хотел Вивал), J.K. Bononia, block 6 ж.к. Бонония, бл. 6 Vidin, 3700 Видин Bułgaria +359 89 550 8678 - 480km

Jak zwykle nie jeździmy głównymi drogami i z naszego noclegu w Mako ruszyliśmy na południe trasą wzdłuż granicy z Serbią. Rumunia nie jest w Unii Schengen, więc istnieje odprawa graniczna, która przy wyjeździe odbywa się z marszu, jednak kolejka do wjazdu na Węgry przypomina komunistyczne czasy. Malownicze tereny, które śmiało można nazwać „Skansenem Rumunii”, a drogę od Moravita > (57) Oravita > (57B) Plugova > (E70) po Drobetta Turnu Severin z pełną odpowiedzialnością polecamy wszystkim turystom w szczególności tym motocyklowym. Najpierw droga prowadzi nizinami, ale za Oravitą pnie się w górę poprzez masyw Semenici do Bozovivi. W pewnym fragmencie przechodzi poprzez malownicze tereny „Nationalpark Cheile Nerei-Beușnița”. Dzisiaj, choć to początek stycznia, dopisała pogoda iście wiosenna, pełnia słońca i 16ºC. Niestety, Rumunia w tym obszarze zaskoczyła nas mnóstwem śmieci, które wyłoniły się spod zwiędłej trawy oraz paleniem opon, które zastępują ogniska (po zmroku nagminne zjawisko w sobotni, weekendowy dzień). Suma summarum i tak kochamy Rumunię i jej rzeczywisty, niczym nie upiększany obraz.

Ostatni fragment prowadzący do granicy z Bułgarią jedziemy w towarzystwie setek tirów, których kolejka do odprawy liczy parę kilometrów, większość to ciężarówki na polskich rejestracjach. Dla nas błyskawiczna odprawa i już jesteśmy w granicznym mieście Vidin.

Zarezerwowany hotel Vival okazał się skromny, ale jest zamknięty parking i wszystko co potrzebne aby przenocować i rano jechać dalej.

07.01.2018r – niedziela

Widin > (E79) Montana > Vraca > Botevgrad > Gorno Komarci (6) > Zlatica > Kopriwsztica – nocleg: Chuchura Family Hotel – 66 Hadji Nencho Palaveev, 2077 Kopriwsztica, Bułgaria – 280 km

Po zmianie czasu o godzinę do przodu trudno się wstaje. Pogodny poranek, przywitał nas przymrozkiem i mgłą unoszącą się znad Dunaju. Hotelowe śniadanie (ujęte w cenie) i ruszamy na trasę. Staraliśmy się jechać bocznymi drogami omijając autostrady i płatne odcinki, ale udawało nam się to jedynie do Montana. Tam musieliśmy jednak wykupić winietę na bułgarskie drogi (15 lewa – ok 33zł) i kontynuować dalszą jazdę. Jednak to co zobaczyliśmy na tych pierwszych stu kilometrach przerosło naszą wyobraźnię – wiedzieliśmy i widzieliśmy podczas poprzednich przejazdów, że w Bułgarii jest kiepsko, ale tu zobaczyliśmy ten kraj jak za komunistycznych czasów z dodaną patyną minionych 25lat – koszmar. Jeśli ktoś chce swoim dzieciom, czy też wnukom pokazać zapyziałe czasy komuny jakie panowały w Polsce w latach 70-tych ubiegłego wieku to zapraszamy. Tu dla nas podróżników, którzy przejechali kawał świata ciśnie się na usta pytanie, z kim chcemy budować nowoczesną Europę, z Węgrami, które nie wiele lepiej wyglądają od zapyziałej Bułgarii? Raczej nie zajmujemy stanowiska i staramy się być w naszych reportażach apolityczni, ale jako polscy patrioci patrzymy na to wszystko z wielkim przerażeniem.

Dalej częściowo autostradą dotarliśmy do trasy nr 6 prowadzącej w kierunku Burgas i wczesnym popołudniem w blasku słońca (14ºC) dotarliśmy do celu naszej dzisiejszej podróży, jakim było małe miasteczko Koprisztwica, położone pośród gór. Zachowała się tu typowa zabudowa XIX-wiecznej Bułgarii, co czyni Kopriwsztwicę miastem-skansenem i jedną z największych atrakcji turystycznych regionu i całej Bułgarii. Miasto położone jest około 111 km na wschód od Sofii w malowniczej dolinie Wednej Gory, na wysokości 1030 m n.p.m. i liczy ok. 2, 5 tys mieszkańców.

Legenda dotycząca powstania miast mówi, że pewna młoda kobieta postanowiła osiedlić się w miejscu dzisiejszej Kopriwszticy, ponieważ miejsce to wydawało jej się idealne do hodowania bydła. Niedługo po swoim przybycie w to miejsce, kobieta wyjechała do Drinu, gdzie wyprosiła od Sułtana pismo, świadczące o przynależności mieściny do niej. Po tym jak stała się właścicielką Kopriwszticy, miejsce otrzymywało wiele przywilejów. W tym nakazie Sułtana po raz pierwszy została użyta nazwa na Kopriwszticę – Awratalen – „ kobieca polana”. Nazwy tej często później używali Turcy. Kopriwsztwica była wielokrotnie ograbiona przez kyrdżali, przetrwała też wiele pożarów. Mimo to możemy tu podziwiać prawdziwą odrodzeniową, drewnianą zabudowę. Wiele z domów jest obecnie zaadoptowanych jako muzea i udostępnionych zwiedzającym. Charakterystyczne są dla nich fasady budynków, malowane na niebiesko, żółto i czerwono, wysokie kamienne mury i masywne drewniane wrota, zamykające dostęp do podwórek.

Między domami wiją się malownicze, wąskie, wykładane kamieniem uliczki, schowane są studnie i bajkowe, kamienne mosty. W każdym z domów-muzeów mamy okazje zobaczyć prawdziwy, zachowany dziewiętnastowieczny wystrój, przedmioty użytku codziennego, wspaniałe arcydzieła sztuki ludowej. Włóczyliśmy się po stromych, wąskich uliczkach aż do zachodu słońca wykorzystując jego niepowtarzalne walory do robienia dobrych fotek. Dla fotografa to nie lada gratka, gdyż co rusz ręka i oko samo składa się do robienia zdjęć. Wyczerpani zwiedzaniem udaliśmy się do naszego maleńkiego hotelu Machena, który znany jest tu również pod nazwą restauracji „Czuczura”. Tu oczywiście atrakcji część dalsza ponieważ teraz przyszedł czas na kulinarną turystykę i smakowanie specjałów kuchni bułgarskiej.

08.01.2018r – poniedziałek

Kopriwsztica > Hisaria > Płowdiw > Bachkovo > Kapıkule (granica z Turcją) (290km) > Edirne – nocleg: Trakya City Hotel, Sabuni Mahallesi Mehmetaga Sokak No:21,  22100 Edirne, Turcja +90 284 214 65 75 - 310km

Rankiem bułgarskie śniadanie (tosty z serem) i ruszamy na trasę o 9.00. Wokół mróz, mgła i szron, zimno i nieco posępnie. Pierwszym celem oddalonym o 67km od Kopriwszticy jest uzdrowisko Hisaria, starożytny Dioklecjanopol, słynący już od antyku z leczniczych źródeł.

Po drodze do miasteczka przemierzamy poprzez wioski w których nadzieja zgasiła światło i odeszła wraz z upadkiem komuny. Smutny, przygnębiający widok, a wokół ruiny nie tak odległej cywilizacji. Świetliste domy stały się utopią. Docieramy do Histria, uzdrowisko wita nas solidnymi murami, pamiętającymi wczesnobizantyńskie czasy. Otaczają całe stare centrum, gdzie utworzono rezerwat archeologiczny. Już za czasów rzymskich istniało tu duże uzdrowisko, wykorzystujące miejscowe źródła mineralne, z wieloma pałacami, marmurowymi łaźniami, szerokimi, kamiennymi ulicami i wodociągiem.

Leczyli tu swe choroby cesarze rzymscy, także dziś jest dużym ośrodkiem balneologicznym, niestety z naszej obserwacji mocno podupadłym, choć o międzynarodowej sławie. Leczył się tutaj np. rzymski cesarz Septymiusz Sewer (panujący w latach 193 – 211).

Do miasta wjeżdża się przez cztery bramy. Główna brama umiejscowiona jest na ścianie południowej, której pozostałości noszą dziś nazwę „Kamilite”– ze względu na charakterystyczny kształt – wielbłąda. Przechadzając się wzdłuż murów starego miasta po mocno zniszczonym parku, natknąć się można na resztki rzymskich budowli: amfiteatru, bazylik, budowli mieszkalnych, koszar (w pobliżu bramy Kamilite). Poza murami miasta znajduje się dobrze zachowany rzymski grobowiec rodzinny z IV w., składający się z zasklepionego korytarzyka, schodków oraz izby grobowej. Ściany grobowca i korytarzyk ozdobione są barwnymi freskami, natomiast podłogę zaściela czterokolorowa mozaika (wstęp 2lewa). Ciekawą budowlą jest cerkiew św. Pantelejmona, niedawno odrestaurowana, ze ścianami świeżo pokrytymi freskami o bardzo żywych, jasnych kolorach.

Kończymy spacery po uzdrowisku i jedziemy następne 40 km do Płowdiw, drugiego co do wielkości miasta Bułgarii. Położone jest nad rzeką Maricą, a z odkryć archeologicznych wynika, że było zamieszkane na długo przed I tysiącleciem p.n.e. Rzymianie nazwali je Trimontium – miasto na trzech wzgórzach i uczynili je głównym miastem Tracji. Biegł tutaj ważny szlak bałkański – Via Diagonalis. Rzymianie wzbogacili miasto o stadion, amfiteatr, liczne łaźnie i wiele innych rzymskich budowli. Zwiedzamy ścisłe centrum, gdzie starożytny amfiteatr wkomponowano w zabudowę miejską, gdzie tuż obok mieści się turecki meczet. Fajnie połączono style i czasy historyczne. Przyjemne centrum miasta w przeciwieństwie do koszmarnych peryferii.

Z Płowdiw kierujemy się na Asenowgrad aby po 10 km w kierunku południowym od miasta dotrzeć do Bachkovoa, pod Monaster Zaśnięcia Matki Bożej w Baczkowie, położony pośród malowniczego pasma górskiego Rodopów. Jest to po Rylskim Monastyrze druga świątynia pod względem ważności w Bułgarii. Założony w 1083, przez wysokiego rangą gruzińskiego dowódcę wojsk bizantyjskich – Grigorija Bakurjani oraz jego barta Abbasija W owym czasie tereny te znajdowały się pod panowaniem Bizancjum. Obecnie w skład całego zespołu klasztornego wchodzą m in. trzy cerkwie (główna cerkiew św. Bogurodzicy, cerkiew św Mikołaja oraz dwupiętrowa cerkiew św. Archaniołów), dwa rozległe dziedzińce otoczone budynkami klasztornymi oraz stanowiącej najstarszą część kompleksu – XI wieczna krypta, w której przechowywane są relikwie zakonników. W głównej cerkwi monastyru znajduje się słynąca cudami i łaskami ikona św. Bogurodzicy Eleusy, do której zawsze ustawia się kolejka wiernych. Niestety spokój zwiedzania mocno zakłócają prowadzone prace remontowe.

Teraz pozostaje nam jedynie zatankować się tanim paliwem (w Bułgarii paliwo w cenie polskiej) i dotrzeć do granicy z Turcją. Ponownie przemierzamy obszar bułgarskiej biedy i o zmroku stajemy na granicy. Odprawa z marszu, później jeszcze 15km dojazdu do Edirne i już jesteśmy w centrum miasta w naszym zarezerwowanym wcześniej hotelu – Trakya City Hotel. Zaraz za granicą wymieniamy pieniądze 1$ USD = 3.55lira co powoduje, że możemy potraktować turecka walutę dokładnie „jeden do jeden”, oraz wykupujemy winietę na autostrady (za odcinek do Safranbolu, ok 500km wyliczono nam 80lira).

Podsumowujemy krótko przejazd totalnymi zadupiami od granicy polskiej do opuszczenia granic Unii Europejskiej:

Słowacja: stagnacja, brak inwestycji, widać, że ludzie pozbawieni są przedsiębiorczości.

Węgry: wszystko to co na Słowacji + potworna stagnacja, kompletny brak inwestycji, nadal w używaniu są Trabanty, Łady i Wartburgi, totalny brak kapitałów, ludzie nawet nie malują zardzewiałych płotów, które pamiętają czasy komuny.

Rumunia: w tym rejonie, gdzie przejeżdżaliśmy, wzdłuż granicy z Serbią nie wypada dużo lepiej, acz czuć że ludzie mają energię, tylko brak środków. Ci co je mają inwestują i tworzą nową wizje dla innych. Znamy z poprzednich przejazdów bardziej energiczny rozwój.

Bułgaria: skansen komuny z patyną minionych 25lat. Wszystko to co najgorsze w poprzednich krajach + brak działania wszelkich służb państwowych. Z drogowskazów zeszła już już farba i nie widać napisów, krawężniki i chodniki zarosły trawą, przystanki autobusowe to jakaś forma zardzewiałego żelastwa, niczym nie ustępująca miejscowym pawilonom spożywczym. O remontach i malowaniu to chyba zapomniano już pół wieku temu, a widok jeżdżącego Moskwicza (myślę, że niewielu pamięta jak to auto wyglądało), nie należy do rzadkości. Wioski wyglądają jak koszmarne widma z mieszkańcami pozbawionymi nadziei.

Polska > Słowacja > Wegry > Rumunia > Bułgaria > Edirne > Turcja - 1830km

09.01.2018r – wtorek

Edirne > Istambuł > Gebze > Duzce > Akcakoca – 480km

Ponieważ mieszkamy w samym centrum miasta, a auto mamy na strzeżonym, hotelowym parkingu, rano swobodnie idziemy zwiedzać stare centrum. Edirne jest największym tureckim miastem położonym całkowicie w Europie. Tak, tak, myśląc o Turcji bardzo często zapominamy, że ten kraj ma całkiem spory kawałek europejski. Na trójstyku granic Turcji, Bułgarii i Grecji leży region nazywany Tracją (ojczyzna legendarnego Spartakusa), a po stronie tureckiej jego stolicą jest właśnie Edirne. Miasto ma burzliwą historię, było założone przez plemiona trackie, w 120 r.n.e, a rozbudował je rzymski cesarz Hadrian.

A jak wygląda Edirne dzisiaj? Niestety, klimatem przypomina zwykłe prowincjalne miasteczko odwiedzane głównie przez turystów zakupowych z Bułgarii i Grecji oraz z rzadka przez innych turystów europejskich jadących tędy tranzytem (w pobliżu znajduje się największe tureckie lądowe przejście graniczne Kapitan Andreevo/Kapıkule). A szkoda, bo jest tutaj co obejrzeć. Najwspanialszym świadkiem dawnej potęgi Edirne jest meczet Selimiye wzniesiony około roku 1575 dla sułtana Selima II przez genialnego architekta Sinana, który był czynny zawodowo przez 50 lat i wzniósł ponad 400 budowli. Sułtan Selim II zmarł w 1574 roku nie doczekawszy ukończenia dzieła. Meczet poszczycić się może między innymi czterema minaretami o wysokości 71m każdy (jedne z najwyższych minaretów w świecie islamu). Wystrój Selimiye jest bardzo bogaty, a dekoracje godne są dworu sułtańskiego. Najpiękniejsza jest główna kopuła o szerokości 31m, która wyłożona jest cudowną mozaiką z kolorowej ceramiki. W 2011 roku kompleks Selimiye został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Oryginalne założenie obejmowało ulokowany centralnie meczet Selimiye wraz z dziedzińcem i gmachy dwóch medres, szkoły koranicznej i szkoły prawniczej, rozmieszczonych symetrycznie w południowych narożnikach placu. W 1580 po stronie zachodniej wzniesiono halę targową Arasta, czynsz zapewniał dochód na utrzymanie świątyni. Jedno z wejść do meczetu prowadzi przez bazar Selimiye Arastası, na którym sprzedawane są głównie pamiątki, tradycyjne mydełka różane oraz przyozdabiane na różne sposoby miotełki.

Przed południem kończymy zwiedzanie i ruszamy na trasę, tak aby dotrzeć gdzieś nad Morze Czarne, niezbyt daleko od Safranbolu, do którego chcemy dotrzeć jutro o względnie wczesnej porze. Mkniemy więc tym razem autostradą podziwiając rozmach z jakim Turcja się rozwija. Po smutnej Bułgarii, tu wszystko tętni życiem i wszędzie widać nowe inwestycje. Pod wieczór docieramy do Akcakoca i wynajmujemy pokój w hotelu „Otel Vadi” (140lira pok.2os. ze śniadaniem)

10.01.2018r – środa

Akcakoca > Zonguldak > Karabuk > Safranbolu (UNESCO) – nocleg: Gunes Konak, Akçasu Mahallesi Kaçak Sokak, 78600 Safranbolu, Turcja tel: +90 370 712 78 79, GPS N 041° 14.744, E 32° 41.772 – 200km

Ranek przywitał nas mgłą znad Morza Czarnego, nawet nie widać jego toni. Jedziemy pierwsze kilometry wzdłuż brzegu, aby następnie poprzez góry przebić się do Safranbolu. Droga jeszcze miejscami w budowie i przebudowie, czteropasmową jezdnią pokonujemy dziesiątki tuneli, czuć rozmach inwestycji, choć ruch bardzo niewielki, wręcz sporadyczny – co znaczy wyobraźnia i rozsądne planowanie. Po południu jesteśmy na miejscu. Ponieważ byłem w tym miejscu 15lat temu na motocyklu, nie rozpoznaję dojazdu do zabytkowej części miasta. Zabudowa poprzedzającego Karabuk, połączyła się w ciągu tego okresu z Safranbolu, tworząc wielką, nowoczesną aglomerację. Na szczęście odległa o 2km ostoja historyczna pozostała nietknięta. Jedyną zmianę którą natychmiast zauważam, to brak osiołków, które wpisane były w owym czasie w atmosferę tej miejscowości. Safranbolu to unikalne skupisko świetnie zachowanych, tradycyjnych domów osmańskich. Niepowtarzalna atmosfera tego miejsca działa niczym wehikuł czasu i przenosi nas w świat tureckiego miasta z czasów od XVII do XIX wieku. Spacerując zabytkowymi uliczkami Safranbolu oglądamy charakterystyczną dla niego zabudowę. Tworzą ją konaki – trzykondygnacyjne budynki z wysoką podmurówką i drewnianymi piętrami. Na najniższej kondygnacji mieściły się magazyny, stajnie. Środkowa część przeznaczona była na pokoje dzienne i kuchnię, a na najwyższej znajdowały się pokoje prywatne.

Nazwa „Safranbolu” oznacza „miasto szafranu” (safran – szafran; bolu – od greckiego polis – miasto). W czasach historycznych miejsce to słynęło z uprawy szafranu (kwiatu z rodziny krokusów). Rozwinął się tu handel tą drogą przyprawą. Również dzisiaj, w wiosce Davutobası (22 km na wschód od Safranbolu) uprawia się kwiaty szafranu i pozyskuje jeden z najlepszych gatunków tej przyprawy na świecie. Szafranu używa się również jako naturalnego barwnika, zwłaszcza do wyrabianych w tym rejonie dywanów.

Safranbolu znane jest także z produkcji obuwia. Miejscowi szewcy szyli buty dla osmańskiej armii w czasie I wojny światowej. W czasach osmańskich Safranbolu leżało na słynnym Szlaku Jedwabnym. Handel wpłynął na wzbogacenie się miasta, które stało się jednym z ulubionych miejsc arystokracji osmańskiej. Osoby związane z sułtanem i dworem miały tam swoje rezydencje.

Dziś miasto słynie nie tylko z szafranu oraz delikatnych, wyjątkowo słodkich winogron, ale przede wszystkim z 1008 bardzo dobrze zachowanych, tradycyjnych budynków osmańskich. Domy Safranbolu zostały wpisane w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Polecamy szczególnie zakwaterowanie, konak z 250letnią historia, rozsądna cena, tuż obok centrum, czysto, schludnie i niezwykle mili gospodarze. W ogóle sympatia z jaka nas tu otaczają mieszkańcy jest godna podziwu, co rusz pijemy herbatki, zajadamy miejscowe słodkości i specjały, rzemieślnicy chwalą swymi wyrobami i wdzięcznie pozują do zdjęć.

11.01.2018r – czwartek

Safranbolu > Hattusa ( Boğazkale ) > Amasya - 490km

Opracowując trasę, alternatywną do poprzedniego przekazu w 2015r, mocno się nagłowiłem aby znaleźć coś ciekawego i zarazem wyjątkowego. Jednym z takich miejsc było mało opisywane, jednak umieszczone na liście UNESCO stanowisko archeologiczne Hattusa, położone w pobliżu miejscowości Boğazkale w Anatolii, około 145 km od Ankary. Pokonanie 300km krętymi drogami przez góry zajęło nam ponad 4h.

Boğazkale to niewielka miejscowość w środkowej Turcji. W XIX wieku w pobliżu miasta odkryte zostały pozostałości dawnej stolicy imperium hetyckiego, Hattusas. Założona została około 2000 roku p.n.e. Za panowania króla Labarna z Kussary, który w późniejszym czasie przybrał imię Hattusilis miasto zostało otoczone potężnymi murami obronnymi z pięcioma monumentalnymi bramami. Upadek Hattusy jak i całego państwa hetyckiego nastąpił około 1200 roku p.n.e. Ponownie odkryte i zbadane tego miejsca miało miejsce na przełomie XIX i XX wieku przez niemieckiego archeologa Hugo Wincklera. Dzisiaj po tym potężnym niegdyś mieście świadczą imponujące ruiny w których odnaleźć można pozostałości licznych rezydencji oraz świątyń, a także relikty pięciu bram wzniesionych na olbrzymich blokach skalnych.

Rozległe ruiny dobrze oznakowane, za bilet płacimy 8 lira od os. i ruszamy specjalnie przygotowaną, wybrukowaną drogą o długości 6km na historyczną trasę. Choć to jedynie ruiny, nasza wyobraźnia podpowiada, jak wielka i rozległa była stolica tego starożytnego państwa.

Z uwagi niezwykle cenną i unikalną koncepcję urbanistyczną w 1986 roku ruiny starożytnego miasta Hattusas zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Przez niemal tysiąc lat państwo Hetytów było jedną z potęg Azji Mniejszej. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, że na pierwsze ślady ich cywilizacji natrafiono się dopiero w XIX w. Okres największej świetności imperium Hetytów przeżywało w XIII w p.n.e. Wówczas obejmowało ono obszarem niemal całą Anatolię i konkurowało o wpływy z Egiptem na południu i Imperium Asyryjskim na wschodzie. W roku 1274 p.n.e. doszło do bitwy pod Kadesz (obecnie Tel nebih Mend, miasto i twierdza w starożytnej Syrii nad Orontesem niedaleko Damaszku), w której siły Hetytów starły się w wojskami egipskimi. Była to prawdopodobnie największa w historii bitwa z udziałem rydwanów – brało w niej udział od 5000 do 6000 pojazdów. Egipcjanie pokonali Hetytów, ale nie zdołali ostatecznie rozegrać tego zwycięstwa na swoją korzyść i nie zdobyli twierdzy Kadesz. Jak zwykle, również i dzisiaj działa tu propagandowy przekaz, gdyż pada pytanie: komu przypadło ostateczne zwycięstwo? Obie strony przypisywały sobie ten zaszczyt. Nie można być pewnym ostatecznego wyniku starcia wojskowego, tym niemniej zwycięzcą długofalowym okazali się Hetyci. Bezpośrednio po bitwie Ramzes II wycofał swoje siły daleko na południe, nie realizując postawionego przed kampanią celu – podboju terytoriów na północ od Kadesz. Co więcej, wycofujące się wojska egipskie były ścigane przez Hetytów aż po okolice obecnego Damaszku. Ostatecznie wojna zakończyła się pokojem, Hetyci i Egipt podzielili się Syrią, a Ramzes II pojął za żonę Hetytkę Nefertari.

Po objeździe rozległych ruin jedziemy następne 170km do miejscowości Amasya. Tereny zamieszkują Kurdowie i Turcy. Zdecydowanie widać po zabudowaniach, gdzie znajdują się ich domostwa. Piękny przejazd, w malowniczym terenie. Już po zmroku docieramy do tego historycznego miasta Amasya. Nocny widok znad brzegów rzeki Yesilırmak zatyka dech w piersiach. Safranbolu było piękne, ale tu jest cudownie. Zostawiamy auto nad brzegiem rzeki i idziemy podziwiać wspaniałe widoki podkreślone świetlną iluminacją. Efektem tych spacerów są przedstawione zdjecia i wyszukanie wspaniałego lokum na dzisiejszą noc. Jest nim zabytkowy „konak”, część kompleksu hotelowego „Emin Efendi Konaklari”. My za 180lita mamy pokój wychodzący 1/3 swej powierzchni nad rzekę.

Podczas spaceru wzdłuż rzeki natknęliśmy się na postać Strabona i jego pomnik, gdy w zadumie przegląda mapy. Tu u kresu czasów pontyjskich w 63 p.n.e. w Amasyi urodził się wielki podróżnik Strabon, nazywany pierwszym geografem. Zawdzięcza to miano autorstwu 17 książek z tej dziedziny (oprócz 47 tomów historycznych), które są czymś w rodzaju encyklopedii, zawierającej podstawowe definicje geograficzne, opisy znanych mu krajów, około 4 000 nazw geograficznych oraz wiele informacji z zakresu nauk przyrodniczych, medycyny, historii i innych… Jest to najważniejsze dzieło geograficzne starożytności. Jego geografia miała cechy geografii polityczno-wojskowej dla elit, dlatego zawiera opisy zasobności krain, handlu, wytwórczości i potencjalnych konfliktów etnicznych. Posiłkował się wiedzą 200 lat starszego Eratostenesa, 100 lat starszego Hipparcha, oraz z Klaudiusza Ptolemeusza i Posejdoniosa. Za Hipparchem cytował, że nie ma dobrej geografii bez współrzędnych geograficznych. Strabon nie był jedynie teoretykiem, ale również podróżnikiem, który odwiedził Europę, zachodnią część Azji oraz Afrykę północną, ponoć dotarł aż do granic Etiopii. Nie omieszkaliśmy zrobić sobie fotki w tak znamienitym towarzystwie.

12.01.2018r – piątek

Amasya > Turhal > Tokat > Sivas > Divriği – 400 km

Ranek przywitał nas mgłą i deszczem. Cieszymy się, że wczoraj wieczorem udało się zrobić parę fotek, gdyż dzisiaj wielka klapa. Jednak nie odpuszczamy, wypożyczamy z recepcji parasol i obchodzimy miasto. Amasya ma niezwykłą historię, zamieszkana nieprzerwanie od 7500 lat nosiła, w czasach hetyckich, nazwę Hakmis. Po Hetytach zamieszkiwali ją Frygowie, Kimerowie, Lidyjczycy, Persowie i Ormianie. W IV wieku p.n.e. została zdobyta przez wojska Aleksandra Wielkiego, a następnie, w latach 333 – 63 p.n.e. stała się stolicą Królestwa Pontu. Pamiątką po tych czasach są górujące nad miastem grobowce wykute w skałach oraz okazałe ruiny cytadeli bizantyjskiej, wzniesionej na ruinach pontyjskiego akropolu. Grobowce musieliśmy zobaczyć z oddali, są wkomponowane w strome, skalne zbocze, na którym góruje cytadela. Pod cytadelę na szczęście prowadzi droga, więc nie musieliśmy się tam wspinać w deszczu. Podziwiamy panoramiczne widoki z terenu twierdzy i żałujemy, że pogoda nam je mocno psuje. Trudno sobie w takim miejscu nie odmówić przyjemności wypicia kawy po turecku w kawiarence z panoramicznym viev.

Również w czasach nowożytnych Amasya była świadkiem ważnych wydarzeń historycznych. To właśnie tutaj 22. czerwca 1919 roku Mustafa Kemal Atatürk wraz ze współtowarzyszami walki ogłosił rozpoczęcie tureckiej wojny o niepodległość, a w konsekwencji po powstaniu Republiki Tureckiej znaczna część ludności Amasyi została przesiedlona do Grecji, a jej miejsce zajęli Turcy przybyli z terenów, które przypadły Grekom.

W południe opuszczamy, to piękne miasto i jedziemy na południowy-wschód do Divriği. Trasa o długości 400km prowadzi górzystą, dobrą drogą przez Turhal, Tokat i Sivas. Dopiero dzisiaj, po siedmiu dniach podróży, dopadła nas zimowa aura, która mocno utrudniała podróż, a mgła i padający śnieg skutecznie uniemożliwiały myśli o zobaczeniu czegoś ciekawego, zaglądania do wiosek, a w szczególności robienia zdjęć. Pod wieczór docieramy do Divrigi i wynajmujemy pokój w hotelu „Kosk Otel” (130lira pok.2os. ze śniadaniem). Na miejscu dowiadujemy się , że najważniejszy obiekt dla którego tu przybyliśmy, Wielki Meczet (Ulu Cami) wpisany na listę UNESCO jest od pół roku w remoncie, który potrwa jeszcze cztery lata. Co uda się zobaczyć dowiemy się jutro.

13.01.2018r – sobota

Divrigi > Kemah > Erzincan > Erzurum – 380km

Ranek przywitał nas względną, jak na tę porę roku pogodą, 2ºC, lekka mgiełka i umiarkowane zachmurzenie. Ponieważ zakwaterowanie mamy w samym centrum, tego małego miasteczka, spacerkiem idziemy na pobliskie wzgórze w stronę Meczetu Ulu Cami. Teren wokół otoczony blaszanym płotem, a obiekt cały w wielkiej plątaninie konstrukcji stalowych. Prostokątny kompleks budynków zajmuje południowo-zachodnie zbocze wzgórza, na którym wznoszą się potężne mury obronne i ruiny twierdzy Divrigi. Po obejściu wokół obiektu, ubłagałem prowadzących budowę, aby choć na chwilę było nam dane wejść za ogrodzenie, zaglądnięcie do środka i zrobienie paru fotek. Opiekun, młody Turek mówiący po angielsku najpierw nie wyraził zgody, jednak za namową niemieckiego szefa renowacji pozwolono nam finalnie wejść pod nadzorem i zrobić parę zdjęć. Okazuje się, że cały obiekt będzie nakryty monstrualnie wielkim dachem i dopiero wtedy nastąpi remont tego właściwego, a prace mogą potrwać nawet sześć lat. Wnętrze nie podlega renowacji, gdyż skromny, raczej surowy wystrój zachował się doskonale. To arcydzieło islamskiej architektury składa się z meczetu z dwoma kopulastymi grobowcami, sanktuarium oraz przylegającego do niego szpitala psychiatrycznego (Darussifa). Wzniesiony w 1228 roku meczet został ufundowany przez lokalnego emira Ahmeta Saha oraz jego żonę Fatmę Turan Melik. Głównym powodem wpisania kompleksu meczetowego na listę UNESCO były ornamentalne bramy, zdobione reliefami z motywami geometrycznymi oraz inskrypcjami w języku arabskim. Sam meczet jest natomiast bardzo prosty w konstrukcji, z 16 kolumnami oraz fragmentami fresków wewnętrznych.

Zadowoleni z takiego obrotu sprawy i, że jednak udało się zwiedzić obiekt, robimy mały obchód miasteczka, opuszczamy hotel i jedziemy na wzgórze pod twierdzę. Wszystko zamknięte do czasu zakończenia renowacji meczetu, niby prawidłowo, turyści przyjeżdżają zwiedzić meczet, a zamek tylko tak przy okazji. Robimy parę zdjęć, opuszczamy Divrigi i ruszamy na trasę w kierunku Erzurum. Droga prowadzi malowniczymi, górzystymi terenami, poprzez kurdyjskie wioski. Po dotarciu do głównej szosy E80, przed Erzincan pniemy się mocno w góry aby po pokonaniu przełęczy na 2070m.n.p.m zjechać do Erzurum. Tu już panuje regularna zima. Miasto leży na płaskowyżu, na wysokości około 1950 m n.p.m. u podnóży Gór Pontyjskich. W starożytności nosiło nazwę Karin i było stolicą regionu o tej samej nazwie, będącego częścią królestwa Armenii. Po podziale królestwa pomiędzy cesarstwo rzymskie i Persję Sasanidów w 387 r. n.e. miasto przeszło pod zarząd rzymski. Burzliwe były dalsze losy na przestrzeni historii ale do początków XX wieku miasto zamieszkiwała duża populacja Ormian, jednakże w latach 1915-1917 w ówczesnej Turcji, także w Erzurum doszło do ludobójstwa Ormian i obecnie całkowicie zamieszkałe jest przez Turków.

Dzisiejsze Erzurum kojarzone jest przede wszystkim ze stolicą sportów narciarskich, gdyż jest to rejon w którym już od listopada utrzymują się dobre warunki śniegowe, a sezon kończy się w maju. W 2010 r. zakończono budowę kompleksu skoczni narciarskich Kiremitliktepe. Niedaleko położone są także ośrodki narciarskie Konakli Alp Disiplini Kayak Tesisi z trasami narciarstwa alpejskiego oraz Palandöken Ski Resort z trasami snowboardowymi. Skocznie rzeczywiście okazałe, tylko jakby mało używane. W Erzurum zwiedzanie zaczynamy od Medresy Jakuta i szkoły koranicznej z początku XIV w. , wewnątrz której zorganizowano ciekawą ekspozycję przedstawiającą przedmioty codziennego użytku i życie tutejszych mieszkańców w dawnych czasach. Jesteśmy na tyle późno, że na jutro zostawiamy sobie zwiedzenia seldżuckich grobowców i innych zabytków.

Próbowaliśmy trosze przespacerować się po centrum, ale poruszanie skutecznie nagromadzony śnieg i lód na chodnikach, a poruszanie się pieszo to istne akrobacje. Za bazę noclegową mamy dzisiaj hotel „Akcay Otel”, położony 50m od głównego, centralnego placu (130lira pok.2os. ze śniadaniem).

14.01.2018r – niedziela

Erzurum > Dogubayazyt (280 km) < Gurbulak (granica z Iranem) – 315km

Ranek powitał nas śniegiem i mrozem. Cóż pozostaje nam resztę zwiedzania zrobić z auta. Podjeżdżamy najpierw pod seldżuckie grobowce z XIII w. Seldżuckie jako wędrowne plemiona przybyli z Centralnej Azji i osiedli na terenach obecnej Turcji. Kompleks zawiera grobowiec i dwie kaplice modlitewne dla mężczyzn i kobiet. Informacje przy grobowcach podano również w języku rosyjskim. Nam przypominają budowle ulokowane na terenach Armenii, których jest tam mnóstwo. Tuż obok napotykamy na przyjemnego starszego Turka, który zaprasza nas do odwiedzenia jego rodzinnego domu, które przygotował jak muzeum. Trzystu letni dom, to świetnie zachowany „Pasa bey Konak”. Oprowadził nas po całości trzy kondygnacyjnej budowli, objaśniając dokładnie, gdzie i dla kogo przeznaczone były jego części. Wszędzie prezentował oryginalne meble i wyposażenie. Na koniec wspólnie wypiliśmy herbatę, bardzo przyjemna i serdeczna atmosfera pozostanie nam z pewnością w pamięci. Polecamy, okazuje się, że u pana Hakem Akggul można przenocować, kontakt pod nr tel. 0530 3297725. Zwiedzanie kończymy w medresie, z której podziwiamy zimowy widok na twierdzę.

Przed południem żegnając turecki biegun zimna i ruszamy na trasę drogą E80 w kierunku Iranu. Cały czas przemieszczamy się w zimowej aurze. Zahaczamy po drodze do kurdyjskich wiosek i po pokonaniu 280km docieramy do Dogubayazyt. Miasto leży 15 km na południowy zachód od góry Ararat i 30 km od granicy z Iranem. Byliśmy w tym miejscu trzy lata temu i również wtedy nie było nam dane zobaczyć świętej góry Ormian, przez Turków nazwanej Agri Dagi (5137m.n.p.m.). Poprzednim razem zwiedzaliśmy na pobliskim wzgórzu pałac Isha Pasha Sarami, więc teraz pozostało nam tylko dojechać do granicy z Iranem i odbyć procedury graniczne.

Całość zajmuje około dwóch godzin, a wszystko za sprawą, że odprawiamy się w kolejce autobusów. Oczywiście znaleźli się od razu pomagacze z biura turystycznego, ale okazali się przydatni w ganianiu po okienkach i omijaniu do nich kolejek. Za usługę wynegocjowali 20€. Na granicy wymieniamy walutę, okazuje się, że u koników dają lepszy kurs – bankowy 1$USD = 35000riali, nam dali za 1$USD = 42000riali. Irańczycy podczas operowania swą walutą obcinają trzy zera i traktują jeden tysiąc riali jako podstawową jednostkę monetarną, tak też przekazują informacje o cenie. Wjechaliśmy do Iranu na resztkach paliwa, więc również od razu tankowanie i miła sytuacja, za litr oleju napędowego płacimy 6tyś riali co w przeliczeniu daje cenę 0,60zł.

Podjeżdżamy jeszcze 20km do pierwszej większej miejscowości Maku i korzystając z podpowiedzi naszego GPS-a dotarliśmy do jedynego hotelu w tym mieście. Po trzech latach ponowne zderzenie z irańska rzeczywistością, totalny brak możliwości komunikacyjnych, nie znają nawet liczb arabskich, oczywiście po umysłowych akrobacjach i negocjacjach ustaliliśmy cenę na 1000tyś riali (90zł). Hotelowy pokój to raczej apartament z pełnym wyposażeniem dziennym i kuchennym.

15.01.2018r – poniedziałek

Maku > Urmai > Bukan – 500km

Ranek przywitał nas totalną zimą. Z polski wyjechaliśmy w wiosennej aurze, a na dobre zima dotarła do nas dopiero w Iranie – nieco dziwne! Ponieważ naszym pierwszym celem do którego chcemy dotrzeć jest ormiański monastyr wpisany na listę UNESCO, „zaciągamy języka”, jak tam dotrzeć? Kłopoty z porozumiewaniem nie ułatwiają zadania, a my tak do końca nie jesteśmy pewni, czy nas prawidłowo kierują i czy w ogóle wiedzą o co chodzi. Z mapy wynika, że najpierw należy jechać ok 30km drogą nr.32 w kierunku Tabriz i tam zboczyć do miejscowości Shot. Tak uczyniliśmy i z jedną pomyłką (brak oznakowanego zjazdu) dotarliśmy do Shot. Tam potwierdziliśmy zgodność kierunku u taksówkarzy i jedziemy następne 40km, pnąc się mocno w góry. Po wyjeździe na rozległy płaskowyż, mamy wreszcie drogowskaz z informacją, że za 5km dotrzemy do celu. Klasztor otoczony murami położony jest na skraju wioski Qara Kelisa. Zimowa aura dodaje dzisiaj ciekawego obrazu tej budowli, jedynie bilet wstępu niezwykle drogi 200tyś riali (20zł) dla obcokrajowców, miejscowi płacą jedynie 3tyś riali.

Pięknie zdobiony kościół Św. Tadeusza, do którego pielgrzymują wierni, stanowi przykład ormiańskiej tradycji architektonicznej. Budowla sięga VII w., ale była wielokrotnie niszczona wskutek trzęsień ziemi i jej teraźniejsza forma architektoniczna pochodzi z 1811 roku. Ormianie jednak utrzymują, że Qara Kelisa jest pierwszym na świecie kościołem i została zbudowana w 68 r.n.e przez jednego z apostołów Jezusa, Świętego Tadeusza, który podróżował do Armenii, a następnie do części imperium perskiego, aby głosić nauki Chrystusa i ponoć jest to miejsce jego pochówku. kościół jest corocznie miejscem gromadzenia się Ormian w Iranie, a nawet sąsiednich krajów z okazji corocznej ceremonii. Jednym z rytuałów podczas trzydniowej pielgrzymki jest chrzest ormiańskich dzieci i młodzieży, ponieważ niektórzy wierzą, że chrzest ich dzieci w pierwszym kościele Jezusa Chrystusa i miejsce męczeństwa jego apostołów przyniosą błogosławieństwa. Dla Ormian ceremonia Qara Kelissa jest połączeniem motywów teologicznych, rasowych, tradycyjnych, rodzinnych, emocjonalnych i rozrywkowych, a także podróżowania i cieszenia się letnią pogodą oraz odwiedzania przyjaciół i krewnych, a wszystko to połączone jest z biesiadowaniem, jedzeniem i piciem.

Zjeżdżamy z gór do Qara Ziya Eddin i dalej kierujemy się na południe, na Khoy wzdłuż granicy z Irakiem. Dalej jedziemy wzdłuż brzegów jeziora „Daryacheh ye Orumiyeh”, a raczej wzdłuż pozbawionej wody przestrzeni po nim. Podobnie jak Morze Aralskie, to największe jezioro Iranu o wielkości państwa Luksemburg dotknęła klęska ekologiczna i obecnie pozostało z niego niespełna 5% niegdysiejszej powierzchni. Pogoda niestety uniemożliwia robienie zdjęć, na przemian śnieg, deszcz i mgła dokładnie zasłaniają widoczność. Jadąc dalej przez Orumiyeh, Mahabad, już po zmroku docieramy do Bakan, gdzie musimy znaleźć lokum na dzisiejszą noc.

Trafiło na skromny pensjonat, aczkolwiek przesadzony w cenie, naszą rozmowę z właścicielem obserwował mężczyzna z biura tuż obok i nawtykał pazernemu hotelarzowi. Ponieważ angielski jest tutaj reglamentowany, a on nieźle posługiwał się nim, tak więc pomógł nam w negocjacjach do tego stopnia… że zabrał nas do siebie do domu, a ponieważ budynek okazał się na tyle okazały, toteż przysługiwało nam całe piętro. Saman (dla znajomych Sami), ugościł nas i od tej chwili robiliśmy rzeczy… które w tym kraju są zabronione i karane więzieniem. Zaczęliśmy od degustacji whisky i wina, w trakcie gładko przeszliśmy do omawiania problemów Kurdów (jesteśmy na terenie Kurdystanu w Iranie)… później zdjęłam z głowy nakrycie, czyli moją czapkę, a to się nie godzi przy obcym mężczyźnie, po czym Sami uruchomił kurdyjską muzykę i zaczęły się tańce (taniec jest oficjalnie zakazany, a tym bardziej mężczyzny z kobietą, która nie jest członkiem jego najbliższej rodziny)… za grzeszną uważa się też dowolną muzykę, która może do niego zachęcać. W kilka godzin nazbierało się paragrafów, a to nie koniec… ogarnęło nas źlemówienie na temat obecnego prezydenta Hasana Rouhaniego (położył kres kurdyjskim marzeniom o niepodległości) i Alego Chamenei, choć brakuje mu charyzmy poprzednika, twórcy republiki islamskiej ajatollaha (ajat Allah, czyli znak Boga, najwyższy przywódca, najmędrszy z mędrców, honorowy muzułmański tytuł naukowy) Ruhollaha Chomeiniego, Ali Chamenei od 30 lat trzyma w garści cały Iran. Stoi nad prezydentem, parlamentem, rządem, sądami, ma ostatnie słowo w każdej sprawie… od polityki i prawodawstwa, poprzez stroje kobiet i plan lekcji w szkołach… aż po program nuklearny.

Ale wróćmy do Samiego, jest importerem produktów medycznych z Chin, żyje mu się doskonale, jest właścicielem 4 domów i jedyne na co narzeka, to wyjazdy zagraniczne do Europy. To spory problem, bo starania o wizę przypominają ceremonię z nieodgadnionym epilogiem… papierologia stosowana i to fundamentalne pytanie… po co???

Spotkanie kończymy około północy i… jutro też jest dzień… co nas spotka?… zaskoczy?

16.01.2018r – wtorek

Bukan > Sanandaj > Kermanshah > Bisotun - 380 km

Żegnamy Samiego i jedziemy dalej. Zima nadal nie odpuszcza, wokół śnieg i mróz (-3ºC). Nadal przemieszamy się przez tereny region Iranu – Kordestan, zamieszkały przez irańskich Kurdów. Po zjeździe z płaskowyżu położonego na ok. 2150m.n.p.m. do Sanandaj, pogoda poprawia się zdecydowanie i po tygodniu czasu wreszcie widzimy słońce.

W takiej atmosferze docieramy do Kermanshah, do tero dochodzą piękne krajobrazy i panoramiczne widoki na pobliskie pasma górskie. Naszym dzisiejszym celem jest położona 25km dalej miejscowość Bisotun i płaskorzeźba reliefowa na klifie skalnym w Mount Behistun wpisana na listę UNESCO.

Obszar wykopalisk znajduje się na wjeździe do miejscowości, lecz jest całkowicie nie oznakowany. Wstęp podobnie jak w Qara Kelisa kostuje 200tyś riali 70razy więcej jak dla miejscowych. Skalna płaskorzeźba przedstawiająca zwycięstwo Dariusza Obecnie płaskorzeźbę można oglądać jedynie z daleka, gdyż od dołu zasłaniają ją rusztowania. Równie ważna , a może ważniejsza od płaskorzeźby jest inskrypcja wykuta w skale w trzech językach (akadyjskim, elamickim i staroperskim). Dzięki badaniom nad tą inskrypcją w XIX w. udało się odszyfrować pismo klinowe. Kazał ją wykuć Dariusz I Wielki, miała sławić jego imię. Inskrypcja behistuńska została wykonana pomiędzy końcem pierwszego roku panowania Dariusza (marzec 520 r. p.n.e.), a końcem trzeciego roku panowania (518 r. p.n.e.), kiedy to udało mu się stłumić rebelię maga Gaumaty, występującego przeciw poprzedniemu władcy, Kambyzesowi. Dariusz pokonał uzurpatora i stłumił inne rebelie, które ogarnęły jego imperium. Przedstawia on władcę, towarzyszących mu dwóch żołnierzy, oraz dziesięciu pokonanych przez króla buntowników, w tym najważniejszego z nich, Gaumatę, którego Dariusz miażdży stopą. Nad sceną unosi się symbol przedstawiający dostojną postać wyłaniającą się ze skrzydlatego koła – obecnie uważaną za przedstawienie Farna, czyli królewskiej chwały.

Historia wspaniała, lecz ekspozycja fatalna, brak trapów i tarasów aby podziwiać dzieło z bliższej odległości. W obrębie kompleksu mieszczą się jeszcze ruiny budowli i odrestaurowany „Karawanseraj”, w którym ulokowano pięciogwiazdkowy hotel. Tak z czystej ciekawości zapytaliśmy o cenę – 100 $USD za pokój 2os. Jednak menadżer po chwili stwierdził, że dla nas dzisiaj zrobi 50% upustu, Tak więc jak przystało dla zdrożonych podróżników dzisiaj zamieszkamy w luksusowym, historycznym karawanseraju ze wszystkimi wygodami.